Bukiet pieśni światowych/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Chociszewski
Tytuł Bukiet pieśni światowych
Wydawca Jarosław Leitgeber
Data wydania 1901
Miejsce wyd. Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron
Bukiet
pieśni światowych
w którym się znajdują
piosnki, dumki, arye, krakowiaki, mazury, pieśni
miłosne, pasterskie, obyczajowe, towarzyskie,
myśliwskie, studenckie, wesołe, żartobliwe,
wyjątki z oper i t. d.
Zebrał
J. Chociszewski.
Józef Chociszewski - Bukiet pieśni światowych page007a.jpg
Wydanie piąte, znacznie pomnożone.
Józef Chociszewski - Bukiet pieśni światowych page007b.jpg



W POZNANIU.
Druk i nakład Jarosława Leitgebra.
1901.





I. Wyjątki
z oper i komedyjek ze śpiewami.


Z opery: „Halka“
(słowa Wł. Wolskiego, muzyka Moniuszki).
1.

Niechaj żyje para młoda,
Przy zaręczyn tych obrzędzie:
Wieczna miłość, wieczna zgoda
W młodem stadle niechaj będzie!
Wszak ci to są dwa klejnoty,
Starodawnej godła cnoty,
W jedno godło dzisiaj wiążą:
Pomian, panie, z Odrowążą!
Wiwat, wiwat! — para młoda!
Ciągła miłość, ciągła zgoda,
Niechaj nie opuszcza cię!
Starodawne dwa klejnoty,
Godła męstwa, godła cnoty,
Chlubnie dziś jednoczą się.

Spojrzyj na nich, aż drży dusza,
Jaka u nich godność równa,
Jak stworzona dla Janusza,
Nasza Zofia stolnikówna!
A oboje równi stanem;
Jak urodą tak i wianem,
Niech im szczęście pasmo wije,
Niechaj żyją! — niechaj żyje!
Cny Odrowąż z cnym Pomianem.
Panom braciom dzięki nasze,
Ich życzliwość dobrze znam,
Górą czasze, zdrowie wasze,
Kochajmy się!



2.

Jako od wichru krzew połamany,
Tak się duszyczka stargała;
Gdzieżeś, ach gdzieżeś wianku różany,
Gdzieś w nim lilijko ty biała?

Zabrał mi wszystko Jaśko, mój sokół,
Zabrał mnie całą niebogę,
A ja go szukam, szukam na okół,
A ja go znaleść nie mogę.


Gdzieżeś, ach gdzieżeś o mój sokole,
Gdzie moje słonko na jasnem niebie?
Jak kłos rzucony na puste pole,
Tak zwiędnę, umrę bez ciebie.



3.

Gdyby rannem słonkiem,
Wzlecieć mi skowronkiem,
Gdyby jaskółeczką
Bujać mi po niebie!
Gdyby rybką w rzece —
Płynąć tu do ciebie,
Jaśko mój, do ciebie.

Ani ja w Wisełce
Pląsająca rybka,
Ani ja skowronek,
Ni jaskółka chybka;
Wiatr tylko nuci:
Wróci Jaśko, wróci.

Gdyby mnie gwiazdeczką,
W skałach po nad zdrojem,
Przejrzeć się w twej duszy,
Przejrzeć w sercu twojem!

Błędnym choć ognikiem,
Co tak blado pała,
O gdyby, gdyby moja łezka
Tobie zapałała.

Ni mi błyszczeć w zdroju,
Ni mknąć nad gaikiem,
Ani ja gwiazdeczką,
Ni błędnym ognikiem,
Płyną wciąż po rosie,
Jęki moje płyną,
Szkoda cię, dziewczyno!



4.

Szumią jodły na gór szczycie,
Szumią sobie w dal,
I młodemu smutne życie,
Gdy ma w sercu żal.
Z innych ludzi do nikogo
Jeno do ciebie niebogo,
Oj Halino, oj jedyno,
Dziewczyno moja.
Już w dziecinne lata nasze,
Ja do czarnych skał
Po gniazdeczko biegłem nad przepaście,
Bym ci ptaszę dał.

Zawsze tobie najwonniejszych
Kwiatów przyniósł z gór,
Dał z odpustu najpiękniejszych
Koralików sznur.
Nie mam żalu do nikogo,
Jeno do ciebie niebogo,
Oj Halino, oj jedyno,
To wina twoja.
Rośnie krzaczek, w drzewko rośnie,
Ty urosłaś gdyby czar,
Ach za tobą bym radośnie
Wskoczył w ognia żar.
Lata jakby wichry biegą,
Jak potoki mkną,
Przybył panicz i dla niego,
Pogardziłaś mną.
Nie mam żalu do nikogo,
Jeno do ciebie, niebogo,
Oj Halino, oj jedyno,
Dziewczyno moja.



5.

Po nieszporach przy niedzieli,
Skoro jeszcze słonko jasne,
Człek się nieco rozweseli
Wszak to tylko jego własne.

Ot niedługo panicz młody
Z swą bogdanką tu przybędzie,
Więc wesoły, więc ochoczy, niech nam będzie dzień dzisiejszy.
Jutro znowu dzień roboczy, a pojutrze mozolniejszy.
Więc wesoły, więc ochoczy, niech nam będzie dzień dzisiejszy.
Dobry panicz, on bez dumy,
Na wesele prosi kumy.
Panicz to dobroci rzadkiej,
Taki grzeczny, taki gładki.
Więc wesoły, więc ochoczy, niech nam będzie dzień dzisiejszy.



Spiewy z „Łobzowian“ przez Anczyca.
6.

Oj skowroneczek śpiewa,
Dzień się rozedniewa,
Zosińka się stroi,
Męża się spodziewa.
Wyjdźże do nas Zosiu miła,
Wyjdź do nas prosiewa,
Oj, bo ci na wesele,
Wianeczki wijewa.

Wijewa wianeczki
Z chojny, z rozmarynu,
A takie śliczniutkie
Jakoś ty dziewczyna.
Że jesteś ładna dziewucha
Każdy ci to powie,
Dyć niema takiej drugiej
W caluśkiem Łobzowie.
Ostatniąś dzisiaj nockę
U dziadusia spała,
Jutro już gospodarstwo
Swoje będziesz miała.
Wychódź Zosiu ino raźno,
Wychódźże już przecie,
Boć już i słonko wstaje
I dzionek na świecie.



7.

Śliczne gwoździki, piękne tulipany,
Gdzieżeś mój Stasiu, Stasiu mój kochany,
Czyli cię wzięli żeglarze na morze,
Że się me serce utulić nie może?
Astrologowie, co gwiazdy liczycie,
Czy też o moim Stasinku nie wiecie?
Może wpadł w niemoc, może biedę znosi,
Może zapomniał o swej małej Zosi.

O serce, serce, cóż mi za radę dasz,
Kogom kochała niemasz go już, niemasz,
Oj niema, niema i pewno nie będzie,
Któż mnie sierotę rozweselać będzie?



8.

Niechaj będzie pochwalony,
Witajcież dzieweczki,
Przyślima z poczęsnem,
Dajcież nam miareczki. Hop, ha!
A z naszych odwiedzin
Będziecie kontenci,
Niechże będzie pochwalony
Bóg i wszyscy święci. Hop, ha!
Nadobna Zosiecku, jużeś mi urosła,
Srogi czas na ciebie
Żebyś za mąż poszła. Hop, ha!
Najmilszaś Tomkowi
Ze wszystkich dzieweczek;
Oddał ci serduszko,
Dajże mu wianeczek.



9.

Parobecek ci ja na całą gromadę,
Siecki rznąć nie będą, orać nie pojadę.
Parobecek ci ja nie lada, nie lada!
Niechże mnie poświadcy to cała gromada.

Jak do karczmy idę i gorzałkę piję,
Kto mi w drogę wlezie, tego w pyski biję.
Dlatego się zenię nie kaj ino na wsi,
Bo Zośka chleb piece i kapustę kwasi.
A ślachcionki nie chcę, boby mnie zniscyła,
Jesce w łózku lezy, juzby kawę piła.
I miesconki nie chcę, bo okrutnie płocha,
Mężowi pzyświadca, a z innym się kocha.
I psechścionki nie chcę zydowskiego rodu,
Wsystekby mi cosnek wyzarła z ogrodu.
Ani zawiślonki, ani ogranicnej,
Nie chcę ci ja zadnej, ino Zosi ślicnej.
Bo tez dla takiego parobecka zucha,
Nie nada się jeno łobzowska dziewucha.



10.

Mój kumotrze, źle się dzieje,
Miota człekiem los;
Każdy z starego się śmieje,
Niczem siwy włos.
Nie tak za mych czasów było,
Każdy starca czcił,
Dzisiaj człeku tak nie miło,
Radbym już nie żył.
Wprzódy czy młody, czy stary
Kochał ojców swych;
Strzegł przykazań świętej wiary,
Dał życie za nich.

Dzisiaj za nic dawna cnota,
Wszystko w pieniądz dmie;
Wszystkiem u ludzi garść złota,
Źle się dzieje, źle!
Lepiej się też wprzódy działo,
Jak bujny był plon;
Stokroć z roli się wracało,
Darzył Bóg z wszech stron.
Żałujmy za nasze grzechy,
Wznieśmy w niebo głos:
Śliczny Jezus da pociechy
I osłodzi los!



11.

Cóż w świecie milszego do biesa,
Jak chłopom prowadzić procesa,
Wsunę się między nich gdyby lis,
Dadzą grosz na stępel i na wpis.
Gdy nie masz gotówki co bądź daj,
Kur, kurcząt, masełka, sera, jaj,
Tak zbywa się czem chce za mój trud,
Bo jestem filantrop, wspieram lud.
Chłop chłopa przy wódce utnie w pysk,
Ja proces formuję, ciągnę zysk;

Duszę go rok, drugi, w końcu fik,
Chłop proces przegrywa a ja myk.

A jeśli przypadkiem jaki chłop,
Przegrawszy procesik w kark mię hop,
Człek na takie żarty nie pyta,
Zażyje tabaczki... i kwita.



12.

Cy ja to niegodna, cy ja to marnuję,
Ze kubek wypiję, kiej na to pracuję?
Kiej dobrze na placu sprzedam ogórecki,
Któż mi wzbroni z kumą wypić gorzałecki?
Kubecek gorzałki albo śklankę kawy,
Cłek jak się pokrzepi, to zdrowszy i zwawy.
Rzeknie jedna drugiej: napijma się obie,
Bo nam tam nie dadzą gorzałecki w grobie.
Wsakze i panowie, co pałace mają,
Chodzą do cukierni i likier spijają.
Niech im słuzy likier i smacne ciastecka,
Nam babom gęsina, z kroplami wódecka.



Z komedyo-opery Anczyca „Flisacy“.
13.

Oj źle ci cłecze na tym bożym świecie,
Za nic cię nie mają, gdy pustki w kalecie.
Choćbyś był uczciwy i człek sprawiedliwy,
Gdy pustki w kalecie każdy na cię krzywy.
Dana ino dana, hejze ino dyna
Nie poradzi sobie na świecie chudzina.


Znam ci ja jednego zdrajcę okrutnego,
Co urosł w bogaca z grosa sierocego,
A przecież mu kazdy do nózek się ściele,
I pięknie się z ławki usuwa w kościele.
Hejze ino dana, hejże ino dyna i t. d.

Jest ci tu niewiasta co słuzyła w mieście,
Ze gładka więc miała frajerów ze dwieście,
A ze sobie z miasta dość grosa przyniosła,
Tać i za pierwszego gospodaza posła.
Hejze ino dana, hejze ino dyna i t. d.

We dwoze znów słuzy dziewcyna uboga,
Ładniuśka, młodziuśka, jak od Pana Boga,
A ze nie ma gruntu, ni barwistych kiecek,
Pewniuśko do grobu zaniesie wianecek.
Hejze ino dana, hejze ino dyna i t. d.

Róziecko, Róziecko, oj cóż ja tez zrobię,
Radbym ja cię pojąć, radby zyć przy tobie,
A zem jest chudacek, jak święty turecki
Nie będę miał pewnie z ciebie niewiastecki.
Dana ino dana, hejze ino dyna i t. d.



Wyjątki z komedyi Korzeniowskiego
Okrężne“
14.
Wieśniacy.

A U naszej pani złocisty podwórzec,
Z tegorocznych zbiorów będzie złota korzec.


Wieśniaczki.

A u naszej pani stoi lipa w polu,
Nie bywa tam nigdy w pszenicy kąkolu.


Wieśniacy.

A do naszej pani przyjechał pan młody,
Ona jemu rada, prosi nas na gody.


Wieśniaczki.

A z nim nasza pani do stołu zasiędzie,
Odda mu wianeczek i kochać go będzie.


Wszyscy.

Nasza dobra pani okrężne nam sprawi.
Niechże młodej parze Pan Bóg błogosławi!


Kachna.

Na szerokiem polu
Żytko się świeciło,
Czyste bez kąkolu,
Aż popatrzeć miło.
My je sierpem ścięli,
Powiązali w snopy,
Teraz ścierń się bieli
I czernieją kopy.
I to dobro wasze
W wianku wam przynosim,
A za trudy nasze
O okrężne prosim.


Chór.

A za trudy nasze
O okrężne prosim.


Wojtek.

Hej tam, panie ekonomie,
Piwa, wódki daj,
A ty, grajku, stań na stronie
I mazura graj.
Hej dana, dana, dana,
I mazura graj.
Pracowaliśmy od rana,
Z czoła pot się lał,
Teraz przyśliwa do pana
By zapłatę dał.
Hej dana, dana, dana,
By zapłatę dał.
Nasz sierp zżął mu kłosów dosyć,
Złota dobył pług,
Może cienkie sukna nosić,
I mieć dużo sług.
Hej dana, dana, dana,
I mieć dużo sług.
Niechże za stół nas posadzi,
Nuże wódkę lać,
I muzykę nam sprowadzi,
Dyć go na to stać.
Hej dana, dana, dana,
Dyć go na to stać.

Hej chłopaki, hej dziewczęta,
Niezły i nasz stan,
Nikt o biedzie nie pamięta,
Kiedy dobry pan.
Hej dana, dana, dana,
Kiedy dobry pan.
Nuże żwawo do mazura,
Daj mi rączki daj,
Niechże do mnie przyjdzie która,
A ty grajku graj.
Hej dana, dana, dana,
A ty grajku graj.



Z operetki Kamińskiego
Kominiarz i młynarz“
15.

Świat się zewsząd peleruje,
Zewsząd widzę błysk,
Ja się z boku przypatruję,
Jaki ztąd mam zysk.

Dawniej szlachcic choć w żupanie,
Znać było że pan,
Dzisiaj w opiętej katanie,
Kryje nędzny stan.


Dawniej matka gospodyni
Uczyła jak prząść,
Dziś z córkami próbę czyni,
Jakby zgrabnie siąść.
Dawniej modlić się w kościele,
Był chwalebny czyn,
Dziś fircyki, madmoazele,
Robią z niego młyn.
Dawniej mebel był dębowy,
Ale złota stos,
Dziś każdy sprzęt mahoniowy,
Ale próżny trzos.
Dawniej młodzież czerstwa, młoda,
Zdobiła ten świat,
Dziś chodzi nędzna i blada,
Jak wymokły kwiat.
Dawniej brat bratu w złej dobie,
Dobrą pomoc niósł,
Dziś każdy myśli o sobie,
Jakby w pieniądz wzrósł.
Dawniej sąsiad sąsiadowi
Dobrą radę dał,
Dziś, jakby swemu wrogowi,
Życie by wydarł.


Dawniej szlachcic pracowity,
Nie znał co bieda,
Dziś chociaż w dobra obfity,
Nie ma kredytu żyda.
Dawniej szlachcic swą pszenicę,
Wprost do Gdańska słał,
Dziś zboże w polu stojące
Już żydek zabrał.
Dawniej szlachcic swego syna,
Edukował tu,
Dzisiaj wszystkiego dobrego
Uczą w Paryżu.
Dawniej tańczyć nie umiano,
Tańczył, jak kto chciał,
Dziś kadryl postanowiono,
By każdy umiał.
Dawniej pili, dobrze żyli,
Dobrze się działo,
Dziś mierność postanowili,
Dobrego mało.
Dawniej młodzian dla swej lubej
Zachował swą dłoń,
Dziś tylko bogatej szuka,
Z biedną Boże broń.


Dawniej, dawniej a nie teraz
Trzeba żyć było,
O jak miło wspomnieć sobie,
Jak pierwej było.



16.
(Z operetki Kamińskiego: „Szlachta czynszowa.“)

Kukułeczka w lesie kuka,
Bo poranek czuje,
Dzięciołeczek w drzewo stuka,
Słowik wyśpiewuje.

Oj dana moja dana,
Oj Maryniu kochana.

}bis.

Gdzie Maryni oczko błyszczy,
Tam serce zachciewa,
Ledwie z skóry nie wyskoczy,
Tak się do niej zrywa.

Oj dana moja dana,
Oj Maryniu kochana.

}bis.

Darmo główkę tkasz w poduszkę,
Nic to nie pomoże,
Kiedy ciężkie masz serduszko,
Nie uśniesz nieboże.
Oj dana moja dana, i t. d.



Z komedyo-opery „Krakowiacy i Górale.“
17.

W mieście dziwne obyczaje,
Mówią, że tam świat uczony,
Ale mnie się tak wydaje
Jakby to był świat szalony.

Tam nie mówią: witaj bracie!
Szczęść wam Boże! lub podobnie,
Tylko każdy nogą skrobnie
I to znaczy: jak się macie?

Padam do nóg! każdy woła,
By nie upadł jest ostrożny;
Niejednego kieszeń goła
Przecież go zwą: pan wielmożny.

„Na mój honor“, „słowo daję“
Idzie u nich jak chleb z masłem,
Co wprzód było zacnych hasłem,
Dzisiaj zwodzą tem szachraje.



Z monodramu „Zosia druchna“.
18.

Nie masz tańca nad krakusa,
Kiej utną od ucha,

Wnet dziarskiego dadzą susa
Chłopak i dziewucha.
Bo w tej nucie, co tak dzwoni,
Jest natura taka,
Że wyczytasz jak na dłoni
Duszę krakowiaka.
Różne tańce piękne grają
I inne narody,
Przecież w nich tyle nie mają
Ognia i swobody.
Bo krakowiak niech uderzy
Gracko podkówkami,
Każdy w jego zapał wierzy,
Gdy pryśnie iskrami.
To też chociaż dziewka jaka
Ma skryte cierpienia,
Gdy usłyszy krakowiaka
Wnet twarz rozpromienia!
Boć to taniec, jakich mało,
Ma ten urok błogi,
Że choćby oko płakało,
Nie statkują nogi!


Nie masz tańca nad krakusa,
Kiej utną od ucha!
Wnet dziarskiego dadzą susa
Chłopak i dziewucha.



19.
(Z operetki: „Boccacio“).

Miłości twej ja pragnę,
O wierność mniej ja dbam,
Bo miłość jest to pączek
Z niego wierność wyniknie nam.
Niech pączek się ukaże,
Niech z niego tryśnie kwiat,
Co uszczęśliwia cały świat.
Ach, przybywaj luby w chwili tej,
|: Jam pewna wiary twej! :|
Bo miłość bez wierności
Rozkosznie w sercu drga,
A wierność bez miłości,
Czyliż komu szczęścia da?
Niech pączek się ukaże,
Niech z niego tryśnie kwiat,
Co uszczęśliwia cały świat.
Ach, przybywaj luby w chwili tej,
|: Jam pewna wiary twej! :|



20.
(Z tejże operetki: „Boccacio.“)

Chcąc ten straszny gniew złagodzić,
Żonkę ja wysłałem tam,
Gdy złe trzeba wynagrodzić,
Jej pierwszeństwo chętnie dam, —
Gdyby mi jej nie zwrócono,
Bywaj zdrowa, miła żono!
Tak Bozia chce, tak być ma,
Tak być ma, — tak być ma,
Ale sza!
Kiedy byłem jeszcze młody,
W świecie już umiałem żyć,
Jam na sobie miał dowody,
Jak cnotliwym trudno być, —
Nieraz przyszła mi pokusa,
Rzekłem lubej kradnąc całusa:
Tak Bozia chce, tak być ma,
Tak być ma, tak być ma,
Ale sza!
Kiedy Adam mieszkał w raju,
Bardzo często nudził się,
Sypiać było we zwyczaju,
On spoczywał w błogim śnie,

Lecz w tem dziwnie się zdarzyło,
Że żeberko mu ubyło!
Tak Bozia chce, tak być ma,
Tak być ma, — tak być ma,
Ale sza!
Gdy zjadł owoc zakazany,
Bo kobiecych słuchał rad,
Przyszedł Anioł rozgniewany
Miał ognisty w ręku bat,
Ewa zwykle łezki roni,
Męża Anioł z batem goni!
Tak Bozia chce, tak być ma,
Tak być ma, tak być ma,
Ale sza!
Ileż złego bywa w świecie
Zdołaż kto wyliczyć je,
Wszystko winniśmy kobiecie,
Jednak do nich każdy lgnie,
A gdy zniknie ich uroda,
Każdy woła jaka szkoda!
Tak Bozia chce, tak być ma,
Tak być ma, — tak być ma,
Ale sza!



21.
(Wyjątki z opery: „Piękna Helena.“)

W lasku Ida trzy boginie
Spór zacięty wiodą wraz:
Każda z nas pięknością słynie,
Któraż najpiękniejsza z nas?
Evohe! jak te boginie,
Jeźli która chłopca chce,
Evohe! jak te boginie
Na sposoby biorą się.
A przez lasek idzie, śpiewa,
Piękny chłopiec w kwiecie dni,
Trzyma jabłko prosto z drzewa,
Piękny obraz, przyznaj mi.
Evohe! jak te boginie!
Jeśli która chłopca chce,
Evohe! jak te boginie
Na sposoby biorą się.
Hola! stój, chłopczyku młody,
Nim przepędzisz miły gaj,
Przypatrz się nam i z urody
Najpiękniejszej jabłko daj.
Evohe! jak te boginie
Na sposoby biorą się.


Jedna z nich po małej przerwie
Rzecze: wdzięk i skromność mam,
Więc w nagrodę daj Minerwie,
Zasługuje widzisz sam.
Evohe! jak te boginie
Na sposoby biorą się.
Druga mówi: ja mam pawia,
I rodową dumę mam,
Gdzie Junona się pojawia,
Gasną inne, widzisz sam.
Evohe! jak te boginie
Na sposoby biorą się.
Trzecia rzecze: ja w tym czasie
Nie mam, rzekła, nie mam nic.
A więc jabłko daj Kalchasie,
Ty, rozumiesz boś nie fryc.
Evohe! jak te boginie
Na sposoby biorą się.





II. Piosenki miłosne
22. Panicz i dziewczyna.

W gaiku zielonym,
Dziewczę rwie jagody,
Na koniku wronym
Jedzie panicz młody.
I grzecznie się skłoni,
I z konia zeskoczy,
Dziewczę się zapłoni,
Na dół spuści oczy.
Dziewczyno kochana!
Dziś na te dąbrowy,
Z kolegami z rana,
Przybyłem na łowy.
I trafić nie mogę,
Gdzie leży miasteczko,
Wskaż mi proszę drogę,
Piękna pastereczko.
Czy prędko już z lasu
Ta ścieżka wywiedzie?
Jeszcze pan zawczasu
Do domu zajedzie.

Na polu wnet drzewo,
Koło drzewa brzózki,
Ztąd droga na lewo
Tam około wioski.
W górę przez zarostek,
W prawo ponad rzeczką,
Tam młynek i mostek,
I widać miasteczko.
Panicz podziękował,
Czule rączkę ścisnął,
W usta pocałował,
Na konika świsnął.
Siadł, ostrogą spina,
Nie widać młodego,
Westchnęła dziewczyna,
Ja nie wiem dla czego.


II.

W gaiku zielonym,
Dziewczę rwie jagody,
Na koniku wronym
Jedzie panicz młody.
I woła z daleka,
Pokaż inną drogę,
Za wioską jest rzeka,
Przejechać nie mogę.

Ni mostu żadnego,
Ni brodu wytropić,
Chciałażbyś młodego
Chłopczyka utopić?
To jedź pan drożyną
Na prawo kurhanu.
Bóg zapłać dziewczyno!
Dziękuję Waćpanu.
W las poszła drożyna,
Nie widać młodego,
Westchnęła dziewczyna,
Oj! wiem ja dla czego.


III.

W gaiku zielonym
Dziewczę rwie jagody,
Na koniku wronym
Jedzie panicz młody.
I zawoła znowu:
Dziewczyno! dla Boga,
Wjechałem do rowu,
Jakaż twoja droga?
Nie jeździł w te szlaki,
Nikt z dawnego czasu,
Chyba wieśniak jaki
Po drzewo do lasu.

Poluję dzień cały,
Koniam nie popasał,
Jeździec zadyszały,
Konik się zahasał.
Zsiądę i z konika
Pragnienie ugaszę,
Odkiełzam konika
I puszczę na paszę.
I grzecznie się skłoni,
I z konia zeskoczy,
Dziewczę się zapłoni,
Na dół spuści oczy.
Ten milczy, ta wzdycha,
Po niedługiej chwili,
Ten głośno, ta z cicha,
Coś z sobą mówili.
Lecz że wietrzyk dmuchał
W tę stronę dąbrowy,
Przetom nie dosłuchał
Panicza rozmowy.
Lecz z oczu i miny
Tom pewnie wyczytał,
Że więcej dziewczyny
O drogę nie pytał.
A.  Mickiewicz.
(Pierwszą część ułożył Odyniec.)



23.

Precz z moich oczu!... posłucham od razu,
Precz z mego serca! — i serce posłucha;
Precz z mej pamięci!... Nie — tego rozkazu
Moja i twoja pamięć nie posłucha!

Jak cień tem dłuższy, gdy padnie z daleka,
Tem szerzej koło żałobne roztoczy:
Tak moja postać, im dalej ucieka,
Tem grubszem kirem twą pamięć pomroczy.

Na każdem miejscu i o każdej dobie
Gdziem z tobą płakał, gdziem się z tobą bawił,
Wszędzie i zawsze będę ja przy tobie:
Bom wszędzie cząstkę mej duszy zostawił.

Czy zadumana w samotnej komorze
Do arfy zbliżysz nieumyślnie ręką —
Przypomnisz sobie: właśnie o tej porze
Śpiewałam jemu tę samą piosenkę.

Czy grając w szachy, gdy pierwszemi ściegi
Śmiertelna złowi króla twego matnia —
Pomyślisz sobie: tak stały szeregi,
Gdy się skończyła nasza gra ostatnia.

Czy to na balu w chwilach odpoczynku
Siędziesz, nim muzyk tańce zapowiedział —
Obaczysz próżne miejsce przy kominku,
Pomyślisz sobie: on tam ze mną siedział.

Czy książkę weźmiesz, gdzie smutnym wyrokiem,
Stargane ujrzysz kochanków nadzieje:
Złożywszy książkę z westchnieniem głębokiem,
Pomyślisz sobie: ach to nasze dzieje...


A jeźli autor, po zawiłej próbie
Parę miłosną naostatek złączył;
Zagasisz świecę i pomyślisz sobie:
Czemu nasz romans tak się nie zakończył....

Wtem błyskawica nocna zamigoce,
Sucha w ogrodzie zaszeleści grusza,
I puszczyk z jękiem w okno załopoce...
Pomyślisz sobie: że to moja dusza.

Tak w każdem miejscu i o każdej dobie,
Gdziem z tobą płakał, gdziem się z tobą bawił,
Wszędzie i zawsze będę ja przy tobie,
Bom wszędzie cząstkę mej duszy zostawił.

A.  Mickiewicz.



24.

Czy pamiętasz, moja miła,
Przeszłej wiosny piękny czas?
Czy pamiętasz, coś mówiła,
Gdy księżyc oświecał nas?
Nie pamiętam i nie pomnę,
Ani o tem wiedzieć chcę!
Tego tylko nie zapomnę,
Że to były żarty me.
Czy pamiętasz jak w mazurze,
Uścisnąłem twoją dłoń?
Czy pamiętasz białą różę,
Co zdobiła twoją skroń?

