Wojna i pokój (Tołstoj, 1894)/Tom III/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Lew Tołstoj
Tytuł Wojna i pokój
Tom Tom III
Wydawca J. Czaiński
Data wyd. 1894
Druk J. Czaiński
Miejsce wyd. Gródek
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Война и мир
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron
Artykuł w Wikipedii Artykuł w Wikipedii


WOJNA i POKÓJ.
ROMANS HISTORYCZNY
Lwa Hr. Tołstoja.
TOM III.
Wojna i pokój ornament.png
GRÓDEK.
Nakładem i drukiem J. Czaińskiego
1894.



I.

Książę Bazyli nie układał nigdy planów naprzód, tem mniej w głowie mu nawet nie postało, popełnić coś złego, by ciągnąć z tego na przyszłość korzyści. Był to po prostu człowiek wielkiego świata, któremu dotąd wiodło się wszystko, do czego tylko rękę przyłożył, uważał zatem każde w życiu powodzenie, za coś zwyczajnego i koniecznego.
Działał stosownie do okoliczności, do stosunków z tymi lub owymi. Do tej stałej zasady, naginał i zastosowywał rozmaite kombinacje, które budziły w nim najwyższe zajęcie i były celem jedynym jego życia. Jednakże sam przed sobą nie zawsze zdawał sobie sprawę, czemu postępuje tak, a nie inaczej? Miał jednocześnie dziesięć planów w głowie. Niektóre z nich zostawały niewykonanemi jako projekta rysujące się dopiero w umyśle, nieokreślone ścisłemi konturami. Inne przychodziły do skutku; a jeszcze inne nie udawały się i jemu, chybiając celu. W takim razie przechodził nad niemi do porządku dziennego, i zapominał o nich najzupełniej. Naprzykład: nie powiedział sobie nigdy z góry: — „Ten i ten, jest teraz u szczytu władzy, powinienbym zaskarbić sobie jego przyjaźń i starać się zyskać jego zaufanie, aby otrzymać za jego pośrednictwem to, lub owo“. — I tego naprzód nie powiedział nawet samemu sobie: — „Z Piotra zrobił się teraz pan miljonowy, postaram się wciągnąć go do mego domu, aby poślubił moją córkę i pożyczył mi na razie czterdzieści tysięcy rubli, których potrzebuję nieodzownie“. — Ilekroć jednak ten, lub ów, mogący dopomódz mu w jakikolwiek sposób znalazł się przypadkiem na jego drodze, instynkt zachowawczy podszepnął mu zawsze, w jaki sposób ów jegomość mógłby stać się dla niego pożytecznym, i jaką on, książę Bazyli, mógłby z tej znajomości korzyść wyciągnąć. Zbliżał się zatem do tego kogoś, wchodził z nim w stosunki najserdeczniejsze, w sposób najnaturalniejszy w świecie, pochlebiał mu, i umiał stać się dlań niezbędnym. Tak samo, niczego z góry nie układając, prawie bezmyślnie, śledził każdy krok Piotra w Moskwie. Dzięki jego wpływom, zamianowano hrabiego Bestużewa carskim szambelanem. W owej epoce była to ranga, równająca się radcy stanu. Następnie namówił Piotra, żeby powrócił z nim do Petersburga, i zamieszkał jak przedtem w jego domu. Trzeba przyznać, że książę Bazyli urządzał wszystko w ten sposób, żeby zbliżyć młodych i wydać córkę za hrabiego Bestużewa; robił to jednak z pewną niedbałością, jakby od niechcenia, niby sam nie domyślając się celu tego postępowania i przekonany szczerze, że inaczej przecież stać się nie mogło, tylko tak, jak się właśnie stało. Gdyby książę Bazyli był cokolwiek i kiedykolwiek naprzód układał; gdyby który z jego planów miał czas dojrzeć, nie mógłby był działać z taką dobrodusznością, z taką prawie naiwną prostotą, z jaką zwykle występywał w stosunkach tak z niższymi od siebie, jak i z tymi, którzy stali wyżej od niego. Jakaś siła niewidzialna popychała go zawsze ku tym, którzy byli bogatsi, lub mieli większe wpływy od niego. Umiał zaś ze zręcznością zadziwiającą schwycić w lot chwilę najsposobniejszą, aby z nich wyciągnąć dla siebie korzyść największą. Zaledwie Piotr został bogatym i hrabią Bestużewem, musiał pożegnać się ze swoją samotnością, a więc i swobodą, której dotąd używał w całej pełni. Ujrzał się otoczonym, i tak umiano zająć go sprawami najrozmaitszemi, że nie tylko nie mógł pomyśleć spokojnie, ale nie zostawiano mu prawie czasu odetchnąć. Musiał podpisywać jakieś dokumenta, biegać po sądach i biurach, o czem dotąd miał ledwie słabe wyobrażenie; musiał konferować ze swoim głównym zarządcą i pełnomocnikiem, zwidzać dobra leżące w okolicach Moskwy, i przyjmować mnóstwo ludzi, jemu najobojętniejszych, którzy dotąd udawali że nie wiedzą wcale, czy jakiś tam Piotruś na świecie istnieje. Gdyby teraz chciał się był uwolnić od tej nieznośnej dla niego pańszczyzny, i nie przyjmował tych intruzów, byliby się czuli obrażeni śmiertelnie. Sędziowie, prawnicy, dalecy krewni, znajomi, nawet nieznajomi, byli równie uprzejmi i nadskakujący w obec młodego dziedzica. Wszyscy zdawali się być głęboko przeświadczeni, o nadzwyczajnych i wzniosłych przymiotach Piotra. Obecnie obijało mu się co chwila o uszy: — „Dzięki pańskiej dobroci niewyczerpanej“ — albo — „dzięki pańskiemu sercu wspaniałomyślnemu“ — lub też — „Pan, który jesteś tak wzniosłym w swoich czynach“... „Ba! gdyby on miał pańską inteligencją“... „Cóż kiedy przewyższasz go rozumem, o całe niebo“ — i tak dalej... i tem podobnie... W końcu uwierzył sam w swoją „niewyczerpaną dobroć“, w „swoje wielkie czyny i pierwszorzędną inteligencję“. Co do tego zresztą, był on oddawna przekonany, że ma serce poczciwe, dla drugich wylane, i nie jest wcale ograniczonym. Ci nawet, którzy niegdyś byli mu najgorszymi wrogami, i prześladowali go na każdym kroku, stali się nagle w obec niego najmilszymi i najżyczliwszymi. Najstarsza z księżniczek, z figurą wysoką i chudą jak tyka, z usposobieniem cierpkiem i nieznośnem, z włosami przylepionemi do skroni, jak peruczka na głowie lalki; przyszła oświadczyć mu zaraz po pogrzebie, z oczkami skromnie spuszczonemi, z minką pokorną i twarzą rumieńcem pałającą, że nie może dość odżałować nieporozumień dawniejszych, że wprawdzie nie ma prawa do niczego, ośmiela się jednak błagać go jak o łaskę, żeby mogła po ciosie, który ją spotkał, przebyć jeszcze bodaj kilka tygodni w domu, tak przez nią ukochanym i gdzie poświęcała się przez tak długi przeciąg czasu. Zobaczywszy tonącą we łzach tę osobę tak zwykle apatyczną i na wszystko obojętną, Piotr ujął ją z całą serdecznością za obie dłonie, prosząc nawzajem o przebaczenie, choć właściwie nie wiedział za co ją przeprasza? Od tego dnia pamiętnego, księżniczka zaczęła robić dla niego na drutach szalik ciepły na szyję z włóczki w cienie.
— Zrób coś dla niej mój drogi! — wstawiał się za księżniczką Bazyli — wiesz przecie ile wycierpiała przy nieboszczyku, jaki był dokuczliwy i wymagający.
Przy tych słowach podsunął Piotrowi papier, w którym darowywał jej trzydzieści tysięcy rubli, z kapitałów w banku złożonych. Książę powiedział sobie w duchu, że trzeba i księżniczce dać bodaj kostkę do obgryzienia, aby zamknąć jej usta co do roli haniebnej, jaką on, książę Bazyli, odegrał w owej sprawie ze sławnym pugilaresem. Piotr poczciwy podpisał dokument bez wahania, po czem sucha i długa księżniczka, zaczęła otaczać go jeszcze czulszemi staraniami. Młodsze siostry poszły za dobrym przykładem danym przez najstarszą, szczególniej ta ładna z pieprzykiem. Zdarzało się często że Piotr był zażenowany i zakłopotany, jej uśmieszkami zalotnemi i rumieńcami, któremi płonęła na jego widok, skoro spotkali się gdziekolwiek sam na sam.
To ogólne przywiązanie do jego osoby, wydawało się Piotrowi tak naturalnem, że ani mu się przyśniło posądzić kogokolwiek o nieszczerość pod tym względem. Nie miał zresztą i czasu zastanawiać się głębiej i badać sam siebie co do tej kwrestji, tak był upojony czarem tych wrażeń zupełnie nowych dla niego. Czuł, że był niejako punktem, w koło którego krążyły sprawy wielkiej wagi, że oczekiwano i spodziewano się po nim czynności nieustannej. Jego bezczynność byłaby szkodliwą dla niejednego. Rozumiał doskonale, że mógłby obecnie zdziałać wiele dobrego, a jednak nie robił nic na własną rękę, wypełniając jedynie ściśle to, o co go proszono. Co do reszty, spuszczał się na traf, na zbieg okoliczności, które miały w przyszłości urzeczywistnieć jego chęci i marzenia.
Książę Bazyli zawojował z kretesem Piotra i wziął na siebie ogólny zarząd jego dobrami, nie mniej prowadzenie jego interesów. Chociaż czasami zdawać się mogło, że goni ostatkiem sił, jednak zdecydował się na to, aby tylko nie puścić samopas dziedzica tak wielkiego majątku, syna swego najlepszego przyjaciela, i nie oddać go na pastwę intrygom i wyzyskiwaniom rozmaitych łotrów i szalbierzy. W pierwszych dniach po śmierci hrabiego Bestużewa, kierował każdym krokiem Piotra i wskazywał mu co ma robić, nieledwie co ma komu powiedzieć. A czynił to głosem zmęczonym, który miał oznaczać:
— Wiesz, żem obarczony własnemi interesami. Jeżeli zajmuję się tobą, to li z chrześćjańskiego miłosierdzia. Sam zresztą powinieneś zrozumieć, że to, co ci proponuję, jest w tym wypadku rzeczą nieodzowną.
— A więc mój drogi, odjeżdżamy jutro — przemówił do Piotra dnia pewnego, przymykając oczy ze zbytku znużenia, tonem tak stanowczym, jakby ten projekt był oddawna ułożony między nimi. Przytem, jak to było u niego w zwyczaju, głaskał rękę Piotra swojemi trzema palcami. — Jedziemy tedy, a ja ofiaruję ci z największą przyjemnością miejsce w mojej podróżnej karecie. Tu już z grubszego udało mi się wszystko załatwić, a w Petersburgu czekają na mnie sprawy nader ważne i zwłoki nie cierpiące. Oto, com dostał świeżo od kanclerza. Zamianowano cię carskim szambelanem, i członkiem ciała dyplomatycznego.
Mimo tonu nader poważnego, i który nie znosił jakiejkolwiek opozycji, Piotr, zastanawiając się oddawna, jaki zawód ma obrać, chciał najenergiczniej zaprotestować przeciw temu mianowaniu. Książę Bazyli nie dopuścił go jednak do słowa. W wypadkach nadzwyczajnych, przemawiał głosem niskim, stłumionym, jakby z grobu wychodził:
— Ależ mój drogi, zrobiłem to sam dla siebie, aby mieć spokojne sumienie. Nie masz mi za co dziękować. Nikt jeszcze w życiu nie narzekał, że go zbyt kochają. Zresztą jesteś wolny najzupełniej, i porzucisz służbę kiedy zechcesz. Osądzisz to sam najlepiej stanąwszy w Petersburgu. Dziś sprawą dla nas najważniejszą, jest oddalenie się od tych wspomnień tak okropnie bolesnych...
Tu westchnął ciężko...
— Twój kamerdyner, mój drogi — dodał po chwili, tonem mniej uroczystym — pojedzie za nami w twoim powozie... Ale, ale, byłbym na śmierć zapomniał... Miałem pewne rachunki z twoim ojcem. Zatrzymałem też dochód z twoich dóbr Riancow. Tobie niepotrzebna ta sumka drobna... później przedłożę ci cały rachunek...
I rzeczywiście, ugrzęzły w kieszeni księcia Bazylego kilka tysięcy rubli, które wypłacano za dzierżawę owego majątku.
Atmosfera przesiąknięta czułością i wielbieniem, która otaczała Piotra w Moskwie, nie odstąpiła go również w Petersburgu. Sam uznał, że było czystem niepodobieństwem, nie przyjąć ofiarowanego mu urzędu, tem bardziej, że nie wymagano od niego żadnej roboty. Mnogie znajomości, zaproszenia spadające na niego ze wszech stron, utrzymywały go jeszcze bardziej niż w Moskwie w owym dziwnie błogim stanie snu na jawie; w tem ciągłem poruszeniu i pod wpływem szczęścia niewypowiedzianego, którego on w końcu zaznał w całej pełni.
Dawni towarzysze jego hulaszczych wybryków, rozpierzchli się po świecie. Gwardja maszerowała właśnie ku granicy. Dołogow służył w wojsku jako prosty szeregowiec; Anatol Kurakin był przydzielony do środkowego korpusu armji, a zaś Andrzej Bołkoński gdzieś już wojował... To też Piotr nie spędzał więcej nocy na swywolnych hulankach, co niegdyś sprawiało mu taką wielką przyjemność; nie miał nikogo pod ręką, z owych druhów serdecznych, z którymi gawędziło mu się tak miło, tak swobodnie. Cały czas pochłaniały bale, proszone objady, na które udawał się zawsze w towarzystwie księcia Bazylego, jego otyłej i wielce imponującej małżonki i ich córki, przepięknej księżniczki Heleny.
Jedną z pierwszych w Petersburgu, która dowiodła, jak niesłychanie zmieniło się usposobienie towarzystwa w obec Piotra, była panna Scherer.
Niegdyś, ilekroć znalazł się w obecności Anny Pawłówny, czuł instynktowo że wszystko, z czem się wyrwał, nie miało wiele sensu, że nie umiał postępować z taktem, według światowych reguł i konwenansów. Tak zdania jak i ocenianie bądź osób w towarzystwie, bądź bieżących wypadków, które w jego umyśle przedstawiały się jako nader trafne i świadczące o wyższej inteligencji, robiły się wprost głupiemi, skoro ośmielił się takowe głośno wypowiedzieć. Natomiast frazesa idjotyczne księcia Hipolita, przyjmowano z góry, jako kwintessencją rozumu i dowcipu. Dziś przeciwnie, cokolwiek Piotr wypowiedział, było uznane za coś „zachwycającego!“ Jeżeli Anna Pawłówna, wstrzymywała się czasem z wylewem swojego uwielbienia, to jedynie przez wzgląd na Piotra skromność znaną i uznaną.
Na początku zimy z roku 1805 na 1806, Piotr dostał zaproszenie na bilecie różowym, a w przypisku te słowa:
„Znajdziesz u mnie hrabio kochany, naszą prześliczną Helenkę, na którą nikomu nigdy nie naprzykrzyło się patrzeć i podziwiać“.
Przy czytaniu bileciku uczuł po raz pierwszy, że istnieje między nim a Heleną Kurakin pewien węzeł, który zwrócił widocznie uwagę wielu osób. Przeraziła go ta myśl. Pociągała ona za sobą rozmaite zobowiązania, do spełnienia których nie czuł najmniejszej ochoty. Zabawiło go i rozśmieszyło jednocześnie to przypuszczenie, tak zupełnie bezpodstawne.