Nie pamiętam i nie pomnę,
Ani o tem wiedzieć chcę!
Tego tylko nie zapomnę,
Że to były żarty me!
Czy pamiętasz moja droga,
Kiedym przysiągł kochać cię?
Kiedym we łzach błagał Boga,
Aby z tobą złączył mię?
To pamiętam, to pamiętam,
Tylko o tem wiedzieć chcę,
Tego nigdy nie zapomnę —
Już minęły żarty me!



24.

Gdybym się zmienił w stęgę złocistą,
Co na twem czole połyska;
Gdybym się zmienił w tę szatę mglistą
Co piersi twoje przyciska:
Drżenia bym serca twojego badał,
Czy nie odpowie mojemu:
Z twojem się łonem wznosił i spadał,
Posłuszny tchnieniu twojemu.
Gdybym się zmienił w wietrzyk skrzydlaty,
Co dysze w pogodnem niebie:
W drodze bym mijał najświeższe kwiaty
A pieścił różę i ciebie.

Może nakoniec Bóg litościwy
Pracę by moją ocenił:
Może nakoniec byłbym szczęśliwy,
I w twe się serce zamienił.



25.

Siałem proso na zagonie, nie mógłem go żąć,
Pokochałem lube dziewczę, nie mógłem go wziąć,
Bo posiać to nie żąć, bo kochać to nie wziąć;
Choć mnie zdradza lube dziewczę, nie mogę go kląć.
Proso zeszło, lecz przed żniwem zbił je nagły grad,
Moją miłość do dziewczęcia zły zepsował świat:
Plon zboża zniszczył grad,
Dziewczęcia nie dał świat;
Choć zawiodła me nadzieje, wspomniałem ją rad.
Przyszła zima, młode siewy zimny kryje śnieg,
I me serce czasem ziębi smutny życia bieg:
Lecz słońce topi śnieg,
Myśl słodzi życia bieg,
Mej miłości nie zagłuszy nawet grobu brzeg.



26.

Komu ślubny splatasz wieniec
Z róż, lilii i tymianka?
Ach! jak szczęśliwy młodzieniec,
Komu ślubny splatasz wieniec,
Pewnie dla twego kochanka?
Wydają łzy i rumieniec,

Komu ślubny splatasz wieniec
Z róż, lilii i tymianka?
Jednemu oddajesz wieniec,
Z róż, lilii i tymianka:
Kocha cię drugi młodzieniec,
Ty jednemu oddasz wieniec;
Zostawże łzy i rumieniec,
Dla nieszczęsnego kochanka,
Gdy szczęśliwy bierze wieniec,
Z róż, lilii i tymianka.

T.  Zan.



27.

Gdybym ja była słoneczkiem na niebie,
Nie świeciłabym jak tylko dla ciebie,
Ani na wody, ani na lasy,
Ale po wszystkie czasy.
Pod twojem okienkiem i tylko dla ciebie.
Gdybym w słoneczko mogła zmienić siebie.
Gdybym ja była fiołkiem na ziemi,
Kwitłabym tobie oczkami wonnemi.
Ani dla wioski, ani dla trzody,
Ale wśród zagrody,
Pod twojem okienkiem i tylko dla ciebie,
Gdybym w fiołek mogła zmienić siebie.
Gdybym ja była słowikiem w gęstwinie,
Tobym śpiewała dla ciebie jedynie,
Ani dla ludzi, ani dla gaju,
Ale zawsze w maju,

Pod twojem okienkiem i tylko dla ciebie.
Gdybym w słowika mogła zmienić siebie,
Gdybym ja była kwiatkiem w tej roli.
Nie kwitnęłabym jak tylko twej woli,
Ani po łąkach ani po lasach,
Ale po wszystkich czasach,
Pod twojem okienkiem i tylko dla ciebie.
Gdybym w kwiateczek mogła zmienić siebie,
Tak w każdej porze i w każdej przemianie,
Żyć tylko pragnę dla ciebie kochanie.
Ani bogactwo ani potęga
Szczęścia nie osięga,
Bo miłość jedna a miłość dla ciebie,
Za wszystko starczy na ziemi i w niebie.



28.

Młoda Hiszpanka, piękna i tkliwa,
Obok kochanka pląsa szczęśliwa,
Ach ileż ma wdzięku, ach ileż uroku
Z kastanietą w ręku i zapałem w oku.

Jej drobne nóżki po podłodze gonią,
Piękne paluszki w kastaniety dzwonią;
Ach ileż ma wdzięku, i t. d.

Jej piękną główkę otacza wianek,
A zgrabną kibić objął kochanek,
Ach ileż, ma wdzięku, i t. d.


Blade jej lice taniec zarumieni,
Czarne źrenice miłość rozweseli.
Ach ileż ma wdzięku, i t. d.

Młoda Hiszpanka jak anioł wygląda,
Obok kochanka co rączki jej żąda.
Ach ileż ma wdzięku, i t. d.

A ona płocha z objęcia ucieka,
I chociaż kocha, szczęście swe odwleka.
Ach ileż ma wdzięku, i t. d.



28.

Gdybyś ty była moją aniele,
U nóg bym twoich siadywał,
W skroń zasmuconą wiałbym wesele
I myśli twoje zgadywał.
I kwiat wplatając do twych warkoczy,
Woń z twoich ust bym wysysał,
I patrząc w twoje przecudne oczy
Na rękach bym cię kołysał.
Gdybyś ty moją była aniele,
Jabym z twym Stróżem Aniołem,
Jako dwaj bracia, dwaj przyjaciele,
Dumał nad sennem twem czołem.
Rankiem z ogródka wraz z słońca przyjściem,
Z bogatą wracałbym dłonią,
I obsypując kwiecistem liściem,
Darzyłbym rosą i wonią.

A gdy półsenna okryta wrzosem,
Podniosłabyś się z pościeli,
Gdyby rusałka z rozwitym włosem,
Gdy wstaje z wczesnej kąpieli.
I tę rezedkę, to piękne zielę,
Które się w włosy jej lepi,
Drobniuchną rączką wplata i czepi...
Bądź moją zawsze aniele. —
Gdybyś ty była moją aniele,
Jabym ci wiosnę, w noc jasną
Śpiewał, jak dawni ognia czciciele
Dopóki gwiazdy nie zgasną.
Wspólnie z słowikiem śpiewałbym rzewnie,
Aż gwiazdy by się spłakały,
I z żalu chwiejąc, świecąc niepewnie,
Na skroń by twoję spadały.
A ty wśród woni, pieśni i blasku
Srebrną jasnością księżyca
Takbyś świeciła, jak na obrazku
Świeci Najświętsza Dziewica.
A jabym oczy wznosił nieśmiele,
Słowik by umilkł wraz ze mną. —
Inną słyszałby piosnkę nadziemną...
Bądź zatem moją aniele.
Gdybyś ty moją była aniele,
Jabym przy wszelkiej niedoli,
Do życia wiązał wznioślejsze cele,
Uciszał serce, gdy boli.
I chciałbym wielkim czynem po sobie
Taką pamiątkę zostawić,
Żeby lud płakał na moim grobie,
I moje imię mógł sławić.



29.

Niechże ja lepiej nie żyję,
Dziewczę, skarby moje,
Jeźli kiedy oczka czyje,
Milsze mi nad twoje.

Patrzajże mi prosto w oczy,
Bo Bóg widzi w niebie,
Że mi ledwie nie wyskoczy,
Serduszko do ciebie.

Czemuż ja w mojej rodzinie
Małe zaznał dziecię?
Byłbym z wami przy Halinie,
Najszczęśliwszym w świecie.

Krew nie woda ludźmi włada;
Bo któż sercem rządzi?
Człowiek myśli i układa,
A Bóg wszystkiem sądzi.

K.  Brodziński.



30.

Łódko moja, łódko! suwaj po głębinie,
Moja ty kolebko, w tobie życie płynie!
W tobie życie płynie tak miło i prędko,
Jak ta złota rybka, co goni za wędką.
Łódko moja, łódko! wesoło pruj wody,
Do Halki kochanej płynę włóczek młody,
Płynę włóczek młody, o niej sobie myślę,
Jak o złotej rybce, co się pluska w Wiśle,

Łódko moja, łódko! jak jaskółka chybka,
Ponieś mię do brzegu, gdzie jest moja rybka!
Gdzie jest moja rybka, co na mnie wygląda,
I jak kania deszczu, tak mię widzieć żąda.
Czarne kani skrzydła, czarne Halki oczy,
Gdy do niej przypłynę, to ku mnie wyskoczy!
To ku mnie wyskoczy, do serca przyciśnie,
Do mych ust przyłoży swe usta jak wiśnie!
Łódko moja, łódko! o, moja ty chato!
Z tobą mile bieży i wiosna i lato.
I wiosną i latem kołyszą mnie wody,
A ja sobie po nich pląsam jak pan młody.
Woda, panna młoda, i hasamy z sobą.
A ty, ładna Halko! odziej się żałobą!
Odziej się żałobą, pójdę w Wisły łoże,
Gdy o mnie zapomnisz, czego chroń mnie Boże!
Czego chroń mię Boże! zachowaj mię cało!
Jeszczeby dla ludzi życie się przydało.
Ty, blady topielcze! nie kwap się na duszę,
Tonących ratować, Halkę widzieć muszę
Łódko moja, łódko posuwaj się śmiało,
Kto ma serce czyste, ten się mija z skałą!
Ten się mija z skałą, dopłynie do brzegu,
I po burzy dozna słodkiego noclegu!

E.  Wasilewski.



3l.

Gdy jestem w przyjaciół gronie,
Zdaje mi się żem szczęśliwy,
Lecz gdy przy kochanki łonie,
To obraz szczęścia prawdziwy. —


Ale one nas zdradzają,
Czego się mamy spodziewać?
Kiedy niestale kochają,
Więc sobie lepiej zaśpiewać.
Gdy raz przy boku Maryni,
W zielonym siedziałem gaju,
Zdało mi się w tej chwili,
Że w prawdziwym jestem raju.
Ale za jesiennem przyjściem,
Odmian się trzeba spodziewać,
Drzewa się rozstają z liściem,
Więc sobie trzeba zaśpiewać.
I tak w pośród trosków burzy,
Nie tracę nigdy nadziei,
Że i mnie szczęście posłuży,
Może wypadnie z kolei.
Lecz szczęście poczciwych mija,
I czegoż się mam spodziewać,
Niegodnym najczęściej sprzyja,
Najlepiej sobie zaśpiewać.
Gdy zaś idzie kiedy sprzecznie,
Trudno się oprzeć losowi,
Brzęknąć złotkiem dostatecznie,
Nie wielkie szczęście stanowi. —


Niechaj kto inny rozpacza,
Niech przeklina swoją dolę
Niech sobie troski przywłacza,
Ja zaś sobie śpiewać wolę.

Jeżeli pozwoli niebo,
Że ciebie wiecznie posiędę,
O suchym kawałku chleba,
Zawsze sobie śpiewać będę.

Żem z kochanką mą szczęśliwy,
Że osładza los w mej nędzy,
Żem na zbytki nie jest chciwy,
Że nam słodko bez pieniędzy.



32.

Do mojego szczęścia trzeba bardzo mało:
Pięknego chłopczyka okrytego chwałą;
Ażeby mnie kochał, we wszystkiem dogadzał.
Ażeby mnie nigdy w swem życiu nie zdradzał.
Do tego wioseczka bez najmniejszych długów,
Sumka na procencie, dziesięć własnych pługów.
Kareta angielska, cztery konie w cugi,
Trzy panny służące do mojej usługi,
Garderoba piękna, do tego brylanty;
Sreberka stołowe, a nich bażanty;
Balik za balikiem, muzyka domowa,
Żebym tańcowała, zawsze była zdrowa,
A gdy tak już wszystko będzie urządzone,
Przyrzekam, że będę jak najlepszą żoną.



33.

Znałem jednę piękność w świecie,
Znałem i kochałem szczerze,
Ona mi w młodości kwiecie
Oddała serce w ofierze.
Mówiła, że w mojej twarzy,
Widzi królów i cesarzy,
Jam uwierzył, bom nie wiedział,
Że w mej lubej dyabeł siedział.
Dopiero po roku całym,
Na mej lubej się poznałem,
Poznałem jej serca połów,
Że aż miała trzech aniołów.
Ale odtąd moja miła,
Tak mię kochać nauczyła,
Że już teraz jestem w stanie
Naraz kochać panny, panie.



34.

Gdy cię nie widzę, nie wzdycham, nie płaczę,
Nie tracę zmysłów, kiedy cię zobaczę,
Jednakże, gdy cię długo nie oglądam,
Czegoś mi braknie, czegoś ciągle żądam,
I tęskniąc sobie, zadaję pytanie:
Czy to jest przyjaźń, czyli też kochanie?


Gdy z oczu znikniesz, nie mogę ni razu
W myśli twojego odnowić obrazu,
Jednakże często czuję mimo chęci.
Że jesteś zawsze blizko mej pamięci,
I znowu sobie zadaję pytanie:
Czy to jest przyjaźń, czyli też kochanie?
Cierpiałem nieraz, nie myślałem wcale,
Abym przed tobą szedł wylewać żale,
Idąc bez celu, nie pilnując drogi
Sam nie zważając jak w twe zajdę progi,
I wchodząc przez nie zadaję pytanie:
Czy to jest przyjaźń, czyli też kochanie?
Dla twego zdrowia, życia bym nie skąpił,
Po twą spokojność do piekła bym wstąpił,
Choć śmiałej żądzy niema w sercu mojem,
Bym mógł być tobie zdrowiem i spokojem,
I znowu sobie zadaję pytanie:
Czy to jest przyjaźń, czyli też kochanie?
Kiedy położysz rękę na me dłonie,
Luba mnie jakaś spokojność owionie,
I zda się, że lekko zakończę me życie,
Lecz mnie przebudza, żywe serca bicie,
Które mi głośne zadaje pytanie:
Czy to jest przyjaźń, czyli też kochanie?
Kiedym dla ciebie tę piosnkę układał,
Mojemi wieszczy duch ustami władał;
Potem zdziwiony, sam się nie spostrzegłem,
Skąd wziąłem myśli jak na rymy wbiegłem,
I zapisuję na końcu pytanie:
Czy to jest przyjaźń, czyli też kochanie?



35.

Dwie Marysie — kochały się
W jednym Jasiu obie:
— Albo mi ty Jasia odstąp,
Albo ja go tobie.
Dwie Marysie — zdybały się
I mówiły o tem:
— Czem będziemy Jasia wabić,
Urodą czy złotem? —
Pierwsza rzekła: zobaczymy,
Kto Jasia otrzyma?
Ty go będziesz wabić złotem,
A ja go oczyma.
Dwie Marysie — spytały się
Razem Jasia obie:
— Czy dla złota, czy dla wdzięku,
Bieże żonę sobie. —
Jasio wybrał, teraz ślocha
I narzeka na to:
— Że ma żonę, co nie kocha,
Chociaż jest bogatą.
Kto pamięta — że dziewczęta
Chłopców zwodzić mogą, —
To tem bardziej, niech nie gardzi,
Tą mądrą przestrogą:

Niechaj z babką dziadek stary
Łączą się dla chleba.
A dla szczęścia młodej pary,
Kochać się potrzeba.



36.

Oj witajże, jak się miewasz?
Kasiu jedyna,
Czy ty sobie przypominasz
Twego Marcina?
Co to z tobą raz na wieńcu
W karczmie wywijał,
I do rana tam w gościńcu
Twe zdrowie pijał?
Bóg ci zapłać! ja też witam
Ciebie Marcinie.
I o zdrowie twoje pytam
Tylko jedynie;
Gdym się z tobą, miły bracie,
Rozstać musiała,
Tom spokoju w ojca chacie
Nigdy nie miała.
Ciągle tatuś mnie swatają
Z starym borowym,

A matusia się gniewają
Klną ciężkiem słowem;
A ja biedna muszę szlochać,
W tem moja wina,
Że nie mogę Bartka kochać
Tylko Marcina. —
O chodźże tu Kasiu droga,
Niech cię ukocham,
Tylko mi nie płacz na Boga,
Bo się rozszlocham:
Wnet oboje w ojca chatce
Rzucim się śmiele
Do nóg ojcu, do nóg matce
I już wesele. —



37.

O! widać i słychać — w ogródku skowronek,
Z piosenką podleci, upadnie,
I moje kwiateczki z rozpukłych nasionek
Jak wschodzą zielono i ładnie.
O! milsze krosienka
I milej z okienka
Zadzwoni piosenka,
La, la, la, piosenka!


Po kwietnej, po świętnej z przewodnią niedzielą
Rozrosną się w słońcu kwiateczki,
I w pączki się zwiną, rozwiną, wystrzelą
W czerwone niebieskie listeczki.
O! milsze krosienka i t. d.

Pocichu coś szepcą i młodzi i starzy,
O! łatwo odgadnąć z ich oczu,
Coś o mnie, o kwiatach — co? jakie do twarzy?
Co? jakie w mym upleść warkoczu?
O! milsze krosienka i t. d.

O! wiem ja, wiem kogoś, co wszystko mi powie,
Zwierciadło mi prawdę odsłoni,
Lilię uplotę u wstążek na głowie,
Różyczkę we włosach u skroni.
O! milsze krosienka i t. d.

Wieczorem za dworem gościniec w kurzawie,
Gość jedzie na wronym koniku,
O! prędzej co prędzej, u włosów poprawię,
Przepaskę zacisnę w staniku.
O! milsze krosienka i t. d.

Gość jedzie, już w bramie, rży konik z podwórka
Mój Boże! ach! co go przywiodło?
I woła i pyta: „a państwo, a córka?“
I cugle zarzuca na siodło.
O! milsze krosienka i t. d.

Od brzęku, od dźwięku ostrogi, szabelki,
Aż brzęczą, aż dźwięczą pokoje,
Aż skacze serduszko — bo wojak to wielki —
Wszelako nie bardzo się boję.
O! milsze krosienka i t. d.


Groziła mi ciocia — o! gdzie tam — co cioci!
Groziła z uśmiechem, nieszczerze;
„Bałamut!“ o gdzie tam — to aniół dobroci!
Bałamut? — nie wierzę, nie wierzę.
O! milsze krosienka i t. d.

On idzie i kłania, i zbliża się do mnie,
I mówi tak pięknie i z cicha,
Wstyd oczu mi podnieść, tak chwali nieskromnie.
Pochlebnik! — o biedny! on wzdycha.
O! milsze krosienka i t. d.

O! dobry i grzeczny i miły chłopczyna...
Lecz będę, o! będę ostrożna!...
Całować chce różę — dalibóg zaczyna,
O proszę — nie można! nie można!...
O! milsze krosienka i t. d.

B. Zaleski.



38.

Płynie woda od ogroda
Od samego Gdońca;
Czarne buty do roboty,
Czerwone do tońca!
Przyleciały, zagruchały
Dwa siwe gołąbki;
Oj Jadwisiu, kochajmy się,
Dajmy sobie gąbki.


Przyleciały, zagęgały
Dzikie gęsi w rzędzie;
Żebym ja ci buzi dała,
Chwaliłbyś się wszędzie.

Płynie woda da od groda,
Co Krakowem zowią.
Oj dziewczyno, strzeż się jeno,
Bo cię chłopcy złowią.

Płynie chybka w Wiśle rybka,
Goń ją, jeźliś prędki,
Da nie boję ja się ciebie,
Ani twojej wędki.

Piękny ogród, śliczny ogród,
Za ogrodem agrest;
Miałech ci ja piękne dziewczę,
Piesek mi je zagryzł.

A do lasku po coś Jaśku
Da chodził w leszczyny,
Lepiej było dopilnować
Przed pieskiem dziewczyny.

Ptaszek w lesie piórka niesie,
Na gniazdeczko składa,
I jabym ci gniazdko usłał,
Aleś mi nie rada!



39.

Pokochałem szczerze nadobną dziewicę,
Która jak aniołek cudne miała lice.
A gdy mi odrzekła: i ja kocham ciebie,
Wtenczas to myślałem, że już jestem w niebie.
O nic więcej w świecie wtenczas już nie dbałem,
Bo mi ukochanka była szczęściem całem.
Ale moje szczęście zbyt długo nie trwało.
Bo się płoche dziewczę w innym pokochało. —
To też od tej chwili nikomu na świecie
Wierzyć już nie będę, a zwłaszcza kobiecie, —
I to tak się dzieje z chłopcami wszystkimi,
Którzy tu aniołów szukają na ziemi.



40.

Ty ze mnie szydzisz dziewucho,
Ty ze mnie szydzisz!
Ty mnie tylko wtedy kochasz,
Kiedy mnie widzisz.
Hop, hop! da i da,
Kiedy mnie widzisz, da dana.

Z ciebie nie szydzę, chłopaku,
Z ciebie nie szydzę;
Bo cię zawsze szczerze kocham,
Choć cię nie widzę.
Hop, hop! i t. d.


Ty będziesz moją, dziewulo,
Ty będziesz moją.
Jeno mi się przysieweczki
W polu dostoją.
Hop, hop! i t. d.

Przysieweczki z pola sprzątnę,
Wezmę, wymłócę, —
I zaniosę na zapowiedź,
Do ciebie wrócę.
Hop, hop! i t. d.

Jednę część dam organiście
Co pójdzie na chór.
I zaśpiewa uroczyście:
Veni Creator.
Hop, hop! i t. d.

Sprzedam cielę na jarmarku
Za cztery bite,
I wyprawię weselisko
Sute obfite.
Hop, hop! i t. d.

A to wszystko dla cię, luba,
Dla cię jedyna!
Boś ty tylko jedna w świecie
Moja dziewczyna!
Hop, hop! i t. d.



41.

Staś mi pierścionek przyniósł z jarmarku,
Józio z prześlicznych róż wianek;
Tyś mi żadnego nie dał podarku,
Lecz Janku, tyś mój kochanek.
Stasiowe śpiewy, dziewcząt kochanie,
Ślicznie brzmi Józia multanka;
Lubię ja śpiewy, lubię ja granie,
Lecz śpiewy i granie Janka.
Stasiowe usta jak dwa koralki,
Włos od piór kruczych czarniejszy;
Józia mi chwalą wszystkie góralki,
Lecz Janku, tyś najpiękniejszy.
Staś na mnie spojrzał, jam się rozśmiała,
Józio uściskał tak miło;
Lecz gdy twa ręka moją ściskała,
Ach Janku, serce mi biło.
Staś wczoraj do mnie przysłał swe swaty,
Dziś Józia swatów się boję;
Przyjdź, Janku, uderz w okno mej chaty,
Przyjdź tu i bierz mnie jak swoję.



42.

Nie uciekaj dziewczę lube,
Moje sto tysięcy;
Dogonię ja moją zgubę,
I nie puszczę więcej.


Krąży ptaszek w ciemnym lesie,
Gałązek się czepia,
Aż dognany piórka niesie,
Gniazdeczko ulepia.

Gospodarzu nie dasz wiary,
Jak konie opłacę;
Wydałem ja twe talary,
Moje serce tracę!

Grajcie skrzypki, bo się smucę.
W opłakanym stanie,
Z konikami do dom wrócę,
Serce tu zostanie.

K.  Brodziński.



43.

U prząśniczki siedzą jak anioł dzieweczki,
Przędą sobie przędą jedwabne niteczki.
Kręć się, kręć, wrzeciono,
Wić się tobie, wić!
Ta pamięta lepiej,
Czyja dłuższa nić!

Poszedł do Krakowa młodzieniec z wiciną,
Łzami się zalewał, żegnając z dziewczyną.
Kręć się, kręć, wrzeciono,
Wić się tobie, wić!
Ta pamięta lepiej,
Czyja dłuższa nić!


Gładko idzie przędza, wesoło dziewczynie,
Pamiętała trzy dni o wiernym chłopczynie.
Kręć się, kręć, wrzeciono,
Wić się tobie, wić!
Ta pamięta lepiej,
Czyja dłuższa nić!
Inny się młodzieniec podsuwa z ubocza,
I innemu rada dziewczyna ochocza.
Kręć się, kręć, wrzeciono,
Prysła wątła nić!
Wstydem dziewczę płonie.
Wstydź się, dziewczę, wstydź!



44.

Wesoły ja parobeczek,
Zalecam się do dzieweczek,
Do dzieweczek się zalecam,
Każdej taniec przyobiecam.
W lewo w prawo pójdę z Kaśką,
A mazura utnę z Baśką,
Dziewczęta mnie też kochają,
Boczkiem na mnie spoglądają.
Każda za mnie iśćby rada,
Choć niejedna na mnie gada:
Boć to zwyczaj dziewcząt taki,
Ten im taki, ten owaki.


Ale niechno którą zechcę,
I w serduszko ją połechcę,
O mój Jezusiczku miły,
Wszystkie będą zazdrościły.
Bom też chłopak łepski sobie,
Zdrów i wesół w każdej dobie,
Czy to taniec czy to żniwo,
Zawsze u mnie naprzód żywo.
Cóż dopiero kiej w niedzielę,
Nowiusieńką mam kamzelę,
U koszuli wstęgę, burą,
A na czapce pawie pióro.
Wtedy kiej mnie Rózia zoczy,
Nie odwróci czarnych oczy.
Oj i ja też patrzę na nią,
Wszystkie inne dałbym za nią.

J.  Woykowska.



Laura i Filon.
Laura.

Już miesiąc zaszedł, psy się uśpiły,
I coś tam klaszcze za borem
Pewnie mnie czeka mój Filon miły,
Pod umówionym jaworem.

Nie będę sobie warkocz trefiła,
Tylko włos zwiążę splątany:
Bobym się jeszcze bardziej spóźniła,
A mój tam tęskni kochany.
Wezmę z koszykiem maliny moje,
I tę plecionkę różową;
Maliny będziem jedli oboje:
Wieniec mu włożę na głowę.
Prowadź mię teraz miłości śmiała;
Gdybyś mi skrzydła przypięła!
Żebym najprędzej bór przeleciała!
Potem Filona ścisnęła.
Oto już jawor... Niemasz miłego!
Widzę, że jestem zdradzona!
On z przywiązania żartuje mego!
Kocham zmiennika Filona.
Pewnie on teraz koło bogini,
Swej czarnobrewki Dorydy,
Rozrywkę sobie okrutną czyni,
Kosztem mej hańby i biedy.
Pewnie jej mówi: że obłądzona
Wdzieram się w drzewa i bory,
I... zamiast jego białego łona,
Ściskam nie czułe jawory.
Filonie! wtenczas.. kiedym nie znała
Jeszcze miłości szalonej,
Pierwszy raz jam ją w twoich zdybała
Oczach i mowie pieszczonej.
Jakżem się mocno ubezpieczyła.
Że z tobą będę szczęśliwą!
A z tem się chytrze ukryć siliła,
Że bywa czasem fałszywą.

Słabą niewinność łatwo uwiodą!
Teraz, wracając do domu,
Nauczać będą moją przygodą,
Żeby nie wierzyć nikomu.
Ale któż zgadnie: przypadek jaki
Dotąd zatrzymał Filona?
Może on dla mnie zawsze jednaki,
Możem ja próżno strwożona?
Lepiej mu na tym naszym jaworze
Koszyk i wieniec zawieszę,
Jutro paść będzie trzodę przy borze,
Znajdzie!... jakże go pocieszę;
O nie! on zdrajca; on u Dorydy,
On może teraz bez miary,
Na sprosne z nią się wydał bezwstydy ..
A ja mu daję ofiary..
Widziałam wczoraj, jak na nią mrugał:
Po tem coś cicho mówili:
Pewnie to dla niej ten kij wystrugał,
Co mu się wszyscy dziwili.
Jakżeby moją hańbę pomnożył,
Gdyby od Laury uwity
Wieniec na głowę Dorydy włożył,
Jako łup na mnie zdobyty?
Wianku różany, gdym cię splatała,
Krwiąm cię rąk moich skropiła:
Bom twe najmocniej węzły spajała,
I z robotąm się kwapiła.
Teraz bądź świadkiem mojej rozpaczy,
I razem naucz Filona:
Jako w kochaniu nic nie wybaczy
Prawdziwa miłość wzgardzona.

Tłukę o drzewo koszyk mój miły,
Rwę wieniec, którym splatała.
Te z nich kawałki będą świadczyły;
Żem z nim na wieki zerwała..
Kiedy w chróścinie Filon schroniony
Wybiegł do Laury spłakany,
Już był o drzewo koszyk stłuczony,
Wieniec różowy stargany.


Filon.

O popędliwa!... o ja niebaczny!...
Lauro!.. poczekaj... dwa słowa..
Może występek mój nie tak znaczny,
Może zbyt kara surowa;
Jam tu przed dobrą stanął godziną,
Długo na ciebie klaskałem;
Gdyś nadchodziła, między chrościną
Naumyślnie się schowałem,
Chcąc tajemnice twoje wybadać,
Co o mnie będziesz mówiła?
A ztąd szczęśliwość moją układać,
Ale czekałem zbyt siła.
Pierwsze two skargi o Dorys były,
Sądź o mnie, Lauro, inaczej:
Kogożby wdzięki tamte wabiły,
Kto cię raz tylko obaczy?
Prawda, że czasem z nią się bawiło,
Mając znajomość od długa;
Ale kochania nigdy nie było —
Nie już ten kocha, co mruga.

Oto masz kij ten, po nim znamiona
Niebieskie gładko rzezane,
W górze zobaczysz nasze imiona,
Obłędnym węzłem związane.
Cóżem zawinił, byś mnie gubiła,
Przez twój postępek tak srogi?
Czyliż dla tego, żeś ty błądziła,
Ma ginąć Filon ubogi?
Jeźli się za co twych gniewów boję..
To mnie twa rozpacz strapiła:
Drogom kupował ciekawość moję;
Łzamiś ją swemi płaciła.
Ale w tem wszystkiem złość nic nie miała,
Wszystko z powodu dobrego;
Ja wiem dlaczegoś tyle płakała,
Ty wiesz mój podstęp dlaczego?


Laura.

Dajmy już pokój troskom i zrzędzie:
Ja cię niewinnym znajduję;
Teraz mój Filon droższy mi będzie,
Bo mnie już więcej kosztuje.


Filon.

Teraz mi Laura za wszystko stanie,
Wszystkim pasterkom przodkuje;
Do gniewu ją to wzrusza kochanie,
I dla miłości daruje.


Laura.

Jedna cię Dorys wyłączyć miała,
Jej pierwsze miejsce naznaczę.

Na to wspomnienie drżę zawsze cała:
Cóż kiedy cię z nią obaczę!


Filon.

Dla twego, Lauro, przypodobania,
Przyrzekam ci to na głowę:
Chronić się będę z nią widywania,
W żadną nie wnijdę rozmowę.


Laura.

Czemże nagrodzę za te ofiary?
Nie mam prócz serca wiernego;
Jedne ci zawsze przynoszę dary,
Przyjmij jako co nowego.


Filon.

Któżby dla ciebie nie zerwał węzły
Przyjaźni co mnie nęciły?
W twej pięknej twarzy wszystkie uwięzły
Nadzieje moje i siły.


Laura.

Ja mam mieć z płaczu po twarzy smugi;
Ale, jak mi się nadarzy
Spleść i ułożyć warkocz mój długi,
Mówią, że mi to do twarzy.


Filon.

Gdyby mi Akast dawał swe brogi
Ze złotem swojej Izmeny,
Rzekłbym: Akaście! tyś jest ubogi,
Bo moja Laura bez ceny.


Laura.

Ani ja pragnę szczęścia wielkiego,
Które (choćbym też i miała),
Za jeden uśmiech Filona mego
::Zarazbym z chęcią mieniała.


Filon.

O światło moje pośród tej nocy,
Zagrodo mego pokoju!
Ty jeszcze nie wiesz o twojej mocy,
A ja czuję ją!... o moja!


Laura.

Połóż twą rękę, gdzie mi pierś spada,
Czy słyszysz to serca bicie?
Za uderzeniem każdem ci gada,
Że cię tak kocha jak życie.


Filon.

Daj mi ust... z których i niepokoje,
I razem słodycz wypływa...
Tą drogą poślę zapały moje
Aż, gdzie twa dusza przebywa.


Laura.

Czy w każdym roku taka z kochania,
Jak w osiemnastym mozoła?
Jeźli w tem nie masz pofolgowania,
Jak człek miłości wydoła?


Filon.

Ściśnij twojego Lauro! Filona;
Ja cię przycisnę wzajemnie:

Serca zbliżone łonem do łona,
Rozmawiać będą tajemnie.


Laura.

Ty mię daleko ściskasz goręcej,
A jam cię tylko dotknęła:
Nie przeto, Filon, kochasz mię więcej:
Miłość mi siły odjęła.


Filon.

Lauro! coś dotąd dla mnie świadczyła,
Jeszcze dowodzi to mało,
Że mię tak kochasz, jakeś mówiła:
Jeszcze mi prosić zostało.


Laura.

Tegom się miała z ciebie spodziewać?
Jakże to skarga niezbożna!
Nie proś, nie każ mi: ty mnie chcesz gniewać,
Kochać cię więcej nie można.


Filon.

Kiedyż mnie za to nie będziesz winić?
I kiedy będziesz wiedziała,
Co do dzisiejszej łaski przyczynić;
Że taka miłość nie cała?


Laura.

Filonie! widzisz wschodzące zorze,
Już to drugi raz kur pieje.
Trochę przydługo bawię na dworze...
Już matka wstała!... truchleję.


Filon.

Żal mi cię puścić, nie śmiem cię trzymać...
Kiedy przyspieszy czas drogi,
Gdy z moją Laurą i słodko i drzymać,
I bawić będę bez trwogi.


Laura.

Miesiącu! już ja idę do domu!
Jeźliby kiedy z Dorydą
Filon tak tracił noc pokryjomu,
Nie świeć, niech na nich dżdże idą.

Fr.  Karpiński.



46.

Serce, serce skąd to bicie,
I co znaczą troski twe?
I to nowe obce życie,
Ja dziś nie poznaję cię.

Czy mię olśnił blask jej lica,
Czy cudowna postać ta,
I czarowna ta źrenica,
W której odblask niebo ma?

I na tej tu pajęczynie,
Która się tak wątła zda,
Ej udało się dziewczynie,
Że mnie w swojej mocy ma.


Gdzieś podziało, coś kochało,
Gdzie to, co się zasmucało,
Gdzie swoboda, żywość ta,
Co to wszystko znaczyć ma?

Że chociaż jej się wyrzekam,
Choć ją mijam, choć uciekam,
Skądem uciekł, wracam tam,
I co począć, nie wiem sam.

Że jak w czarodziejskiem kole,
Mimo chcąc, jej pełnię wolę,
Żeby tak odmienić się,
Luba, luba puszczaj mię.



47.

Ach! już się zbliża ta chwila rozstania,
Co może wiecznie rozłączy nas z sobą,
Może ostatnie są te pożegnania,
Może ostatni raz mówimy z sobą.
Szybko spędzone szczęśliwości chwile,
Szybko zleciały łąk srebrzyste zdroje,
O srogie męki i nieznośne żale
O jak dręczycie smutne serce moje.
Z tobą już zniknie nadzieja rozkoszy,
I serce tkliwe czuje wieczną zgubę,

Jednakże niebios o to tylko proszę,
By dały męstwo i spokojność lubą.
Ach spojrzyj na mnie, bo ja już w twe progi
Złożyć przychodzę mej przyjaźni chęci,
Niechaj ci szczęście sypie kwiat pod nogi,
Bywaj mi zdrowa, a miej mię w pamięci.



48.

Od chwili, gdy cię poznałem,
Już nie znam prawie sam siebie,
Swe uczucia poznać ci dałem, —
Bo któżby nie kochał ciebie?
Cieszyłem się w duszy skrycie —
Iż będziesz dla mnie wzajemną,
Chciałem ci poświęcić życie,
Byleś je dzieliła ze mną.
Lecz widzę, ty mnie odrzucasz,
Ty jedna dla mnie na świecie,
Cieszysz się z tego, gdy mnie zasmucasz,
Ja cię nie zapomnę przecie.
Nic więcej nie życzę temu,
Kto serce twoje wydziera,
Niech nędza dokuczy jemu,
Niech ze zgryzoty umiera.

Umrzeć ci umrzeć muszę,
Gdy tak pani życzysz sobie,
Lecz cię kochać nad swą duszę
Będę i w podziemnym grobie.



49.

Gdy noc nadchodzi, wszystko spoczywa,
Sama się tylko miłość odzywa;
Amant znudzony długiem czekaniem,
Napełnia echo swem narzekaniem.
Przybądź czemprędzej moje kochanie!
Zaspokój duszy mojej żądanie.
Nie mam nic w świecie droższego nad ciebie,
Gdy siedzisz przy mnie, jak gdybym był w niebie.
Gdy twe różowe usta całuję,
Z całego świata szydzę, żartuję;
Możniejszy jestem nad wszystkie pany,
Kocham dziewczynę i jestem kochany.
Wy, co w samotnej żyjecie stronie,
Nie znacie słodycz na lubym łonie;
Dziewczęta tylko w świecie rozkoszą,
Łagodnych lubią, dzikich unoszą.

(Melodia w Przyjacielu Ludu Leszczyńskim Rok XIII).



50.

„Wlazł kotek na plotek i mruga,“
Piękna to piosenka, niedługa,
My temu chytremu kotkowi
I sami odmrugnąć gotowi. —

A żaden nie zgadnie, nie zoczy,
Co sobie powiemy przez oczy:
Tak mrugnie figlarnie i zdradnie,
Że człowiek sam sobie nie zgadnie,
W tem sekret, w tem cała zasługa:
„Wlazł kotek na płotek i mruga.“

Ej kotku, ty kotku filucie!
Czy mruga w twych oczach uczucie?
Czy zdrada głęboka a słodka
Zwyczajnie jak w oczach u kotka!?
Czy mrugasz nieszczerze czy szczerze,
Ja zawsze kotkowi nie wierzę,
I wzajem odmrugnę tak ładnie,
Że kotek nic a nic nie zgadnie,
W tem sekret, w tem cała zasługa:
„Wlazł kotek na płotek i mruga.“

A kiedy kotkowym zwyczajem,
Zawiedziem i zdradzim się wzajem,
Niech żaden się na to nie żali,
Bo myśmy oboje mrugali.
Na zręczne mruganie z ukradka
Nikogo nie znajdziem na świadka:
Kto widział, nie zgadnie, co znaczy?
Bo coraz mrugamy inaczej.

W tem sekret, w tem cała zasługa:
„Właz kotek na płotek i mruga.“

Wł. Syrokomla.



51.

Chcesz, żebym Ci piosnkę wysnuł,
Jako nitkę z motka?
Piękną jesteś, ty wiesz o tem,
I to pierwsza zwrotka.

Cóż ci jeszcze mam zaśpiewać,
Któż to na mnie mruga?
O filutko, ty wiesz o tem,
I jest zwrotka druga.

Chcesz, żebym ci jeszcze śpiewał,
Biednaż moja głowa...
Ja cię kocham, ty wiesz o tem,
I piosnka gotowa!



52.

Ach dalibóg powiem mamie,
On coś złego zrobić gotów,
Jęczy, wzdycha, ręce łamie,
Klnie potęgę mych przymiotów.


Serce moje nazwał lodem,
I do tego jeszcze kłamie,
Że ja jego łez powodem,
Doprawdy, że powiem mamie.

W noc pod oknem mem narzeka,
Dzień przepędza nieprzytomnie,
Jak przy mamie — to z daleka,
Jak bez mamy — to on do mnie.

To mnie jakiś ogień pali,
Gdy mu dłoń kładę na ramię,
O jak on często swawoli,
Dalibóg, że powiem mamie.

Lecz jak mama go połaje,
On przypłaci może zdrowiem,
Lub w dalekie pójdzie kraje,
Nie, już lepiej nic nie powiem.



53.

Halineczko, dziewczyneczko,
Nie bądź też jak głaz,
Nie bądź sroga, moja droga,
Pocałuj choć raz.

W twojem oku jest uroku,
Jest tam wdzięków zdrój;
Wzrok gdy rzucisz, serce skłócisz,
Już nie jestem swój.
W tych usteczkach, koraleczkach,
Taka rozkosz tchnie:
Że uśmiechem i oddechem,
Na wskroś palisz mnie.
Koło ciebie jest jak w niebie,
Taki jest tam raj,
Że zmamiony człek szalony,
Woła: ustek daj!
Więc dla tego dla miłego,
Nie bądź też jak głaz,
Nie bądź sroga, moja droga,
Pocałuj choć raz.
Gdy nie raczysz, wnet zobaczysz,
Jak się umiem mścić;
Będę wzdychać i usychać,
W samotności żyć.



54.

Żem dziewczyna jak malina,
Każdy mówi mi chłopczyna,

Ale ja się przyznam szczerze,
Wszystkim chłopcom nic nie wierzę.
Rzec mu tylko: o mój drogi,
Żeń się ze mną, to on w nogi.
Teraz taki świat, mój panie,
Biedna męża nie dostanie,
Więc i nam się może godzić,
Równie chłopców za nos wodzić,
Pójdź chłopczyno, pójdź mój drogi,
A gdy przyjdzie to ja w nogi.
Dawniej żenili się z cnotą,
Przenosili wdzięk nad złoto,
Dzisiaj każdy chłopiec czuły,
Wzdycha tylko do szkatuły,
Pójdź mój chłopcze, żeń się drogi
Z mą szkatułą, a ja w nogi.



55.

Szedł bednarczyk borem, lasem,
Wstąpił do gospody,
Toporeczek miał za pasem,
A był taki młody.
Gospodarz go w dom powitał,
Gosposia witała,

O nowiny każdy pytał,
Córa pokraśniała.
Jam bednarczyk od granicy,
Na zapis wędruję,
Cech szynkarski zaś w stolicy
Na mnie wyczekuje,
Bo wam powiem to na ucho,
Człowieku poczciwy —
Z szynkarzami będzie krucho,
Król wymyśla dziwy.
Jakieś klamki i ułamki,
W prawa układają,
A gdzie obręcz nie w trzy zamki
Szynki zamykają.
Wiecie teraz, tylko cicho!
Niech się nikt nie dowie,
Boby ze mną było licho,
Teraz bądźcie zdrowi.
I zbiera się w dalszą drogę,
Chce płacić za piwo,
Na to szynkarz: „Nie, nie mogę
Nie puszczę, jak żywo.
Grosza nie chcę, dam wygodę,
Zapłacę sowicie,
Tylko mi na nową modę
Beczki wprzód pobijcie.“

Został bednarz, miał wygody,
Warsztat stał w komorze,
Nibyć dłubie, niby robi
A skończyć nie może.
Ciągle dłubie, ciągle struże
Do drzwi stoi bokiem,
A z podełba jakoś mruże
Na dziewczynę okiem.
Poszedł ojciec do piwnicy,
Po sądkach kołata,
Matka pierze u krynicy,
Córa do warsztata.
Zajrzy stary do komory,
Jak to tam te zamki,
Bednarz wdzięczy się do córy,
Jak gołąb do samki.
I do ucha jej coś grucha,
Ręką objął w poły,
Ona słucha i też grucha,
Tak gruchają społy.
Krzyknie stary: „Hej, hej matka,
Patrz co się tu dzieje;
On jej grucha coś do ucha,
A ona się śmieje.“
„Cicho stary, toć do pary
Zawsze trzeba dwoje,

A że umie i rozumie,
Znać to dziecko moje.
Oj bednarzu, oj figlarzu
Znam ja twoje zamki,
Znam wiek młody, czas urody
Starość zamkła klamki,“
I zwiesiła głowę siwą,
Zbeczeli się starzy,
Widzą parę urodziwą,
Wiek młody się marzy.
Młodzi stoją, znać się boją,
Zwarli ręce w klamki,
Do nóg taty padli maty,
Ścisnęli jak w zamki.
Oj bednarzu, przy ołtarzu
Widzę cię, ślubujesz;
Od granicy do stolicy
Czyliż powędrujesz?

I.  Danielowski.



56.

Kiedy ja usiądę
Przy mojej Dorydzie,
Oczka w nią wlepię
Zapomnię o biedzie.

A kiedy mnie jeszcze
Ściśnie, pocałuje,
Niech się Dorysia
O mnie nie frasuje.
A kiedy mi powie:
I ja kocham ciebie,
O! wtenczas myślę
Że już jestem w niebie.
Powiedzieli ludzie
Ludzie nieżyczliwi,
Że się Dorysia
Przy mnie nie wyżywi.
Niech ludzie gadają
Ludzie nieżyczliwi,
Jeszcze Dorysia
Przy mnie się wyżywi.
Oj będę ja nocą,
Dniem do pracy chodził,
Bylem Dorysi
To życie osłodził.



57.

Z jakim on wzrokiem na mnie spogląda,
Aby go kochać swem spojrzeniem żąda;
Nie chcę, nie mogę, wzrok mnie nie wzruszy,
Mnie więcej trzeba dla serca i duszy.


Wziął moją rękę, całuje i ściska,
I myśli, żem już jego serca blizka, —
Ja tak nie mogę, nie wart wzajemności,
Bo za lekko sądzi o stałej miłości. —
Gdy do mnie mówi, głos jego jest drzący,
A ja to myślę, że to jest niechcący,
Nie chcę, nie mogę, ale wyznać muszę,
Że ja go kocham, bo czułą ma duszę.
A co ja widzę? na kolanach błaga,
I jego miłość widocznie się wzmaga. —
Och! ja już mogę, i to wyrozumiem,
Bo taką miłość ja ocenić umiem.



58.

Miłość dar nieba zbyt drogi,
Jej płacą hołd wszystkie stany:
Monarcha, żebrak, ubogi,
Uczeni, kmiecie i pany.
Ów mędrzec, co miłość czuje,
Chętnie się do pióra bierze;
Chętnie naucza, pracuje;
Szczęśliwy, kto kocha szczerze.
Po pracy, oblany potem,
Rolnik z swą lubą spoczywa,
Pod bujnej wierzby uplotem,
Swobodnej chwili używa.


Wesoło idą na niwy,
Obok kochanek pasterze,
I wiek swobodny jest tkliwy,
Szczęśliwy, kto kocha szczerze.


59.

Miłości, o niebios darze!
Jakże ciebie czcić należy,
Niechaj ci z mirtu ołtarze,
Każdy wystawi z młodzieży. —

Dla ciebie gardzę skarbami,
Za próżną sławą nie gonię,
Żadna mnie wielkość nie mami
Na lubej kochanki łonie!

Gdy się przy niej życie spędza,
Troski się mienią w rozkosze,
Miłe ubóstwo i nędza,
Kiedy z nią razem znoszę.



60.

Czy ja cię kocham, powie gwiazdeczka,
Com powiernicą uczynił ją;
Czy ja cię kocham, spytaj kwiateczka,
Który ci składam zroszony łzą.


Czy ja cię kocham, zapytaj o to
Nieba i ziemi i słońca i fal;
Czy ja cię kocham, droga istoto,
Zapytaj Boga, co zna mój żal.

Oh! gdybyś ty mnie kochała wzajem,
Ja bym ci głośno powiedzieć śmiał,
Że świat ten dla mnie stałby się rajem,
Bo moją bym cię na wieki zwał.

J. Chęciński.



61.

Wpośród drzew gęstych w altanie,
Swej kochance ściska dłoń
Rycerz, co w krwawe spotkanie
Wkrótce ma podnieść swą broń.
Wieczór, w ogrodzie milczenia,
Lubą wonią pachnie kwiat,
I słowika słodkie pienia
Upięknia kochanków świat.
Lecz nie dla nich śpiew słowika,
Ani zapach bzu i róż;
Bo ich serce coś przenika,
Że się nie zobaczą już.
Ciężko ukryć żal dziewczynie,
Błysła łza w źrenicy jej,
Kiedy wrócisz, mój Edwinie?
Prędko wróć do Wandy twej.

Edwin rzekł: miesiące miną,
Nim będę mógł ujrzeć cię,
Lecz nim bzy się znów rozwiną,
Pewno luba ujrzę cię.
I ostatni raz uścisnął
Swej kochance piękną dłoń,
Potem dalej bronią błysnął
I już tętnił jego koń.
Minął roczek pożądany,
Znowu kwitły róże, bzy,
Edwin wrócił do altany,
Gdzie płynęły Wandy łzy.
Lecz niestety! tam gdzie róże
Widzi grób pod krzakiem bzu,
I litery na marmurze:
Twoja Wanda leży tu.
Więc umarła, rzekł z boleścią,
Już tu nie zobaczym się,
Powróciłem nie dość wcześnie,
Ale znajdę, znajdę cię.
Zaraz zrzuca zbroję z siebie,
I w klasztorze bierze ślub;
Wkrótce na cmentarzu grzebie
Kilku mnichów jego grób. —



62.

Dzisiaj biegałam po łące,
Motylów było tysiące,
Bo zawsze i wszędzie
Motylów dość będzie.
Miałam siatkę w mojej dłoni,
Wszakże tego nikt nie wzbroni,
Ukarać motylka,
Co zdradził róż kilka.
Długom była w niepewności,
Którego z tych jegomości
Złapać w moją klatkę,
W bawełnianą siatkę.
Wtem jeden zdala przybywa,
I nigdzie nie odpoczywa,
Tylko raz i trzeci
Do innych róż leci.
A ja dalej za nim gonię,
On poleciał poza błonie,
Alem go spostrzegła
I za nim po biegła.
I znienacka się posuwam,
I siateczkę mą wysuwam.
Stawiam ją powoli,
Już motyl w niewoli.

Wtem się jedna z róż odzywa:
Tak zwodnikom zawsze bywa,
Kto postąpi zdradnie,
Sam w końcu w sieć wpadnie.



63.

Chciało się Zosi jagódek
Kupić ich za co nie miała,
Jaś ich miał pełny ogródek,
Ale go prosić nie śmiała.

Wnet sobie sposób znalazła,
Rankiem się z chatki wykradła,
Cicho przez płotek przelazła,
Wiśnie Jasiowi objadła.

Poznał się Jasio na szkodzie,
Wróble to, mówił, zrobiły,
Odtąd mi w moim ogrodzie
Nie będą ptaszki gościły.

Na drążku, tak jak należy,
Kapelusz pięknie ugładził,
Zawiesił starej odzieży
I stracha w sadzie posadził.


Zośka się stracha nie bała,
Płotek szczęśliwie przebyła,
Z swojej się sztuki rozśmiała,
I nową szkodę zrobiła.

Ale się Jasio domyślił,
Co to za ptaszek tak śmiały,
Nowe sidełka wymyślił,
I dobrze mu się udały.

Na miejsce tyczki udanej
Cicho pod drzewem sam staje,
W starej odzieży ubrany
Stracha owego udaje.

Podług swojego zwyczaju
Zosia gałązkę nagina,
„A tuś mi, miły hultaju!“
Złapana biedna dziewczyna.

Potem jak słuszność kazała,
Skarał złodzieja przy szkodzie;
Zosia z początku płakała,
Potem umilkła przy zgodzie.

Jakób Jasiński.



64.

Dobry wieczór, dziewczę lube,
Przecudna Halino,
Gdzieżeś mi się ty wybrała
Tak późną godziną?
Dobry wieczór, do kościoła,
Dzisiaj ślub w kościele,
Widzisz wianek na mej głowie,
Dziś moje wesele.
Ach ja biedny, nieszczęśliwy,
Ja temu nie wierzę;
Tyś mi o tem nie mówiła,
Że cię inny bierze.
Alboś mię ty o to pytał,
Ani ci się śniło,
Tymczasem inny zawitał,
Jak odmówić było?
Spojrzyj na mnie, lube dziewczę,
Ja widzę z twych powiek,
Ty mię kochasz, kochasz jeszcze,
Jam szczęśliwy człowiek.
A niech ci się o tem nie śni,
Ja mam już innego,
Żal mi tylko, żem już wcześniej
Nie poszła za niego.

O Halino! smutna dola,
Żegnam cię na wieki,
Jeźli taka twoja wola,
Grób mój nie daleki.



65.

Wyszła dziewczyna, wyszła jedyna
Jak różowy kwiat,
Oczki zapłakała, rączki załamała,
Zmienił jej się świat.

Czego ty płaczesz? czego lamentujesz?
Dziewczyno moja,
Jak ja nie mam płakać, nie mam lamentować
Nie będę twoja.

Będziesz dziewczyno, będziesz jedyno
Będziesz, dalibóg,
Ludzie mi cię rają i rodzice dają
I sam sądzi Bóg.

Ty pójdziesz górą, ty pójdziesz górą,
A ja doliną,
Ty zakwitniesz różą, ty zakwitniesz różą
A ja kaliną.

Ty pójdziesz drogą, ty pójdziesz drogą,
A ja lasami,
Ty się zmyjesz wodą, ty się zmyjesz wodą,
Ja memi łzami.

Ty pójdziesz drogą, ty pójdziesz drogą
A ja gościńcem,
Ty będziesz panną, ty będziesz panną
A ja młodzieńcem.


Ty będziesz panną, ty będziesz panną
Przy wielkim dworze,
A ja będę księdzem, a ja będę księdzem
W białym klasztorze.

Ty pójdziesz drogą, ty pójdziesz drogą
Ja pójdę ścieżką.
Ty zostaniesz księdzem, ty zostaniesz księdzem,
Ja będę mniszką.

A jak pomrzemy, a jak pomrzemy,
Każemy sobie
Złociste litery, litery złociste
Wybić na grobie.

A kto tam przyjdzie, albo przyjedzie
Przeczyta sobie:
Złączona miłość, złączona miłość
Leży w tym grobie.



66.

Zapłakała, przeżegnała,
Pierścioneczek dała swój;
Jam go schował, ucałował,
I ruszyłem w świat.

Jak ruszyłem, nie tęskniłem,
Bo świat takim pięknym był,
Cud przy cudzie, kwiaty, ludzie,
Młodociane dni.


Zrywałem, och! kochałem,
I mówiłem sobie tak:
Tu co chwilę szczęścia tyle,
Skarbów tyle mam.

Kwiatów wonie, bratnie dłonie
Zewsząd do mnie garną się,
A tam ona, zasmucona,
Dała tylko łzę!

Łzę mi dała, przeżegnała,
Pierścioneczek dała swój,
W podróż całą to zbyt mało,
Ja chcę więcej mieć.

Tak mówiłem i pędziłem
Coraz dalej, dalej w świat,
Aż bez siły u mogiły
Zatrzymałem się!

Patrzę w koło, schylam czoło,
Szukam kwiatów, zwiędły już;
Szukam ludzi, wzrok się trudzi,
Nie zostało nic.

Tyle wrażeń i wydarzeń
Pamięć tylko mam jej łzy,
Ach! i został, ten com dostał,
Pierścioneczek jej!

Żmichowska.



67.

Gdy w czystem polu słoneczko świeci,
Dzionek przy pracy prędzej uleci,
A mnie chwile milej płyną
I godzina za godziną,
Z moją Marysią, matulu,
Z moją jedyną.

Krówka powraca do swej zagrody,
Szukając cienia i zimnej wody,
A mnie tęskno bez miłego
Chłopaka czarnobrewego
Jasieńka mego, matulu,
Jasieńka mego.

Kwitnie w ogrodzie lilija biała,
Rośnie na stawie trzcina wspaniała,
Jak lilija kieby trzcina
Moja nadobna dziewczyna.
Moja Marysia, matulu,
Moja jedyna.

Pójdę ja zrywać trawkę zieloną,
Zaśpiewam sobie piosneczkę oną,
Com śpiewała kochanemu
I dawno mi życzliwemu
Jasiowi memu.


Pójdę ja zrzynać pszeniczne snopki,
Albo układać w polu półkopki,
A jak mi się kwiat nawinie
To go zaniosę dziewczynie
Marysi mojej, matulu,
Mojej jedynej.