Herbatka u panny Scherer, była podobniuteńką do wieczorku w zeszłem lecie. Różnicę jedyną stanowiła okoliczność: że tym razem nowalijką, ofiarowaną gościom dla zachęty, nie był Mortemart, lecz jakiś młody dyplomata świeżo przybyły z Berlina. Opowiadał on niesłychanie zajmująco, ciekawe i najnowsze szczegóły o pobycie cara Aleksandra w Poczdamie, gdzie dwaj dostojni przyjaciele, zaprzysięgli solennie jeden drugiemu sojusz wieczny, celem pogromienia i zniszczenia „wroga ludzkości!“ Anna Pawłówna przyjęła Piotra z lekkim odcieniem smutku, który nakazywała jej świeża strata, jaką poniósł w osobie ojca. Była to ta sama minka żałośna jaką zwykle przybierała, ilekroć zdarzyło jej się wspomnieć nawiasem o carowej Marji Fedorównie. Z taktem jej właściwym, potworzyła z swoich gości grupy rozmaite. Grupę główną stanowiło kilku jenerałów i książę Bazyli. Ci używali na nowalijce, i delektowali się młodym dyplomatą. Drugie mniejsze kółko, zgromadziło się przy stoliku z herbatą. Panna Scherer była w stanie podniecenia nerwowego, jakiego zwykł doznawać wódz naczelny na polu bitwy, w którego mózgu krzyżują się plany mistrzowskie, a brak mu czasu, żeby mógł wszystkie z nich wykonać. Spostrzegłszy że Piotr dąży w stronę pierwszej grupy, dotknęła się lekko jego ramienia:
— Zatrzymaj się hrabio kochany! Upatrzyłam dla ciebie na ten wieczór coś niezwykłego...
Spojrzała w stronę Heleny z uśmiechem wielce znaczącym:
— Moja śliczna i najlepsza Helenko, bądź miłosierną dla mojej biednej cioci, która cię uwielbia i pójdź zabawić ją przez jaki kwadransik. Oto nasz miły i kochany hrabia, chce podzielić z tobą to poświęcenie.
Zatrzymała Piotra przez chwilę, jakby mu chciała zwierzyć się z czemś:
— Nieprawdaż jaka zachwycająca? — szepnęła wzrokiem wskazując od niechcenia Helenę „płynącą“ majestatycznie ku „cioci“. — Jakie ułożenie królewskie, jaka powaga u tak młodziutkiej panienki. Stokroć szczęśliwy komu dostanie się ten skarb... Człowiek który ją poślubi, choćby pochodził z najniższej sfery, może być pewien, że dojdzie najwyżej... Czy podzielasz w tem moje zdanie hrabio kochany?...
Piotr odpowiedział łącząc pochwały własne, do uwielbień przesadzonych, jak zwykle, u panny Scherer, dla pięknej Heleny. Jeżeli kiedy o niej pomyślał, to uderzało go najpierw ułożenie pełne dystynkcji i brak zupełnej kokieterji w tej piękności pierwszorzędnej. Dotąd atoli nie odurzała go ona wcale i na jej widok serce nie zabiło ani raz żywiej w jego piersi.
„Ciocia“ wciśnięta jak zawsze w swój kącik, nie zdawała się tak nadzwyczajnie uszczęśliwioną widokiem „nadpływającej“ Heleny. Rzuciła nawet swojej siostrzenicy spojrzenie wystraszone, jakby ją pytała, co ma zrobić z tym fantem? Nie zważając na minę starej ciotuni, Anna Pawłówna przemówiła głośno do Piotra na odchodnem:
— Spodziewam się, że dziś hrabio kochany, chyba nie powiesz, że u mnie można się znudzić, co?
Helena uśmiechnęła się jakby zdziwiona przypuszczeniem czegoś podobnego. Czyżby mógł znudzić się ktokolwiek, komu dostało się w udziele szczęście nadzwyczajne podziwiania jej i rozmawiania z nią? Ciocia odchrząknąwszy raz i drugi, aby sobie głos oczyścić, zaczęła wynurzać Helenie po francuzku, ile znajduje przyjemności w jej towarzystwie. Zwróciwszy się do Piotra, powtórzyła słowo w słowo ten sam frazes. Podczas gdy rozmowa wlokła się leniwo, rwąc się i kulejąc co chwila, Helena obdarzyła Piotra jednym ze swoich uśmieszków najrozkoszniejszych i najbardziej promienistych, któremi zresztą szafowała hojnie, nie skąpiąc ich nikomu. Piotr tak do nich nawykł, że wcale na to uwagi nie zwrócił. Ciocia zaczęła się wypytywać, ile zostało tabakierek po jego ojcu? Kazała mu przy tej sposobności podziwiać swoją, bardzo misternie wyrabianą z portretem jej nieboszczyka męża na złocie emaljowanym.
— To pewno robota V.? — spytał Piotr wymieniając nazwisko sławnego w owym czasie miniaturzysty.
Pochylił się nad stoliczkiem, aby wziąć w rękę tabakierkę. Nudna rozmowa z ciocią, nie przeszkadzała mu wcale wytężać słuch, aby pochwycić cośkolwiek z rozprawy dyplomatyczno-politycznej, prowadzonej w głównem kole. Chciał właśnie powstać, gdy ciocia podała mu tabakierkę po nad głową Heleny. Ta pochyliła się, zawsze z tym samym czarownym uśmieszkiem. Miała na sobie według mody ówczesnej, staniczek mocno wycięty, na piersiach i na plecach. Jej gors prześliczny, pełny białości olśniewającej, zdał się Piotrowi wykutym z marmuru. Był tak blisko niego, że pomimo krótkiego wzroku mógł dopatrzeć żyłek najdrobniejszych na tej cudnej szyjce łabędziej, mógł podziwiać biustu linje klasyczne. Potrzebował tylko schylić się cokolwiek, aby dotknąć się ustami tych pulchnych ramion. Odczuwał instynktowo ciepło bijące od jej ciała, zmięszane z wonią perfum paryskich, któremi była zlana obficie. Podniecony nerwowo, słyszał trzeszczenie rogów w sznurówce, za każdem Heleny poruszeniem. Tym razem atoli nie uderzało go głównie piękno tego posągu marmurowego. Odgadywał on wdzięki rozkoszne ciała smukłego, giętkiego, które okrywała lekka gaza. Gwałtowność żądz czysto zmysłowych, które w tej chwili przeniknęły i wstrząsnęły nim do głębi, zatarła na zawsze pierwsze, mniej namiętne wrażenia. Nie mógł już wrócić do nich, tak samo jak nikt z nas nie może odszukać ułud wieku młodzieńczego, gdy raz je utraci.
— Nie uważałeś więc dotąd, jak jestem piękną? — zdawała się przemawiać do niego Helena. — Nie przyszło ci zatem nigdy na myśl, żem kobietą, — kobietą, którą każdy może posiąść, a ty jeszcze łatwiej od innych?
Piotr zrozumiał nareszcie mowę tajemną tych oczów fiołkowych, tego uśmiechu rozkosznego, tego ciała wyginającego się z gracją niezrównaną. Powiedział sobie w tej chwili, że nie tylko Helena mogłaby zostać jego żoną, ale będzie nią najniezawodniej. Tak był tego pewnym, jakby już odchodzili od ołtarza, przez księdza złączeni nierozerwalnym węzłem małżeńskim. Jak to się stanie, dla czego? Tego jeszcze nie pojmował. Czy będzie z nią szczęśliwy? I z tego nie zdawał sobie sprawy. Przeczuwał raczej, że to będzie nieszczęściem dla niego, ale nie mniej wiedział z góry, że stać się to musi.
Spuścił oczy i podniósł je na nowo, starając się widzieć w niej znowu ową piękność lodowatą, imponującą, pełną dystynkcji, która do dziś dnia, zostawiała go tak spokojnym i najzupełniej obojętnym. Nie mógł odszukać owych wrażeń pierwotnych. Poddawał się bez oporu wpływowi magnetycznemu tej czarodziejki, czując, że jedyną zaporę między nim, a piękną księżniczką Heleną, mogłaby stanowić chyba jego własna wola.
— Zostawiam cię nadal, hrabio kochany, w twoim kąciku... Widzę, że ci tam bardzo dobrze — rzuciła mu w przelocie panna Scherer tonem żartobliwym.
Piotr przerażony, pytał się w duchu, czy nie popełnił jakiej nieprzyzwoitości, czy nie zdradził się przypadkiem z namiętnym niepokojem, który go na wskroś przenikał? Wstał natychmiast, i złączył się z głównem kółkiem, w którem punktem dośrodkowym był młody dyplomata.
Tu chwyciła go znowu, niby przypadkiem Anna Pawłówna:
— Powiadają — spytała od niechcenia — że hrabia upiększasz twój pałac w Petersburgu?
Tak było rzeczywiście. Budowniczy przez Piotra wezwany, zapowiedział zmiany niezbędne w urządzeniu pałacu, i on przystał z góry na wszystko.
— To bardzo dobrze, ale mimo to nie wyprowadzaj się hrabio od księcia Bazylego. Nic w życiu nam nie zastąpi takiego serdecznego, zaufanego przyjaciela. Mogłabym coś i ja o tem powiedzieć... — panna Scherer spojrzała czule i z uśmiechem w stronę księcia Bazylego. — Jesteś jeszcze hrabio tak młody... potrzeba ci rady kogoś doświadczonego... Wszak nie weźmiesz mi za złe, że korzystam z przysługującego mi przywileju jako starej kobiety, mówienia prawdy każdemu...
Zatrzymała się cokolwiek, czekając na komplement, na grzeczne zaprotestowanie, co mówi się zwykle kobietom, gdy wspomną o swoim wieku.
— Jak ożenisz się hrabio — kończyła z dość kwaśną minką, zawiedziona w nadziei — wtedy zmieni się zupełnie postać rzeczy.
Po tych słowach objęła oboje, Piotra i Helenę, jednym rzutem oka. Nie patrzyli na siebie, a jednak Piotr czuł bliskość Heleny i to go przerażało... Zamruczał jakąś odpowiedź banalną i niezrozumiałą.
Gdy wrócił późno w nocy do siebie, nie mógł długo zasnąć. Myślał i myślał ciągle o tem, czego doświadczył tam, w salonie panny Scherer. Teraz dopiero zrozumiał, że ta kobieta, którą znał dzieckiem, i mówił o niej najobojętniej w świecie: — „Jest piękną rzeczywiście“ — wznieciła w nim zmysłową pożądliwość, i że mógłby ją dostać każdej chwili.
— Ależ ona taka głupia! Zawsze przecież to mnie uderzało — mówił sobie w duchu. — Jest więc coś złego, coś prawie zakazanego w uczuciu, które we mnie wzbudziła. Czyż mi nie opowiadano pod sekretem, że była jakaś miłostka między nią, a tym oczajduszą Anatolem? Z tego nawet powodu miano go wyprawić czemprędzej z Petersburga. Jej drugi brat, to ten idjota Hipolit. Ojciec, książę Bazyli... Niedobrze wszystko się składa... Oj! nawet bardzo źle...
Mimo tych uwag niefortunnych, świadczących o nader lichej wartości moralnej, tak samej Heleny, jak i jej całej rodziny, Piotr nie mógł wstrzymać się od marzeń rozkosznych, gdy wyobraził sobie Helenę, jako swoją żonę. Łudził się błogą nadzieją, że pokochałaby go wtedy szczerze... To, co o niej głucho szeptano, mogło być tylko obmową, fałszem wierutnym. Taka piękna! czyż nie mogła wzbudzić zawiści, w tych, które natura nie tak hojnie w wdzięki wyposażyła? I znowu widział przed sobą nie księżniczkę Helenę, dystyngowaną i majestatyczną, ale jej ciało prześliczne, woniejące, osłonięte niby mgłą, lekkiemi draperjami gazy białej...
— Dla czegóż dotąd nie dopatrzyłem w niej tego wszystkiego?... — pytał się w duchu, znajdując, że ten związek małżeński, byłby czemś wstrętnem, czemś nieuczciwem, czemś ubliżającem godności jego, i wyrzucał sobie słabość nie do przebaczenia!
Przypominał sobie słowa, spojrzenia swoje własne, jak i pół-słówka, uśmiechy i aluzje nader przeźroczyste, tak panny Scherer, jak i księcia Bazylego. Zastanawiał się z trwogą śmiertelną, czy już nie posunął się zadaleko? Czy nie będzie zmuszony zbiegiem fatalnym okoliczności, uczynić coś złego widocznie, skoro wyrzuca mu to własne sumienie?... Wydając sam na siebie wyrok tak surowy, widział dalej majaczącą mu przed oczami i nęcącą ku sobie czarowną postać Heleny, opromienioną odurzającemi i zdradliwemi wdziękami.





II.

W roku 1805 we wrześniu, kazano księciu Bazylemu obejrzeć cztery gubernje. Wyprosił sobie u rządu tę missją, aby przy tej sposobności, nie tylko grosza z kieszeni nie wydając, ale grubo zarobiwszy na podobnej inspekcji, przejechać się po własnych dobrach, mocno zniszczonych i wyssanych. Po drodze chciał również przychwycić Anatola i zawieźć go do księcia Mikołaja Bołkońskiego, w celu ożenienia tego „syna marnotrawnego“, z córką jedyną starego dziwaka, skąpiarza, ale siedzącego nie mniej na miljonach. Zanimby jednak wdał się i rozpoczął tę nową kampanję, trzeba było skończyć raz z Piotrem i pokonać jego wahanie. Piotr przepędzał dni całe w domu księcia Bazylego, i był wiecznie ten sam, głupi, zmięszany i zakłopotany (zwykły zresztą stan u młodzików rozkochanych) wobec Heleny. Stał dotąd w jednem i tem samem miejscu, ani o krok nie posunąwszy się naprzód, nie decydując się ani tak, ani owak.
— Wszystko pięknie i dobrze, ale muszę raz porządek z tem zrobić — powiedział sobie pewnego ranka książę Bazyli z uśmiechem pełnym melancholji. Zaczynał znajdywać, że Piotr, który mu tak wiele zawdzięczał, nie postępował po formie w tym wypadku: — „Taka to młodość! płocha, nierozważna! Niech go Bóg ma w swojej opiece — myślał dalej — ale tak dłużej być nie może... Trzeba skończyć z tą sprawą. — Tu uśmiechnął się dobrodusznie, dziwiąc się własnej wspaniałomyślnej wybaczliwości. — Tak! tak! trzeba żeby się skończyło... Pojutrze Heleny urodziny: zgromadzę kółko naszych najserdeczniejszych... Jeżeliby jeszcze nie dorozumiał się co mu czynić wypada, sam będę nad tem czuwał... Jest to moją świętą powinnością jako ojca...
Minęło sześć tygodni od owego wieczoru u panny Scherer i od owej nocy spędzonej bezsennie, podczas której Piotr zawyrokował ostatecznie, że małżeństwo z Heleną byłoby jego zgubą, i że wypadało mu wyjechać czemprędzej, aby uniknąć tej niedoli. A jednak nie opuścił dotąd domu księcia Bazylego i czuł przerażony, że przykuwają go do Heleny pęta coraz silniejsze. Nie mógł już teraz zdobyć się na obojętność w jej obecności. Z drugiej zaś strony, nie miał również dość siły i stanowczości oderwać się od niej i widział się zmuszonym poślubić osobę, z którą przeczuwał to z góry, szczęścia wcale nie zazna. Byłby się może i wycofał jeszcze, gdyby nie przezorność księcia Bazylego. Ten nie przyjmując dotąd w domu prawie nikogo, teraz otwierał co wieczór swoje gościnne salony. Ile razy Piotr usiłował uwolnić się od tych zebrań w kółku najściślejszem, niemal rodzinnem, zawsze go gwałtem zatrzymywano, wmawiając weń, że popsułby tem gościom całą przyjemność, bo wszyscy cieszą się z góry na jego towarzystwo. Byłby to zatem zbyt bolesny zawód, gdyby jego brakowało w salonie księstwa. Podczas chwil krótkich, które książę Bazyli w domu spędzał; nie omieszkał nigdy bąknąć nawiasem, podając Piotrowi do pocałowania twarz świeżo ogoloną: — „Do zobaczenia, mój drogi, dziś przy objedzie“ — lub — „dziś wieczór! Jeżeli zostaję w domu, to wyłącznie dla ciebie Piotrusiu kochany! Chciej mi wierzyć“... — A jednak mimo tych zapewnień, że tylko dla Piotra zostaje, prawie nie widział go przez cały wieczór, rzucając młodego człowieka na pastwę wyłączną Helenie.
Piotr nie miał odwagi rozwiać jego nadziei. Powtarzał sobie z dnia na dzień:
— Postaram się poznać ją lepiej. Omyliłem się może w sądzie o niej... Czyżbym raczej teraz widział wszystko fałszywie?... Teraz nie wydaje mi się wcale ograniczoną... Jest przeciwnie zachwycającą! Mówi niewiele, to prawda, nie powie jednak nigdy nic niedorzecznego i wygląda zawsze pewna siebie, bez cieniu zmięszania lub zakłopotania.
Próbował czasem wciągnąć ją w jaką dysputę w kwestjach naukowych. Odpowiadała niezmiennie głosikiem pieszczonym, tonem najłagodniejszym, coś takiego, co świadczyło jak mało interesu przedstawiała dla niej ta kwestja; a częstokroć rzucała na Piotra spojrzenie i uśmiech tak słodki i upajający, że Piotr przyznawał w ducha pokorze, iż go przewyższa o całe niebo. Miała zresztą słuszność najzupełniejszą uważać jego mądre dysertacje za bzdurstwa wierutne; bo i czemże one były w porównaniu z jej uśmiechem? A miała dla Piotra w zapasie uśmieszek wyłączny, dziwnie promienisty i okazujący ufność bezgraniczną. Był on inny, w niczem niepodobny do owych uśmiechów konwencjonalnych, pospolitych, któremi świat cały obdarzała. Piotr wiedział od dawna, że czekają na słowo jego, na krok przekraczający pewną granicę, wiedział również i o tem, że będzie zmuszony granicę przekroczyć, pomimo trwogi nieokreślonej a niepokonanej, która go opanowywała ilekroć o tem pomyślał. W przeciągu tych sześciu tygodni, czuł się pociągniętym bezwiednie, nad sam brzeg owej przepaści, i pytał się w duchu:
— Gdzież moja siła, moja stałość i energja? Czyż dam się wiecznie wodzić na pasku?
W tych strasznych walkach mogło zdawać się rzeczywiście, że zamierała w nim wszelka siła, wszelka samodzielność. Piotr należał do tej nielicznej kategorji ludzi, którzy dopóty są silni i działają z całą energją, póki nie czują żadnego ciężaru na własnem sumieniu. W chwili jednak, gdy pochylony nad ową nieszczęsną tabakierką „cioci“, uczuł się pochwyconym i opanowanym przez szatana żądzy cielesnej, siła jego i samodzielność zostały ubezwładnione przeświadczeniem o własnej jego winie.
Małe kółko krewnych i najserdeczniejszych przyjaciół, (tak przynajmniej utrzymywała księżna Bazylowa), zgromadziło się na wieczór u Kurakinów, aby uczcić dzisiejszą solenizantkę. Na samym wstępie dano gościom zręcznie do zrozumienia, że tego wieczora mają rozstrzygnąć się przyszłe losy księżniczki Heleny. Księżna Kurakin, niegdyś piękność pierwszorzędna, dziś jeszcze imponująca, mimo że rysy twarzy rozlały się cokolwiek, a kibić popsuła zbyteczna otyłość, siedziała na głównem miejscu przy wieczerzy. Po jednej i drugiej stronie miała gości najznakomitszych: jakiegoś jenerała z żoną i pannę Scherer. Dalej pousiadali inni goście; Piotr, ma się rozumieć, obok Heleny. Książe Bazyli nie jadał nic na wieczór, nie usiadł więc przy stole, tylko przechadzał się po sali, rzucając po słówku od niechcenia, to jednemu, to drugiemu z zaproszonych.
Był w doskonałym humorze, każdemu prawił grzecznostki, prócz Piotra i Heleny, do których ani się odezwał, jakby wcale nie spostrzegał ich obecności. Stół jadalny był rzęsiście oświetlony. Mnóstwo świec płonących odbijało się jaskrawo, w pysznej zastawie z srebra, kryształów i kosztownej sewrskiej porcelany. W koło stołu kręciła się służba, w liberji ponsowej, suto szamerowanej złotemi galonami. W sali panował gwar niesłychany. Słychać było ze wszech stron szczęk nożów i widelców, brzęk szklanek, kieliszków, talerzy, i głosy pomięszane rozmawiających. Pewien stary i łysy szambelan, zapewniał żartobliwie, równie niemłodą baronowę, siedzącą obok niego, o swojej dla niej namiętnej miłości. Staruszka odpowiadała mu na te oświadczyny płomieniste, wybuchem śmiechu szalonego. Inny gość opowiadał najnowszy skandalik, który zdarzył się w budoarze najulubieńszej aktorki, Marji Wiktorówny. Książę Bazyli znowu ściągał ogólną uwagę dam, opisując im w sposób niesłychanie komiczny, ostatnie posiedzenie Rady państwa. Wśród posiedzenia, wręczono nowo zamianowanemu gubernatorowi w Petersburgu, z nakazem odczytania w głos, sławny manifest cara Aleksandra, wydany do armji. W tym manifeście monarcha wspominał nader łaskawie, o mnogich dowodach wierności i przywiązania, które ludy jego składają mu w dani, i raczył zapewnić, że najmilszemi będą mu zawsze owe, składane przez sam Petersburg u stopni jego tronu, że czuje się dumnym, iż może panować nad takim narodem, i postara się dowieść czynami, że jest godnym piastować berło tak potężne.
— Manifest zaczynał się od tych słów — opowiadał książę Bazyli: „Sergjuszu Kuśmiczu, dochodzą nas wieści ze wszech stron“... — i tak dalej, i tem podobnie...
— Jakto? — spytała jedna z pań śmiechem wybuchając — i nie czytał dalej?
— Ani jednego słowa więcej... „Sergjuszu Kuśmiczu, ze wszech stron... ze wszech stron Sergjuszu Kuśmiczu“... i na tem utknąwszy biedny Wiaśmitynów, nie był wstanie czytać dalej — książę Bazyli sam trzymał się za boki od śmiechu. — Zaczynał czytać kilka razy, ilekroć jednak wymówił głosem drżącym „Sergjuszu Kuśmiczu“, łzy zaczynały go dławić, a przy słowach: „ze wszech stron“ tak już łkał, że nie było mowy o dalszem czytaniu. Wyciągał czem prędzej chustkę z kieszeni, obcierał łzy rzęsiste i nos siąkał z hałasem... W końcu musiał ktoś inny ofiarować się do odczytania carskiego manifestu.
— Nie bądź książę takim złośliwym! — pogroziła mu panna Scherer, śmiejąc się nie mniej od innych — to taki zacny i poczciwy, ten nasz kochany Wiaśmitynów!
Wszyscy ginęli od śmiechu, prócz Piotra i Heleny. Ci wstrzymywali się z wielkim trudem, starając się zapanować nad uśmiechem w innym rodzaju, rozpromienionym i jednocześnie nieśmiałym, który wywoływały co chwila na ich usta uczucia tajemne, rozpierające im serca i popędzające do głowy krew wzburzoną.
Mimo wesołej gawędy w koło nich; mimo że śmiano się i żartowano przy stole; zjadano z wielkim apetytem pasztety, lody, ciasta; zapijano wina reńskie i francuzkie, niby na nich wcale nie patrząc; odczuwali oboje instynktownie, po szybkich rzutach oczu tego, lub owego, po śmiechu wybuchach, po anegdotce o „Sergjuszu Kuśmiczu“, że to wszystko było komedją, i że cała uwaga towarzystwa skierowana jest ku nim coraz bardziej, mimo, że za przykładem samego gospodarza, goście udają, jakoby ich wcale nie widzieli. Naśladując głos drżący i łkanie „Sergjusza Kuśmicza“, książę Bazyli patrzał z pod oka na córkę i mówił w duchu:
— Dobrze idzie... dziś sprawa musi się rozstrzygnąć!
W oczach Anny Pawłówny, gdy mu groziła paluszkiem figlarnie, czytał wyraźnie życzenia składane mu z okazji przyszłego córki małżeństwa. Księżna matka, obrzucając córkę wzrokiem gniewnym i proponując tonem smętnym kieliszek wina siedzącej obok niej jenerałowej, zdawała się jej mówić: — Tak, tak, moja droga! Nic nam już w życiu nie zostaje, jak chyba wypić kieliszek wina słodkiego. Teraz kolej na młodsze pokolenie i na ich zuchwale miłostki! na ich szczęście, którem nas tylko drażnią!
— Oto są prawdziwe w życiu rozkosze — myślał ów młody dyplomata, spozierając kiedy niekiedy na parę zakochaną. — Jakże suchemi i niesmacznemi wydają się mnie samemu owe brednie polityczne, których tyle dziś naplotłem, obok tamtych dwojga milczenia tak wymownego!
Wśród spraw drobiazgowych i sztucznie wyśrubowanych, które zajmowały i poruszały to całe towarzystwo, odróżniało się zwycięzko i wysuwało się na pierwszy plan, uczucie naturalne. Był niem pociąg niepohamowany dwojga ludzi młodych, przystojnych, pełnych sił żywotnych i jędrności. To uczucie górowało w sposób prawie przygniatający, rozwalając sztuczną budowę, spraw i interesów urojonych. Nie tylko rodzice Heleny i goście, byli zajęci młodą parą, mającą się wkrótce skojarzyć węzłem nierozerwalnym. Służba nawet kręcąca się w koło stołu, zatrzymywała się w pół drogi, zagapiona i zapatrzona w twarze szczęściem promieniejące Piotra i Heleny.
Piotr płonąc co chwila rumieńcem, był jednocześnie dumnym i pomięszanym, gdyż stał się celem powszechnej uwagi. Znajdował się w położeniu człowieka tak zatopionego w jednym przedmiocie, że staje się prawie głuchym na resztę swojego otoczenia. Chwilami tylko coś mu zamajaczy błyskawicznie przed oczami, i znowu świat zewnętrzny zapada w ciemności.
— Wszystko zatem skończone... jak to mogło nastąpić tak prędko?... Bo nie podobna mi już cofnąć się... Niemożliwe... dla niej... dla mnie... dla tych tam wszystkich. Są tak o tem silnie przeświadczeni, że nie mogę zawieść ich nadziei...
Oto, co sobie Piotr mówił w głębi ducha, wpatrując się z rozkoszną dreszczą w biust i ramiona olśniewającej białości, które prawie ocierały się o niego. Czasami wstyd go ogarniał mimowolnie. Ta ogólna uwaga zwrócona ku nim, sprawiała mu przykrość niewypowiedzianą. Wstyd mu było okazywać się tak naiwnie szczęśliwym. Wstydził się również roli Parysa, uwodziciela pięknej Heleny. Czyż ona była stosowną dla takiego jak on niezgraby, nie grzeszącego bynajmniej pięknością fizyczną? Tak jednak miało być i tak będzie. To fatum nieodwołalne, pocieszało go trochę. Przecież ze swojej strony, nie wywołał tego niczem... Wyjechał z Moskwy razem z księciem Bazylim i zatrzymał się chwilowo w jego domu... dla czego nie miałby był tego uczynić?... Potem grywał z nią czasem w karty, podnosił kłębek, lub woreczek z robotą, jeżeli ten upadł na posadzkę, szedł razem na przechadzkę... Kiedyż zaczęło się to właściwie?... A teraz są już prawie narzeczonymi... Ona jest tu, przy jego boku... Widzi ją, odczuwa, poi się jej oddechem, podziwia jej piękność... Nagle głos znany wyrwał go z głębokiej zadumy, powtarzając po raz drugi to samo pytanie:
— Powiedz mi Piotrze kochany, kiedyś miał list ostatni od Bołkońskiego? Pytam i pytam... a tyś głuchy na wszystko... Czemu jesteś dzisiaj tak niesłychanie roztargnionym?...
Piotr zauważył w tej chwili, że całe towarzystwo uśmiechało się znacząco, patrząc na niego i na Helenę.
— Mniejsza o to — pomyślał. — Niech się zresztą domyślają, skoro to jest prawdą niezbitą...
I na jego ustach szerokich, czerwonych, zaigrał uśmiech dobroduszny, prawie dziecinny.
— Kiedyż odebrałeś od niego list ostatni? Czy pisał do ciebie z Ołomuńca?
— Mam-że ja czas myśleć o podobnych drobnostkach? — Piotr powiedział sobie w duchu. — Tak... z Ołomuńca, o ile pamiętam — odrzucił wymijająco.
Gdy wszyscy ruszyli się od stołu, on podał ramię swojej sąsiadce i odprowadził ją do salonu, idąc za innemi parami. Kilka osób odeszło natychmiast, nie pożegnawszy się nawet z Heleną. Niektórzy zbliżali się do niej na sekundę, kładnąc nacisk na to, że nie chcą jej przeszkadzać. Każdy z osobna błagał ją, żeby go nie odprowadzała.
Dyplomata odchodził smutny i zafrasowany. Jakże błahą wydała mu się jego cała karjera, mimo że ją tak świetnie rozpoczynał, w obec szczęścia tych tam dwojga młodych ludzi. Stary jenerał zapytany przez żonę, czy nie odzywają mu się przypadkiem bole reumatyczne, mruknął jakąś kwaśną odpowiedź, a szepnął sam do siebie: — Głupia stara! Mówcie mi o Helenie Bazylównie. To wcale inny gatunek! Ta będzie jeszcze piękną i w latach pięćdziesięciu.
— O ile mi się zdaje, mogę ci z serca powinszować księżno kochana! — szepnęła słodziutko na odchodnem Anna Pawłówna do matki Heleny, ściskając ją najczulej. — Gdyby nie moja nieszczęsna migrena, zostałabym dłużej z wami.
Księżna nic nie odpowiedziała. Zazdrościła córce. Gdy się tak żegnano i gości odprowadzano jednych za drugimi, Piotr znalazł się sam na sam z Heleną, w małym saloniku. Nieraz ich tam samych zostawiano, a jakoś dawniej nie przyszło mu nigdy na myśl i nie zebrała go ochota mówić jej o miłości. Czuł że nadeszła chwila stanowcza, a jednak nie mógł odważyć się na ten krok ostateczny. Wstydził się samego siebie. Zdawało mu się, że zajmuje miejsce przy Helenie, przeznaczone zupełnie dla kogo innego.
— Nie dla ciebie to szczęście! — słyszał w głębi duszy jakiś głos tajemny. — Jest ono dla tych, którzy nie posiadają tego co ty.
Trzeba jednak było przerwać milczenie. Spytał czy była zadowoloną z dzisiejszej zabawy? Odpowiedziała ze zwykłą u niej prostotą, bez cieniu przesady, że nigdy jeszcze w życiu nie spędziła dnia urodzin tak przyjemnie, jak w tym roku. Krewni najbliżsi rozmawiali dotąd w głównym salonie. Książę Bazyli wszedł na chwilę do saloniku, zbliżył się do Piotra mimochodem, a ten nie znalazł nic lepszego do zrobienia, jak zerwać się na równe nogi, oświadczyć, że jest już bardzo późno. Padło na niego ojca spojrzenie piorunujące i badawcze zarazem, czem dawano mu do poznania, że słowa jego są zupełnie niezrozumiałe. Natychmiast jednak książę Bazyli zmienił wyraz twarzy, uśmiechnął się słodziutko i dobrodusznie, zmuszając Piotra żeby usiadł napowrót:
— I cóż, kochana moja Helenciu? — przemówił do córki tonem nader czułym, który starał się naśladować, chociaż dzieci wcale nie kochał, uważając je za ciężar w życiu nieznośny. — „Sergjuszu Kuśmiczu, z wszystkich stron...“ — zanucił zcicha drwiąco mnąc niecierpliwie w palcach guzik od kamizelki.
Zrozumiał Piotr, że księciu Bazylemu idzie wręcz o co innego w tej chwili, niż o jakąś tam banalną anegdotkę, a i ojciec Heleny odczuł, że odgadnięto jego tajne myśli i pragnienia. Porzucił ich nagle i wrócił do salonu. Młodemu człowiekowi zdawało się, że spostrzega na twarzy starca głębokie wzruszenie i niepokój. To go rozczuliło. Zwrócił się ku Helenie. Była jakby zawstydzona i pomięszana, a jej wzrok zdawał się mówić:
— Pańska wina!... nie moja!
— To mnie już ominąć nie może! tak być musi!... kiedyż nie jestem w stanie!... powtarzał w duchu, zaczynając mówić o rzeczach najobojętniejszych w świecie. Spytał Helenę między innemi, w czem właściwie tkwi dowcip i sens moralny tej anegdotki o „Sergjuszu Kuśmiczu?“
Helena odrzuciła wymijająco, że nic nie wie, bo wcale nie słyszała ojca opowiadania.
W salonie księżna Kurakin rozmawiała o Piotrze z jakąś damą w starszym wieku:
— Zapewne, jest to świetna partja, ale czy majątek może szczęście zapewnić, moja droga?...
— Hm! hm! — bąknęła staruszka. — Powiadają „że śmierć i żona, od Boga przeznaczona“ — trzeba zatem wierzyć, że tam, w górze, zapisane są małżeństwa...