Pięknie wzrok bawi świeża kalina,
Słodko smakuje winna malina,
Ale świeższa jak kalina,
Jeszcze słodsza jak malina,
Marysia moja, matulu,
Marysia moja.

Pięknie pod wieczór wiosennej chwili
W zielonym gaju słowiczek kwili,
Ale dla serca mojego
Milszy głos ulubionego,
Jasieńka mego, matulu,
Jasieńka mego.

Wszystko przemija zwykle na świecie
Wiosna po zimie, jesień po lecie.
Nasze szczęście nie przeminie:
Bo w każdej życia godzinie
Kochać się będziem wzajemnie,
Kochać jedynie.



68.

O mym lubym zawsze marzę,
Przy nim tylko pragnę żyć,
Ale mama mi nie każe,
O milości ani śnić.

Mama mówi, żem dziecinna,
Ze to tylko serca szał,
Ach mój Boże! cóż ja winna,
Żeś mi takie serce dał.

W ojcu mym nadzieja cała.
Ojciec to mój Anioł stróż,
Matka ojca tak kochała,
Zapomniała jednak już.

Matko moja, los Bóg daje,
Pomnij własny mirtu kwiat,
Gdyś przed ołtarzem klęczała,
Nie miałaś szesnastu lat.

Moja mamo nie bądź sroga,
Ja już mam szesnaście lat,
On mnie kocha, ach! dla Boga,
Wydajże mię, wydaj w świat.

On mnie kocha z całej siły,
Ja też wzajem kocham go,
Jak nie kochać kiedy miły,
Gdy tak miłem szczęście to.


Miły chłopiec, mój bogdanek,
On rozpacza za mną już,
Z gwiazd mi splata ślubny wianek,
Lecz ja wolę wianek z róż.



69.

Poszła panna po wodę,
Miała piękną urodę,
Przyjechał ci pan
I stłukł ci jej dzban.

Moja panno, nie płaczże,
Ja ci ten dzban zapłacę;
Talara ci dam
Za zielony dzban.

I talara nie chciała,
Tylko dzbana płakała;
„Mój zielony dzban,
Co mi go stłukł pan.“

„Moja panno, nie płaczże,
Ja tobie dzban zapłacę:
Konika ci dam
Za zielony dzban.“


I konika nie chciała,
Tylko dzbana płakała:
„Mój zielony dzban,
Co mi go stłukł pan.“

„Moja panno nie płaczże,
Ja tobie dzban zapłacę:
Sam ci się oddam
Za zielony dzban.“

„Chwała Tobie z wysokości,
Żem dostała jegomości,
Za zielony dzban
Dostał mi się pan.“


(Melodya w Prz. Ludu Leszcz. Rok XII str. 16.)


70.

Uciekła mi przepióreczka w proso,
A ja za nią nieboraczek boso,
Trzeba mi się pani matki spytać,
Czy pozwoli przepióreczkę schwytać.
A chwytajże, mój syneczku, chwytaj —
Tylko mi się jej piórek nie tykaj.
A jakże ją, pani matko, chwytać,
Żeby się pióreczek jej nie tykać?
Trza zastawić, mój syneczku, sieci,
To ci sama przepióreczka wleci.



71.

Nad wodą w wieczornej porze
Za gąskami chodziła
Dziewczyna śliczna, jak zorze,
Tak swe gąski wabiła:
Pójdźcie, pójdźcie gąski moje,
Pójdźcie, pójdźcie do domu;
Niech wam powiem troski moje,
Nie powiedzcie nikomu.

Czy to zniesie dusza, moja dusza,
Żebym temu sprzyjała,
Który mię właśnie przymusza,
Żebym jego kochała.
Pójdźcie, pójdźcie gąski moje,
Pójdźcie, pójdźcie do domu;
Niech wam powiem troski moje,
Nie powiedzcie nikomu.

Jam się w wolności rodziła,
Choć nie znałam swej matki,
Temu sprzyjam, komu miła,
Nie zwiodą mnie dostatki.
Pójdźcie, pójdźcie gąski moje itd.


Niechaj kto chce przeczy temu,
Jam mu słowo raz dała;
Oddałam serce miłemu,
I będę go kochała.
Pójdźcie, pójdźcie gąski moje itd.
I tak chodząc za gąskami,
Rzewnie się rozpłakała,
Mając twarz zlaną łzami,
Na swe gąski wołała:
Pójdźcie, pójdźcie gąski moje itp.


(Melodya w Prz. Ludu Rok XIII.)


72.

On mnie pytał, co ja wolę:
Czy łzy jego, czy z nim żyć?
A ja rzekłam przez swawolę:
Z dwojga złego wolę nic!

Odtąd umilkł, choć mnie kocha,
Tak jak dawniej kochał mnie,
I odpowiedź moja płocha,
Już nie wróci mi go, nie!

A mnie czegoś nie dostaje,
Gdzie się zwrócę, coś mi brak,
A choć mama za to łaje,
Mnie tak smutno, tęskno tak.


Lecz gdyby to zrobił dla,
I zapytać znowu chciał,
Tobym rzekła: spojrzyj na mnie!
A odpowiedź będziesz miał.



73.

Raz mi dziewczę podawało
Swoją rączką, drobną, białą,
Kwiat liliowy bzu,
Kwiat liliowy bzu.

I mówiła pełna wdzięku:
Pięciolistny kwiat mam w ręku,
Chłopcze szczęście tu,
Chłopcze szczęście tu.

Prawdę dziewczę powiedziało,
Bo w swej ręce wtenczas miało
Szczęście moich dni,
Szczęście moich dni.

Oj nie ona, nie dziewczyna,
Tylko chwila ta jedyna,
Zawsze mi się śni,
Zawsze mi się śni.


Zmarnowałaś skarby moje,
Strułaś czyste życia zdroje,
Pokusiłaś mnie,
Pokusiłaś mnie.

Bądź szczęśliwą, ach do woli,
Mnie już serce dziś nie boli,
Łzy nie płyną, nie,
Łzy nie płyną, nie.

Pocóż wiośnie kwiaty rodzić,
By mnie dziewczę miało zwodzić,
Szkoda wiosny tchu,
Szkoda wiosny tchu.

Dziś nie cierpię żadnych kwiatów,
Róż, konwalii, ni bławatów,
A najwięcej bzu,
A najwięcej bzu.



74.

Szynkareczko, szafareczko,
Bój się Boga, stój!
Tam się śmiejesz, a tu lejesz
Miód na kaftan mój.

Nie daruję, wycałuję,
Jakie oczko, brew!
Lica białe, ząbki małe,
Hej spali mię krew.
Cóż tam bracie, tak dumacie?
Pijno, kuma, pij!
Hola, hola! jeźli wola,
Lej nam jeszcze, lej!
Pjane nogi zejdą z drogi:
Co za wielki srom?
Krzykiem żony rozbudzony,
Trafisz gdzie twój dom.
Pij lub kijem się pobijem,
Biegnij dziewczę wczas,
By pogodzić, nie zaszkodzić,
Oblej miodem nas!



75.

Jakiż to chłopiec piękny i młody,
Jaka to obok dziewica,
Brzegami sinej Świtezi wody
Idą przy świetle księżyca? —
Ona mu z kosza daje maliny,
A on jej kwiatki do wianka;
Pewnie kochankiem jest tej dziewczyny,
Pewnie to jego kochanka.

Każdą noc prawie o jednej porze,
Pod tym się widzą modrzewiem.
Młody jest strzelcem w tutejszym borze;
A kto dziewczyna? ja nie wiem.
Zkąd przyszła? darmo śledzić kto pragnie,
Gdzie uszła? nikt jej nie zbada;
Jak mokry jaskier wschodzi na bagnie,
Jak ognik nocny przepada.
Powiedz mi piękna, lubo dziewczyno,
Na co nam te tajemnice? —
Jaką przybiegłaś do mnie drożyną?
Gdzie dom twój, gdzie są rodzice?
Minęło lato, zżółkniały liścia
I dżdżysta nadchodzi pora:
Zawsześ mam czekać twojego przyjścia
Na dzikich brzegach jeziora?
Zawsze po kniejach, jak sarna płocha,
Jak upiór błądzisz w noc ciemną?
Zostań się lepiej z tym, co cię kocha,
Zostań się, o luba, ze mną!
Chateczka moja stąd nie daleka
Pośrodku gęstej leszczyny:
Jest tam dostatkiem owoców, mleka,
I jest dostatkiem zwierzyny.
Stój — stój! odpowie — hardy młokosie,
Pomnę, co ojciec rzekł stary:
Słowicze wdzięki w mężczyzny głosie,
A w sercu lisie zamiary.
Więcej się waszej obłudy boję,
Niż w zmienne ufam zapały;
Możebym prośby przyjęła twoje:
Ale czy będziesz mi stały?

Chłopiec przyklęknął, chwycił w dłoń piasku,
Piekielne wzywał potęgi,
Klął się przy świetnym księżyca blasku —
Lecz czy dochowa przysięgi?
Dochowaj, strzelcze, to moja rada:
Bo kto przysięgę naruszy,
Ach biada jemu, za życia biada!
I biada jego złej duszy!
To mówiąc, dziewka więcej nie czeka.
Wieniec włożyła na skronie,
I pożegnawszy strzelca z daleka,
Na zwykłe uchodzi błonie.
Próżno się za nią strzelec pomyka:
Rączym wybiegom nie sprostał;
Znika, jak lekki powiew wietrzyka,
A on sam jeden pozostał.
Sam został, dziką powraca drogą,
Ziemia uchyla się grzązka, —
Cisza w około, tylko pod nogą
Zwiędła szeleszcze gałązka.
Idzie nad wodą, błędny krok niesie,
Błędnemi strzela oczyma;
Wtem wiatr zaszumiał po gęstym lesie,
Woda się burzy i wzdyma.
Burzy się, wzdyma, pękają tonie,
O niesłychane zjawiska!
Po nad srebrzyste Świtezi błonie
Dziewicza piękność wytryska.
Jej twarz, jak róży blade zawoje,
Skropione jutrzenki łezką,
Jako mgła lekka, tak lekkie stroje
Obwiały postać niebieską.

Chłopcze mój piękny, chłopcze mój młody,
— Zanuci czule dziewica, —
Po co w około Świtezi wody
Błądzisz przy świetle księżyca?
Po co żałujesz dzikiej wietrznicy,
Która cię zwabia w te knieje,
Zawraca głowę, rzuca w tęsknicy,
I może jeszcze się śmieje?
Daj się namówić czułym wyrazem:
Porzuć wzdychania i żale,
Do mnie tu, do mnie! — tu będziem razem
Po wodnym pląsać krysztale.
Czy zechcesz, niby jaskółka chybka,
Oblicze tylko wód muskać,
Czy zdrów jak rybka, wesół jak rybka,
Cały dzień ze mną się pluskać.
A na noc w łożu srebrnej topieli,
Pod namiotami zwierciadeł?
Na miękkich wodnych lilijek bieli,
Śród boskich usnąć widziadeł.
Wtem z zasłon błysną piersi łabędzie,
Strzelec w ziemię patrzy skromnie,
Dziewica w lekkim zbliża się pędzie,
I do mnie — woła — pójdź do mnie!
I na wiatr lotne rzuciwszy stopy,
Jak tęcza śmiga w krąg wielki,
To znowu siekąc wodne zatopy,
Srebrnemi pryska kropelki.
Podbiega strzelec — i staje w biegu —
I chciałby skoczyć i nie chce;
W tem modra fala prysnąwszy z brzegu,
Z lekka go w stopy załechce.

I tak go łechce i tak go znęca,
Tak się w nim serce rozpływa.
Jak gdy tajemnie rękę młodzieńca
Ściśnie kochanka wstydliwa.
Zapomniał strzelec o swej dziewczynie,
Przysięgą pogardził świętą,
Na zgubę oślep bieży, w głębinie
Nową zwabiony ponętą.
Bieży i patrzy, patrzy i bieży,
Niesie go wodne przestworze;
Już zdala suchych odbiegł wybrzeży,
Na średniem igra jeziorze.
I już dłoń śnieżną w swej ciśnie dłoni,
W pięknych licach topi oczy,
Ustami usta różane goni,
I skoczne okręgi toczy.
Wtem wietrzyk świsnął, obłoczek pryska,
Co ją w łudzącym krył blasku, —
Poznaje strzelec dziewczynę zblizka, —
Ach, to dziewczyna z pod lasku!
A gdzie przysięga? gdzie moja rada?
Wszak kto przysięgę naruszy,
Ach biada jemu, za życia biada,
I biada jego złej duszy!
Nie tobie igrać przez srebrne tonie,
Lub nurkiem pluskać w głąb jasną:
Surowa ziemia ciało pochłonie,
Oczy twe żwirem zagasną
A dusza przy tem świadomem drzewie
Niech lat doczeka tysiąca;
Wiecznie piekielne cierpiąc zarzewie,
Nie ma czem zgasić gorąca.

Słyszy to strzelec, błędny krok niesie,
Błędnemi rzuca oczyma.
A wicher szumi po gęstym lesie,
Woda się burzy i wzdyma.
Burzy się, wzdyma i wre aż do dna,
Kręconym nurtem pochwyca,
Roztwiera paszczę otchłań podwodna,
Ginie z młodzieńcem dziewica.
Woda się dotąd burzy i pieni;
Dotąd, przy świetle księżyca,
Snuje się para znikomych cieni:
Jest to z młodzieńcem dziewica.
Ona po srebrnym pląsa jeziorze,
On pod tym jęczy modrzewiem,
Kto jest młodzieniec? strzelcem był w borze,
A kto dziewczyna? ja nie wiem.

A. Mickiewicz.



76.

Hej tam na górze
Jadą rycerze,
Stuku, puku w okieneczko,
Otwórz, otwórz kochaneczko,
Koniom wody daj.
Nie mogę ja wstać
Koniom wody dać,
Bo mi matka nakazała
Żebym z wami nie gadała
Trzeba jej słuchać.

Matki się nie bój,
Siadaj na koń mój,
Pojedziemy w obce kraje,
Gdzie są inne obyczaje,
Malowany dwór.
Przez wieś jechali,
Ludzie pytali,
A co to za panieneczka,
Co to za śliczna dzieweczka
Jedzie z panami?
Wjechali w pole,
Wstrzymali konie,
Obejrzyj się Kasineczko,
Obejrzyj się kochaneczko,
Wszystko to twoje.
Wszystko to moje,
I piękne stroje,
Tylkom z sobą zapomniała,
Com od siostry mej dostała
Wianka na stole.
Czy się mam wrócić,
Czy też nie wrócić,
Czyli ojcu i mej matce,
Co zostali w swojej chatce
Serca nie smucić?

A już ci to już,
Po wianeczku z róż,
Srebrny rąbek, złoty czepek,
Srebrny rąbek, złoty czepek,
Na główeczkę włóż.



77.

Halko droga, Halko miła,
Czarujesz mi duszę;
Jakaś Boska w tobie siła,
Że cię kochać muszę.

Twe rączęta — pieścidełka,
Pieściłbym je wieki,
Twe oczęta — świecidełka,
Świecą w świat daleki.

O! twe oczy w pięknej głowie,
Jak gwiazdeczki tleją!
Zczarowani i królowie,
Gdy im zajaśnieją.

Więc mi nie żal, Halko droga,
Żem utonął cały,
Jakby w jakie cudo Boga
W ocząt twych kryształy.

W Bochni 1870.F. H.



78.

Tam na błoniu błyszczy kwiecie,
Stoi ułan na widecie
A dziewczyna, jak malina,
Niesie koszyk róż.
Stój, poczekaj, moja duszko!
Gdzie tak drobną stąpasz nóżką?
Jam z tej chatki, — rwałam kwiatki,
I powracam już.
Próżne twoje są wymówki,
Pójdziesz ze mną do placówki.
Ach ja biedna, sama jedna,
Matka czeka mnie.
Ztąd są wrogi o pół mili,
Pewnie ciebie namówili.
Ja uboga nie znam wroga,
Nie widziałam, nie.
Może kryjesz wrogów tłuszcze,
Daj buziaka, to cię puszczę.
Jam nie taka, dam buziaka,
Tylko z konia zsiądź.
Z konia zsiędę, prawo złamię,
Za to kulą w łeb dostanę.
Jakiś prędki, dosyć chętki,
Bez buziaka bądź.

Choć mnie życie ma kosztować,
Muszę ciebie pocałować.
Żal mi ciebie, jak Bóg w niebie,
Bo się zgubisz sam.
A jak wartę swą porzucę
I szczęśliwy z wojny wrócę?
Bądź spokojny, wrócisz z wojny,
Pocałunek dam.
Gdy szczęśliwie wrócę z boju,
Gdzież cię szukać mam w pokoju?
Tu w tej chatce przy mej matce,
Nad tą rzeczką w wyż.
A jak zginę, co tak snadnie,
To buziaczek mi przepadnie.
Wierna tobie, na twym grobie,
Pocałuję krzyż.



79.

Dziewczę lube, dziewczę moje,
Zakryj, proszę, oczy twoje,
Bo twe oczy mnie czarują,
Spokój duszy odejmują.
Twoje oczy, jak morderce,
Tak się wkradły w moje serce,
Dziewczę lube, dziewczę moje,
Ja się twoich oczek boję.

Dziewczę lube, dziewczę moje,
Zakryj, proszę, usta twoje,
Bo czarują mnie uśmiechem,
Takie usta mieć jest grzechem.
Twe usteczka takie ładne,
Tak ponętne, trochę zdradne,
Dziewczę lube, dziewczę moje,
Ja się twoich ustek boję.
Dziewczę lube, dziewczę moje,
Zakryj czarne oczka twoje:
Ale otwórz choć raz serce,
Niech wiem, czy tli choć w iskierce.
Czy pokrzywka, czy fijołek,
Czy szatanek, czy aniołek,
Dziewczę lube, dziewczę moje,
Ja się ciebie całej boję.



80.

Moje ty drogie dziewczę figlarne,
Czemu twe oczy takie są czarne?
Jak dwa djamenty, krepą przyćmione,
Takie śmiejące, choć załzawione?

Wyznaj dziewczyno o tym sekrecie,
Nie powiem słówka nikomu w świecie,
Bo cóżby rzekli ci, co nie wiedzą,
Że tam dwa czarne djabełki siedzą!


— Zuchwałe, chłopcze, robisz pytanie
I chcesz bym dała odpowiedź na nie;
Dobrze, lecz proszę, nie zdradź, chłopczyno,
Bo ci nie radzę igrać z dziewczyną!

Czy wiesz, dla czego takie mam oczy,
Co choć błyszczące, a łza je mroczy?
Z nich miłość tryska, kochać chce stale,
A ty z nich czytać nie umiesz wcale!

Zmilkła dziewczyna, zerka oczkami,
A nasz chłopczyna walczy z myślami!
I radby mówić i jeszcze pytać,
I tę figlarkę za słówko schwytać.

Czy się odgadli, co było potem?
Pan Bóg wie chyba — ja nie wiem o tem, —
Ale figlarka swemi oczkami
Straszy wciąż wszystkich, jak djabełkami!

A. Chodecki.



81.

Me lube dziewczę, chciej wierzyć mi,
Miłości piosnkę zanucę ci;
Tyś szczęścia mego jedyny zdrój,
Tyś pani moja, jam sługa twój!


Me lube dziewczę, wierzaj w tę moc,
Gdzie ócz twych niema, tam dla mnie noc:
A z ust twych płynie słodyczy zdrój;
Tyś pani moja, jam sługa twój!

O lube dziewczę, wiedz, tyś mój raj,
Za nic bez ciebie wiosna i gaj,
Bo nic nad piękność wdzięków twych zdrój;
Tyś pani moja jam sługa twój!

Me lube dziewczę, wierzaj mi, iż
Tyś jedna w stanie wywołać dziś
Z twardego serca miłości zdrój;
Tyś pani moja, jam sługa twój!



82.

Powiedz lube dziewczę moje,
Ale powiedz z własnej woli,
Czemu dzisiaj oczy twoje,
Są powodem mej niedoli?

Jak wędrowiec gdzieś zagnany,
Mimo ciężkich dni kolei,
Kiedy wiedzie wzrok zbłąkany,
Widzi promień czczej nadziei.


Czyż mnie za to smutek tłoczy, —
Że masz piękne czarne oczy?...
Tak, gdzie wzrok się mój zatoczy,
Wszędzie widzę czarne oczy.

Tam nad brzegiem starej Wisły,
Kędy ojców moich chata,
Kiedyś takie oczy błysły,
Gdym młodzieńcze pędził lata.

Lecz pomimo ciężkiej rany,
Mimo mego narzekania, —
Powiedz dziewczę żem kochany,
A usłyszysz wnet wyznania.

Już mnie odtąd smutek tłoczy,
Jak ujrzałem czarne oczy,
Bo nad wszelki blask uroczy,
Milsze piękne czarne oczy!



83.

Serce nie sługa, nie wie co to pany,
Nie da się okuć przemocą w kajdany;
Miłością żyje, w niej szuka rozkoszy,
Bez niej usycha, jak róża bez rosy.


Śpiewa w klateczce więziona ptaszyna,
Że była wolną sobie przypomina;
A choć jej ptasznik daje dość żywności,
Jednak przez szczeble wzdycha do wolności.

Zawsze w miłości są róże i głogi,
Los dzisiaj przykry, jutro będzie błogi;
Ten jest szczęśliwy, kto w losów kolei
Umie być stałym, nie tracąc nadziei.

Kto tylko serce, nie skarby ocenia,
Tego przeciwność żadna nie odmienia,
Im więcej cierpi, tem szczęśliwszym będzie,
Choć cel miłości i później posiędzie.



84.

Już słoneczko zaszło,
Słowiki śpiewają,
O naszem kochaniu
Już ludzie gadają.
Gdziekolwiek ja wyjdę,
Niemiła mi droga,
Płaczę i wyrzekam,
I wzdycham do Boga.





III. Dumki
oraz pieśni treści poważnej i smutnej.


85.

Jam róża w maju urosła,
W wiosennej porze się wzniosła.
Jeszcze me pączki kwiat kryją
Nietknięte ręką niczyją.
Jestem jak latorośl młoda,
Na każdą stronę się poda,
Jeźli wam miły kwiat róży,
Zasłaniajcie mnie od burzy.
Jeźli wiatr mroźny zawieje,
Lub upał słońca dogrzeje,
Chrońcie mnie od tej zarazy,
Bom młoda, mogę mieć skazy.
Wolno wam się przypatrywać,
Wolno wam zdala podziwiać,
Lecz zerwać to mnie za szkoda,
Bom jeszcze świeża i młoda.
A gdy się w kwiat już rozwinę,
Wiem, że już wtenczas nie zginę,

Bo będę bardzo ostrożna,
Nim zerwać będzie mnie można.

Wtenczas wprzód cierniem ukolę,
Zanim się zerwać pozwolę,

Lecz tylko temu w ofierze,
Kto kocha wiernie i szczerze.


86.

Rosła kalina z liściem szerokiem,
Nad modrym w gaju rosła potokiem,
Drobny deszcz piła, rosę zbierała,
W majowem słońcu liście kąpała.
W lipcu korale miała czerwone,
W cienkie z gałązek włosy wplecione.
Tak się stroiła jak dziewczę młode
I jak w lusterko patrzała w wodę.
Wiatr co dnia czesał jej długie włosy,
A oczy myła kroplami rosy.
U tej krynicy, u tej kaliny
Jasio fujarki kręcił z wierzbiny,
I grywał sobie długo, żałośnie,
Gdzie nad krynicą kalina rośnie,
I śpiewał sobie dana! oj dana;
A głos po rosie leciał co rana.

Kalina liście zielone miała,
I jak dziewczyna w gaju czekała,
I gdy jesienią w skrzynkę zieloną
Pod czarny krzyżyk Jasia złożono,
Biedna kalina snać go kochała,
Bo wszystkie swoje liście rozwiała,
Żywe korale wrzuciła w wodę,
Z żalu straciła swoją urodę.

T.  Lenartowicz.



87.

Po nad lasy, po nad góry,
Na doliny, sioła,
Kruk się spuścił czarnopióry,
Na żer dziatwę woła.

Oj żerował gdzieś na grobie,
Pośród bojowiska,
Białą rękę trzyma w dziobie,
Na niej pierścień błyska.

„Czarny kruku z jakiej strony
Burza cię przygnała?
Zkąd ten pierścień pozłocony,
I ta ręka biała?“


„Za górami, oj dziewczyno,
Był tam bój nielada,
Krwi młodzieńczej rzeki płyną,
Głów tysiące spada;

Zakopuje lud roboczy
Bohaterskie głowy,
Na mołojców orle oczy
Sypie żwir surowy.

Po kurhankach, jak kopacze
Wyją wilków stada,
I niejedna matka płacze,
Na grób pierśmi pada.

Dziewczę jękiem pierś rozrywa,
Twarz we dłonie chowa,
„Dolaż moja nieszczęśliwa,
Biednaż moja głowa!“

Wiem już teraz kto zabity,
Czyja to dłoń biała;
Jam ten pierścień złotolity
Lubemu oddała. —



88.

W morzu przegląda się gwiazda srebrzysta,
Jak lustro gładka toń przezroczysta,

Płyń barko moja, pogoda sprzyja,
Niech cię prowadzi święta Łucya.
Burza w noc cichą, gdy nie zagraża,
Wolniej oddycha pierś marynarza:
Z wesołą piosnką skały omija,
Bo go prowadzi święta Łucya.
O Neapolu, prześliczny kraju!
Kto cię nie widział, nie poznał raju.
Jako dziewica świeża, radosna,
Tak się uśmiecha wieczysta wiosna.
Czego się spieszysz w noc cichą, jasną?
Gwiazdy ukażą brzeg, zanim zgasną,
Natura swoje wdzięki rozwija,
Żeglarzy wspiera święta Łucya!



89.

Ach mój Boże, ach mój Panie,
Źle na świecie źle!
Z biedą człowiek rano wstaje,
Z biedą kładzie się.
Mróz na dworze i wiatr wieje,
I do chaty dmie,
Na kominie skra nie tleje,
Niema drzewa, nie.
W jasnym dworze tańczą pany,
I kapela grzmi,
Lecz głośniejsze chłopskie tany,
Głośniej piosnka brzmi.

Chłopska piosnka, chłopskie tany,
Niema drzewa, nie,
Zimny komin, zimne ściany,
Źle na świecie, źle.
Niema drzewa, chleba niema,
W chacie mróz i głód,
Ciężkie lato, ciężka zima,
Na ubogi lud.
Źle na świecie i okrutnie,
Że aż w oczach łzy,
A tak w sercu gorzko, smutnie,
Że aż dusza drży.



90.

Żal, żal za jedyną
Za zieloną Ukrainą,
Oj, żal za mojemi,
Za oczkami czarownemi.
Przepióreczka moja mała,
Ona biedna tam została,
A ja tutaj w obcej stronie,
Dniem i nocą tęsknię do niej!
Żal, żal za jedyną,
Za hołubką, za dziewczyną,

Oj, żal serce boli
Niema mojej złotej doli.
Jeszcze wina! jeszcze grajcie,
A jak umrę pochowajcie,
Tam, tam przy dziewczynie,
Przy jedynej, w Ukrainie.
Żal, żal za jedyną
Za hołubką, za dziewczyną.
Oj, żal serce boli,
Szkoda mojej złotej doli.



91.

W głos serdeczna dumka płynie, tam moja jedyna,
A na tej tam Ukrainie matka i rodzina,
Matka tęskna patrzy w pole łzawemi oczyma,
Pusta droga na Podole, ani wieści niema.
Ach! upłynie wody wiele, minie czasu siła,
Zazieleni drogę ziele, nim go ujrzy miła.
Ach! upłynie wody wiele, miną lata, latka,
Zazieleni drogę ziele, nim go ujrzy matka.
W głos serdeczna dumka płynie, tam moja jedyna,
A na tej tam Ukrainie matka i rodzina,
Miła, tęskna patrzy w pole czarnemi oczyma,
Pusta droga na Podole, ani wieści niema.
Czarnobrewko, żal urody, taka wola Boża,
Nie on jeden w świecie młody, tyś jak wiosna hoża,
Czarne oczy, krasne lica, zaklną niejednego,
Tobie szczęście, a tęsknica dla niego, dla niego.