Książę Bazyli, który w tej chwili wrócił do salonu, usiadł w kącie najciemniejszym i zdrzemnął się na chwilę. Głowa opadła mu naprzód i to go obudziło.
— Sasza! — rzekł do żony oczy otwierając — zobacz co oni tam robią.
Księżna rzuciła okiem od niechcenia w głąb saloniku, przeszedłszy koło drzwi:
— Siedzą jak siedzieli! — odpowiedziała mężowi wzruszając miłosiernie ramionami.
Książę Bazyli zmarszczył brwi. Policzki mu zadrgały, usta wykrzywiły się niemiło. Twarz przybrała wyraz pospolity, prawie brutalny. Otrząsł się ze śpiączki, przetarł oczy i wszedł krokiem zamaszystym do saloniku. Minę miał tak uroczystą i tryumfującą, że Piotr zerwał się przerażony:
— Dzięki Bogu! — wzniósł oczy w górę. — Żona wszystko mi opowiedziała. — Ujął w ramiona najprzód Piotra, potem córkę i uściskał najserdeczniej. Głos mu drżał: — Tak kochałem twego ojca Piotrze!... będzie dla ciebie żoną najlepszą, z poświęceniem!... Niech was Bóg błogosławi!...
Łzy ściekały mu po policzkach.
— Księżno! księżno! — zawołał radośnie. — Chodźże tu!
Znowu uścisnął córkę z wykrzyknikami urywanemi:
— Moja Heleńciu! moje serduszko! co za radość! jakie szczęście!...
Weszła i księżna tonąc we łzach i owa poważna matrona, udawała że obciera z łez oczy suchuteńkie. Wszyscy po kolei ściskali Piotra, Piotr zaś na odwrót im ręce wycałowywał, a najdłużej pozostał z ustami, na białej rączce Heleny. W chwilę później znaleźli się znowu sam na sam.
— Tak miało być i tak jest — Piotr pomyślał. — Nie ma po co pytać teraz, czy stało się dobrze, czy źle?... Raczej dobrze, bo skończyła się raz moja niepewność i moje wahanie.
Trzymał dotąd w dłoni rękę narzeczonej, której pierś podnosiła się i opadała gwałtownie.
— Helenko! — rzekł w głos. I zatrzymał się nagle... — Jest przecież w zwyczaju — pomyślał — powiedzieć cokolwiek w takim wypadku nadzwyczajnym, ale co to się mówi właściwie?...
Nie mógł sobie tego przypomnieć. Spojrzał na nią, ona przysunęła się bliżej płonąc rumieńcem.
— Ah! zdejm je! zdejm! — zawołała wskazując z niechęcią na jego okulary.
Zdjął je natychmiast. Oczy jego miały teraz wyraz dziwny: niepewny, wytrzeszczony i jakby strwożony, zwykły u ludzi przyzwyczajonych do noszenia szkieł. Pochylił się nad jej ręką, gdy tymczasem ona ruchem szybkim i gwałtownym, porwała go oburącz za głowę i usta do jego ust przycisnęła w namiętnym pocałunku. Ta nagła zmiana, jej zwykłej dystynkcji, i obejścia prawie zimnego i pełnego przyzwoitej wstrzemięźliwości, na takie oddanie mu się bezwarunkowe, uderzyła Piotra nieprzyjemnie:
— Źle!... bardzo źle!... nie podoba mi się to wszystko... Ale przepadło!... rzecz skończona!... zresztą... wszak ją kocham... — mówił sobie w duchu.
— Kocham cię, Helenko! — wyksztusił nareszcie z wielkim trudem.
To wyznanie zabrzmiało tak nędznie w jego własnych uszach, że aż wstydem zapłonął.
W sześć tygodni później był już ożenionym i zamieszkał z żoną w świeżo odnowionym pałacu wspaniałym po zmarłym hrabi Bestużewie. Opowiadano sobie o nim, jako o człowieku najszczęśliwszym pod słońcem. Czyż nie posiadał niezliczonych miljonów, i najpiękniejszej kobiety w całym Petersburgu?





III.

Stary książę Bołkoński, dosłał sztafetę od księcia Bazylego. Działo to się w grudniu roku 1805. Książę Bazyli donosił mu w krótkim liście, o przybyciu swoim wraz z młodszym synem, Anatolem.
„Polecono mi inspekcję w kilku gubernjach — pisał książę Bazyli. — Nakładam wprawdzie sto wiorst drogi, ale nie mogę wstrzymać się, żeby nie odwidzieć i nie złożyć winnego uszanowania, mojemu osobliwszemu dobroczyńcy. Towarzyszy mi mój syn; Anatol. Wszak książę raczysz pozwolić, żeby i on wyraził Ci osobiście ową cześć, którą ja mu wpoiłem, dla Twojej, książę, dostojnej osoby“.
— Tem lepiej! — wyrwało się niepotrzebnie roztrzepanej, jak zwykle, księżnie Andrzejowej. — Nie będziemy potrzebowali wprowadzać w świat Maryni... Konkurenci przyjeżdżają, szukać jej i dobijać się o nią na miejscu!
Książę usłyszawszy te słowa nierozważne, zmarszczył brwi groźnie i więcej przez cały objad ust nie otworzył.
W dwa tygodnie po odebraniu listu, zjawił się najprzód cały tabor, poprzedzający księcia Bazylego. Nazajutrz przybył on sam z Anatolem.
Stary książę Bołkoński miał od dawna nie najlepsze wyobrażenie o wartości moralnej księcia Bazylego. Odkąd ten zaczął piąć się wyżej i wyżej, obdarzany tak przez cara Pawła, jak i przez jego następcę, cara Aleksandra, coraz nowemi tytułami i dostojeństwami, zła opinja spotęgowała się w nim i zmieniła prawie w pogardę. Zrozumiał on myśl i pragnienia ukryte pomiędzy linjami; co zresztą potwierdziła mała księżna swojemi niedyskretnemi i niezręcznemi insynuacjami, po co właściwie zjeżdżał Anatol? To wszystko wprawiło starego dziwaka w wściekły humor. Mówiąc o księciu Bazylim i jego synu, klął od wszystkich djabłów. W dniu, w którym się ich spodziewano, zrzędził i piorunował na wszystkich jeszcze więcej, niż zazwyczaj. Czy psuło mu humor w ogóle przybycie księcia Bazylego? Czy zamiary jego, co do swatania syna z księżniczką Marją? Dość, że był w psim humorze.
Kamerdyner Tykon radził nawet budowniczemu, żeby wcale do księcia nie wchodził.
— Czy nie słyszycie jego kroków? — zwrócił uwagę profana w tym względzie, na odgłos kroków księcia w jego pracowni. — Chodzi na samych piętach, a tak niemi wali, jakby chciał w posadzce dziury prześwidrować! My doświadczeni, wiemy co to znaczy!
Mimo złego humoru, o dziewiątej z rana, jak zwykle, książę wyszedł na przechadzkę, w krótkiem futerku aksamitnem, podbitem i obłożonem sobolami. Na głowie miał kołpak z tego samego futra. Wilją padał śnieg obficie. Alea, po której przechadzał się tam i napowrót, aż do oranżerji, była już czysto zamieciona. Powracał właśnie ogrodnik po skończonej robocie, a łopata tkwiła w stosie śniegu zgarniętego, po który miano zajechać niebawem i wywieźć go z ogrodu. Książę obszedł w ponurem milczeniu wszystkie budynki.
— Czy można przejechać saniami? — spytał starego ekonoma, który szedł krok w krok za swoim panem i zdawał się być tegoż kopią najwierniejszą.
— Śnieg był bardzo głęboki, Wasza Ekscellencjo, wydałem też rozkaz przekopania zasp śnieżnych na głównej drodze.
Książę skinął głową w milczeniu i zaczął wstępywać na stopnie kamienne ganku.
— Dzięki niebu! Burza zażegnana! — pomyślał ekonom. Dodał zaś głośno: — Byłoby trudno przejechać Wasza Ekscellencjo... słysząc zaś że minister ma tu zjechać...
Książę odwrócił się szybko, mierząc go wzrokiem rozgniewanym.
— Jaki minister? Co za minister? Kto tu śmie rozkazy wydawać?! — krzyknął głosem na wskroś przenikającym. — To dla księżniczki Marji, mojej córki, drogi nie przekopują, a dla jakiegoś tam ministra!... Żaden minister nie przyjeżdża!...
— Sądziłem, Wasza Ekscellenejo!...
— Tyś ośmielił się sądzić?! — książę tracił z gniewu przytomność. Bełkotał słowa urywane: — Tyś sądził?!... złodzieju!... zbóju!... urwipołciu!... ja cię tu zaraz nauczę sądy wydawać!
Podniósł w górę laskę sękatą i byłby nią najniezawodniej grzmotnął z całej siły po plecach Alpatycza, gdyby ten nie był się w czas cofnął wiedziony instynktem zachowawczym.
Przerażony tym ruchem mimowolnym i tak zresztą naturalnym, Alpatycz schylił napowrót siwą i łysą głowę przed księciem. Ten jednak mimo aktu pokory i poddania się a może właśnie z tego powodu nie podniósł więcej laski na staruszka, tylko wrzeszczał dalej jak opętany:
— Zbóju!... łotrze jeden!... zrzucić mi nazad śnieg na drogę!...
I wszedł do siebie drzwi zatrzaskując.
Księżniczka Marja i panna Bourrienne, czekały jak codzień na księcia z objadem. Wiedziały że jest w psim humorze, ale ładna twarzyczka francuzkiej kobietki nie zmieniła się ani na włos. Na jej ustach igrał zwykły uśmieszek swywolny, który zdawał się mówić:
— Wielka rzecz! Co mnie to obchodzi! Ja nie boję się nikogo i będę zawsze tą samą!
Co do księżniczki Marji, ta chociaż czuła, że powinnaby naśladować te spokojną obojętność, nie była w stanie zdobyć się na nią. Była blada, wystraszona i stała drżąc jak osika z oczami spuszczonemi.
— Jeżeli udam, że nie spostrzegam wcale ojca złego humoru — mówiła sobie w duchu — pomyśli, że nie dbam o niego i nie okazuję mu życzliwości. Gdy będę milcząca i smutna, nazwie mnie nieznośną kapryśnicą, wiecznie chmurną i skwaszoną...
Książę istotnie zmierzył twarz przerażoną córki wzrokiem piorunującym.
— Głupia gęś! — syknął przez zęby zaciśnięte. — A gdzież tamta? Czy już i ją uprzedzono?... Gdzie jest księżna? Czy chowa się przedemną?
— Trochę cierpiąca — odpowiedziała Francuzka ze swoim najsłodszym uśmieszkiem. — To coś tak naturalnego w jej położeniu! Dziś nie przyjdzie na objad...
— Hm, hm! książę odkrząknął siadając ciężko przy stole.
Talerz wydał mu się źle obtarty. Rzucił go po za siebie. Tykon pochwycił go w powietrzu i podał do przetarcia lokajowi.
Mała księżna czuła się zupełnie zdrową, dowiedziawszy się jednak o wściekłym humorze księcia, wolała zostać u siebie i nie pokazać mu się wcale.
— Lękam się o dziecko: Bóg wie coby stać mu się mogło, gdybym przestraszyła się nagle — zwierzała się przed Francuzką, którą pokochała serdecznie. Panna Bourrienne spędzała u księżnej dni całe, a czasem nawet i noce. Liza nie żenowała się jej zupełnie i przed nią nie przestawała wygadywać na swego teścia, krytykując go i osądzając nader surowo, od pierwszej bowiem chwili, wzbudził w niej trwogę i wstręt nie do pokonania.
Ostatnie to uczucie było wzajemne, tylko że u starego księcia, pogarda dla tej laleczki wielkoświatowej, przewyższała jeszcze odrazę, którą w nim wzbudzała.
— Słyszałam, mości książę, że dostaniemy gości — wtrąciła od niechcenia panna Bourrienne, rozkładając z gracją serwetę swojemi delikatnemi, różowemi paluszkami. — Przybywa do nas Jego Ekscellencja książę Kurakin z synem, o ile mi wiadomo?...
— Hm! hm! — mruknął gniewnie Bołkoński. — Ta cała Ekscellencja, to prosty lizun! urwisz. To ja niegdyś, moim wpływem, wkręciłem go do biura ministerjalnego... A ile mnie to kosztowało trudu i zachodu! — książę wpadał w humor coraz gorszy. — Po co zaś przywozi swego gagatka, tego wierutnego lamparta i oczajduszę, Anatola, o tem będą może coś wiedziały księżna Elżbieta Karolówna i księżniczka Marja. Ja o tem nic nie wiem i wiedzieć nie potrzebuję!...
Spojrzał na córkę, która nagle poczerwieniała.
— Możeś i ty chora, co? Czy takie wrażenie i taki strach wzbudza w was przybycie pana ministra, jak się wyraził dziś rano ten osieł Alpatycz?
— Nie, mój ojcze.
Panna Bourrienne źle się wybrała z początkiem rozmowy. Nie straciła jednak rezonu. Plaplała dalej z całą swobodą: o cieplarni, o nowym prześlicznym kwiecie tropikalnym, który zakwitł w nocy, o tem i o owem... tak, że w końcu książę udobruchał się trochę i przestał marudzić.
Po objedzie książę poszedł odwiedzić synowę. Zastał ją przy małym stoliczku gawędzącą najweselej ze swoją garderobianą Maszą. Pobladła na widok teścia. Źle wyglądała. Można było nazwać ją raczej brzydką, niż piękną. Twarz przeciągnęła się nad miarę, oczy były podkrojone sinemi obwódkami, a warga górna, odsłaniała jeszcze bardziej zęby, niż dawniej.
— Nic mi nie jest właściwie, tylko czuję się coraz cięższą — odpowiedziała wymijająco na teścia pytanie, tyczące się jej zdrowia.
— Potrzeba czego?...
— Dziękuję ojcu... nie potrzebuję niczego.
— Skoro tak to dobrze, dobrze!...
Odszedł. Zastąpił mu drogę Alpatycz, gdy przechodził przez przedpokój.
— Zasypana droga?...
— Tak jest, Wasza Ekscellencjo! błagam o przebaczenie... zrobiłem to przez głupotę! i...
Książę przerwał mu z uśmiechem sarkastycznym:
— No! no!... rzecz skończona!...
Raczył wyciągnąć do niego rękę, którą Alpatycz z pokorą ucałował, po czem książę wrócił do swojej pracowni.
Tego samego dnia przybył wieczorem książę Bazyli. Zastał na głównej drodze swoich ludzi, którym udało się nareszcie, wśród krzyków, złorzeczeń i nawoływań, przeprowadzić szczęśliwie przez zaspy śniegowe, umyślnie przygotowane na środku drogi, księcia sanie półkryte.
Dla każdego z gości przygotowano pokój osobny.
Anatol, zrzuciwszy z siebie ubranie, wziął się pod boki i wlepił bezmyślnie wielkie, ciemne, piękne oczy w stół, przy którym usiadł. Życie całe, uważał on za jeden ciąg nieprzerwany przyjemnostek i rozrywek. Nawet i z tej wizyty do starca stetryczałego i do brzydkiej pannicy, ale miljonerki, obiecywał sobie wyciągnąć jakąś korzyść dla siebie. W końcu, ta wizyta, według jego zdania, mogła wypaść wcale zabawnie. Dla czego nie miałby jej poślubić, skoro jest tak bogatą? majątek niczego nie zepsuje! Gdy ogolił się na świeżo, wymuskał, wyperfumował, z tą drobiazgową starannością, z jaką brał się zawsze do ubierania, przejrzał się w źwierciedle z zadowoleniem, podniósł dumnie głowę, z miną zwycięży niepokonanego i poszedł do ojca. Tu zastał aż dwóch lokajów zajętych toaletą księcia Bazylego. Ojciec powitał go uśmiechem i wesołem głową skinieniem, jakby mu chciał powiedzieć:
— Wyglądasz paradnie, mój chłopcze!
— Zatem, ojcze kochany, odłożywszy żarty na bok, jest ona po prostu monstrualną, co? — bąknął Anatol, wracając do przedmiotu, o którym wspominał kilka razy przez drogę.
— Tylko żadnych szaleństw! to sobie z góry wypraszam! O co tu głównie idzie, to o to, żebyś potrafił sobie ująć starego, okazywanem mu najwyższem uszanowaniem i powolnością, nie sprzeciwiając mu się nigdy w niczem.
— Jeżeliby jednak cisnął mi w oczy jaką nadto głupią impertynencję, wyjdę natychmiast. I ja o tem z góry ojca uprzedzam. Nienawidzę w ogóle wszystkich staruchów.
— Pamiętaj, że wszystko zawisło od ciebie samego.
Gdy oni tak rozmawiali, między kobietami, wiedziano już nie tylko o przybyciu ojca i syna, ale powtarzano sobie na ucho najdrobniejsze szczegóły tyczące się ich osoby. Księżniczka Marja zamknięta w swoim pokoju, starała się nadaremnie opanować niepokój, mącący jej myśli:
— Po co oni pisali?... Na co Liza mi o tem wspominała?... To czyste niepodobieństwo!... Takie mam przeczucie!...
I dodawała przeglądając się w zwierciedle:
— Jak ja wejdę do salonu? Nie potrafię nigdy, przenigdy, być taką, jaką jestem zawsze, choćby mi się nawet najbardziej podobał!...
Myśl o ojcu napełniała ją trwogą śmiertelną. Masza tymczasem natrzepała rzeczy niestworzonych przed małą księżną i panną Bourrienne, o ślicznym chłopcu „z twarzą jak krew z mlekiem, z oczami które świdrują na wskroś, że aż tchu w piersiach zabraknie, z brwiami ciemnemi, z wąsikiem junacko podkręconym i włosami czarnemi, w puklach“. Wleciał on jak orzeł na schody, przeskakując po trzy stopnie na raz, ojciec zaś wlókł się za nim mozolnie i przestępował z nogi na nogę.
— Czy wiesz, że już przybyli? — wpadła z nowiną mała księżna do Marji pokoju, razem z Francuzką.
Liza czując się coraz bardziej ociężałą, usiadła zaraz na fotel najbliższy. Negliż ranny zmieniła na strój niezmiernie wytworny. Tak samo jej fryzura była bardzo starannie ułożona. Mimo wielkiego ożywienia gośćmi przybyłymi, twarzyczka jej pozostała wielce zmienioną. Strój elegancki, podnosił raczej i uwydatniał jej mizerność. Panna Bourrienne ze swojej strony wzięła na siebie co miała najlepszego i rzeczywiście wyglądała zachwycająco.
— Jakto? Czy księżniczka nie myśli zmienić ubrania codziennego? — wtrąciła od niechcenia. — Ci panowie zejdą niebawem do salonu i trzeba będzie pójść do nich. Może bym mogła w czem dopomódz?
Mała księżna zadzwoniła natychmiast na Marji garderobianą i zaczęła przyglądać z wesołym śmiechem suknie siostry mężowskiej. Marja wstydziła się sama przed sobą wzruszenia, którego nie mogła opanować i zła była na swoje towarzyszki, że uważały to za coś zupełnie naturalnego. Ona widziała w tem ubliżenie niejako swojej własnej godności. Wyrzucać im to, znaczyło by tyle, co zdradzić się z wewnętrznemi uczuciami; gdyby zaś odmówiła i nie chciała przebrać się, byłaby się naraziła na rozmaite żarciki i przycinki. Oblała się rumieńcem, zagasł blask nadziemski w jej pięknych oczach, na twarz wystąpiły krwiste plamy i jako ofiara na wszystko zrezygnowana, oddała się w ręce bratowej i panny Bourrienne, które teraz zajęły się tem gorliwie, aby ją zrobić koniecznie ładniejszą. Biedaczka była tak brzydką, że ani w myśli żadnej nie postało z nią rywalizować, lub być o nią zazdrosną. Dokładały też wszelkich starań, aby uczynić ją przynajmniej znośną, w tej wierze naiwnej kobiet światowych, że strój piękny, dodaje wdzięków choćby najbrzydszej.
— Doprawdy, Maryneczko, w tej sukni ci nie do twarzy — zawyrokowała mała księżna, odstępując o kilka kroków, aby objąć całość jednym rzutem oka. — Każ przynieść tamtą drugą, różową... Idzie tu może o los całego twego życia... Ah, nie... w tej ci jeszcze gorzej... za jasna...
Sukni nic nie brakowało, ale ta, która miała ją na sobie, była niezgrabną i pozbawioną wszelkich wdzięków. Liza i Francuzka, nie zdawały sobie z tego sprawy dokładnej. Były przekonane, że gdy dodadzą do ciemnej sukni brązowej szarfę jasno-niebieską, gdy lok na głowie podepną inaczej, gdy zrobią na głowie wysoką, modną fryzurę, że wtedy wszystko będzie dobrze. W końcu Liza, gdy obeszła ją w koło dwa razy, żeby jej się lepiej przypatrzeć, wykrzyknęła z rozpaczą:
— Niepodobieństwo! Wolę cię stokroć razy w twojej codziennej szarej sukience i z warkoczami okręconemi na około głowy. Na miły Bóg! przebierz się, zrób to dla mnie!... Katynko, prędko przynieś księżniczce sukienkę popielatą! Zobaczysz — uśmiechnęła się tryumfująco do panny Bourrienne — jak jej to wszystko ułożę artystycznie.
Katynka suknię przyniosła; Marja jednak stała jak wryta przed zwierciadłem. Francuzka zauważyła, że miała oczy wilgotne, usta jej drgały i była gotowa w głos się rozpłakać.
— Droga księżniczko! tylko chwilkę cierpliwości.
Mała księżna wyrwawszy suknię z rąk garderobiany, zbliżyła się do siostry mężowskiej:
— Pozwól kochana Maryneczko. Zobaczysz jak my to zrobimy prędziutko, ładnie i skromniuteńko.
Zaczęły obie na wyścigi śmiać się i szczebiotać jak wesołe ptaszęta.
— Proszę was, zostawcie mnie!
W głosie Marji było tyle powagi, tyle melancholji, że naraz ustały śmiechy i szczebiot wesoły. Zrozumiały po wyrazie błagalnym tych oczów pięknych i promienistych że daremne by były wszelkie ich usiłowania.
— Zmień przynajmniej fryzurę Maryneczko. Mówiłam — tu księżna zwróciła się do panny Bourrienne — że Marynia ma rodzaj fizjognomji, do której nie nadaje się wysoka fryzura, ale to najzupełniej nie! Na miły Bóg! uczesz się inaczej.
— Zostawcie mnie, idźcie sobie! Wszystko to jest mi najzupełniej obojętne!
Jej towarzyszki musiały to w końcu zrozumieć. Wystrojona w ten sposób Marja była brzydszą niż kiedykolwiek, znane im jednak było, to spojrzenie głębokie a smutne, które okazywało u niej przedsięwzięcie stałe i niezmienne.
— Przebierz się inaczej, moja najdroższa! — przemówiła jeszcze na wychodnem mała księżna, ściskając ją czule. Marja jednak pozostała milczącą i niewzruszoną.
Odeszły. Skoro została samą, Marja ani spojrzała w zwierciadło, ani jej w myśli postało, zmienić suknię i uczesanie. Zamyśliła się o przyszłym mężu, o tej istocie silnej fizycznie i moralnie, obdarzonej jakimś czarem nieokreślonym. Ten pan przyszły i małżonek, miał ją przenieść w świat swój, którego ona dotąd nie znała. Ów świat musiał być czemś zupełnie odrębnem, pełnem szczęścia i nadziemskich zachwytów. Pomyślała i o przyszłej ich dziecinie. To swoje własne dziecię, wyobrażała sobie zupełnie podobne do najmłodszej córeczki jej mamki, którą widziała nie dawniej niż wczoraj. Czuła już to dzieciątko uwieszone u piersi... mąż stał tuż blisko... patrzał na nich oboje z czułością...
— Ależ to wszystko niemożliwe! — wykrzyknęła. — Jestem nadto brzydką!
— Herbata gotowa, książę pan wejdzie za chwilę! — zawołała pod drzwiami jej garderobiana.
Drgnęła nerwowo, przerażona własnemi myślami. Nim zeszła, wstąpiła na chwilę do pokoju sypialnego. Wlepiła wzrok błagalny w wizerunek poczerniały Zbawiciela rozpiętego na krzyżu, na który padał blask łagodny lampki płonącej przed Ikonostasem. Złożyła ręce i zaczęła modlić się po cichu. Duszę jej ogartywał niepokój i zwątpienie... Czyż miała zaznać w życiu kiedykolwiek rozkoszy miłości, miłości czysto ziemskiej? W jej marzeniach o szczęściu małżeńskiem snuły się jej zawsze dzieci przed oczami. Jednak snem tajemnym, do którego wstydziła się przyznać sama przed sobą, była chęć poznania i zakosztowania tego uczucia tak słodkiego, miłości wzajemnej... Owo marzenie tem częściej ją dręczyło i nagabywało, im bardziej starała się ukryć te pragnienia przed innemi, a nawet przed samą sobą.
— Boże! — modliła się teraz — jakim sposobem potrafię pokonać w sobie te podszepty szatańskie. Jak uniknę tych myśli zdrożnych, aby poddać się z całą pokorą Twojej woli przenajświętszej?
Zaledwie zaniosła tę prośbę przed tron Boga, znalazła na nią odpowiedź w sercu, własnem: — „Nie żądaj nigdy niczego dla siebie samej. Nie szukaj niczego, nie mięszaj się i nie zazdrość nikomu. Przyszłość musi do pewnego czasu być zakrytą przed twoim wzrokiem, trzeba jednak, żeby cię zastała gotową. Jeżeli Bogu będzie się podobało, doświadczyć cię i obarczyć ciężkiemi obowiązkami małżeńskiemi, niech się stanie i w tem Jego wola!“ — Te myśli, podszeptywane niby przez jakiś głos tajemny, uspokoiły ją teraz. Jednak w głębi duszy, tkwiła żądza tajemna, aby mogło ziścić się kiedy jej marzenie o miłości, którąby podzielał i uczuwał dla niej sercem wybrany. Westchnęła, przeżegnała się nabożnie i zeszła na dół, nie pomyślawszy nawet o sukni, o fryzurze, o tem jak wejdzie i z czem się do kogo odezwie? Jakąż wartość mogły mieć w jej oczach te drobnostki, ta cała nędza światowa, w obec wyroków wszechwładnych Boga, bez woli którego nic się nie dzieje, nawet jeden cienki włos nie spadnie z głowy człowieka!





IV.

Księżniczka Marja zastała już w salonie księcia Bazylego i Anatola, rozmawiających z Lizą i panną Bourrienne. Weszła nieśmiało, niezgrabnie, wybijając ciężko piętami po posadzce. Mała księżna spostrzegłszy ją na progu zawołała:
— Otóż i nasza droga Marynieczka!
Objęła ich wszystkich jednym rzutem oka. Uderzyła ją zmiana w twarzy księcia Bazylego i uśmiech igrający na jego ustach, które przed chwilą zwisały apatycznie i bezmyślnie. Obaj mężczyźni zerwali się aby ją powitać. Widziała dokładnie swoją bratowę powodzącą wzrokiem, aby odgadnąć, jakie też wrażenie zrobi Marja na ojcu i synu, dopatrzyła również jak kokieteryjnie wystrychnęła się Francuzeczka, że ładnie wygląda, jak nigdy przedtem i że oczkami strzela do niego! Jego jednego dotąd nie widziała. Odczuwała tylko instynktowo, że zbliża się do niej coś smukłego, wspaniałego, promienistego i pięknego! Książę Bazyli pospieszył pierwszy ucałować jej rękę, ona zaś, jak to jest jeszcze dotąd w Rosji zwyczajem, a szczególnie było powszechnem w owej epoce, dotknęła się z lekka ustami jego łysej czaszki, przed nią kornie pochylonej. Ona bowiem zastępywała w domu ojca, zmarłą matkę i grała rolę gospodyni w obec gości. Odpowiadając grzecznie na księcia Bazylego komplementa, zapewniała, że poznałaby go była natychmiast. Z kolei zbliżył się Anatol, którego ojciec jej przedstawił. Uczuła rękę swoją uwięzioną w dłoni ciepłej i miękkiej. Dotknęła się ustami i jego czoła gładkiego i białego jak alabaster, nad któremi wiły się gęste pukle ciemnych włosów. Gdy teraz na niego wzrok podniosła, olśniła ją piękność męska, w całem tego słowa znaczeniu. Stał przed nią, z ręką lewą wetkniętą od niechcenia za mundur cokolwiek na piersiach rozpięty. Kołysał się z gracją z nogi na nogę, przeginając w tył kibić smukłą, wciętą w pasie i giętką niesłychanie. Milczał, myśląc o wszystkiem innem, tylko nie o brzydkiej pannicy, którą ujrzał przed sobą. W ogóle Anatol nie grzeszył wcale ani rozumem ani wymową. Posiadał jednak spokój niewzruszony i pewność siebie, czem światu imponował. Młody człowiek nieśmiały, który byłby się czuł zmięszanym i zażenowanym milczeniem tak w tej chwili niestosownem i prawie nieprzyzwoitem, przy pierwszem poznaniu, byłby silił się przerwać takowe, byłby zaczął bąkać ni to, ni owo, pogarszając jeszcze i tak dość nieprzyjemne położenie. Anatol natomiast z miną tryumfatora, nie dbał o nic i nie pytał. Wpatrywał się dalej ciekawie w cudacką fryzurę księżniczki Marji, ani myśląc przemówić do niej cokolwiek.
— Wy sobie gadajcie ile chcecie, nie przeszkadzam wam wcale. Co do mnie atoli, nie czuję po temu najmniejszej ochoty! — zdawał się mówić do nich swoim drwiącym uśmiechem.
Poczucie wyższości i wiara, że żadna mu się nie oprze, skoro na nią skinie jednym palcem, nadawały mu w stosunku z kobietami ton dumny, prawie pogardliwy. To właśnie budziło w nich ciekawość, pewną trwogę i w końcu miłość namiętną. Całem swojem zachowaniem dawał im do poznania najwyraźniej:
— Znam was wszystkich na wylot, wierzcie mi! Po co grać ze mną komedją?... Każda aż drży do tego i niczego nie pragnie goręcej!
Może zresztą o niczem nie myślał, co nawet było łatwem do przypuszczenia, bo wszelkie myślenie uważał za nader ciężką pracę, miał jednak taką minę arogancką i pewną siebie. Księżniczka Marja odczuła to instynktowo i z tego powodu przysiadła się natychmiast do księcia Bazylego, aby z nim wyłącznie rozmawiać. Chciała dać Anatolowi do zrozumienia, że nie czuje się wcale godna zająć jego uwagę. Rozmowa szła żwawo i wesoło, dzięki szczebiotaniu nieustannemu małej księżnej. Ta rada była niezmiernie, kiedy mogła nagadać się, szczerząc przytem do każdego swoje drobne i białe ząbki. Rozpoczęła z księciem jedną z tych pogadanek, u niej zwykłych, które z boku słyszane mogły łatwo dać do zrozumienia, że między tymi ludźmi panowała zażyłość niesłychana, gdyż mieli mnóstwo wspomnień i anegdotek wspólnych. Tymczasem była to tylko zręczna szermierka słowami, lekka tkanina z frazesów strzelających dowcipem, a w gruncie czczych i bez głębszego znaczenia.
Książę Bazyli dzielnie odpierał wszelkie zaczepki, a nawet Anatol odcinał się nieźle, choć prawie jej nie znał. I Francuzka uważała za powinność dorzucać coś ze swojej strony, do tej wymiany wspomnień rozmaitych, mimo że były one jej obce najzupełniej. W końcu wciągnięto i księżniczkę Marję do wesołej gawędki. Śmiała się i bawiła, choć nie bardzo rozumiała, o czem właściwie rozmawiają.
— Teraz przynajmniej użyjemy na twojem towarzystwie, książę kochany — wtrąciła Liza. — Na wieczorkach u Anety, uciekałeś nam wiecznie... Ta nasza poczciwa Anetka!
— Tylko na miły Bóg! nie zacznij mnie księżno mordować polityką, jak to było zawsze w zwyczaju u Anety!
— A nasz stoliczek na boku?...
— A! to prawda...
— Dla czego nie bywałeś pan nigdy, u naszej kochanej Anetki? — spytała nagle Anatola. — Aha, wiem już! Pański brat, książę Hipolit, dość mi się naopowiadał o twoich wybrykach i czynach iście bohaterskich! Ha! ha! ha! — parsknęła śmiechem i dodała grożąc mu palcem figlarnie: — Opowiadał mi i o pańskich sprawkach w Paryżu... Oj! oj! co to się tam niewyrabiało...