W głos serdeczna dumka płynie, tam moja jedyna,
A na tej tam Ukrainie matka i rodzina.
Próżno czeka stara matka, próżno czeka miła,
W obcej stronie miną latka, uściska mogiła.



92.

Wesoło żeglujmy, wesoło!
Po życia burzliwym potoku;
Jak orły w gradowym obłoku,
Choć wichry, pioruny w około
Wesoło żeglujmy, wesoło!
I dalej, i prędzej i dalej!
Burza się dąsa daremnie,
Kochanka znalazła we mnie,
Z kochankiem twoim poszalej,
I dalej, i prędzej, i dalej!
Muzyka, śpiewy i tańce,
Pochodnią godów zatlijcie,
Śpiewajcie, tańczcie i pijcie!
Zanim przystani kagańce
Spłoszą muzykę i tańce!
Dalej tu do mnie młodzieńce!
Niech każdy kielich wypróżni,
Za życie my ziemi dłużni,
Strójmy się w laurowe wieńce;
Żyjmy wielkością, młodzieńce!

Niech każdy półbogiem będzie!
Choć gorycz dymi z kielicha,
Niech pije, niech się uśmiecha,
Niech listek z lauru zdobędzie,
A każdy półbogiem będzie!
Wesoło żeglujmy, wesoło i t. d.
Każde łańcucha ogniwo
Przeklęte, gdy się rozpadnie;
Gdy rdza się w niego zakradnie,
To ogniem czyścić co żywo
Rdzawe łańcucha ogniwo.
Przesączmy życie dla życia
W wielki ocean ludzkości,
Oddajmy ducha i kości!
A unikniemy rozbicia
Oddając życie dla życia!
Wesoło żeglujmy, wesoło i t. d.

E. Wasilewski.



93.

Już w gruzach leżą Maurów posady
Naród ich dźwiga żelaza;
Bronią się jeszcze twierdze Grenady,
Ale w Grenadzie zaraza.

Broni się jeszcze z wież Alpuhary
Almanzor z garstką rycerzy,
Hiszpan pod miastem zatknął sztandary,
Jutro do szturmu uderzy.
O wschodzie słońca ryknęły spiże,
Rwią się okopy, mur wali;
Już z minaretów błysnęły krzyże:
Hiszpanie zamku dostali.
Jeden Almanzor, widząc swe roty,
Zbite w opornej obronie,
Przerznął się między szable i groty,
Uciekł i zmylił pogonie.
Hiszpan na świeżej zamku ruinie,
Pomiędzy gruzy i trupy,
Zastawia ucztę, kąpie się w winie,
Rozdziela brańce i łupy.
Wtem straż odźwierna wodzom donosi,
Że rycerz z obcej krainy
O posłuchanie co rychlej prosi,
Ważne przywożąc nowiny.
Był to Almanzor, król muzułmanów,
Rzucił bezpieczne ukrycie,
Sam się oddaje w ręce Hiszpanów,
I tylko błaga o życie.
„Hiszpanie, woła na waszym progu
Przychodzę czołem uderzyć,
Przychodzę służyć waszemu Bogu,
Waszym prorokom uwierzyć.“
„Niechaj rozgłosi sława przed światem,
Że Arab, że król zwalczony,
Swoich zwycięzców chce zostać bratem,
Wasalem obcej korony.“

Hiszpanie męstwo cenić umieją:
Gdy Almanzora poznali,
Wódz go uścisnął, inni koleją
Jak towarzysza witali.
Almanzor wszystkich wzajemnie witał,
Wodza najczulej uścisnął,
Objął za szyję, za ręce chwytał,
Na ustach jego zawisnął.
A wtem osłabnął... padł na kolana...
Ale rękami drżącemi,
Wiążąc swój zawój u nóg Hiszpana,
Ciągnął się za nim po ziemi.
Spojrzał dokoła — wszystkich zadziwił:
Zbladłe, zsiniałe miał lice,
Śmiechem okropnym usta wykrzywił,
Krwią mu nabiegły źrenice.
„Patrzcie o giaury! jam siny, blady...
Zgadnijcie czyim ja posłem?...
Jam was oszukał: wracam z Grenady,
Ja wam zarazę przyniosłem!...
„Pocałowaniem wszczepiłem w duszę
Jad, co was będzie pożerać...
Pójdźcie i patrzcie na me katusze,
Wy tak musicie umierać.“
Rzuca się, krzyczy, ściąga ramiona:
Chciałby uściśnieniem wiecznem
Wszystkich Hiszpanów przykuć do łona;
Śmieje się — śmiechem serdecznym.
Śmiał się — już skonał — jeszcze powieki,
Jeszcze się usta nie zwarły,
I śmiech piekielny został na wieki
Do zimnych liców przymarły.

Hiszpanie trwożni z miasta uciekli;
Dżuma za nimi w ślad biegła,
Z gór Alpuhary nim się wywlekli,
Reszta ich wojska poległa.

A. Mickiewicz.



94.

Pięknie, cudnie na Wołoszy,
Tu jak w raju jest rozkoszy,
Chleb bieluchny, pytlowany,
Winogrady jak burzany!
Cóż mi potem, cóż mi potem!
Jam tu tułacz pod namiotem;
Wszystko mi tu wstrętne, cudze,
Bo za swoją wciąż się nudzę.
U Wołocha żona, dzieci,
U Wołocha sad się kwieci.
Domek schludny i wesoły,
A gościnne pełne stoły.
Cóż mi potem, i t. d.
U Wołocha dziwno trocha,
Dziwny język u Wołocha,
Ciągły ukłon, grzeczny, nizki,
Ciągły umizg i uściski.
Cóż mi potem i t. d.

I Wołoszka nie bez ale:
Cudna, piękna, każda wcale,
Spuszcza niby czarne oczy,
A gdy mrugniesz, to podskoczy.
Cóż mi potem i t. d.
Dajże Boże, daj mi proszę,
Rychło rzucić to Wołosze;
Daj mi orać swoją niwkę,
Ściskać swoją czarnobrewkę.
Niech no ujrzę Ukrainę,
Raz na zawsze namiot zwinę,
Wypogodzę smętne czoło,
Będę śpiewał, lecz wesoło.

B. Zaleski.



95.

Gdy wspomnę nasz rodzinny dach,
Gdy serce drży w tęsknoty łzach,
Gdy mi nadziei niknie ślad,
O wtedy czuję ciężar lat.
Lecz gdy boleści ulżyć chcę,
Do syna biegnę w chwilach złych,
W niebieskie oczy patrzę się,
I jego matkę widzę w nich.

Gdy na cmentarzu w skromny grób
Złożyłem ją do krzyża stóp,
Bez czucia padłem jako głaz,
Zdawało się, że skonam wraz.
Lecz dobry Bóg pocieszył mnie,
Syn zmniejszył miarę cierpień mych,
W niebieskie oczy patrzę się,
I jego matkę widzę w nich.
O drogie dziecię w doli zlej,
Przy sercu twem oddychać lżej,
Wspominam dni minionych lat,
I zmarnowany życia kwiat.
Lecz gdy boleści ulżyć chcę,
Do syna biegnę w chwilach złych,
W niebieskie oczy patrzę się,
I jego matkę widzę w nich.
A gdy rozstania przyjdzie czas,
Da Bóg, iż nie zostaniesz sam,
Uścisnę cię, ostatni raz
I twoją matkę ujrzę tam.



96.

Dokąd lecisz pszczółko miła,
Dokąd lecisz, powiedz mnie,

Chwila pracy nie wybiła,
Wszystko jest w grobowym śnie.
Upaść może ranna rosa
I zniweczyć polot twój,
A żniwiarze potem kosą
Zniszczą twych nadziei zdrój.
Nie budź, nie budź senne kwiatki,
Ich okrywa nocy cień!
Powróć miła do swej matki,
Zmień zamiary twoje, zmień.
Dokąd lecisz tak wesoła,
Smutny może być twój los,
Ciebie wstrzymać nic nie zdoła,
Nawet i przyjaźni głos!



97.

Na dolinie zawierucha,
Mokrym śniegiem dmie;
Na kominie ogień bucha,
Trzaska koło mnie.
Przy kominie z lulką stoję,
Puszczam w kłęby dym,
A wspomnienia wszystkie moje
Lecą razem z nim.


Niechaj lecą jak minęły
Chwile młodych lat;
Które z sobą wszystko wzięły
I nadziei kwiat.

Gdzież te kwiatki? gdzie nadzieje?
Ominęły mnie!
Jeden wiatr, co w pola wieje,
Tylko bawi mnie.

On bez celu, ja bez celu,
I ten z lulki dym:
Trzech nas tylko, trzech nie wielu,
Lećmy razem z nim!

Piotr Dalman.



98.

O gwiazdeczko, coś błyszczała,
Gdym ja ujrzał świat,
Czemuż to tak gwiazdko mała,
Twój promyczek zbladł?
Czemuż mi już tak nie płoniesz?
Jak w dziecinnych dniach,
Gdym na matki igrał łonie,
W malowanych snach.


Prędkoś, prędkoś żeglowała
Po niebieskiem tle;
O gwiazdeczko moja mała,
Wiodłaś ty mnie źle.
Wartkoś biegła wśród niebiosów,
Jam też chyżo żył,
I z żywota złotych kłosów,
Wcześnie wieniec zwił.
Znikły róże, zwiędły wieńce,
Pożółkł życia maj,
I zapały i rumieńce,
I tych złudzeń kraj.
Wszystko mi tu nad okołem
Łza pomroku ćmi,
Ach, bo blada nad mem czołem,
Ma gwiazdeczka tkwi.
O gwiazdeczko, dawne życie
W tym promyku wznieć,
I jak dawniej na błękicie
Nad mem okiem świeć!
Niech me serce jeszcze zazna,
Doli młodych lat,
Nim mnie ręka pchnie żelazna
Za słoneczny świat.



99.

Czyli mnie smutek dojmuje,
Czy śmierci jestem ofiarą,
Ja w tobie mą rozkosz czuję
Ach luba moja gitaro!
Jak świat podobnież i ona
Swojemi wdzięki i losy;
Zerwie się jedna z nich struna,
Już wszystkie odmieni głosy.
Jedno tej struny zerwanie
Uczy mnie jak to na świecie
Rwie się przyjaźni kochanie,
Nic nie masz stałego w świecie.
Nie zbłądziłem z drogi cnoty,
A los smucić mi się każe,
Straciłem drogie przedmioty,
Ulgę mam tylko w gitarze.



100.

Nie mam ojca, nie mam matki,
Już lat siedm jak śpią w grobie,
Nie mam nigdzie własnej chatki,
Wszędzie w każdej smutnam dobie.


Dawniej, gdym się obudziła,
Droga matka mnie pieściła,
Czule córkę swą ściskała
I do piersi przytulała.
Dziś, gdzie tylko spojrzę okiem,
Zewsząd smutek na mnie czycha,
Dziś, gdzie tylko stąpnę krokiem,
Świat okrutny mnie odpycha.
Nikt nie słucha żalu mego,
I nikt serca strapionego
Nie ukoi, nie pocieszy,
Precz ode mnie każdy spieszy.
Świat okrutny, świat bez czucia!
Jak lód zimny, jak głaz twardy;
Chleba skibkę, gdy mi rzuca,
Strasznym kraje wzrokiem wzgardy.
A nie wiedzą, jak smakuje
Chleb, co wzgarda ofiaruje,
Każdy kęsek łzę wyciska,
Co w zapłacie dawcy błyska.
Precz od ludzi pójdę sobie,
Niech się o mnie nie kłopocą;
Tam na ojca, matki grobie
Płakać będę dniem i nocą.


Może zmarłych wzruszę prędzej,
Może ich łzy mojej nędzy
Każą ziemi się rozłożyć,
I przy sobie się położyć.


101.

Z nad Ebru fale goniąc spojrzeniem,
Młoda cyganka siedziała,
Z brzękiem gitary, z cichem westchnieniem,
Szemrania wichru słuchała.

I tak dumając, oparła rękę,
W niebo rzuciła spojrzeniem,
I z nową łezką, z nowem westchnieniem,
Taką śpiewała piosenkę:

Żegnam was góry, żegnam was lasy,
I ciebie, echo kochane,
Co płacz dziecięcia, co śpiew dziewczyny,
Niesiesz w krainy nieznane.

Żegnam was ojcze, żegnam was matki,
Gdyż matki nigdym nie miała,
Nikt mej kolebki nie przybrał w kwiatki,
Dłoń obca pierś mi podała.

Żegnam was, żegnam, gdyż między wami
Napróżno śledzę oczyma,
By się pożegnać z braćmi, siostrami,
Sierota rodzeństwa nie ma!


Żegnam was góry, żegnam doliny,
Po raz ostatni już może,
Choć wczoraj jeszcze z moją drużyną,
Wieczorną witałam zorzę.

I śpiew skończyła, gitara spadła,
Z brzękiem się struny ozwały,
A twarz cyganki jak lilia zbladła,
Dwie łezki z ócz się polały.



102.

Bywaj mi zdrowa piękna dolino,
Już ja do ciebie nie wrócę;
Nim na twój widok łzy mi popłyną,
Jeszcze ci piosnkę zanucę.

Zanucę piosnkę, spojrzę raz jeszcze,
Przypomnę chwile łaskawsze,
Bo ach przeczucie mówi mi wieszcze,
Że cię już tracę na zawsze.

Tu piłem słodycz z czary żywota,
Sam piołun został na spodzie,
Tu mi nadziei gwiazdeczka złota,
Błysła i zgasła o wschodzie.

Pocóż się przyda oglądać słońce,
Co wzrok ci jutro zaślepi?

Ach o tak bliskiej wiedzieć rozłące,
Bogdajbym nie znał cię lepiej.

Nie znał cię lepiej, lecz i nie tracił
Jedyny skarb mój na ziemi,
Ani też łzami rzewnemi płacił,
Jak teraz muszę mojemi. —

Lecz pocóż żale mimo łez tyle,
Mimo me jęki daremne,
Chętniebym jeszcze za takie chwile,
Dał drugie życie wzajemnie. —

O jak szczęśliwy, kto w tem ustroniu
Błogie wieść będzie godziny,
Lecz ja niestety, dalej na koniu,
Bądź zdrowa, nimfo doliny.

Bądź zdrowa luba kochanko droga,
Żegnam cię może na zawsze,
Myśl mnie przenika tak teraz sroga,
Może tam nieba łaskawsze.



103.

Jedną garstką ziemi gdy przykryty będę,
Po moich kłopotach spoczynku nabędę,
Wtenczas mi już kłopot dokuczać nie zdoła,
Spać będę w mym grobie, aż mię Bóg zawoła.

Jedna garstka ziemi niech mi będzie święta,
Bo przez nią zgryzota świata będzie wzięta;
Ten, który mnie stworzył, łzy i nędzę skróci,
A smutek mój wszelki w radość mi obróci.
Wszechmogący Boże, wiekuisty Panie,
Daj pod garstką ziemi ciche spoczywanie,
A gdy dusza moja przed twym tronem stanie
Dajże jej, o Boże, spokojne mieszkanie.



104.
Do gitary.

Towarzyszko życia wiosny!
Powiernico tkliwej duszy,
Brzmiący strun twych dźwięk żałosny
Niech westchnienia me zagłuszy.
Niechaj głos twój z moim zlany
Jak sen koi me boleści,
Niech odbity o te ściany,
Biedne serce tylko pieści.
Ukój serce, upój ucho,
Łzy wytrącaj śpiewem lotnym,
Bo świat dla mnie puszczą głuchą,
Ty w niej celem mym samotnym.


W zbiegłych moich lat kolei,
Nie zaznałem szczęścia wcale,
Prócz tęsknoty i nadziei,
Ciągły zawód, ciągłe żale.
Coraz chwila chwilę zgania,
Jako kwiaty lata więdną,
Kiedyż ziemię tę wygnania
I wędrówkę rzucę błędną?
Ach! wieczności się nie zlęknę,
Śmierć nie budzi wstrętu we mnie,
Bo tam znajdę te dni piękne,
Których szukam tu daremnie.
Towarzyszko życia wiosny!
Powiernico tkliwej duszy,
Brzmiących strun twych dźwięk żałosny
Niech westchnienia me zagłuszy.

B. Zaleski.



105.

Gdy serce życiem po raz pierwszy drgnie,
Na świat dziecina niesie z sobą łzę.
I gdy do łona matka tuli ją,
Najpierwszy uścisk rosi szczęścia łzą.


Gdy skra miłości w młodej piersi tli,
Co niepokoi zakochanych dni,
Co młodzian lubej wyznać trwoży się,
Łza w jego oku mówi: kocham cię.

O jakże piękną zakochanych łza,
Gdy w niej jak ona czysta miłość drga,
Gdy nią uczczony serc wzajemnych głos
Przysięga dzielić zły lub dobry los.

A kiedy Stwórca swych odmawia łask,
Gdy w łonie męża zgasł nadziei blask;
Z ufnością zona modły w niebo śle
I łzą przemawia: „Nie rozpaczaj, nie!“

Gdy starzec kończy ziemską podróż swą,
Najbliżsi sercu otaczają go,
A wszystkich lica roszą żalu łzy
Co są dowodem przywiązania, czci.

A wtedy starzec w gronie wnuków swych
Łagodniej kona, błogosławiąc ich;
Gasnące oko spokojnością tchnie,
Bo łzą przemawia: tam zobaczym się.



106.

Pomoc dajcie mi rodacy,
Gdyż okrutny los mnie nęka,
Muszę żebrać, gdyż do pracy
Jedna została mi ręka.


Ziomek-nędzarz, tułacz bliźni,
Głos błagalny do was wznosi,
Żołnierz wierny dla ojczyzny,
O jałmużnę ziomków prosi.

Porzuciłem ojca, matkę,
Porzuciłem żonę lubą,
Porzuciłem dzieci, chatkę,
Pogardziłem życia zgubą.

Biegłem, kędy bój wrzał krwawy,
Walczyć pod ojczystym znakiem,
Krew przelałem w polu sławy,
A dziś muszę być żebrakiem.



107.

Młody wojownik pośród obcej ziemi,
Wśród obcych ludzi dręczony niedolą,
Usiadł zajęty myślami tęsknemi
Nad losem kraju i swą własną dolą.
A wtem jaskółki z zachodu leciały,
Młodzian rzekł do nich z wyrazem boleści:
Wyście zapewne nad Polską bujały,
Jakież mi ztamtąd przynosicie wieści?


Może z was która w tej tam okolicy
Przy moim domku gniazdko ulepiła?
Przy moim domku nad brzegiem Pilicy,
Gdzie gaj tak piękny, dolina tak miła!
Tam czuła matka łzy codziennie leje,
Myślą powrotu mojego się pieści,
Nadzieją żyje i traci nadzieję,
Jakież o matce niesiecie mi wieści?

Możeście były i nad brzegiem Wisły,
Kędy mię serce utęsknione woła,
Gdzie pierwsze szczęścia godziny mi błysły
Gdziem poznał niebo w spojrzeniu anioła.
Czyliż pamięta o mnie moja miła?
Czy, gdy od wschodu wietrzyk zaszeleści,
Tęskliwe ku mnie westchnienia posyła,
O mej kochance jakie macie wieści?

Gdzie towarzysze, co ze mną niestety
W jednych szeregach za wolność walczyli,
Biegli z zapałem na wrogów bagnety,
A ja nieczynny gnuśnieję w tej chwili!
Czyż wszyscy żyją? Kogóż z przyjacieli
Zimna mogiła w łonie swem już mieści,
Może niestety wszyscy poginęli?
Od mych przyjaciół jakież macie wieści?


Wśród domu mego może głosem pana,
Wróg rozkazuje w swych służalców tłumie,
Próżno go błaga matka zapłakana:
Głosu czułości dzikość nie rozumie.
Ja tęsknię, wzdycham z radości do trwogi,
Ciągle mię sprzeczne rzucają powieści,
Jaskółki mówcie o ojczyźnie drogiej;
O Polsce jakież niesiecie mi wieści?



108.

Nie tak in illo tempore bywało,
Panie Cześniku, dawny mój sąsiedzie,
Było dość złota, a wydatków mało,
Piliśmy własny miódek przy obiedzie.

Teraz choć w Gdańsku nie płaci pszenica,
Piją szampana i madery sławne;
Ale też za to na dobrach szlachcica
Ciążą niezmiernie te listy zastawne.

Miłoż to było widzieć ojcu, matce,
Syna w kontuszu i w konfederatce,
Pas złotem lity, a u boku szabla,
Wąs zawiesisty, mina dziarska, djabla.


Teraz młodzieniec jak chusteczka blady,
Wczesnej miłości widać na nim ślady;
Nie poznasz teraz: szewc czy wojewoda,
Obadwaj kuso, bo dziś taka moda.

Dawniej wiedziano komu się ukłonić,
Pan szedł w kontuszu, a sługa w kubraku,
Dzisiaj pomyłki trudno się uchronić,
Bo pan i sługa obadwaj we fraku.

Lepiej nam zostać przy kontuszu było,
Kontusz Polaka, zawój Turka zdobi,
Z kontusza na frak zawsze wystarczyło,
Lecz z fraka kontusz zje dyabła, kto zrobi.

Gdzie się podziałaś polska gościnności,
Którą się nasi ojcowie szczycili?
Polak się cieszył, gdy miał dużo gości,
Prosił na klęczkach, by jedli i pili.

Teraz gdzie przyjdziesz, to ci nic nie dadzą,
A jeśli dadzą, to przypadek rzadki;
O ważnych rzeczach do północy radzą,
Wreszcie podadzą szklaneczkę herbatki.



109.

Bywaj mi zdrowy, kraju kochany!
Już w mglistej nikniesz powłoce!
Świsnęły wiatry, szumią bałwany,
I morskie ptatstwo świegoce.
Dalej za słońcem, gdzie jasną głowę
W zachodnie pogrąża piany!
Tymczasem słońce bywaj mi zdrowe,
Bywaj zdrów, kraju ukochany!

Za kilka godzin różane zorze,
Promieńmi błysną jasnemi:
Zobaczę niebo, zobaczę morze,
Lecz nie zobaczę mej ziemi.
Zamek, na którym brzmiało wesele,
Wieczna żałoba pokryje;
Na wałach dzikie porośnie ziele,
U wrót pies wierny zawyje.

Teraz po świecie błądzę szerokim,
I pędzę życie tułacze;
Czegóż mam płakać, za kim i po kim,
Kiedy nikt po mnie nie płacze?
Pies chyba tylko zawyje z rana,
Nim, obcą karmiony ręką,
Kiedyś swojego dobrego pana
Wściekłą powita paszczęką.


Już okręt piersią kraje głębinę
I żagle na wiatr rozwinął;
Nie dbam ku jakim brzegom popłynę,
Bylebym nazad nie płynął.
Gdy mnie twe jasne znudzą kryształy,
Ogromna, modra płaszczyzno,
Powitam lasy, pustynie, skały
Bądź zdrowa, luba ojczyzno!

Adam Mickiewicz.



110.

Smutnoż tu smutno, bracia za Dunajem,
I w oczach mokro, bo sercami tajem:
Ludzie nas nudzą — i świat cały nudzi;
Cudzo — och! pusto — śród świata i ludzi!
Nie ma bo rady dla duszy kozaczej,
U nas inaczej — inaczej — inaczej!

U nas inaczej! Och Ojczyzna Lasza
To wszechsłowiańska królowa i nasza!
Bracia zginiemy za nią, kiedy skinie,
Ale śnić będziem o swej Ukrainie:
Nie ma bo rady dla duszy kozaczej,
U nas inaczej — inaczej — inaczej!

U nas inaczej! I bujnie i miło:
Hej, nie zastępuj na drodze mogiło!

Nie ściel się cieniem! niech sokole oko,
Kąpie w burzanach, lubo a szeroko!
Nie ma bo rady dla duszy kozaczej,
U nas inaczej — inaczej — inaczej!

U nas inaczej! Po nad Ukrainą,
Wskroś okolicą jarzącą się siną,
Boże śpiewaki ciągną w różne strony,
Aż w uszach klaszcze, taki gwar zmącony,
Nie ma bo rady dla duszy kozaczej,
U nas inaczej — inaczej — inaczej!

U nas inaczej! Co zaśpiewam w dumie —
Co w głowie knowam — brat koń mój rozumie,
Rży po swojemu: — czy tabun pamięta?
Och! za wolnością tęsknimy bliźnięta!
Nie ma bo rady dla duszy kozaczej,
U nas inaczej — inaczej — inaczej!

U nas inaczej! Wciąż nuta żałoby,
Bo namogilna, bo pomiędzy groby,
Ku duchom ojców przygrywa wspaniale,
O ich minionych i bojach i chwale.
Nie ma bo rady dla duszy kozaczej,
U nas inaczej — inaczej — inaczej!

U nas inaczej! Dziewczyna już marzy,
Coś ze swej dumki zwierciedli na twarzy,
Pusta Rusałka — powiewna postawa,
Piękna, kochana — a tęskna i łzawa:
Nie ma bo rady dla duszy kozaczej,
U nas inaczej — inaczej — inaczej!


U nas inaczej! Jakoś lżej, weselej,
Krew gra burzliwiej, — o! wina mi nie lej!
Samem powietrzem po pijanemu żyję:
A kiedy hulam — to na łeb — na szyję:
Nie ma bo rady dla duszy kozaczej,
U nas inaczej inaczej — inaczej!

U nas inaczej! Miłość i tęsknota,
To jak dwie prządki naszego żywota.
Boże mój, Boże! łzami modlę Ciebie,
Jak umrę, daj mi Ukrainę w niebie!
Nie ma bo rady dla duszy kozaczej,
U nas inaczej — inaczej — inaczej!

Bohdan Zaleski.



111.

Schowaj matko suknie moje,
Perły wieńce z róż,
Jasne szaty, świętne stroje —
Te nie dla mnie już.
Kiedyś jam kwiatki, stroje lubiła,
Gdy nam nadziei wytryskał zdrój;
Lecz gdy do grobu Polska zstąpiła,
Jeden mi tylko przystoi strój:
Czarna sukienka.


Narodowe nucąc śpiewki,
Widząc szczęścia świt,
Kiedym szyła chorągiewki
Dla ułańskich dzid,
Wtenczas mnie kryła szata godowa,
Lecz gdy wśród boju zginął brat mój,
Kulą przeszyty w polach Grochowa,
Jeden mi tylko przystoi strój:
Czarna sukienka.

Gdy kochanek w sprawie bratniej
Mściwą niosąc broń,
Przy rozstaniu, raz ostatni
Moją ścisnął dłoń,
Wtenczas choć smutna lubiłam stroje,
Lecz gdy się krwawy zakończył bój,
A on gdzieś poszedł w strony nieswoje,
Jeden mi tylko przystoi strój:
Czarna sukienka.

Gdy laur Igań, Wawru kwiaty,
Dał nam zerwać los
Brałam perły, drogie szaty
I trefiłam włos.


Lecz gdy nas zdrady wrogom sprzedały,
Gdy zaległ Polskę najezdców rój,
Gdy w pętach jęczy naród nasz cały,
Jeden mi tylko przystoi strój:
Czarna sukienka.

K. Gaszyński.



112.

Nad moją kołyską
Matka się schylała
I pacierz po polsku
Mówić nauczała!
Ojcze nasz i Zdrowaś
I skład Apostolski —
Nauczała kochać
Nasz biedny kraj polski.
Abym, gdy dorosnę,
Wziął Polkę za żonę,
Bo tylko Polakom
Laszki przeznaczone.
Niech Francuz Francuzkę,
Niemiec kocha Niemkę —
Ja zaś wolę Polkę
Niźli cudzoziemkę.
I to wszystko nieraz
Od matki słyszałem
I też nie zapomnę,
Jak nie zapomniałem.



113.

Polskie nosili odzienie,
Sławniejsi od nas naddziady,
Czemuż proszę uniżenie,
Nie chcesz wstępować w ich ślady.