— Ale czy też tobie nawzajem opowiedział Hipcio? — książę Bazyli zwrócił się do syna chwytając Lizę za rękę, jakby ją chciał powstrzymać w zapędzie — jak to on usychał z miłości, dla tej tu niebezpiecznej czarodziejki, ta zaś zamykała mu drzwi przed nosem... Oh! bo nasza piękna księżna, jest to cnota niewzruszona, perła prawdziwa pomiędzy kobietami! — dodał skinąwszy głową ku Marji.
Panna Bourrienne, skoro usłyszała to słowo Paryż, skorzystała ze sposobności, aby napomknąć o swoich osobistych wspomnieniach, z miasta tego wywiezionych.
Zaczęła badać Anatola, jakie wrażenie zrobił na nim Paryż.
Anatol odpowiadał jej chętnie, chwaląc wszystko w czambuł, z uśmiechem zalotnym. Powiedział sobie w duchu, że nie znudzi się z pewnością w Łysych Górach, wobec tak szczęśliwego zbiegu okoliczności.
— Wcale smaczny kąsek, panna do towarzystwa — myślał. — Spodziewam się, że ta tam brzydula, weźmie ją z sobą, gdy zostanie moją żoną... Francuzeczka djabelnie ładna!... Warta grzechu sacrebleu!
Stary książę Bołkoński ubierał się tymczasem w swoim gabinecie, nie spiesząc się wcale. Był zły, opryskliwy i co chwila wpadał w głęboką zadumę. Namyślał się co ma zrobić z tym fantem? Przybycie gości niepytanych i nieproszonych, było mu zupełnie nie na rękę i psuło najfatalniej zwykły tryb życia.
— Czego oni chcą odemnie? — mruczał niby niedźwiedź ruszony z legowiska — ojciec kłamca, fanfaron, licha figura, a synalek ma być jeszcze lepszy...
Zawadzali mu ci goście pod tym względem najbardziej, że swojem pojawieniem się, zmuszali go do roztrząsania kwestji, którą starał się, może nawet bezwiednie, usuwać jak najdalej od siebie, chociaż nie chciał przyznać się do tego nawet sam przed sobą. Pytał się w ducha skrytości, czy zdecyduje się kiedykolwiek rozłączyć się z córką? Nigdy jednak nie zastanawiał się nad tem na serjo, czuł bowiem, że gdyby chciał odpowiedzieć zgodnie ze swojem tajemnem życzeniem, nigdyby Marji za mąż nie wydał. Żyć bez niej, wydawało mu się niepodobieństwem, mimo że na pozór wcale nie dbał o nią. Bez niej popsułby się w domu cały porządek: brakowałoby mu córki wszędzie i o każdej dnia chwili.
— Dla czego miałaby koniecznie wyjść za mąż, aby zostać na resztę życia najnieszczęśliwszą? — pytał się w duchu. — Ot Liza naprzykład: Czyż mogła znaleść lepszego męża, niż mego syna?... A czy jest z losu swego zadowoloną?... Marja brzydka i niezgrabna w dodatku, niktby jej nie poślubił dla niej samej. Jeżeli kto się pokusi o jej rękę, to tylko dla majątku i świetnych koligacji. Czyż nie wolałaby zostać panną?
Tak dumał stary książę ubierając się, czuł bowiem z trwogą tajemną, że chwila stanowcza nadeszła. Bazyli wystąpi z deklaracją nie dziś, to jutro... Po cóż przywiózł syna? Zapewne... nazwisko, ojca stosunki byłyby odpowiednie, ale czy ten młodzieniec wart Marji? Czy potrafi ją ocenić? Czy ją pojmie i zrozumie?... Ha! zobaczymy... zobaczymy — dodał głośno.
Wszedł do salonu krokiem pewnym i zamaszystym jak zwykle. Jednym rzutem oka, objął wszystko i wszystkich. Strój wytworny i minkę kokieteryjną małej księżny, kokardy i kwiaty na pannie Bourrienne, potworną fryzurę swojej córki, jej odosobnienie i opuszczenie, uśmieszki nie bez znaczenia, które zamieniali z sobą Francuzeczka i Anatol. Szczegół najdrobniejszy nie uszedł księcia uwagi.
— Głupia! — syknął przez zęby gniewnie zaciśnięte — wykoczkodaniła się najokropniej, zeszpeciła się do reszty, a ci tam dwaj zdają się tego wcale nie uważać.
— Dzień dobry — mruknął podchodząc do księcia Bazylego. — Cieszę się że cię widzę w dobrem zdrowiu.
— Przyjaźń nie zna przeszkód i przestrzeni — odrzucił Bazyli, mówiąc jak zwykle tonem śmiałym i poufałym. — Oto mój syn młodszy... Polecam go twoim względom łaskawym.
— Piękny chłopiec, piękny, ani słowa! — Bołkoński zmierzył wzrokiem Anatola od głowy do stóp. — Chodź-że, pocałuj mnie tu.
Nadstawił mu policzek... Anatol rozkaz wypełnił, przypatrując się ciekawie starcowi najspokojniej w świecie. Czekał na jedno z tych wystąpień dziwacznych i gburowatych, o których ojciec mu wspominał.
Stary książę usiadł jak zwykle w kącie kanapy, przysunąwszy fotel Bazylemu, poczem zaczął go wypytywać, co słychać w dziedzinie polityki. Słuchał na pozór z wielką uwagą, nie odrywając jednak wzroku od córki.
— Aha... to zatem donoszą z Poczdamu? — bąknął, powtarzając ostatnie słowa mówiącego. Zerwał się nagle i przystąpił do córki:
— Czy to do naszych gości tak się wystroiłaś? Ślicznie, ślicznie, nie ma co mówić.. Czy i ta cudacka fryzura zrobiona dla nich?... Otóż na przyszłość, zakazuję ci najsurowiej... także wobec gości ubierać się w tak ohydny sposób, bez opowiedzenia się mnie i bez mego zezwolenia!
— Ja to zawiniłam — wtrąciła mała księżna, biorąc w obronę biedną Marję.
— Pani przysłuża prawo ubierać się jak jej się podoba — odpowiedział ironicznie z niskim ukłonem. — Moja córka atoli niepotrzebuje takich fryzur cudackich, bo i bez tego setnie brzydka...
Usiadł na nowo, nie zajmując się dłużej księżniczką, która ledwie mogła z najwyższym wysiłkiem łzy powstrzymać, cisnące się gwałtem do oczu.
— Ja bo znajduję, że księżniczce bardzo do twarzy z tą fryzurą — rzekł od niechcenia Bazyli.
— No, a teraz mój młody książę — zwrócił się Bołkoński do Anatola, jakby wcale słów tamtych nie słyszał — powiedz mi najprzód jak ci na imię? Potem usiądź bliżej. Musimy przecie poznać się nawzajem.
— Oho! Zaczyna się komedja — pomyślał Anatol, siadając na miejscu wskazanem.
— A więc, mój chłopcze kochany, wychowywano cię za granicą... w owym sławnym Paryżu... gdzie to jednak — „nie robią z owsa ryżu“? — Nie tak jak mnie i twego ojca, których prosty djak uczył czytać i pisać... Inne czasy... inne obyczaje... Służysz zatem w konnej gwardji, o ile słyszałem? — dodał mierząc młodzieńca wzrokiem na wskroś przenikającym.
— Nie... przeniosłem się obecnie do armji — bąknął Anatol, powstrzymując wybuch śmiechu szalonego.
— Ho! ho! to doskonale! Chciałeś zatem służyć carowi i ojczyźnie? Mamy wojnę... taki piękny i dorodny chłopiec powinien służyć... służyć w wojsku regularnem.
— Właściwie... mój pułk już wymaszerował, a ja... ja jestem przydzielonym... proszę ojca do czego to mnie przyczepiono? — spytał księcia Bazylego śmiejąc się w głos.
— Ha! ha! ha! tęgi z niego służbista — wybuchnął śmiechem i Bołkoński. — Pyta się dopiero tatka, mały chłopczynka, do czego i gdzie go przyczepiono... — Naraz przestał się śmiać stary książę marszcząc groźnie brwi: — No! idź już sobie! — skinął ręką.
Anatol śmiejąc się dalej, połączył się z paniami.
— Wszak kształciłeś go zagranicą książę? — spytał szorstko.
— Robiłem co mogłem — zapytany wzruszył miłosiernie ramionami. — Utrzymywano ogólnie, że tam tylko może młody człowiek odebrać staranne wychowanie.
— Tak, tak... wszystko dziś idzie innym trybem... po modnemu.. Ładny chłopak, bardzo ładny... Ale chodź do mnie...
Zaledwie znaleźli się sam na sam w gabinecie Bołkońskiego, książę Bazyli wystąpił z formalnemi oświadczynami o rękę Marji dla swego syna, który gotówby nawet wojsko porzucić, i zamieszkać na wsi wraz z żoną przy ojcu.
— I owszem! i owszem! niech idzie za mąż choćby dzisiaj — ofuknął go starzec gniewnie. — Czyż ja ją trzymam na uwięzi? Czy sądzą że się bez córki obejść nie potrafię?... Tylko chciałbym wpierw poznać cokolwiek mego zięcia przyszłego... Znasz moje zasady. Działajże szczerze ze mną i nie wycinaj kominków, bo to na nic ci się nie przyda. Spytam zaraz jutro, w twojej obecności księżniczkę Marję, czy go chce na męża? W takim razie zostanie z nami czas jakiś, abym go mógł cokolwiek wystudjować...
Starzec mówił coraz głośniej i tonem opryskliwym, jak to było u niego w zwyczaju, tonem tym samym, którym pożegnał Anatola przed chwilą.
— Powiem ci wszystko książę otwarcie — Bazyli przybrał ton słodko pokorny, przekonany z góry, że z takim groźnym przeciwnikiem, wszelkie wykręty spełzną na niczem i chybią celu najzupełniej. — Wiem, że umiesz przejrzeć na wskroś każdego. Anatol nie jest wprawdzie żadnym geniuszem, ale chłopak to najpoczciwszy w świecie! Syn z niego przywiązany, najlepszy!
— Dobrze, dobrze... Zobaczymy... przekonamy się...
Po zjawieniu się Anatola, na ich horyzoncie, trzy kobiety, żyjące dotąd tak samotnie, i pozbawione najzupełniej męskiego towarzystwa, odczuły każda z osobna że dotąd nie żyły, tylko wegietowały. Zmysły wszelkie zaostrzyły się u nich, nagle gdy zobaczyły przed sobą młodego i pięknego chłopca. Zaczęły inaczej czuć, myśleć i zastanawiać się nad wszystkiem. Teraz dopiero wypełniła się próżnia, otaczająca ich dotąd. Teraz rozproszyły się ciemności, w których tonęły apatycznie, i olśniło je światło ożywcze, promieniste!
Księżniczka Marja, zapomniała o swojej brzydkiej twarzy, o nieszczęsnej fryzurze, zapatrzona jak w tęczę, w tego mężczyznę, tak pięknego, tak wspaniałego, tak otwartego, który mógłby zostać jej mężem. Wydawał się jej dobrym, najszlachetniejszym, dzielnym, pełnym energji. Była o tem najmocniej przekonaną i snuła wątek marzeń czarownych, upajających, w swojej bujnej wyobraźni... Nadaremnie starała się stłumić głos serca; myśli rozkoszne o przyszłem szczęściu domowem, mózg jej rozsadzały.
— Możem ja za zimna, za obojętna? — mówiła sobie w duchu. — Ale jeżeli trzymam się na wodzy, to tylko z trwogi żeby nie zdradzić się zanadto, jak on mnie silnie ku sobie pociąga!... Tego jednak on nie może odgadnąć i gotów pomyśleć, że jest mi niemiłym...
Starała się biedaczka okazać mu ile możności, jaką wzbudził w niej sympatją, chciała być wesołą, ożywioną, ale jej się z tem wiodło najfatalniej.
— Ciężko brzydka pannica!... Do stu piorunów, istny koczkodan — myślał o niej Anatol.
Panna Bourrienne ze swojej strony, układała w głowie cały romans, ujrzawszy Anatola. Ładna i przebiegła dziewczyna, mimo że była rzuconą w świat nieznany, samotna, bez ojczyzny, bez rodziny, nigdy nie zwątpiła o swoim przyszłym losie i ani jej w głowie postało, wisieć wiecznie przy starym księciu i przy jego córce. Czekała oddawna na jakiegoś księcia młodszego, któryby ocenił na pierwszy rzut oka jej wdzięki i przymioty, i jej wyższość pod każdym względem, nad rosjankami, brzydkiemi, niezgrabnemi i wyglądającemi przy niej jak kloce z grubszego obciosane. Otóż ten „ktoś“ miał się nią zająć, a zakochawszy się w niej po same uszy, wykraść ją i uciec. W bujnej fantazji, układała dalszą historją swego życia miotanego żądzami namiętnemi, rozdział po rozdziale, na wzór czegoś w tym guście, co jej raz opowiedziała któraś z ciotek. Była to zresztą najzwyklejsza historja, biednej, uwiedzionej dziewczyny, którą matka obarcza następnie srogiemi wyrzutami i złorzeczeniami... Nieraz już, zalewała się łzami, robiąc takie same wyrzuty jakiemuś wymarzonemu, a dotąd nieistniejącemu uwodzicielowi jej samej... Nareszcie ów piękny, młody książę, który miał ją wykraść, zjawił się w postaci Anatola... Zakocha się... porwie ją... ona wystąpi ze „swoją biedną, nieszczęśliwą matką!“... i wszystko skończy się świetnem małżeństwem!... Tak układała w ładnej główce przebiegła Francuzeczka swój własny romans, rozmawiając na pozór całkiem obojętnie o Paryżu i jego osobliwościach. Nie miała wprawdzie dotąd planu gotowego, ale wszystkie te myśli snuły się jej po głowie, otaczając i grupując się w koło Anatola, niby nocne motyle, zwabione światłem lampy. Chciała mu się gwałtem podobać i do tego celu zmierzała, wytężając wszystkie siły.
Co do małej księżnej, ta niby stary rumak, który przeszedł już nie jedną kampanją, a pomimo wieku i osłabienia, strzyże uszami skoro usłyszy pobudkę, gotowała się również z całym arsenałem kokieterji, ot tak sobie, dla przepędzenia czasu weselej, bez żadnej złej myśli... z przyzwyczajenia i pod wpływem wrodzonej lekkomyślności.
Anatol w towarzystwie kobiet miał zwyczaj pozować na człowieka znudzonego i przesyconego ich nadskakiwaniami i przymilaniem pełnem kokieterji. Tym razem jednak uczuł szczere zadowolenie, i pochlebiło to nadzwyczaj jego miłości własnej, gdy postrzegł jakie robi wrażenie na wszystkich trzech naraz. Tem milszem mu to było, że zrodziła się rzeczywiście w sercu jego, owa żądza namiętna, nieokiełznana, na widok ładnej i zaczepnej Francuzeczki. Zwykł on był poddawać się im bezwarunkowo, ani próbując walki z dziką namiętnością. W takich wypadkach, gotów był popełnić czyn najhaniebniejszy, brutalny, byle dopiąć celu.
Po wieczerzy całe towarzystwo wróciło do głównego salonu. Poproszono księżniczkę o grę. Usiadła do fortepianu. Naprzeciw niej stanął Anatol, oparty od niechcenia o fortepian, obok panny Bourrienne. Oczy jego wesołe i promieniste, były wlepione w Marją. Ten wzrok sprawiał jej rozkosz niepojętą, a zarazem czuła dziwny ból w sercu. Jej sonata ulubiona, przenosiła ją na skrzydłach melodji w jakieś światy nadziemskie. Grała piękniej niż kiedykolwiek, z czuciem zdwojonem, podniecona nerwowo, jego spojrzeniem na wskroś przenikającem. A jednak, choć w nią były wlepione te piękne, ciemne oczy, nie widziały jej prawie. Właściwie były zajęte Francuzeczką, której nóżką małą i zgrabniutką, Anatol przyciskał z lekka końcem swego buta. I Francuzka patrzała na Marję grającą, z wyrazem, w którym malowało się dziwne wzruszenie, radość i jakby nadzieja szczęścia.
— Jak ona mnie kocha — myślała Marja. — Jaki Bóg łaskaw, że mnie obdarzył taką przyjaciółką, a teraz zsyła mi takiego męża... Czy „On“ jednak zostanie moim mężem?
Gdy późnym wieczorem każdy odchodził do siebie, Anatol pocałował w rękę Marję, a ta, zdobyła się na odwagę i spojrzała mu w oczy. Tak samo ucałował rękę Francuzki. Nie było to po formie, uczynił to jednak bez wahania, z całą pewnością siebie. Amelja spłonęła rumieńcem przerażona i spojrzała z pod oka na Marję.
— Jak delikatnie z jego strony! — pomyślała księżniczka. — Czyżby Amelka bała się wzbudzić zazdrość we mnie? Czyż sądzi, że nie umiem ocenić jej przywiązania tak szczerego i jej czułości?
Zbliżyła się do Amelji ściskając ją najczulej. Anatol podszedł szarmancko ku młodej księżnej, chcąc i jej rączkę ucałować. Ta jednak ręce ruchem szybkim schowała po za siebie:
— Nie, nie — zawołała grożąc mu palcem figlarnie. — Jeżeli pański ojciec doniesie nam, że zachowujesz się statecznie, wtedy dopiero pozwolę pocałować się w rękę.
Wyszła uśmiechając się zalotnie, tak do ojca, jak i do syna.





V.

Prócz Anatola, który chrapał doskonale, skoro tylko głowę przyłożył do poduszki, nikt tej nocy w zamku oka nie zmrużył, aż gdzieś nad ranem.
— Czyż na prawdę miałby mnie poślubić, ten młody człowiek, tak piękny, dystyngowany i tak dobry, tak szlachetny? — myślała Marja.
Ogarniał ją, strach, niezwykły, przeciwny jej naturze. Lękała się ruszyć, obrócić... Zdawało się jej, że ktoś stoi za jej plecami, w tym ciemnym kącie, za parawanem, a tym kimś był szatan, ten piękny mężczyzna, o czole białem i wyniosłem, z oczami czarnemi, palącemi, z długiemi czarnemi rzęsami a brwiami puszystemi jak aksamit, z ustami jak krew purpurowemi.
Przywołała swoją pokojowę, prosząc, żeby tę noc spała z nią razem.
Francuzka długo, bardzo długo, przechadzała się po ogrodzie zimowym. Czekała nadaremnie na „kogoś“, uśmiechała się w myśli do niego, rozczulając się z góry przy słowach: — „moja biedna matka!“ — która miała robić jej srogie wyrzuty, po upadku.
Mała księżna, złościła się i łajała swoją pokojowę. Łóżko było źle pościelone. Nie mogła leżeć na żaden bok. Wszędzie coś ją gniotło i coś jej dokuczało... Nie łóżko było temu winne, ale ciężar, który w łonie nosiła. Dziś czuła go boleśniej niż kiedykolwiek. Obecność Anatola, przeniosła ją w myśli w ową epokę, kiedy to, lekka jak piórko, fertyczna i zalotna, nie miała innych trosk, prócz obawy, czy suknią krawiec na bal wykończy? Wtedy niby motylek fruwała z balu na bal, z zabawy na zabawę... Mizerna, drżąca od dreszczy, która nią wstrząsała, usiadła na fotelu, w nocnym czepku i nocnym kaftaniku i kazała po raz trzeci łóżko prześcielać, pokojowej zaspanej i lecącej z nóg ze znużenia.
— Mówię ci, że same dziury a między niemi coś twardego, jakby kto do łóżka kamieni nasypał. Wolałabym była usnąć spokojnie, żeby ci się było chciało od razu łóżko przewrócić jak należy, próżniaku wierutny! A teraz dąsasz się jeszcze i milczysz jak mruk. Czy to moja wina, pytam się ciebie?... — wymyślała księżna, tonem płaczliwym dzieciaka rozpieszczonego.
I stary książę nie mógł jakoś usnąć tej nocy. Tykon drzemiący w przedpokoju, słyszał przez sen jednakże, chód niespokojny swojego pana i jego gniewne mruczenie. Zdawało się Bołkońskiemu, że został obrażony w swojej godności i to tem dotkliwiej, ile że ta obraza tyczyła się nie jego bezpośrednio, ale córki jedynej, którą kochał w końcu więcej niż siebie. Daremnie perswadował sam sobie, że powinienby zostawić jej czas dłuższy do namysłu, że bierze tę kwestją za gorąco, nie zastanawiając się dostatecznie, jak ma postąpić. Wszystkie te uwagi gniewały go i rozdrażniały coraz bardziej:
— Zapomniała o wszystkiem dla pierwszego lepszego wiercipięty, który jej się nawinął pod rękę... nawet o starym, zgrzybiałym ojcu!... Błaźnica! fryzuje się dla „niego“, koczkodani! zawraca oczami!... Jakby ją kto odmienił!... Uszczęśliwiona, że będzie mogła porzucić ojca i dom rodzicielski!... Mogła przecie spodziewać się, że nic z tego nie ujdzie mojemu wzrokowi... Prr... prr... prr!... O! ta bezdenna kobieca lekkomyślność... Czyż to ja nie widzę, że ten bydlak wymuskany, smali cholewki do Amelji i tymczasem nim ją gdzie złapie na boku sam na sam, nogę jej butem przyciska? Wypędzę na cztery wiatry francuzką lafiryndę. Żeby też w mojej córce, nie było ani krzty poczucia własnej godności. Czyż naprawdę tak ją oszołomił, że nic nie widzi ani słyszy? Jeżeli nie dla siebie, to dla ojca, powinnaby mieć bodaj trochę dumy i ambicji szlachetnej. Trzeba jej będzie oczy otworzyć i powiedzieć, że ten wisus myśli o Francuzce i tamtę zjada oczami, na nią zaś ani spojrzy... Ani cienia dumy, ambicji!... Powiem jej to! o powiem!
Wiedział, że skoro córka dowie się o miłostkach Anatola z Francuzką, rozwieje to najpewniej jej ułudy i dotknie do żywego jej miłość własną. Wtedy wygra sprawę, czyli mówiąc innemi słowy, zatrzyma Marję przy sobie, co było jego chęcią i pragnieniem tajemnem. Ta myśl uspokoiła go nareszcie. Zadzwonił na kamerdynera i kazał się rozebrać.
— Djabli nadali i mnie ich na kark sprowadzili, niepytanych i nieproszonych! — mruczał pod nosem, gdy Tykon wkładał nocną koszulę na to ciało suche i żółte jak pergamin, na piersiach obrosłe włosem siwym, gęstym i twardym jak szczecina.
— Czy to mnie już długo na tym świecie?... Po co oni tu zjechali?... Po co?... Żeby mi przewrócić cały porządek do góry nogami... Żeby ich djabli wynieśli jak najprędzej.
Tykon był przyzwyczajony i ostrzelany z gniewnym pomrukiem swego pana. Ani okiem też nie mrugnął, jakby nic nie słyszał i nie uważał.
— Czy poszli już spać? — książę dodał głośno. Tykon jako sługa doskonale wytresowany, umiał chwytać w lot myśli swego pana i odgadywać je instynktem.
— Położyli się oddawna i zgasili światło, wasza Ekscellencjo.
— Potrzebni tu byli! O! potrzebni jak dziura w moście! — zamruczał starzec w najgorszym humorze. Wsunął nogi w pantofle, podstawione przez Tykona, otulił się płaszczem żołnierskim, futrem podbitym i wyciągnął się na otomanie, która mu służyła za łóżko.
Chociaż kilka słów zaledwie zamienili z sobą, Anatol i panna Bourrienne, zrozumieli się doskonale co do pierwszej części romansu, mającego zakończyć się groźnem pojawieniem się — „mojej biednej matki.“ — Czuli oboje że mają bardzo wiele sobie do powiedzenia w cztery oczy, to też zaraz nazajutrz od rana szukali tylko sposobności żeby się zejść gdziekolwiek cichaczem. I tak spotkali się „niespodziewanie“ w ogrodzie zimowym, w chwili, kiedy Marja na pół umarła ze strachu, szła do ojca o zwykłej rannej godzinie na „dzieńdobry“. Zdawało się jej, że nie tylko każdy wie, jako jej los ma się dnia tego rozstrzygnąć, ale ona sama jest na to zupełnie przygotowaną. Wyczytała to w twarzy uśmiechniętej błogo starego Tykona i w oczach lokaja księcia Bazylego, który spotkawszy ją w sieniach, gdy niósł wodę gorącą do golenia swojemu panu, oddał jej ukłon głęboki.
Stary książę okazał się nadzwyczaj uprzejmym i pełnym łaskawości względem córki. Znała ona od dawna ów sposób postępowania. Nie przeszkadzało mu to bynajmniej, w minutę później, ściskać pięście z gniewu, skoro nie pojmowała w lot jakiegoś zawiłego zdania matematycznego i zrywać się gwałtownie z krzesła, aby biegać po pokoju w najwyższej irytacji. Dziś zaczął od razu mówić o tem, co mu na sercu ciężyło; ceremonialnie przez trzecią osobę.
— Zrobiono mi pewną propozycję, tyczącą się księżniczki — uśmiechnął się, a raczej usta wykrzywił szydersko. — Domyśliła się zapewne księżniczka, że książę Bazyli, nie przywiózł swojego wychowanka (tak upierał się nazywać Anatola, nie wiedzieć z jakiego powodu) dla moich pięknych oczu. Księżniczce znane moje zasady... Dla tego mówię z nią o tem w tej chwili.
— Jak mam to rozumieć mój ojcze? — Marja odpowiedziała mieniąc się na twarzy.
— Jak to rozumieć? — starzec powtórzył już w gniew wpadając i porzuciwszy ton ceremonialny. — To przecież jasne, jak dwa a dwa cztery!... książę Bazyli uznał cię za stosowną na synowę i prosi o twoją rękę dla swego wychowanka... Jak to rozumieć? Ja właśnie chciałbym dowiedzieć się o tem od ciebie.
— Nie wiem, mój ojcze... jak zapatrujesz się na tę sprawę? — szepnęła nieśmiało księżniczka.
— A w czemże to mnie się ma tyczyć?... Mnie zostaw zupełnie na boku... To nie ja przecież mam wyjść za mąż... Czego ty chcesz i coś pod tym względem postanowiła?... o tem radbym się dowiedzieć od ciebie.
Księżniczka odgadła, że ojcu nie podoba się wcale to małżeństwo. Powiedziała sobie jednak w duchu, że ta chwila decyduje może o losie jej życia całego. Spuściła oczy, aby nie widzieć tego wzroku w siebie wlepionego, przed którym drżała z trwogi i który odbierał jej prawie przytomność, a przynajmniej czynił niezdolną do jakiejkolwiek opozycji.
— Pragnę jedynie mój ojcze działać we wszystkiem podług twojej woli... Gdyby mi jednak wolno było wyrazić moje życzenie...
— Doskonale! — książę przerwał jej szydersko. — Weźmie cię dla posagu, a dla swojej przyjemności, przyczepi do ciebie Amelję. Ona będzie właściwie jego żoną, ty zaś...
Zatrzymał się, widząc że wrażenie piorunujące wywarły jego słowa na księżniczkę. Spuściła głowę blada i drżąca. Gotowa była płaczem wybuchnąć.
— No! no! nie alteruj że się znowu tak bardzo! Żartowałem tylko... Pamiętaj o tem jednem księżniczko: Moje zasady przyznają w zupełności prawo młodej dziewczynie, wybierać męża podług własnego widzimisię. Jesteś zatem wolną co do tego. Nie zapominaj jednak, że od trafnego wyboru zależy cała twoja przyszłość i szczęście domowe... o mnie tu nie idzie wcale, i mnie wypuść z rachuby...
— Nie wiem rzeczywiście...
— O nim nie ma mowy. Ożeni się z kim zechcą, byle miał za co hulać dalej. Ty jednak masz rozum i własną wolę. Pójdź do siebie, namyśl się, zastanów, rozważ wszystko dobrze. Za godzinę poszlę po ciebie, abyś odpowiedziała stanowczo, „tak“ lub „nie“. Odpowiedź musisz dać wprost księciu Bazylemu. Wiem z góry, że zaczniesz się modlić! Nie przeszkadzam ci i nie zabraniam tego bynajmniej... Lepiej byś może zrobiła gdybyś zastanowiła się sama i nie wzywała niczyjej pomocy... Zrobisz zresztą jak zechcesz... Tylko po godzinie żądam kategorycznego „tak“ albo „nie“... „Tak“ lub „nie!“ — powtórzył głośno kilka razy, gdy córka oddalała się krokiem omdlewającym, zaledwie wlokąc nogi za sobą. Czuła, że los jej ma się rozstrzygnąć za godzinę, na dolę lub niedolę życia całego!
Ojca aluzja co do Amelji spiorunowała ją rzeczywiście. Nie mogła przypuścić, żeby Francuzka dopuściła się takiej zdrady haniebnej i była tak fałszywą w obec niej, Marji, obsypującej sierotę bez dachu, bez przytułku, tysiącznemi dobrodziejstwami. Nie była w stanie myśleć o tem z krwią zimną. Wzburzona, nieprzytomna, zamiast pójść prosto do siebie, zboczyła do ogrodu zimowego, aby tam przejść się cokolwiek i odzyskać równowagę. Uderzył ją naraz głos tak znany, Amelji. Stanęła jak wryta. Oczy podniósłszy, zobaczyła o dwa kroki przed sobą, Anatola trzymającego w objęciu Francuzkę i szepcącego jej coś do ucha. Na twarzy Anatola malowały się żądze namiętne, które nim miotały. Zwrócił się ku księżniczce jak nieprzytomny, z wzrokiem błędnym i zamglonym, z ustami gniewnie zaciśniętemi, zapominając nawet wypuścić z ramion Francuzkę. Zdawał się mówić:
— Któż tam znowu? I czemu mi wlazł w drogę?
Marja skamieniała na razie, nie będąc w stanie ruszyć się z miejsca. Patrzyła na nich, nie umiejąc sobie zdać sprawy z tego co widziała. Amelja krzyknąwszy przeraźliwie, wyśliznęła się z objęć przyciskających ją, i uciekła jak sarna spłoszona. Jeden Anatol nie stracił rezonu. Ten oprzytomniawszy, ukłonił się księżniczce z miną fanfarona i pewny siebie jak zawsze, uśmiechnął się wzruszając miłosiernie ramionami, poczem z krwią najzimniejszą, krokiem wolnym, odszedł do swego pokoju.
W godzinę później, Tykon wszedł do księżniczki, zapowiedzieć, że ojciec czeka na nią w swoim gabinecie. Zastał Marję w jej pracowni, na sofce. U jej kolan klęczała Francuzka rozszlochana. Księżniczka głaskała ją pieszczotliwie po włosach i twarzy łzami zlanej. Słodkie oczy Marji, odnalazły w tej chwili swój blask łagodny, i swoją piękność nadziemską.
— Nie, nie księżniczko!... jestem na wieki zgubiona! Musisz mną pogardzać i mnie nienawidzieć...
— Dla czego? Kocham cię przeciwnie, więcej niż kiedykolwiek Amelko, i uczynię dla ciebie co tylko będzie w mojej mocy... Uspokójże się kochanko!... Idę teraz do mego ojca...
Książę Bazyli siedział w wielkim karle, z nogami skrzyżowanemi, z tabakierką złotą w ręce, udając niesłychane rozczulenie. Zobaczywszy na progu Marję, zażył czemprędzej szczyptę tabaki i zerwawszy się na równe nogi, pochwycił ją za obie ręce:
— Ah! moja droga, moja anielska księżniczko! los mego syna w twoich dłoniach spoczywa! Moja słodka Maryniu! kochałem cię zawsze jakby własna córkę! — Odwrócił się, aby obetrzeć łzy nieznacznie, które rzeczywiście potrafił sztucznie z ócz wycisnąć.
— Prr!... prr!... — Bołkoński machnął ręką niecierpliwie — po co tu tyle słów niepotrzebnych!... Książę Bazyli pyta się po prostu mówiąc — czy chcesz, lub nie chcesz zostać małżonką księcia Anatola Kurakina? „Tak“ — lub „nie!“ — krzyknął na cały głos. — Potem ja sobie zastrzegam prawo wypowiedzenia otwarcie, co myślę o tym związku... objawię li moje zdanie... nic więcej... — bąknął lodowato, w odpowiedzi na wzrok błagalny księcia Bazylego. — No, i cóż?... „Tak“... czy „nie“?!...