Nasz Stefan Batory Wielki,
Gromiąc moskiewskie bojary,
Nie używał kamizelki,
Lecz kontusza lub czamary.

W żupany, znowu w żupany,
Przybieraj się cny Polaku,
Ten, co gromił bisurmany,
Nie szedł do Wiednia we fraku.

W kontusze, bracia w kontusze,
Bo chcąc być dobrym Polakiem,
Nie dosyć mieć polską duszę,
Potrzeba się rozstać z frakiem.

Wyście panie temu winne,
Żeśmy fraki pokochali,
Zmieńcie wasze chęci w inne,
My się będziem przebierali.


Wy dzieciom nasze Sarmatki,
Zachowajcie strój Polaka,
Ci przyjmą radę od matki
I powezmą wstręt do fraka.



114.

Miłą cieszmy się nadzieją,
Że się wrócą złote czasy,
Że nam znowu zajaśnieją:
Karabele, wąsy, pasy.

Kołpak i pętlice rysie,
I zwyczaje wszystkie dawne,
Nade wszystko owo sławne,
Staropolskie: kochajmy się!



115.

Gdyby orłem być,
Lot sokoli mieć,
Skrzydłem orlem lub sokolem,
Unosić się nad Podolem,
Tamtem życiem żyć.


Droga ziemia ta,
Myśl ją moja zna,
Tam najpierwsze niepokoje,
Tam najpierwsze szczęście moje,
Tam najpierwsza łza.

Tambym noc i dzień,
Jak zaklęty cień,
Tambym latał jak wspomnienie,
Pierś orzeźwiał, czerpał tchnienie,
Boże w orła zmień!

Gdyby gwiazdką być,
Nad Podolem lśnić,
Jasnem okiem w noc majową,
Nad kochanej lubej głową,
Do poranku lśnić.

Albo z poza mgły,
Zsyłać słodkie sny,
Jak w jeziora tle przejrzystem,
Odbijać się światłem czystem,
W kropelce jej łzy.

Potem cały dzień,
Jak zaklęty cień,
Niewidzanem patrząc okiem,
Zachwycać się jej widokiem, —
Boże w gwiazdkę zmień.


Próżno się tych dni
Obraz duszy śni, —
Zapłacz luba gorzkim płaczem,
Nad Podolem, nad tułaczem,
Co był miły ci.

Potępieni my,
Wspomnieć serce drży,
Orły lecą, gwiazdy świecą,
Kraj w okowach, ty daleko,
A w około łzy. —

M. Gosławski.



116.

Włoska kraina przed wszystkiemi słynie,
Błękitne niebo we włoskiej krainie,
W mej ojczystej lubej stronie,
Blade niebo, ciemne błonie,
Taką wonią tchnie,
Że te piękne włoskie kraje,
Cytrynowe wonne gaje,
Nie zczarują mnie.

Z dalekiej strony do włoskiej krainy
Przychodzę święte łzą skropić ruiny,

Lecz mej ziemi każdy kątek,
Tyle świętych ma pamiątek,
Z jej zamierzchłych dni,
Że na wielkim świata grobie,
Chciałbym płakać, ale w sobie
Nie znajduję łzy.

Cicho z wiatrami pieśń jakowaś płynie;
Czarowne, mówią, pieśni w tej krainie,
Może z dawnych lat zbłąkana,
Rzewna nuta Krakowiana
Słyszeć się tu da.
I w mem oku łzy już rosną,
Rybak zaczął pieśń żałosną,
Cofnęła się łza.

Auzońskie róże, Auzońskie dziewice,
Dźwięk wasz zachwyca, a palą źrenice,
Lecz kto raz już na tym świecie,
Liliowe marzył kwiecie,
W młodocianym śnie,
Ten podziwiać, uczcić może,
Obcą piękność, obce róże,
Ale kochać, nie.

Ty więc zachodni wietrzyku pieszczony,
Co słodko wiejesz w me ojczyste strony,

Roznieś drżące po dolinach —
Po mogiłach — po ruinach —
Echo żalów tych,
Może czule przywitane,
Przyniesiesz mi łzy w zamianę
Od współbraci mych.

J. N. Jaśkowski.



117.

Rży koniczek mój bułany,
Puśćcie czas, już czas!
Matko, ojcze mój kochany,
Żegnam, żegnam was!
Matko, ojcze mój kochany,
Żegnam, żegnam was!

Zdala słyszę trąb hałasy,
Dobosz w bęben grzmi;
Rzucam, rzucam słodkie wczasy,
Błogosławcie mi.
Rzucam, rzucam słodkie wczasy,
Błogosławcie mi!


Hej, luzaku, konia podaj;
No, nie płaczcie już!
Raczej, matko, męztwa dodaj,
Krzyżyk na mnie włóż!

Cóżby życie warte było,
Gdybym gnuśnie zgasł;
Dosyć, dosyć się marzyło,
Teraz nie ten czas!

Słyszeliście? Grzmią armaty,
Rozpoczął się bój!
Żegnaj łąko, drzewa, chaty,
Dalej koniu mój!

Więc koniku mój bułany,
Ruszaj, czas już czas.
Matko, ojcze mój kochany,
Żegnam, żegnam was.



118.

Gdzie się podział ów wiek złoty,
Owe dawne czasy,
Wtenczas, kiedy panowały,
Żupany i pasy.


Spinka złota u koszuli,
Wąsik zakręcony,
Karabela wedle boku,
I bucik czerwony.

W takim stroju narodowym
Każdy Polak chodził;
W takim stroju Jan Sobieski,
Wiedeń oswobodził.



119.

Jedzie, jedzie rycerz zbrojny,
Wraca do dom z długiej wojny;
Suknia jego pokrwawiona,
Szabla jego wyszczerbiona.

Przywitał go ojciec stary,
Siostry mu wyniosły dary,
Cieszyli się bracia mili
I sąsiedzi się cieszyli.

„Gdzieżeś matko? wracam z boju!
Matko droga wyjdź z pokoju.
O! jak miła ta godzina!
Matko, matko! wyjdź do syna!“


„Jakże może wyjść do ciebie,
Gdy od roku po pogrzebie
Pokój w ziemi ma zrobiony
I kamieniem przywalony.“

„Jam ten pokój dla niej sprawił!
Długom się na wojnie bawił!
Już mi w wiecznej żyć żałobie,
Gdy przezemnie matka w grobie.“

Mszy i modlitw nie zaniechał,
Jak przyjechał, tak odjechał.
Znikł za góry rycerz zbrojny,
Już nie wróci nigdy z wojny!



120.

Na wschód patrząc swym zwyczajem,
Czemu łza po licach płynie?
Ona płacze za swym krajem,
A tym krajem jest Wołynie.

Na wschód patrząc swym zwyczajem,
Czego płacze to pacholę?
Ono płacze za swym krajem,
A tym krajem jest Podole.


Na wschód patrząc swym zwyczajem,
Marząc o zaszczytnej bitwie,
Jednak płaczę za swym krajem,
Bo nieszczęśliwi na Litwie.

Na wschód patrząc swym zwyczajem,
Czego płacze ta dziewczyna?
Ona płacze za swym krajem:
Tym krajem jest Ukraina!

Na wschód patrząc swym zwyczajem,
Gdzie mnie tu uniosła sława,
Zawsze płaczę za swym krajem,
A tym krajem jest Warszawa.



121.

Jak wspaniała nasza postać,
Gdy się błyszczy w słońcu stal,
Koń przez zimę nie chce dostać,
Pójdziesz koniu, pójdziesz w dal.
Taki los wypadł nam,
Że dziś tu, jutro tam.


My możemy żyć wesoło,
Bo nie wiemy, gdzie nasz grób;
Jedna kulka świśnie w czoło,
I o ziemię runie trup.
Taki los i t. d.

Ty dzieweczko nie płacz wiele,
Tylko jednę łezkę zroń —
Wy się zbliżcie przyjaciele,
Uściśnijcie moją dłoń.
Taki los i t. d.



122.

Za miastem na wzgórzu świętej Bronisławy
Wznosi się mogiła dla potomnej sławy,
Dla potomnej sławy każdego Polaka,
Aby się szczycili z Kościuszki rodaka.

Płyną szybko lata, czas prochy rozmiata,
Lecz Kościuszki sława głośną jest u świata.
Co zrobił wielkością, stałością swej duszy,
Tego czas nie zatrze, żaden wiek nie wzruszy.

Daj nam dobry Boże, byśmy w każdej chwili
Z Kościuszki przykładu cnoty się uczyli.
Z Kościuszki przykładu męztwa nabierali,
Tak, jak on, ojczyznę nad wszystko kochali.



123.

Gdzie dom jest mój? gdzie strona ma?
Tam gdzie Gopła jasne wody,
Gdzie nad Wisłą stare grody,
Gdzie na krwawem rozpiął tle
Biały orzeł skrzydła swe.
Tam to ona Lecha strona,
Ziemia Polska! tam dom mój!

Gdzie dom jest mój? gdzie strona ma?
Tam gdzie na Wawelskiej skale
Śpią królowie w czci i chwale,
A Królowej cudów łask
Z Jasnej Góry bije blask!
To sarmacka strona lacka
Ziemia Polska! tam dom mój!

Gdzie dom jest mój? gdzie strona ma?
Tam gdzie kręta Odra płynie,
Kraj z bogactwa ziemi słynie,
W ciężkiej pracy wierny lud,
A udziałem jego — głód!
Kraj to znany, — Ślązk kochany,
Ziemia Polska! tam dom mój!


Gdzie dom jest mój? gdzie strona ma?
Tam gdzie lud za kraj i wiarę,
Chętnie składa krwi ofiarę,
A obok swych cnót i wad,
Nie popełnił nigdy zdrad!
Tam sarmackie plemię lackie,
Ziemia Polska! tam dom mój!



124.

Kochajmy się bracia mili,
Zgoda jedność od tej chwili,
Od pałaców w chatki kmieci —
Kochajmy się! — niech głos leci.

Któż to nam może przeszkodzić
Z bratem się swoim pogodzić;
Z nim się cieszyć lub weselić,
Z nim los, mienie, życie dzielić?

Kochajmy się tylko wzajem,
Każde miejsce będzie rajem,
Bo gdzie wejdzie miłość, zgoda,
Tam wnet wchodzi i swoboda.





IV. Piosnki
studenckie,  myśliwskie  i  t.  p.
125.

Hej! koledzy, dalej żywo,
Podawajcie bratnie dłonie;
W spólne łączmy się ogniwo,
Co nie pęknie aż po zgonie.
Kto więc zatem w naszem kole
Niechaj puhar pełen chwyta,
A o troski i o bóle,
Pijąc nektar niech nie pyta.

Toć po pracy, miło bracie,
Gdy pot kipi srodze z czoła,
Ot w gościnnej zasiąść chacie
Wśród przyjaciół szczerych koła.
Kto więc zatem i t. d.

Gdyś dzień cały trudził głowę
Ksiąg uczonych mądrościami,
Niech zasady zbyt surowe
Pozwolą ci wypić z nami,
Kto więc zatem i t. d.


Myśmy przecież rzeźwi, młodzi,
W głowach naszych ideały,
Rzeźwość ducha zapał rodzi,
Co roztapia lodów skały.
Kto więc zatem i t. d.



126.

Hej, koledzy, z wspólnej czary
Sączmy życia woń!
Bo nas łączy węzeł stary,
Wspólna spaja dłoń.

Więc, zbratani wszyscy w koło,
Nućmy dzisiaj wraz:
Niechaj żyje nasze „Koło“
Długi, długi czas!

Precz ze serca smutek, troski,
Z duszy trud i znój!
W dźwięk je połącz naszej piosnki
I w niej bóle kój!

A już potem dalej w koło
Nućmy dzisiaj wraz:
Niechaj żyje nasze „Koło“
Długi, długi czas!


Chwile szczęścia sobie skraca,
W kim wre bratni gniew,
Wspólna radość, wspólna praca,
Oto jest nasz śpiew!

Stąd wesoło zawsze w koło
Nućmy dzisiaj wraz:
Niechaj żyje nasze „Koło“
Póki starczy nas!



127.

Hej, użyjmy żywota!
Wszak żyjem tylko raz;
Niechaj ta czara złota,
Nie próżno wabi nas.
Hejże do niej wesoło!
Niechaj obiega w koło;
Chwytaj i do dna chyl
Zwiastunkę słodkich chwil.
Po co tu obce mowy?
Polski pijemy miód:
Lepszy śpiew narodowy,
I lepszy bratni ród.


W ksiąg greckich, rzymskich steki
Wlazłeś, nie żebyś gnił;
Byś bawił się Greki,
A jak Rzymianin bił.
Ot tam siedzą prawnicy,
I dla nich puhar staw:
Dzisiaj trzeba prawicy,
A jutro trzeba praw.
Kto metal kwasi, pali,
Skwasi metal i czas:
My ze złotych metali
Bacha ciągnijmy kwas.
Wymowa wznieść nie zdoła
Dziś na wolności szczyt;
Gdzie przyjaźń, miłość woła,
Tam bracia cyt, tam cyt!
Ten się wśród mędrców liczy,
Zna chemią, ma gust,
Kto pierwiastek słodyczy
Z lubych wyciągnął ust.
Mierzący świata drogi,
Gwiazdy i nieba strop,
Archimed był ubogi,
Nie miał gdzie oprzeć stóp.


Dziś, gdy chce ruszać światy,
Jego Newtońska Mość,
Niechaj policzy braty
I niechaj powie: dość.
Cyrkla, wagi i miary
Do martwych użyj brył:
Mierz siłę na zamiary,
Nie zamiar podług sił!...
Bo gdzie się serca palą,
Cyrklem uniesień duch;
Dobro powszechne skalą,
Jedność większa od dwóch.
Hej, użyjmy dziś żywota!
Wszak żyjem tylko raz!
Tu stoi czara złota,
A wnet przeminie czas.
Krew stygnie, włos się bieli,
W wieczności wpadniem toń:
To oko zamknie Feli,
To filarecka dłoń.

A. Mickiewicz.



128.

Ospały i gnuśny, zgrzybiały ten świat
Na nowe on życia koleje
Z wygodnych pościeli nie dźwiga się rad,
I ciało i dusza w nim mdleje.
Hej! Bracia Sokoły, dodajmy mu sił,
By ruchu zapragnął, by powstał, by żył.

W niemocy, senności i ciało i duch
Napróżne się dźwiga i łamie,
Tam tylko potężnym i silnym jest duch,
Gdzie wola silne ma ramię.
Hej! Bracia, kto ptakiem przelecieć chce świat,
Niech skrzydła sokole od młodych ma lat.

Więc dalej ochoczo w daleki ten lot
Sposobić nam skrzydła dla ducha,
Nie złamie nas burza, nie strwoży nas grzmot,
Gdy woli siła posłucha.
Hej! Bracia, kto ptakiem przelecieć chce świat,
Niech skrzydła sokole od młodych ma lat!



129.

Dusząc książki przez dzień cały,
Trudno mędrcem być,
A więc, gdy prace ustały,
Chodźmy bracia pić

Niech trwają śpiewki ochocze,
Aż stróż północ zagrzechocze.
Tra la, la, la, la.

Widziałem jak cny porządek
Wielbłąd w sobie ma,
Ma on z natury żołądek,
W którym napój trwa.
Gdyby mi był taki dany,
I jeszcze ponczem nalany!
Tra la, la, la, la.

Gospodarzu weź dzban próżny
I napełnić racz,
A co ci zostaniem dłużni,
Na kominie znacz.
Ufaj, że się w słowie stawię.
Matrykuły masz w zastawie...
Tra la, la, la, la.



130.

Gaudeamus igitur
Juvenes dum sumus,
Post jucundam juventutem,
Post molestam senectutem
Nos habebit humus.


Ubi sunt, qui ante nos
In mundo fuere,
Vadite ad superos,
Transite ad inferos,
Ubi jam fuere.

Vita nostra brevis est,
Brevis finietur,
Venit mors velociter,
Rapit nos atrociter,
Nemini parcetur!

Vivat Academia,
Vivant Professores,
Vivat membrum quodlibet,
Vivant membra quodlibent,
Semper sint in flore. —

Vivant omnes virgines,
Faciles, formosae,
Vivant et mulieres,
Burschicorum nutrices,
Bonae, laboriosae.

Pereat tristitia,
Pereant dolores,
Pereat diabolus,
Omnis Anteburschius,
Atque Irosonus.



131.

Weselmy się koledzy, dopókiśmy młodzi (bis)
Młody wiek prędko upływa,
Zanim starość uciążliwa
I tuż śmierć nadchodzi. (bis)

Gdzie są nasi przodkowie co światu grozili? (bis)
Może się z tych odrodzą,
Którzy od nich pochodzą,
Znowu będą żyli. (bis)

Niech nam długi wiek żyją kochani rodzice, (bis)
Niechaj w cnocie lat dochodzą
Te, które nam życie słodzą
Nadobne dziewice. (bis)

Wiwat Akademia i Profesorowie, (bis)
Wiwat bracia każdy z nas,
Niechaj żyje w późny czas,
Niech nam służy zdrowie. (bis)



132.
(Melodya: „Dosyć bracia w kącie siedzieć.“)

Czegóż ciągle w mieście siedzieć,
Nad książkami głowę biedzić?
Zaśpiewajmy, pożegnajmy
Stary Piastów gród.


Hej, hej ramię do ramienia,
Niech po rosie zabrzmią pienia,
Spoczniem w gaju przy ruczaju,
Nad kryształem wód.

Niechaj gnuśnik bruki zbija;
Dalej póki wiosna sprzyja,
I sił staje w pola, w gaje,
I w cienisty las!

Miłe ptaszki, kwiaty, zioła,
W słońcu kąpią się do koła;
Dalej gońce! nam też słońce
Świeci w miły czas.

Ciepłem wiewem wiosna wionie,
Wietrzyk nam ochłodzi skronie,
Brzmijcie pieśni dziękczynienia,
Bo łaskawy Bóg.

On nam kwiat pod nogi ściele,
Daje radość i wesele,
Oby chwała jemu brzmiała,
Jako winny dług.

Dr. Ney.



133.

Młodzieńcze, biedny młodzieńcze,
Zawód życia twego smutny,
Smutny jako psalm pokutny,
Wątły jak nici pajęcze.
Dusza twoja, młoda dusza,
Poszła na wiatr jak westchnienie,
Marzenie przeszło w cierpienie,
I kwiat nadziei wysusza.
Życie, niegdyś lube życie,
Już niczem się nie unosi,
Bo życie jest jako dziecię,
Co zawsze o cacka prosi.
Darmo żąda, darmo prosi,
Jak o deszcze Arab w stepie,
Lica schną, oko łzą rosi,
Jak więźnia w podziemnym sklepie.
Młodzieńcze pierzchły sny twoje,
Zbudzonemu rozpacz błyska,
Duszę opasała, ściska,
Jak nagrobek bluszczu zwoje.
Zawiedziony w swym wyborze,
Biegniesz życiem ze łzą w oku,
Jak bez steru łódź przez morze,
Jak czarna chmurka w potoku.
Płyniesz po cierpieniu, płyniesz,
Myśl nie widzi nic prócz róży,
Już do portu nie zawiniesz,
Zanurzy cię skrzydło burzy.


Bo ta róża, której wdzięki
Utonęły w twojem łonie,
Jako arfy tkliwej dźwięki,
Nie tobie szkarłatem płonie.

Serce twoje bolejące
Już od świata nic nie żąda,
A jednak oko spogląda,
I wszystko widzi milczące.

Młodzieńcze, biedny młodzieńcze,
Zawód życia twego smutny,
Smutny jak psalm pokutny,
Wątły jak nici pajęcze.

E. Wasilewski.



134.

Niechaj skąpiec złoto liczy,
Próżnych względów szuka pan,
Skarby państwa blask zwodniczy,
Niemasz jak studencki stan.

Kto wiek cały w książkach trawi,
Nie ma rozsądku za gran,
Student uczy się i bawi,
Niemasz jak studencki stan.

Wśród rodaków swoich niemy
Kurzy tytuń krymski chan,
My go wesoło kurzymy,
Niemasz jak studencki stan.


Co za rozkosz, co za chwila,
Gdy postawią miodu dzban,
Każdy szklanicę wychyla,
Niemasz jak studencki stan.

Badać przyszłość próżna praca
Pośród różnych losu zmian.
Niech się sobie świat obraca,
Niemasz jak studencki stan.

Sentymentów droga długa,
Student nie zna serca ran,
Zdradzi jedna, będzie druga,
Niemasz jak studencki stan.

Bieda przyprze, złe nalega,
Trzeba zmienić życia plan,
A od czegoż jest kolega?
Niemasz jak studencki stan.

Dać drugiemu, który nie ma,
Jeden bratni składać plan,
Oto nasze jest systema:
Niemasz jak studencki stan.



135.

Już minęły chwile wolne,
Czas pospieszyć w mury szkólne;
Wprzódy jednak Stwórco w niebie,
Pozwól niech zacznę od ciebie!

Wezwaniem Twego imienia
Niech zacznę me zatrudnienia;
Ty udzielaj szczerej chęci,
Pojętności i pamięci.

Błogosław władze rządowe,
Co z ojcowskiem poświęceniem
Nadają nam życie nowe
Przyzwoitem poświęceniem.

Błogosław rodziców drogich!
Bym w nagrodę starań mnogich!
Przez mą usilność jedyną,
Stał się ich szczęścia przyczyną.

Błogosław nauczycieli,
Spraw, by z nas pociechę mieli;
A w nagrodę pracy płonnej,
Czucie wdzięczności dozgonnej.

Lecz rodziców, profesorów,
Któż nagrodzi dostatecznie?
Ty jeden Władzco wszech tworów,
Ty im więc błogosław wiecznie.



136.

Wszystko do celu dąży na świecie,
Drogą przed wieki wskazaną,
Wiosna po zimie, jesień po lecie,
Stałą powraca przemianą.
Bracia! Bracia! Bracia!
Zamiarem życia jest praca,
Praca nas tylko zdobi, zbogaca.
Patrz: oto pszczoła z łąki dalekiej
Spieszy do swojej rodziny,
Małe z kwiateczków soku odrobiny
Niesie do wspólnej pasieki. Bracia! itd.
Patrz oto mrówki, pilne roboty,
Żywność składają na stoły,
Bracia, pracujmy starość nas czeka!
Starość jest zimą człowieka. Bracia! itd.





137.

A dalejże kozernicy!
Krzeszcie kurki u rusznicy;
Który postrzeli koguta,
Temu zabrzmi wdzięczna nuta,
A kto kurka zbije,
Vivat, król niech żyje!

A dalejże kozernicy!
Wsypcie prochu do rusznicy,
Niech będzie suchy, siarczysty,
Posuwisty i strzelnisty,
A kto kurka zbije,
Vivat, król niech żyje!
A dalejże kozernicy!
Wbijcie kulę do rusznicy,
Niechaj będzie okrągluchna,
Smagła jak weselna druchna,
A kto kurka zbije,
Vivat, król niech żyje!
A dalejże kozernicy!
Wprawiajcież się do rusznicy,
A gdy przyjdzie czubić Turka,
Popamięta pies na kurka.
Bóg da! te bestye
Król kurkowy zbije.



138.

Pojedziemy na łów, na łów,
Towarzyszu mój!
Na łów, na łów, na łowy,
Do zielonej dąbrowy,
Towarzyszu mój!


Aż tam biegnie zając, zając,
Towarzyszu mój!
Puszczaj charty ze smyczą,
Niech zająca uchwycą,
Towarzyszu mój!

A tam biegnie sarna, sarna,
Towarzyszu mój!
Puszczaj charty ze smyczą,
Niechaj sarnę uchwycą,
Towarzyszu mój!

Aż tam biegnie soból, soból,
Towarzyszu mój!
Puszczaj charty ze smyczą,
Niech sobola uchwycą,
Towarzyszu mój!

Aż tam biegnie panna, panna,
Towarzyszu mój!
Puszczaj charty ze smyczą,
Niechaj pannę uchwycą,
Towarzyszu mój!

A teraz się dzielmy, dzielmy,
Towarzyszu mój!
Tobie zając i sarna,
A mnie soból i panna,
Towarzyszu mój!


A kiedy ci krzywda, krzywda,
Towarzyszu mój!
Tobie siodło a mnie koń,
Terazże się ze mną goń,
Towarzyszu mój!

A kiedy ci krzywda, krzywda,
Towarzyszu mój!
Moja szabla a twój kij,
Terazże się ze mną bij,
Towarzyszu mój!

Kiedyć jeszcze krzywda, krzywda,
Towarzyszu mój!
Twoje gardło a mój miecz,
Twoja głowa pójdzie precz,
Towarzyszu mój!



139.

Siedzi zając pod miedzą,
A myśliwi o nim nie wiedzą;
Po chróścinie zaszczuwają,
Trąbią, krzyczą i wołają
Na niego.

Jestto wszystko chłopskie udanie,
Był to stary zając mospanie.

Widziałem go wczoraj w życie,
Jak uciekał sobie skrycie
Do lasu.

Zając siedzi pod knieją
A myśliwi z wielką nadzieją
Chcąc, żeby go wystraszyli,
Wystraszywszy, odmienili
Las w psiarnią.

Zając, skoro trąbki usłyszał,
Bieży prędko aż się zadyszał,
Wybiegł nieborak na pole,
Jedni w górze, drudzy w dole
Czekają.

Radzi mu, a on ich nie wita,
Od strachu i drogi nie pyta,
To brózdą, to przez zagony
Bieży prędko, choć strudzony,
Jak może.

Rozforowane już charty,
Rączo lecą w skok zażarty,
A tu, tu, tu, sa, sa, sa,
Już zajączek blizko lasa,
Już on pan.


Postanęli wszyscy w paradzie,
Myśląc zajączkowi o zdradzie,
Centnar prochu wystrzelali,
A zajączka nie dostali.
Żal by cię.



140.

Wśród opok i jarów,
I klonów i głogów,
Wśród wrzasku ogarów
I rusznic i rogów.
Na koniu co w cwale,
Sokoli ma lot,
I z bronią, co w strzale,
Huczniejsza nad grzmot.
Dalejże, dalejże! z tropu w trop,
Hop! hop! hop!

Wesoły jak dziecko,
Jak zbójca krwi chciwy —
Odważnie, zdradziecko
Bój zaczął myśliwy.
Czy do chmur wypali,
Czy w przestrzeń wśród pól,

Tu zwierza powali,
Ztąd leci grad kul.
Dalejże, dalejże! z tropu w trop,
Hop! hop! hop!

Czyj dowcip gnał rojem,
Latawców do sideł,
Kto wstępnym wziął bojem,
Sztandary z ich skrzydeł.
Hej wiatry! w burzliwy
Ozwijcie się chór,
Zatrąbił myśliwy
Król lasów i gór.
Dalejże, dalejże! z tropu w trop,
Hop! hop! hop!

Kto żubra wywiedzie
Z ostępu za rogi,
Kto kudły niedźwiedzie
Podesłał pod nogi.
Hej skały i niwy
Zadrzyjcie na strzał,
Wystrzelił myśliwy,
Król borów i skal.
Dalejże, dalejże! z tropu w trop,
Hop! hop! hop!

A. Mickiewicz.



141.

Hej, hej, hej, hej!
Do kniei, do kniei,
Bo w kniei trąbki ton,
Po rosie gra,
Że serce drga.
Bo któż tak gra, jak on.
A teraz dwie,
Ozwały się,
Jak dwoje zgodnych dusz.
To nas, to nas,
Wołają w las.
My już, tuż, tuż, tuż, tuż.
Zwierz tu i tam
Pomyka z jam!
Hop, hop! myśliwy w trop!
A echo mu i tam i tu,
Wtoruje hop, hop, hop.





142.

Hej bracia opryszki dolejcie do czarki
Do ognia przyrzućcie tu drzew;
Nastrójcie mi gardło odgłosem fujarki,
Wesoły zanucę wam śpiew.

Bezpieczniśmy, póki na ziemi zielono,
I liściem okrywa się las;
W gęstwinach i krzakach za kłodą zwaloną,
W gałęziach nie znajdzie nikt nas.
Jak ptakom drapieżnym, nam skały gospody,
Tam śpijmy spokojnie do gwiazd;
Gdy noc się nasunie na ludzi, na trzody,
My z naszych spuszczamy się gniazd...
Barany z Połonin dają nam pieczenie,
Jest wódka, gdy przyjdzie myśl zła.
Pieniędzy dostarczą podróżnych kieszenie,
Buziaka Hucułka nam da.
Tytoniu przyniesiem z węgierskiej granicy,
Tam zwiążem strażników za łby,
Odzieży dostaniem z żydowskiej kramnicy,
I żyda przykujem do drzwi.
Gdzie góry i bory, gdzie jary i jamy,
Tam dla nas forteca i dom,
Nie straszny nam niemiec, gdy głodu nie znamy.
Nie straszna nam słota i grom.
Weselmy się bracia, dopóki żyjemy,
Niedługo pozwolą nam żyć;
Gdy śniegi nas zdradzą, na sznurku zaśniemy,
Ni śpiewać nie będziem, ni pić.

Józef Korzeniowski.



143.

Czerwony pas a za pasem broń,
I topór co błyska z dala,
Wesoła myśl, swobodna dłoń
To strój, to życie górala.

Gdy świeży liść okryje buk,
I Czarna góra zczernieje,
Niech dzwoni flet, niech ryczy róg;
Odżyły nasze nadzieje!
Pękł rzeki grzbiet, popłynął lód,
Czeremosz szumi po skale;
Nuż w dobry czas kędziory trzód
Weseli kąpcie górale.
Połonin step na szczytach gór,
Tam trawa w pas się podnosi,
Tam ciasnych miedz nie ciągnie sznur,
Tam żaden pan ich nie kosi.
Dla naszych trzód tam paszy dość,
Tam niech się mnożą bogato,
Tam runom ich pozwólcie rość,
Tam idźcie na całe lato.
A gdy już mróz posrebrzy las,
Ładujcie ostrożnie konie,
Wy z plonem swym witajcie nas,
My z czarką podamy dłonie.[1]

J. Korzeniowski.





V. Piosnki
wesołe, żartobliwe, towarzyskie przy
ucztach i pogadankach.
144.

Każ przynieść wina, mój Grzegorzu miły!
Bodaj się troski nigdy nam nie śniły:
Niech i Anulka tu zasiędzie z nami,
Kurdesz, Kurdesz nad Kurdeszami!

Skoro się przytknie ręka do butelki,
Znika natychmiast smutek serca wszelki;
Wołajmyż tedy, dzwoniąc kieliszkami:
Kurdesz, Kurdesz nad Kurdeszami!

Niezłe to wino — do ciebie mój Grzelu,
Cieszmy się, póki możem, przyjacielu!
Niech ztąd ustąpi nudna myśl z troskami!
Kurdesz, Kurdesz nad Kurdeszami!

Patrzcie, jak dzielny skutek tego wina!
Już się me serce weselić poczyna;
Pod stół kieliszki, pijmy szklanicami!
Kurdesz, Kurdesz nad Kurdeszami!

I ty, Anulko, połowico Grzela,
Bądź uczestniczką naszego wesela,
Nie folguj sobie a chciej wypić z nami!
Kurdesz, Kurdesz nad Kurdeszami!


Już po butelce — niech tu stanie flasza!
Wiwat ta cała kompania nasza!
Wiwat z Maciosiem i przyjaciołami;
Kurdesz, Kurdesz nad Kurdeszami!

Macioś jest partacz, pić nie lubi wina,
Myśli, że jemu złotem jest dziewczyna.
Dajmyż mu pokój, pijmy sobie sami!
Kurdesz, Kurdesz nad Kurdeszami!

Odnówmy przodków ślaki wiekopomne,
Precz ztąd szklanice, naczynia ułomne.
Po staroświecku pijmy puharami!
Kurdesz, Kurdesz nad Kurdeszami!

Już też to, Grzelu, przewyższasz nas wiekiem,
A wiesz, że wino dla starszych jest mlekiem.
Łyknij! a będziesz śpiewał z młodzikami:
Kurdesz, Kurdesz nad Kurdeszami![2]



145.

Był Matysek chłop przed laty,
Jak drugiego nie znajdziecie,
I przystojny i bogaty,
I szczęśliwy na tym świecie;
Był kochany, nie znał biedy,
Zazdrościli mu ludziska,
Nikt nie wierzył, aby kiedy
Przyszła kryska na Matyska.


Krasawica cud dziewoja,
Zakochała się w nim skrycie;
„Mój Matysku jestem twoja,
Będę twoja całe życie!“
Lecz ktoś inny sypnął grosza
I wzajemność dziewki zyska,
I Matysek wziął odkosza,
Przyszła kryska na Matyska.
„Mój Matysku nie dbaj o to,
A miłosne rzuć zachody!
Lepiej z nami użyj złoto!
Pójdziem hulać do gospody!“
Tak go sąsiad cieszy w biedzie,
I całuje i uściska,
„Dobrze mówisz, mój sąsiedzie!
Przyszła kryska na Matyska.“
Pił z rozpaczy dobę całą,
Na pociechę pół tygodnia,
Poił wszystkich co się wlało,
I sąsiada i przychodnia;
A gdy przyszło do zapłaty,
Toć ostatni grosz wyciska,
Jak niepyszny szedł do chaty:
Przyszła kryska na Matyska.


I od tańca i od trunku
Zachorował tejże doby!
Lekarz przybył, do ratunku,
I napędził trzy choroby.
A za recept i za leki
Wziął ze stajni dwa koniska
I odjechał w świat daleki:
Przyszła kryska na Matyska.
Więc przed śmiercią myśli sobie
„Niechże wspomną towarzysze!
Ja testament dla nich zrobię
I każdemu coś zapiszę.“
Ale w chacie nic nie było
Prócz starego w progu psiska,
Westchnął biedak całą siłą:
Przyszła kryska na Matyska.
Umarł tedy jak ów święty,
Co tureckim ludzie zowią,
A odzieży lichej szczęty
Położyli mu pod głową,
A na pogrzeb nikt z sąsiadów
Nie popatrzył nawet z blizka,
Trumnę niosło czterech dziadów:
Przyszła kryska na Matyska.


Pod darniną, pod zieloną,
Zajął miejsce nieprzestronne;
Na pogrzebie nie dzwoniono,
Bo nie stało na podzwonne.
Przy kaplicy tuż pod ścianą
Jedlinowy krzyżyk błyska,
A na krzyżu napisano:
Przyszła kryska na Matyska.

Ludwik Kondratowicz.



146.

Pije Kuba do Jakóba,
Jakób do Michała,
Wiwat ty, wiwat ja,
Kompania cała!
A kto nie wypije,
Tego we dwa kije,
Łupu cupu, cupu łupu,
Tego we dwa kije!
Dawniej panie choć w żupanie,
Szlachcic złoto dźwiga,
Dzisiaj kuso, ścięto, spięto,
A w kieszeni figa.
Kto bez grosza żyje,
Tego we dwa kije, itd.

Koroneczki, perełeczki,
Miała pani sama,
Dziś szynkarka i kucharka,
Chodzi jakby dama.
Kto nad stan swój żyje,
Tego we dwa kije, itd.
Zraz z bigosem
Indyk z sosem
Jadły dawne pany,
Dziś ślimaki i robaki
Jedzą jak bociany.
Kto żabami żyje,
Tego we dwa kije, itd.
Pili nasi pradziadowie,
Każdy wypił czarę,
Jednak głowy nie tracili,
Bo pijali w miarę.
Kto nad miarę pije,
Tego we dwa kije, itd.
Pili nasi pradziadowie,
Nie byli pijacy,
Byli mężni, pracowici,
Bądźmyż i my tacy.
A kto nie wypije,
Tego we dwa kije, itd.

Wypił, wypił...
Nic nie zostawił,
Bodajże go, bodajże go
Pan Bóg błogosławił.



147.

Jestem doktor medycyny,
Tralla, la, la, tralla, la, la,
Leczę w sposób mój jedyny,
Tralla la la la la la.
Spazmy, kurcze — proszki dwa
Ha, ha, ha, ha, ha,
Już się chora dobrze ma,
Tralla la la la la la.

Skarżyła się mężatka,
Tralla la la, tralla la la.
Że wciąż szczupła i gładka,
Tralla la la la la la.
Jam ją leczył tak ładnie,
Ha, ha, ha, ha, ha,
Dziś poważna dokładnie,
Tralla la la la la la.


Panna mi się skarżyła,
Tralla la la, tralla la la,
Że w nocy spać nie mogła,
Tralla la la la la la,
Jam jej kazał proszek brać,
Ha, ha, ha, ha, ha,
Będzie mogła dobrze spać,
Tralla la la la la la.

Pewien rzecznik w Krakowie,
Tralla la la, tralla la la,
Cierpiał wielki ból w głowie,
Tralla la la la la la,
Jam ci go obuchem w łeb,
Ha, ha, ha, ha, ha,
I wyzdrowiał stary kiep,
Tralla la la la la la.

Ksiądz Bernardyn w klasztorze,
Tralla la la, tralla la la,
Mówił, że jeść nie może,
Tralla la la la la la,
Więc ja mu rozprułem brzuch,
Ha, ha, ha, ha, ha,
Teraz już jada za dwóch,
Tralla la la la la la.



148.

Precz, precz smutek wszelki,
Zapal fajki, staw butelki;
Niech wesoło z przyjacioły
Słodko płynie czas.
Cóż pomoże narzekanie?
Co się stało, nie odstanie,
Dobrym wszędzie dobrze będzie,
A złym wszędzie kwas.
Niech fortuna, w zmianach chyża,
Tych wywyższa, tych poniża,
Kto poczciwy, ten szczęśliwy,
Nie dba o jej grot.
Pijmy zdrowie Mickiewicza,
On nam słodkich chwil użycza,
Wszelkie troski koi boski
Jego lutni dźwięk!
Hej Panowie! w górę szklanki!
Każdy zdrowie swej kochanki!
Biedne chłopcy, którym obcy
Jest miłości wdzięk!
Poczekajcie jeszcze, proszę,
Jeden jeszcze toast wznoszę;
W górę czasze! zdrowie nasze!
Wiwat mnie i wam!

A gdy czara wypróżniona,
I od czczości wena kona,
Lepiej będę wieść gawędę,
Wierszom krzyżyk dam.



149.

Hejże, hejże, nie żartujże,
Kiedy kochasz, pocałujże,
Bo twój ojciec nie żartował,
Kiedy kochał, pocałował.
Hop! hop! na około,
Potańcujmy sobie w koło,
Kiedyśmy się rozhulali,
Hura, hura, hura dalej.
Hejże, hejże do mazura,
Podajcież mi rękę która,
Podajcież mi obie ręce,
Niechże sobie raz wykręcę.
Hop! hop! itd.
Jak ta wesoła drużyna,
Gdzie chodzi grzeczna dziewczyna,
Gdzie chłopaki dziarskie, żwawe,
Miło chodzić na zabawę.
Hop! hop! itd.



150.

Służyłem u pana na pierwsze lato,
Dał ci mi, dał ci mi kokoszkę za to.
A ta kura, złotopióra,
Po podwórzu chodziła
I kurczęta wodziła;
Moja przepióreczka latała, skakała
Koło podwóreczka.

Służyłem u pana na drugie lato,
Dał ci mi, dał ci mi kaczuszkę za to.
A ta kaczka woła kwak!
Sypie jej się z dzióbka mak;
A ta kura złotopióra,
Po podwórzu chodziła
I kurczęta wodziła.
Moja przepióreczka i t. d. (jak zwr. 1).

Służyłem u pana na trzecie lato,
Dał ci mi, dał ci mi gąsiątko za to.
A ta gęś nóżką trzęś,
A ta kaczka woła kwak!
Sypie jej się z dzióbka mak;
A ta kura i t. d. (jak zwr. 2).


Służyłem u pana na czwarte lato,
Dał ci mi, dał ci mi cielątko za to.
A to cielę głową mele,
A ta gęś nóżką trzęś,
A ta kaczka i t. d. (jak zwr. 3).

Służyłem u pana na piąte lato,
Dał ci mi, dał ci mi prosiątko za to,
A to prosię spisało się,
A to cielę głową mele,
A ta gęś i t. d. (jak zwr. 4).

Służyłem u pana na szóste lato,
Dał ci mi, dał ci mi wolczaka za to.
A ten wół wleciał w dół,
Moje prosię spisało się,
Moje cielę i t. d. (jak zwr. 5).

Służyłem u pana na siódme lato,
Dał ci mi, dał ci mi domeczek za to.
A ten domek z siedmiu słomek;
Mój wół wleciał w dół,
Moje prosię i t. d. (jak zwr. 6).

Służyłem u pana na ósme lato,
Dał ci mi, dał ci mi Anulkę za to.
Moja Anna, ładna panna,
A mój domek z siedmiu słomek,

A mój wół wleciał w dół,
Moje prosię spisało się,
Moje cielę główką mele;
Moja gęś nóżką trzęś,
Moja kaczka woła kwak!
Sypie jej się z dzióbka mak,
Moja kura, złotopióra,
Po podwórzu chodziła
I kurczęta wodziła.
Moja przepióreczka latała, skakała
Koło podwóreczka.



151.

Pod pantoflem mój dziadunio,
Pod pantoflem mój tatunio,
Pod pantoflem trzech stryjaszków,
Pod pantoflem dwóch wujaszków,
Pod pantoflem, to nie plotki
Nieboszczycy mojej ciotki,
Pod pantoflem wszyscy, wszędzie;
Mój też pod pantoflem będzie.
Pod pantoflem brat mój Oleś,
Pod pantoflem kuzyn Boleś,
Pod pantoflem pan marszałek,
Nawet rotmistrz, chociaż śmiałek,

I prezydent z deputatem,
I nie koniec jeszcze na tem,
Pod pantoflem obaj sędzie;
Mój też pod pantoflem będzie.
A dla czego? kto zapyta,
Oto prawda jest niezbita,
Którą następnie przełożę,
Że inaczej być nie może.
Bo u nas ludzi nie wiele,
Jak nie wół, to pewnie cielę,
Jak nie baran, pewno jagnię,
A każden pantofla pragnie!
Mój dziadunio był bibułą,
Tatko wielkim safandułą,
A reszta albo leniuchy,
Albo też opasibrzuchy,
Z wszystkich zaś ludzie się śmieją,
Że ledwo pisać umieją,
Wreszcie byli to hulaki,
I mój pewnie będzie taki.
Będę zatem jak babunia,
Jak ciotunia, jak mamunia,
Jak są moje trzy stryjenki,
Jak bratowa i wujenki;

Bo nikt nie może bez żony,
Być tu samopas puszczony.
Wszystko to mając na względzie,
Mąż mój pod pantoflem będzie.
Choć nas ludzie zwą gąskami
Albo simplex indyczkami,
Zawsze kura domestica,
Więcej warta od indyka,
Albo cietrzewia na toku,
Których widzim tu co kroku;
W ich więc policzony rzędzie,
Mąż mój pod pantoflem będzie!
Mówią, że są takie kraje,
Gdzie są inne obyczaje,
Chyba tam może mężowie
Więcej sensu mają w głowie,
Tylko to nie u nas wcale,
Gdzie to cymbał przy cymbale,
I gdzie wszyscy z ciałem, duszą
Pod pantoflem siedzieć muszą!

Bartels.



152.

Djabłów pięćkroć sto tysięcy
Na hulankę prysło w świat,

Mieli humor, lecz nic więcej,
Bo pieniędzy ani ślad!
Każdy przyzna, że golizna
To najtwardszy w świecie sęk.
Więc gromada w rozpacz wpada
Rozpoczyna djabli jęk!
Aż Belzebub z śmiechu w piekle
Dostał kolek słysząc to,
Boże, wrzasnął, jak też wściekle
Te djabliska głupie są!
A tu pięćkroć djabłów jęczy,
Aż w posadach ziemia drga,
Kto pożyczy? kto poręczy?
Kto na kredyt wina da?
Hej! rzekł Pipifax najmniejszy:
Głupcy z was przyznajcie to,
Jam od wszystkich rozumniejszy,
Bom ja djabeł „comme il faut.“
Chcecie pić a nie ma za co,
Patrzcie światło w oknach tam,
Tam rozumy ludzie tracą,
Tam się kielich wdzięczy nam.
Tam się winko gracko ściąga,
Butli, beczek pełen sklep,

Prawda w kabzdzie ni szeląga,
Lecz od czego djabli łeb?
Wszak nam rygiel nie dokucza,
Piekło przeszkód ani zna!
Dziurką każdy z nas od klucza,
Pięknie ładnie nurka da.
Hura! krzykną wszyscy djabli
I już ich w piwnicy masz,
Wnet węgrzyna, bordeaux, chabli,
Wypróżnili milion flasz.
I śpiewali w późną porę:
Pić i kochać to mi rzecz,
I spijali „con amore“
A noc uciekała precz!
Wtem zbudzony kogut raniej
Zapiał w przeraźliwy głos,
A tu djabli już pijani
W koło nich butelek stos.
Wszedł Belzebub, schmurzył czoło,
Pięćkroć djabłów do flasz wbił,
Zakorkował, zalał smołą,
Ścisnął drutem co miał sił.
Pięćkroć djabłów od tej pory
Na butelek siedzi dnie,

A świat do pomysłów skory,
Djabli sok szampanem zwie.
Kiedy korki grzmią ochoczo,
Piosnka płynie z piersi lżej,
Djabli się z butelek tłoczą,
I po głowach wiodą rej!



153.

Mężowie mówią o walcu źle,
Tańcem bez sensu zowią go wciąż:
Nie mają racyi, nie mają nie,
Czyż kiedykolwiek miał racyą mąż?
Bo walec to taki taniec niewinny,
A taki rzewny, melancholijny,
Nie mają racyi, nie mają nie,
Ci, którzy mówią o walcu źle.
Bo czyliż za złe można wziąć to,
I czyż kobieta popełnia grzech,
Że ją do serca przyciśnie kto,
Wzbudzi w niej miłość lub częściej śmiech,
Bo walec to taki itd.
Pan mąż się gniewa, pan mąż się dąsa,
Czemprędzej z balu wywieść mnie chce,
Lecz choć się gniewa, pokręca wąsa,
Jednak mi walca przerwać nie śmie.
Bo walec to taki itd.


A gdy się pyta mąż po zabawie:
Cóż ci powiedział tamten lub ów,
Ja mu przeróżnych rzeczy naprawię,
A gdy mnie znudzi, powiem bądź zdrów!
Bo walec to taki itd.



154.

A gdzie to ten kusy Janek,
Co chodził z toporkiem?
Koszturem się opasywał,
Podpierał się workiem. —

Miał on studnię za swym piecem,
Czerpał z niej przetakiem;
A widłami ryby łowił,
Wilki strzelał makiem.

Miał on wielkie gospodarstwo,
Miał i bydło hojne;
Cztery koty do roboty
I dwie myszy dojne.

Ściany były z pajęczyny,
A okienka z lodu,
Więc przy takim dobrobycie,
Umarł Janek z głodu. —


Latał zając po cmentarzu,
Wywrócił dzwonnicę;
Musiał za to złożyć w darze
Marmurową świecę.

A tam gdzieś na nowym świecie
Świnka róg złamała;
Kura siedząc na kamieniu, —
Po wodzie pływała.



155.

Jechał Sobek do Warsęgi na welekeyą;
Najął sobie na przedmieściu w karczmie stancyą,
I jęli go przyjaciele na piwko prosić,
A on im się famulią zaczął wynosić.
Dziadek mój był kasztelanem, miał siwą brodę,
A wujaszek wojewodą bo woził wodę,
A i tatuś mój najmilszy pieszo nie chodził,
Gdy po czworo koni na noc w pole wywodził.
Mać też moja nie umarli, chociaż nie żyją,
Bo umieli kreślić, guślić i spalili ją!
A mój wójcio był hetmanem z buławą dużą,
Chodził ci on do Puławic na noc na stróżą.
Jeden stryj mój był starostą, wie o tem wielu,
Starostował na niejednem w karczmie weselu.
Drugi stryj był podstarości, dawno nie żyje;
Dosyć wcześnie przed starością zdzierzgli mu szyję,

Trzeci stryjek był stolnikiem, stoły nakrywał,
A ten czwarty był podstolim, fafurki zmywał.
Któż się teraz z famulii mojej wydziwi?
Wszyscy byli zacni ludzie, wszyscy uczciwi.



156.

Za stołem panienki,
Przed stołem mężatki,
U kominka wdowulinki,
A za piecem babki.
Pannom wina pannom,
A miodu mężatkom,
Kwaśne piwo wdowulinkom
A co zlewki babkom.
Szczupaka panienkom,
Karaski mężatkom,
Drobne rybki wdowulinkom,
A żabeczki babkom.
Karetą panienki,
Powozem mężatki,
Drabnym wozem wdowulinki,
A taczkami babki.
Do nieba panienki,
Do raju mężatki,

Do czyśca wdowulinki,
A do piekła babki.
Białe róże pannom,
Tulipan mężatkom,
Drobne róże wdowulinkom,
A pokrzywy babkom.
Pałace panienkom,
Kamienice mężatkom,
Skromne domki wdowulinkom
A chałupy babkom.



157.

Ma baba, ma baba talary w lesie,
Kijem ją, kijem ją, niech je przyniesie,
Daj pokój, daj pokój ubogiej babce,
Już niesie, już niesie talary w czapce.



158.

Ten dziewczyny szuka ładnej,
Ów dowcipnej i uczonej,
Ten cnotliwej i przykładnej,
Tamten z pracą oswojonej;

Mnie ta próżność nie omami,
Szukam żony z dukatami.

Piękność jest to miły kwiatek,
Bawi oko w świeżej wiośnie,
Lecz zwiędnieje na ostatek,
Niech dla płochych ludzi rośnie;
Ja nie będę syt kwiatami,
Szukam żony z dukatami.

Dowcip małe ma zalety,
Gdy się w brudnej nędzy kryje,
Przy brylantach on się świeci,
Przy dukatach w oczy bije.
Choćby gapia nad gapiami,
Byle była z dukatami.

Niech na głowie będą rogi,
Byle tylko złote były,
Niechaj będzie potwór srogi,
Byle tylko z złotej bryły.
Świat nas uczci i z rogami,
Byle były z dukatami.

O pieniądze, bóstwo świata,
Źródło szczęścia i uciechy,

Z wami mile płyną lata,
Was wyglądam z pod mej strzechy;
Gardzę pięknej płci wdziękami,
Gwałtu! żony z dukatami.



159.

Kiedy chcę to mogę wyjść,
Kiedy chcę to mogę przyjść,
Bodaj to kawalerski stan,
Człek sobie żyje jak pan.
A żonka, gdzieżeś to był?
Coś jadł, coś robił, coś pił?
Oto mi żoneczkę masz;
Mężowie smutny stan wasz.
Kiedy chcę, to idę na bal,
Której chcę, to kupię szal.
Bodaj etc.
A żonce na suknię daj,
A potem w ręce chuchaj.
Oto mi etc.
Kiedy chcę, to w karty gram,
Komu chcę, to pieniędzy dam.
Bodaj etc.

A żonka: gdzie złotych pięć?
Nuże się przed nią kręć;
Bodaj etc.
Na panny nie patrzaj już,
Spuść oczy, chociaż nie kurz.
Oto mi etc.
Więc bracia przysiążmy wraz,
Nie żenić się nigdy wczas.
Bodajże to etc.



160.

Wszystkich nas ciekawość budzi,
Kto jest najszczęśliwszy z ludzi?
A ja mówię, że ze stanów
Najszczęśliwszy stan furmanów.
Hej wiu! chetta wiu, kary, siwy, łysy, gniady,
Hej wiu! chetta wiu, chetta, chetta, chetta wiu.
Biczyk smagły, chomąt suty,
Lejce dobre, wóz okuty,
A przytem smoły maźnica,
Najszczęśliwszy jest woźnica.
Hej wiu! itd.
Gdy jadę z panem w konkury
Do jakiej bogatej damy,

A ja się biorę do której,
Wtenczas obaj panny mamy. —
Hej wiu! itd.
Gdy widzę dziewczęta młode,
Spoglądam na ich urodę,
Nie mijam się z żadnym panem,
Wolę sobie być furmanem.
Hej wiu! itd.
Gdyby mnie królem zrobiono,
I z kozła na tron wsadzono,
Tobym ja to ludzi zdziwił,
Wszystkichbym ja uszczęśliwił.
Hej wiu! itd.
Więcej już nie mogę gadać,
Trzeba na koziołek wsiadać,
Koniki już zaprzężone,
Trzeba ruszać w inną stronę.
Hej wiu! itd.



161.

Idzie stary przez wieś,
Kukułeczka kuka;
Stary dziad, stary dziad
Młodej żonki szuka.


Mówili mu dworscy,
Mówili mu chłopcy:
„Czemu się waść nie żenił,
Póki waść był młodszy.

A teraz waść wysechł,
Jak barania skóra.
Panny nie chcą gadać,
Każda patrzy z góry.“

Ogolił brodzisko,
Przypasał szablisko,
Hejże mocny Boże,
Będę miał babisko.

— A idźże ty stary
Za piec z paciorkami;
Ojcze nasz, któryś jest,
Zmiłuj się nad nami.



162.

Raźno chłopcy, hej parobcy,
Hej dziewczęta, zwijajta się:
Janek Basię, Wojtek Kasię,
Każdy swoją, raźniej zasię!


Gospodyni dobądź z skrzyni
Półkwartowe na stół szklanki;
Ty twej Hanki, ja mej Franki,
Każdy zdrowie swej kochanki!

Skrzypek słucha, więc od ucha
Mazowieckie zagra tany;
Wszak jest znany między pany
Skoczny nasz mazur kochany!

Kto ochoczy, niech wyskoczy,
Niechaj nam tupać pomoże;
Kto nie może, żal się Boże,
Niechaj pójdzie spać w komorze!

A kto może, szczęść mu Boże,
Dalej z nami w raźne koło;
Dalej w koło, w górę czoło,
Tańczmy chłopcy a wesoło!



163.

Siał gospodarz żyto, żyto,
Żona mówi: — hreczka!
— Nie mówże mi słóweczka.
Niechaj z żyta będzie hreczka!


Siał gospodarz proso, proso,
Żona mówi: — mak!
Niechże tak, niechże tak,
Niechże będzie z prosa mak!

Miał gospodarz rybę, rybę,
Żona mówi: — rak!
— Niechże tak, niechże tak,
Niechże z ryby będzie rak!

Teraz proszę ja mężula,
Niech kozaka mi pohula.
— Hola! hola! żono moja,
Niech się stanie wola twoja!

— Otóż ja to uczyniła,
Męża tańczyć nauczyła.



164.

Człowiek, choć w życiu cnotliwy,
Choć z prostej nie zbacza drogi
Nie będzie przecież szczęśliwy
W tym razie, gdy jest ubogi.
Nie wybawią go i z nędzy
Same cnoty bez pieniędzy.
Pieniążki, lube pieniądze,

Wy macie czarowną siłę,
Wy wszystkie spełniacie żądze
Z wami to życie jest miłe.
Oj tak tak, oj tak tak
Z wami to życie jest miłe.

Ten co ma krasne lica
O świetnej karyerze marzy,
Wdziękami swemi zachwyca,
Jednak się djabelnie sparzy.
Nie wybawią go i z nędzy
Krasne lica bez pieniędzy.
Pieniążki, lube pieniądze,
Wy macie i t. d.

I ten co z rozumu słynie,
Pisze książki, takowe czyta,
Jednak go bieda nie minie,
Gdy próżna kieszeń zawita.
Nie wybawią go i z nędzy
Same książki bez pieniędzy.
Pieniążki, lube pieniądze,
Wy macie czarowną silę
Wy wszystkie spełniacie żądze
Z wami to życie jest miłe.
Oj tak tak, oj tak tak
Z wami to życie jest miłe.



165.

Wesoło, bracia wesoło,
Pochwyćcie za te puhary,
Dzban pełny, usiądźcie w koło,
Miłości palcie ofiary.
Miłość, śpiewanie i wino,
Są życia rozkoszą jedyną.
Miłością cały świat płonie,
Miłość jest szczęściem, choć płocha;
Największy mocarz na tronie,
Jest nędzny kiedy nie kocha.
Pochwyćcie potężne szklanki,
Niech żyją nasze kochanki.
Śpiewania słodka potęga
Zdradliwe zgryzoty płoszy,
Śpiewanie do serca sięga,
Jest źródłem wszelkiej rozkoszy.
Pochwyćcie potężne czary,
Niech żyje Orfeusz stary.
Wino niebieskim jest darem,
Nic zdrowia nie krzepi dzielniej,
Bogowie żyją nektarem,
Dlatego są nieśmiertelni.
Pochwyćcie potężne dzbany,
Niech żyje Bachus rumiany.

Kto kocha, śpiewa i pije,
Bratnie podajcie mu dłonie:
Kto bez tych rozkoszy żyje,
Nie godzien w naszem być gronie:
Miłość, śpiewanie i wino,
Są życia rozkoszą jedyną.



166.

Kiedy nam się pora zdarza,
I taka doba,
Pijmy zdrowie gospodarza,
Co się podoba!
Pijmy zdrowie gospodarza
Choćby do rana,
Mości panie Wojciechu —
W ręce wasana!



167.

Zacni sąsiedzi,
Przyjaciele mili,
Solenizanta (lub solenizantki)
Zdrowie będziem pili,
Wykrzyknijmy wszyscy razem
By nam był
W zdrowiu, w szczęściu,
Setne lata z nami żył!

Wypił, wypił,
Nic nie zostawił,
Bodajżego, bodajżego —
Pan Bóg błogosławił.



168.

Od granic, gdzie żył Lech,
Od Krymu aż do Czech,
Od Węgier aż po Rzym —
Ma winko wszędzie prym!
Kto rozum ma, chce długo żyć,
Powinien winko, winko pić, —
Bo winko mile grzeje krew
Człek zdrowy gdyby lew. —
Gdy serce westchnie ach!
Pal wina ze dwie flach.
Wnet z serca zemknie mól,
Czart weźmie wszelki ból.
Gdy starość zechce bielić włos,
Od winka weźmie szczutka w nos,
Bo w kogo z winka wstąpi duch —
Hej! hopsa! tęgi zuch!





VI. Piosnki
rozmaitej treści.

169.

Chłopek ci ja chłopek
W polu dobrze orzę!
Wszystko mi się dobrze dzieje,
Chwała tobie, Boże!
Mam parę koników,
Cztery wołki w pługu,
I domeczek malusienki
Bez żadnego długu.
Mam parę chłopaków
I cztery dziewczęta,
A kto tylko na nie spojrzy
Myśli, że panięta.
W karczmiem nic nie winien,
Choć w każdą niedzielę
Kogo piwkiem poczęstuję,
Sam sobie podchmielę.
A mając do tego
Przywiązaną żonę,
Nie dbam o majątek,
Ani o koronę.





170.

Mała chatka przy dolinie,
W której strumyk płynie,
Kawał niwy, nieleniwy;
Łączka na potrzeby swoje:
To bogactwa moje.

Cztery woły i dwa konie,
Nie drzemiące nigdy w bronie,
Koło ściany wóz kowany
I pług, którym skibę kroję:
To bogactwa moje.

Czarna z owiec mych sukmana,
A czapka z barana,
Pas wełniany, w domu tkany
I świąteczne w skrzyni stroje:
To bogactwa moje.

Dobry sąsiad, święta zgoda,
W domu żonka młoda,
Niezdradliwa i poczciwa,
Stary ojciec, dzieci dwoje:
To bogactwa moje.

Czerstwe zdrowie, serce hojne,
Sumienie spokojne,

Myśl niewinna — pieśń rodzinna,
Co po pracy słodzi znoje:
To bogactwa moje.

J. N. Jaśkowski.




171.
I.

Już ty śpiewasz skowroneczku,
Już też i ja orzę,
I my ludzie i wy ptaszki,
Wszystko dzieci Boże.
Człowiek w polu gospodarno
Pracować się sili,
Ptaszek bierze swoje ziarno
Z zimowych badyli.
Tyś skowronku, mój towarzysz,
Choć w nierównej doli,
O kochaniu tylko marzysz
Twemu sercu gwoli.
Tyś szczęśliwy i wesoły;
Gdy jutrznia poranna,
Lecisz w górę, by z anioły
Zaśpiewać: Hosanna!

Z twej piosenki rade nieba
I Pan Bóg się cieszy,
Że ptaszkowi mało trzeba
I dziękować spieszy,
Że różnemi gwarząc tony
Głosisz w kraj daleki:
„Niechże będzie pochwalony,
Na wieki! na wieki!“


II.

Już ty śpiewasz, skowroneczku,
Już też i ja orzę,
Lecisz w niebo, za oraczem
Pomódl się nieboże!
Mów, żeś krążąc wedle sioła,
Widział biedy nasze,
W głodzie wiosna niewesoła
Jako wiosny ptaszę.
Człowiek świtem ze snu wskrześnie,
Ale rąk nie dźwiga,
Chciałby śpiewać świętą pieśnię,
Głodna pierś zastyga.
Za nic wiosny widok rzewny
I krasna jutrzenka,
Gdy co ranka dzwon cerkiewny
Po umarłym stęka.

Dziatwa jęczy, człek się błąka,
Z łez świata nie baczy,
Wiosną życie dla skowronka,
A śmierć dla oraczy.
Módl się ptaszku! Bóg wzruszony
Doda nam opieki,
I niech będzie pochwalony,
Na wieki! na wieki!

Wł. Syrokomla.



172.

Czterym lata wiernie służył gospodarzowi:
Ranom wstawał, sieczkem krajał inwentarzowi.

A to wszystko dla dziewczęcia miło mi było,
Bo mi serce, jak żywica, do niej przylgnęło.

Nie śmiałem się jej zapytać, czyby mnie chciała:
Bo dwa wółki i dwie krówki w posagu miała.

Kubek srebrny wyzłacany i pierścień złoty;
I fartuszek srebrem tkany, cudnej roboty.

Ale mi się nadarzyła dziewczęcia zguba:
Kiedym sobie wółki pasał, a ze mną Kuba.

Przyleciała zadyszona: ach ratuj Stachu!
Wilk mi owce porozganiał, umrę ze strachu.


Ale ja się zapytuję: co znaleźnego?
„Dam ci ja też sama siebie, jeśli chcesz tego.

I wianeczek z rozmarynu piękny, świeżuchny,
Czegoż więcej żądać będziesz od twej dziewuchny.“



173.

Ja parobek, ty parobek,
Chodźmy obaj na zarobek!
Mamy zdrowe ręce obie,
Ty zarobisz, ja zarobię.
Bez zarobku wyżyć trudno,
A bez pracy smutno, nudno;
Już pożółkło w polu zboże,
Nuże! hola! nie pomoże.
Ja parobek, ty parobek,
Chodźmy obaj na zarobek.
Czyli tędy czy owędy,
Pracowitym radzi wszędy.
Dalej bracia, tylko żwawo
Smagaj cepem w lewo, w prawo,
Korzec zboża niby piórko,
Nieśże prędzej przez podwórko.
Ja parobek, ty parobek,
Chodźmy obaj na zarobek,

Ja niestary a ty młody,
A więc bracie nuż w zawody.
Co tam bieda, co tam troska!
Jest nad nami ręka Boska,
Kto pracuje ten w potrzebie,
Zawsze znajdzie pomoc w niebie.
Ja parobek, ty parobek,
Idziem sobie na zarobek,
I ty słuchaj naszej rady:
Kochaj pracę, chroń się zwady.
Pracuj tydzień a w niedzielę
Choć godzinę bądź w kościele,
Po nieszporach podskocz sobie,
A jak umrzesz, spoczniesz w grobie.

(„z Dzwonka.“)



174.

Chcesz, abym ci piosnkę wysnuł,
Długą jak nić z motka,
„Świat mój cały to stodoła,
I to pierwsza zwrotka!

Chcesz, abym ci piosnkę śpiewał,
Kto to na mnie mruga,

„Sierp i kosa, ostrze pługa“,
I to zwrotka druga!

Chcesz, abym ci piosnkę śpiewał,
Czyja buzia słodka:
„Mej żniwiarki, gdy kłos ścina“
I to trzecia zwrotka!

Cóż ci więcej będę śpiewał,
Biedna moja głowa:
„Kocham wiałkę, bronę, cepy“,
I piosnka gotowa!

A gdy oko w stertach tonie
I ręka kłos spotka,
Oto wtedy, moja luba,
Najpiękniejsza zwrotka!

A gdy ludzie, jak to bywa,
Zrobią z tego plotkę;
„Młócąc zboże“ — im zaśpiewam
Już ostatnią zwrotkę!



175.

Już tyle razy słońce wracało
I blaskiem swoim dzień szczyci,

A memu światłu cóż się to stało,
Że mi dotychczas nie świeci?

Już słowik w lesie zaczął swe pieśni,
Gaj mu się cały odzywa;
Kłócą powietrze ptaszkowie leśni,
A mój mi ptaszek nie śpiewa.

Już tyle kwiatów ziemia wydała
Po onegdajszej powodzi;
W różne się barwy łączka przybrała,
A mój mi kwiatek nie wschodzi.

Już się i zboże do góry wzbiło
I ledwo nie kłos chce wydać;
Cale się pole zazieleniło,
A mej pszeniczki nie widać.

O wiosno! pókiż będę cię prosił?
Gospodarz zewsząd stroskany!
Jużem tę ziemię łzami urosił,
Wróć mi urodzaj kochany!



176.

Polski przemysł niech nam żyje!
Przemysłowi cześć!

Bo w nim dążeń dziś się kryje
Narodowych treść!

Brak przemysłu dawniej dwoił
Narodowy trud;
On pomostem, który spoił
Z szlachtą polski lud.

Lecz nauki nam potrzeba,
By osięgnąć szczyt!
Pracą sobie skarbmy chleba,
Zapewniajmy byt!

Każdy bo z nas, który spłaci
Własnej biedy karb,
Przez to samo już wzbogaci
Narodowy skarb.

Więc gromadnie a wytrwale,
By gmach stanął w czas
I przyświadczył naszej chwale,
Podniósł ducha w nas!

Polski przemysł niechaj żyje!
Przemysłowi cześć!
Bo w nim dążeń dziś się kryje
Narodowych treść.

I. Szastecki.



177.

Niech każdy to przyzna, ten co rozum ma,
Że w karty zabawa jest najgorsza gra,
Człek sobie marnuje pieniądze i czas,
A ten co je wygrywa, stroi żarty z nas.
Co tylko najgorszego używał pan Piotr,
A z człowieka poczciwego stał się wielki łotr.

Ojczysko pracuje, składa grosz na grosz,
I złotemi dukatami wypakował trzos.
Pan synek objąwszy wszystko w swoję moc,
Przehulał, przemarnował wszystko w jednę noc.
Co tylko najgorszego itd.

Nareszcie pan Piotrek idzie gęsi paść,
I staje się spekulantem i zaczyna kraść.
Nareszcie pan Piotrek kończy życie tak,
Z więzienia do więzienia, z więzienia na hak.
Co tylko najgorszego itd.



178.

Śpiewajmy i pijmy nasz polski miód!
Znów bracia, znów żyjmy, jak żylim wprzód!
Niech smochce węgrzyna krociowy pan;
Nam rozkosz jedyna jest miodu dzban!

Z macicy szkarłatu pił wino Rzym,
Nadęty, że światu sam dawał prym;
Polak nie zbytkował, miód tylko pił,
A z kim się spróbował, każdego zbił.


Miał Polak znaczenie, ton pewny wiódł,
Gdy swe jadł pieczenie, swój pijał miód;
Lecz gdy się ze strony zły zbytek wkradł,
Wszedł gość nieproszony, gmach wielki padł.



179.

Dosyć bracia lać szampana,
Dziś od chłopa aż do pana
Trzeźwym się być godzi;
Niech toastem będzie zgoda,
Trunkiem naszym czysta woda,
Ludzkość się odrodzi.

Wy chwalicie tokaj stary,
Co to niegdyś nam w puhary
Lała Sasów moda;
Lecz od wina, lecz od miodu,
Co ojcowie pili z młodu,
Najstarszą jest woda.
Stary strumyk zawsze świeży,
Bo od wieków ciągle bieży
I spragnionych chłodzi;
Czystym trunkiem ludzi poi,
W czystym zdroju kwiaty dwoi,
Bądźmy jak on młodzi.


Może bracie ci się wyda,
Że bez karczmy i bez żyda
Nie będziesz bogaty;
Lecz zważ, że nietylko z trudu,
I z sumienia twego ludu
Ciągnąłeś intraty.

Bóg chce, trzeba byśmy chcieli,
Byśmy wszyscy wytrzeźwieli
I siedzieli doma;
Trzeba drugim złe przebaczyć,
Zajrzyć w siebie i zobaczyć,
Gdzie belka, gdzie słoma.

A Bóg ludziom dobrej wiary,
Którym dał już cuda — pary
I elektryczności;
Na to i na drugie życie,
Jak mądrości swej odbicie,
Da wytrwać w trzeźwości.



180.

Hej ty Wisło, modra rzeko,
Pod lasem.

A mam ja ci pęk fujarek
Za pasem.

A jak ci ja na fujarce
Zagraję,
Usłyszy mnie moje dziewczę
O staje.

Nasza Wisła, modra rzeka,
Niby kwiat.
I płynie se het daleko
W obcy świat.

I płynie se het daleko
Aż w morze.
Co tak czarne, niby rola,
Mój Boże!

Hej dziewczyno, hej Halino,
Nie płacz mi.
I oczkami jak gwiazdkami
Zaświeć mi.

Bo flisowie już wracają
Waraha!
A echa znów powtarzają
Waraha.

Drugi wiersz powtarza chór ze śpiewającym.


181.

Hej flisacza dziatwo,
Hej dalejże, dalej,
Płyń do Gdańska z tratwą
Po szumiącej fali.
Lekko, cicho, gładko,
Nieś nas Wisło nasza,
Na twych falach matko,
Nic nas nie zastrasza.

Płyń ochoczo wiaro
Z bukiem, dębem, sosną
I z Wisełką szarą
Pieśnią gwarz radosną,
Bo choć nad twym szlakiem
Burza się rozsroży
Czuwa nad flisakiem
Blask opieki Bożej.

Gdy brzmi na jej łonie
Nasza pieśń wesoło,
Wtórzcie nam wód tonie,
Wtórzcie z szumem w koło,
Płyń więc płyń o tratwo
Pan Bóg cię ocali,
Płyń z flisaczą dziatwą
Dalej dalej dalej.


W dal nas niesie rzeka,
Niesie lotem ptaka,
Córka w domu czeka
Starego flisaka.
Łzy wylewa z trwogi,
Serce z myślą smuci,
Że jej ojciec drogi
Może nie powróci.

Wody wartko płyną,
Lecz nas w nurt nie wrzucą,
Ukój żal dziewczyno,
Wrócą flisy, wrócą.



182.

Polska dziewica,
Śliczna z swej urody,
Krasne ma lica,
Świeże jak jagody,
Nic to Hiszpanki,
Płoche kochanki.
W świecie jedyna,
Polska dziewczyna.


Białe rączęta,
Chociaż nie próżnują,
Piękne oczęta
Wszystkich oczarują,
Nic to — i t. d.

W oku ochota
I wesołość duszy,
Serca jej cnota
W sercu zapał wzruszy.
Nic to — i t. d.

Polka nie płocha,
Lecz w kochaniu stała.
Wiecznie już kocha,
Komu serce dała.
Nic to — i t. d.

Warkocz gdy splecie,
Wstążki lśnią do koła,
Nic jej na świecie,
Zrównać nie podoła.
Nic to Hiszpanki,
Płoche kochanki,
W świecie jedyna,
Polska dziewczyna.



183.

Była babulinka z rodu bogatego,
Miała koziołeczka bardzo rozpustnego;
Fik mik, fik mik;
Szwadyrydyrydy ciach, mach, ciach,
Bardzo rozpustnego!

A ten koziołeczek był bardzo tłusty,
Wyjadł on babuli ogródek kapusty.
Fik mik, fik mik,
Szwadyrydyrydy ciach, mach, ciach,
Ogródek kapusty.

Wzięła babulinka kijaszka małego,
Zaczęła wyganiać koziołka psotnego,
Fik mik, fik mik!
Szwadyrydyrydy ciach, mach, ciach,
Koziołka psotnego.

I wygnała ci go na rozstajne drogi;
Zajedli go wilcy, zostawili rogi.
Fik mik, fik mik!
Szwadyrydyrydy ciach, mach, ciach,
Zostawili rogi.


W jednym różeńku piwo warzyła,
W drugim różeńku słoninę smażyła;
Fik mik, fik mik!
Szwadyrydyrydy ciach, mach, ciach,
Słoninę smarzyła.



184.

Choć świat na to czasem szwista
Żem żid,
Jestem sobie kantorzysta
Ganc git.


Pryncypała sze nie boję,
Z nim gaj!
Bo mam przecie rozum swoje
Aj waj!


Papę co miał pejsy duże
Na pisk,
Wołał „handel“ na podwórze
Dla zysk.


Lecz, że już nie zacofany
Ten kraj,
Jestem cybulizowany
Aj waj!


Moje mamę w wielkiej biedzie
Gnąc kark,
Sprzedawała sobie śledzie
Na targ.
I mówiła przed straganem
Od jaj,
Mój syn będzie wielkim panem
Aj waj!
Miała ona racye swoje
Sehr git,
Bo sze dzisiaj modnie stroję
Przez spryt!
Lubię na raz pić butelki
Zwei, drei,
Nawet tryfne jem serdelki
Aj waj!
Kiedy szkiełka mam na nosze,
To krzyk,
Mówią o mnie Julcze, Zosze,
Ma szyk!
A choć która wykrzykuje:
Gaj! gaj!
Ja sze dobrze prezentuję
Aj waj!


Brzmi w ogródkach przy teatrze
Mój głos,
I aktorkom słodko patrzę
W sam nos!
Gdy chcę z którą czując grosze
Mieć raj,
Na szampana ją zaproszę
Aj waj!
Gdy z nią różne zjem frykasy
Jak nic
Na doróżkę pierwszej klasy,
Hic, hic!
I z tą duszką co sze szmieje
Jak maj,
Jeżdżę sobie na aleje
Aj waj!
Zkąd na zbytki biorę złoto? —
Cyt, cyt,
Niech nie pita nigdy oto
Goj, żyd!
Bo gdyby kto robił krzyki —
Z mój raj,
Uciekłbym do Ameryki
Aj waj!



185.

Młodość i piękność mam,
Kwiaty roznoszę,
Panów i pięknych dam
Istne rozkosze.
Wszyscy kochają mnie:
Biedny, bogaty
Zarówno kwiatów chce
I kocha kwiaty.
Paniczów, panien rój,
Gdy mię otoczy,
Ta patrzy w koszyk mój,
Ten w czarne oczy.



186.

Wesoły, szczęśliwy,
Krakowiaczek ci ja,
A mój konik siwy
Raźno się uwija.
Uwijaj się, raźno bież,
Kopytami ognia krzesz.
Czapeczka czerwona
Na głowie mi płonie,
Pokazuje ona,
Że mi gore w łonie.

Gore serce, pędzi koń,
A dziewczyna klaska w dłoń!
Z czapki pawie pióro
Barwami się mieni,
Jak dzionek za chmurą,
Gdy ją świt zrumieni.
Dumnie błyszczy pawi puch,
I ja dumny — i ja zuch!
Krakowiaczek ci ja,
Pędzę sobie żwawo,
Kto mię nie wymija,
Plunę w twarz kurzawą!
Bo ja pan! bo ja król!
Pośród swoich niw i pól!
W koło szumi zboże,
Kłania mi się kłosem,
Kiedy zbiorę, zorzę,
To pobrzęknę trzosem.
A dziewczęta z całej wsi
Będą się przymilać mi!
I ta i ta ładna,
Lecz próżne ich chęci;
O! bo mnie już żadna
Nie zwabi, nie znęci:
Jedno tylko serce mam,
Jednę tylko Baśkę znam.



187.

Alboż my to jacy tacy,
Chłopcy Krakowiacy!
Czerwona czapeczka,
Na cal podkóweczka.
I biała sukmana, dana moja dana!
Karazya wyszywana,
Ciecioć jakaś haftowana,
Pętliczkami, sznureczkami,
Złocistemi klapeczkami
Do kolusineczka, moja kochaneczka.
Mam i pasik wyszywany,
Rzemyczkami przeplatany,
Wybijany gwoździczkami,
Złocistemi sprzążeczkami
Do kolusineczka, moja kochaneczka!
I koziczek wyostrzony,
W piękną kaletę złożony:
Przy rum fajka i krzesiwko,
Kochajże mnie moja dziewko
Do kolusineczka, moja kochaneczka!
I koszulka z hafteczkami,
Z paciorkami, faworkami,
Z obszewkami z przyramkami;
Z czerwonemi wstążeczkami
Do kolusineczka, moja kochaneczka!
I buciki wywracane
Podkóweczki nitowane,
I przy kroju przeszywane,
Z uszeczkami, z przywiązkami
Do kolusineczka, moja kochaneczka!

Mam pieniądze za obsiewki,
Kochajcież mnie moje dziewki!
A która mnie będzie chciała,
To ta wszystko będzie miała:
I krakowski wianek i złoty pierścionek.
Rańtuch biały okolisty;
Gorset czysty i złocisty,
Sznurek koralów rzęsisty
Do kolusineczka, moja kochaneczka.



188.

Hej Mazury, hejże ha!
Póki wiosna życia trwa;
Póki serce żywo bije,
Póty szczęścia człek użyje;
Więc parobki dalej w hopki,
Gdy muzyka gra!
Już nam szumny zabrzmiał bas,
Dalej bracia, dalej wraz,
Albośmy nie w chłopa chłop:
Bracia, w podkóweczki, hop!
Dalej, dalej, dalej, dalej,
Patrzcie jak się Mazur wali!
Bo Mazury krzeszą z góry,
Aż patrzeć nie żal!

To mi ziemia, to mi kraj!
W to mi Maćku, w to mi graj!
Są w niej chłopcy, chleb i kasza,
Więc żyzna kraina nasza,
Więc wesoło, dalej w koło, —
Nasza ziemia raj!
Miło nam w tym kraju żyć;
Miło w podkóweczki bić;
A ktoby chciał przerwać pląs:
Golą brodę, wara wąs!
Dalej, dalej, dalej, dalej,
Patrzcie jak się Mazur wali!
Bo Mazury krzeszą z góry,
Okropny ich dąs!



189.

Niema jak nasz kraj!
To nam skrzypku graj!
Nie wiemy jak komu,
Nam najlepiej w domu,
Nasz kraj, to nasz raj,
To nam graj i znaj!

Niema jak nasz kraj!
To nam skrzypku graj!

Miła swoja chatka,
Jak rodzona matka.
Nasz kraj, to nasz raj!
To nam graj i znaj!

Niema jak nasz kraj!
To nam skrzypku graj!
Tu mąka i łąka,
Tu ryby i grzyby,
Nasz kraj, to nasz raj!
To nam graj i znaj!

Niema jak nasz kraj!
To nam skrzypku graj!
Tu jest len do płótna
I owce do sukna,
Nasz kraj, to nasz raj!
To nam graj i znaj!

Niema jak nasz kraj!
To nam skrzypku graj!
Tu są stada koni,
Żelazo do broni,
Nasz kraj, to nasz raj!
To nam graj i znaj!


Niema jak nasz kraj!
To nam skrzypku graj!
Cudze kraje znajmy,
Ale swój kochajmy,
Nasz kraj, to nasz raj!
To nam graj i znaj!



190.

Krakowiaczek ci ja, krakowskiej natury;
Kto mi w drogę włazi, ja na niego z góry!
Krakowiaczek ci ja, któż nie przyzna tego,
Siedmdziesiąt kółek u pasika mego!

Krakowiaczek ci ja, na piędź podkóweczka,
U mojej koszuli czerwona wstążeczka!
Krakowiaczek ci ja, w Krakowiem się rodził,
Siedem latek miałem, gdym do szkoły chodził.

Poczem ci to poznać chłopca Krakowiana,
Chociaż wiatr w kieszeni, mina jak u pana!
Z chłopca Krakowiaka kawałek szlachcica;
Nie tańczy po ziemi, ino po tarcicach.

Chłopcy Krakowiacy, Tarnowskiego pana,
Każcie sobie zagrać dana ino dana — hu, ha!
A jak ci ja urznę krakowiaka z nogi,
Pójdą wiechcie z butów a trzaski z podłogi!


Uderzmy w podkówki, niech przyzna świat cały,
Że krakowski taniec wart jest wiecznej chwały.
Krakowiaka grajcie, boć to bardzo ładny:
Wszystkie dziewki kocham, a mężatki żadnej.

Nuże dalej w pary, ręce se podajcie,
Jak nasi ojcowie, krakusa śpiewajcie! — hu, ha!
Kiedy się gniewacie, że ja brzydko śpiewam,
Śpiewajtaż wy lepiej, ja się nie rozgniewam.



191.
(Słowa i muzyka Leona Noela.)

Gdy już wianki ku schyłkowi,
Bywajcie nam wszyscy zdrowi!
I szczęśliwie w domu próg
Niechaj nas zawiedzie Bóg.
Bez pomocy Twej, o Boże,
Człek sam zdziałać nic nie może,
Twej mądrości, Boże, moc
Niech nam da spokojną noc.
Dobra noc, dobra noc.

A gdy za rok doczekamy,
Tu się znowu powitamy,
Jak nad Wartą wszędzie wraz,
Niech zwyczaje łączą nas!

Ludzkie chęci, to czcze blaski
Bez Twej mocy, bez Twej łaski;
Twej mądrości, Boże, moc
Niech nam da spokojną noc.
Dobra noc, dobra noc.

Spać już poszli ci i owi,
Bywajcie nam wszyscy zdrowi!
Kłótnia to nasz wspólny wróg,
Niech nas zgodą darzy Bóg.
Nic nie znaczą siły człeka,
Gdy nie wesprze Twa opieka;
Twej mądrości, Boże, moc
Niech nam da spokojną noc.
Dobra noc, dobra noc.

Wszak łącznością budujemy,
A niezgodą rujnujemy
Najpiękniejszy w wianku kwiat;
Wspólnych dążeń stwórzmy świat;
Twej mądrości, Boże, moc
Niech nam da spokojną noc.
Dobra noc, dobra noc.

Już i świta ku wschodowi,
Bywajcie nam wszyscy zdrowi;

Bóg was w pieczy niech ma sam,
Szczęsnej nocy życzym wam!
Ludzkie straże nie wystarczą,
Ty nas zasłoń Swoją tarczą.
Twej mądrości, Boże, moc
Niech nam da spokojną noc.
Dobra noc, dobra noc.


Pieśń tę śpiewa co rok młodzież d. 23 Czerwca przy puszczaniu wianków na Warcie w Poznaniu. Melodya tej tkliwej piosenki pod wieczór, rozlegając się po wodzie, sprawia wrażenie do głębi serca przejmujące.




.





TREŚĆ.


str.




Przypisy

  1. Przypis własny Wikiźródeł Pieśń śpiewana jest często także w wersji z refrenem (autor anonimowy):
    Tam szum Prutu, Czeremoszu
    Hucułom przygrywa,
    A ochocza kołomyjka
    Do tańca porywa.
    Dla Hucuła nie ma życia,
    Jak na połoninie,
    Gdy go losy w doły rzucą,
    Wnet z tęsknoty ginie.
  2. Przypis własny Wikiźródeł Pieśń przypisywana trzem autorom: Franciszkowi Bohomolcowi, Celestynowi Czaplicowi i Franciszkowi Ksaweremu Chomińskiemu.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Chociszewski.