— Mojem życzeniem najgorętszem jest ojcze nie opuszczać cię nigdy, i nie rozłączać się z tobą. Nie chcę w ogóle iść za mąż — odpowiedziała Marja siląc się do uśmiechu, wlepiwszy śmiało swoje piękne oczy w ojca i księcia Bazylego.
— Głupstwa! błazeństwa! głupstwa wierutne! — wykrzyknął Bołkoński, pociągając córkę ku sobie. Ścisnął ją tak silnie za rękę, że aż z bólu krzyknęła.
Bazyli upadł znękany na sofę.
— Maryniu droga! tej strasznej chwili, nie zapomnę przez resztę życia. Może mogłabyś przecie zostawić nam bodaj słaby promyczek nadziei? Czyż mój biedny syn nie zdoła nigdy i niczem wzruszyć twego serduszka, tak czułego, tak szlachetnego? Błagam cię o to jedno słówko: „może“...
— Odpowiedziałam księciu, co mi serce podyktowało. Dziękuję za zaszczyt, który raczyłeś mi uczynić, nie będę atoli nigdy żoną jego syna...
— Sprawa skończona, mój drogi. Bardzom ci rad, rad nieskończenie, że cię widzę w moim domu. Niech księżniczka wróci do siebie... Uszczęśliwiony, że cię widzę, kochany książę! — powtarzał Bołkoński ściskając raz po raz Bazylego.
— Bóg widocznie powołuje mnie do innego szczęścia — myślała Marja znalazłszy się z powrotem u siebie. — Znajdę szczęście i zadowolenie wewnętrzne, przyczyniając się do uszczęśliwienia innych. Choćby mnie to nie wiem ile miało kosztować, nie opuszczę biednej Amelki. Kocha go do szaleństwa, a tak tego żałuje gorzko! tak się wstydzi! Zrobię co będę mogła, aby jej ułatwić związek z nim. Jeżeli on majątku nie posiada, wyposażę Amelkę z mojej strony. Poproszę o to ojca i Andrzeja, i oni mi tego nie zabronią!... Cieszyłabym się szczerze, gdybym mogła skojarzyć to małżeństwo; tak jest smutną, samotną, opuszczoną!... Jak ona musi go kochać, skoro mogła zapomnieć się do tego stopnia? Kto wie, czy i ja w podobnym wypadku, nie byłabym tak samo postąpiła?!





VI.

Rodzina Rostowów nie miała od dawna wiadomości o Mikołaju. Jakoś pod zimę, hrabia doczekał się nareszcie listu, na którego adresie poznał natychmiast pismo syna. Uciekł czemprędzej do swojego gabinetu, idąc na palcach cichuteńko, aby nikt go nie usłyszał, i tam zamknął się, chcąc list drogocenny w spokoju odczytać. W chwilę później wśliznęła się niepostrzeżenie i zapukała do drzwi Anna Michałówna, która musiała wiedzieć o wszystkiem co się w domu działo, a więc i o tem, że hrabia list jakiś odebrał. Gdy jej drzwi otworzył, śmiał się i płakał jednocześnie biedny ojciec, z nadmiaru radości.
— Mój drogi przyjacielu?! — spytała zawracając oczami melancholijnie, gotowa podzielić z nim tak radość, jak i smutek. Mimo hojności Piotra i znacznych ofiar uczynionych tak dla niej, jak i dla Borysa, mieszkała dalej u Rostowów, bo jej tam było najwygodniej.
— List od naszego Mikołuszki... Był rannym... wyobraź sobie moja droga!... raniono to nasze dziecię najukochańsze!... jak to powiemy naszej małej hrabinie?!... zrobiono go oficerem, dzięki Bogu!... tak, tak, moja droga!... ale jak to jej powiedzieć?...
Anna Michałówna usiadła obok hrabiego na otomanie, odebrała mu z rąk list, a otarłszy go z łez, któremi był gęsto przez ojca skropiony, zaczęła czytać z uwagą. I ona oczy tarła, potem zaś oświadczyła, że bierze na siebie przygotowanie matki, na tę wielką nowinę. Rzeczywiście, dla osób tak nerwowych, jaką była pani Rostow, zbytnia radość działa częstokroć piorunująco. Zacznie napomykać zdaleka, ogródkami podczas objadu, a przed wieczorem, będzie już można z listem wystąpić.
Dotrzymała obietnicy. Przy objedzie nie przestawała obrabiać tematu wojennego, zbliżając się zwolna do celu. Po kilka razy pytała, czy nikt z obecnych nie miał listu od Mikołaja? Rzuciła od niechcenia że nadejdzie z pewnością lada moment ów list pożądany, bo mnóstwo osób dostało temi dniami wiadomości z teatru wojny. Ile razy wpadała na ten temat, wlepiała w nią hrabina wzrok badawczy, hrabia zaś spuszczał oczy, i mienił się na twarzy, jak winowajca, który lęka się, żeby go nie schwytano na gorącym uczynku. Wtedy Anna Michałówna, ze zręcznością, którejby jej mógł pozazdrościć nie jeden wytrawny dyplomata, zwracała rozmowę na inne tory. Jedna Nataszka, która była najbystrzejszą z całej rodziny i umiała chwytać w lot, najlżejszy odcień w mowie każdego i każdą zmianę w jego fizjognomji, słuch wytężyła, odgadując, że coś wisi w powietrzu, a to „coś“, odnosi się do jej brata. Domyśliła się również, że ową tajemnicę posiadają wspólnie ojciec i księżna Trubeckoj i że ta ostatnia ma sobie polecone, przygotować matkę na tę wielką nowinę. Mimo całej swojej śmiałości i rezolutności, tym razem przez wzgląd na matki miłość dla Mikołaja, posuniętą do granic ostatecznych, Nataszka nie zadała podczas objadu ani jednego pytania. Kręciła się tylko na krześle, to w tę, to w ową stronę, ku wielkiemu niezadowoleniu siedzącej obok niej nauczycielki. Prawie nic nie jadła, taki miotał nią niepokój. Skoro wstano od stołu, dopadła księżnę, pociągnęła w kąt najciemniejszy, a uwiesiwszy się jej na szyi i ściskając do uduszenia, zaczęła błagać:
— Ciociu! cioteczko najdroższa. Co to się święci?...
— Ależ nic zupełnie, moja mała!...
— Ciociu! duszyczko moja. Ty z tatkiem o czemś wiecie. Nie puszczę cię, póki mi nie powiesz.
Anna Michałówna głową potrząsła:
— Sprytna z ciebie dzieweczka, nie ma co mówić.
— Mikołko pisał, nieprawdaż? — wykrzyknęła Nataszka, czytając w oczach ciotki odpowiedź potwierdzającą.
— Pst! pst! bądź ostrożną... Wiesz jak twoja matka jest rozdrażnioną...
— Ależ będę, będę tak roztropną, jak sam król Salamon. Tylko powiedz już raz cioteczko. Nie chcesz mi powiedzieć, co? No, to biegnę prosto z tem do mamy. Ona potrafi z ciebie wyciągnąć tajemnicę.
Zagrożona w ten sposób, Anna Michałówna opowiedziała jej wszystko w krótkich słowach, raz jeszcze przykazując milczenie i sekret najściślejszy.
— Na Krzyż zaklinam się cioci, że nikomu o tem ani pisnę! — to mówiąc roztrzepanica pocałowała palce w krzyż złożone.
To jej nie przeszkodziło za chwilę później, krzyknąć zdaleka Soni, skoro ją zoczyła, z nadmiaru radości:
— Mikołko ranny!... jest list od niego!...
Sonia pobladła śmiertelnie.
— Mikołaj — szepnęła głosem omdlewającym.
Dopiero teraz Nataszka zrozumiała, jak piorunujące wrażenie wywarły i wywrzeć musiały jej słowa nierozważne na biedną Sonię. Pochwyciła ją w ramiona, zalana łzami:
— Rana była nader lekką... a za to zrobiono go oficerem... Zresztą już musiał wyzdrowieć, skoro sam o tem pisze do tatka!
— Że też wy kobiety, musicie beczeć i mazgaić się byle czego — wtrącił się do rozmowy brat najmłodszy, Pawełek, chodząc po pokoju, o tyle szerokiemi krokami, o ile mu na to pozwalały nóżki króciutkie. Miał przy tem minkę wielce junacką. — Co do mnie, jestem zadowolony, zadowolony niesłychanie, że Mikołaj tak się dzielnie spisał. Z was płaksy nieznośne, które zresztą nic a nic nie znają się na tem.
Nataszka wybuchła śmiechem, mimo że łzy nie oschły jeszcze w jej oczach.
— Czyś list czytała? — szepnęła Sonia.
— Nie czytałam, ale powiedziała mi Anna Michałówna, że wszystko złe przeminęło, a Mikołuszka mianowany oficerem.
— Dzięki Bogu! — Sonia przeżegnała się pobożnie. — Może cię jednak oszukała? Pójdźmy do mamy...
Pawełek chodził dalej po pokoju w milczeniu, z rękami na piersiach skrzyżowanemi.
— Gdybym był na miejscu Mikołki — bąknął od niechcenia — byłbym ich natłukł jeszcze więcej, tych Francuzów, psubratów. Byłbym z ich trupów zrobił cały stos! Tak! tak!... To niegodziwcy i już!
— Siedziałbyś lepiej cicho, ty mały głuptasku!
— Ja nie jestem nim wcale! ale wy jesteście głupie gąski na prawdę, żeby płakać nie wiedzieć czego, zalewać się łzami dla takiej drobnostki!
— Pamiętasz Mikołkę? — spytała Sonię Nataszka po chwili milczenia.
— Czy ja go pamiętam?! — Sonia uśmiechnęła się wzruszając litościwie ramionami.
— Śmiejesz się ze mnie i z mego pytania... widzisz bo Soniu kochana... czy jak przymkniesz oczy widzisz go przed sobą?... Tak całkiem wyraźnie, jak gdyby stał przed tobą?... — tłumaczyła Nataszka wymachując rękami, niby dla lepszego wyjaśnienia. — Ja pamiętam brata... doskonale. Borysa natomiast, nie mogę sobie przypomnieć... ale to całkiem... zupełnie go zapomniałam!
— Jakto? Nie możesz sobie przypomnieć Borysa? — wykrzyknęła Sonia zdziwiona w najwyższym stopniu.
— No! poznać, poznałabym go zapewne, gdyby pojawił się nagle... Wiem przecie jak wygląda... Gdy jednak zamknę oczy widzę brata, ale Borysa...
Przymknęła oczy:
— Nie widzę go... Znikł... rozwiał się gdzieś w powietrzu jego obraz...
— Ah! Nataszko! — Sonia przemówiła w najwyższem uniesieniu, patrząc na nią poważnie, i jakby z politowaniem, że spraw podobnych wcale pojąć nie może. — Kocham twego brata nadewszystko, nad życie i szczęście własne... I cokolwiek by zaszło ze mną, czy z nim, kochać go nie przestanę!
Nataszka wpatrywała się w nią przenikliwie i z ciekawością. Czuła prawdę bijącą ze słów Soni. Zrozumiała, że to była miłość jakiej ona dotąd nie doświadczyła i może nigdy nie doświadczy. A jednak istnieje taka miłość, skoro Sonia tak kochać potrafi.
— Czy napiszesz do niego?
Sonia zamyśliła się głęboko, zanim zebrała się na odpowiedź. Kwestja ta oddawna snuła się jej po głowie i spać jej nie dawała. W jaki sposób pisać do niego? Wogóle... czy wypada, żeby ona do niego pisała? Skoro został oficerem, a w dodatku bohaterem chwili, rannym w bitwie, możeby powinna przypomnieć mu się razem z danem jej przyrzeczeniem?...
— Nie wiem jeszcze.... — odrzuciła wymijająco cała zapłoniona. — Jeżeli do mnie napisze... to mu odpowiem...
— I to nie sprawi ci pewnego zakłopotania?
— Bynajmniej...
— Otóż ja przeciwnie... wstydziłabym się Borysa i ani myślę pisać do niego.
— Czegóż miałabyś się wstydzić?
— Sama nie wiem... dość że czuję, iż wstydziłabym się...
— Ja zaś wiem, czegobyś się wstydziła! — wykrzyknął Pawełek energicznie, rad pomścić na siostrze zniewagę, za nazwanie go głuptaskiem. — Najprzód rozkochała się w tym grubym niedźwiedziu, z okularami niebieskiemi, (tak zawsze nazywał Bestużewa, który jakoś nie był w łaskach u niego). Teraz przyszła kolej na tego tam, dławidudę! — ten przymiotnik pogardliwy tyczył się znowu Włocha, który Nataszkę uczył śpiewać. — I z tego powodu wstydzi się Borysa.
— A to z ciebie głupi dzieciak! — Nataszka wzruszyła ramionami.
— Może mędrszy w każdym razie, niż moja panna siostra — malec zaperzył się, rypostując ostro, niby junak dojrzały.
Hrabina tymczasem czuła się dziwnie wzruszoną Anny Michałówny nadpomykaniem o Mikołaju, mimo że ta czyniła to nader ostrożnie i z daleka... Skoro wróciła do siebie, usiadła przed biurkiem, na którem stała syna miniatura, a wpatrzywszy się w nią, zalała się łzami. Anna w tej chwili stanęła na progu, trzymając list w ręce:
— Teraz niech nikt nie wchodzi — skinęła na hrabiego, zamykając mu bez ceremonji drzwi przed nosem.
Hrabia przykładał do dziurki od klucza to oko, to ucho. Z razu nic nie usłyszał, prócz zwykłej, obojętnej rozmowy. Anna zaczęła następnie jakąś długą perorę... Naraz dał się słyszeć krzyk na pół stłumiony, poczem zaległa w pokoju hrabiny głucha cisza... W chwilę później, Anna drzwi otworzyła pozwalając wejść hrabiemu. Twarz jej wyrażała zadowolenie pełne dumy, biegłego chirurga, gdy uda mu się jaka niebezpieczna amputacja i on radby podzielić się swoim tryumfem z jak najszerszem kołem widzów, aby go podziwiali, oceniając należycie jego zręczność, której złożył tak świetne dowody.
— Udała się sztuka — szepnęła hrabiemu. Zastał żonę, trzymającą w jednej ręce miniaturę syna, w drugiej jego list. Z kolei to list, to portret do ust namiętnie przyciskała. Wyciągnęła do męża ramiona, całując go w łysą głowę. Nie przestała jednak wpatrywać się tymczasem z zachwytem w miniaturę Mikołaja. Następnie odsunęła z lekka męża, aby na nowo ponieść do ust list i portret syna najdroższego. Teraz weszła cała rodzina. Odczytano im list Mikołaja, w którym opisywał w krótkości przebieg dwóch bitew, gdzie był czynnym i zdobył sobie szlify oficerskie. Kończył zaś temi słowy:
„Całuję rączki mamusi i twoje tatku kochany. Błagam o wasze błogosławieństwo. Ściskam także najserdeczniej Wierę, Nataszkę i Pawełka“.
Pozdrawiał przyjaźnie profesora niemca i starą bonę francuzkę panią Chose. Prosił matkę najczulej, żeby pocałowała od niego specjalnie „drogą i najmilszą mu Sonię, którą kocha zawsze i myśli o niej codziennie“. Usłyszawszy to Sonia zrazu pobladła, potem stanęła cała w płomieniach i płaczem wybuchnęła. Nie mogąc znieść spojrzeń obecnych, którzy zwrócili na nią oczy jakby na komendę, uciekła do salonu. Tu obiegła go najprzód w koło galopem, potem zaczęła się kręcić w kółko na jednem miejscu, póki nie zawróciła się jej głowa. Wtedy przysiadła na posadzce, a sukienka wydęła się na niej jak balon. Hrabina zalewała się łzami tymczasem.
— Nie ma powodu płakać mamo — wtrąciła Wiera. — Trzeba raczej cieszyć się, że Mikołaja tak odznaczono.
Uwaga była słuszną, a jednak ojciec, matka, Nataszka, wszyscy obecni, spojrzeli na nią z wyrzutem, zdziwieni i zgorszeni:
— W kogo ona się wdała? — bąknęła matka pół głosem.
List syna najukochańszego odczytywano setki razy. Ktokolwiek pragnął jego treść usłyszeć, musiał udać się z tem do samej hrabiny, ona bowiem nie rozłączała się z listem ani na chwilę. Odkrywała w nim coraz nowe powody do podziwu i najwyższej radości, ile razy odczytywała list, czy to komu z domowników, czy któremu z przyjaciół najserdeczniejszych. Wynajdywała mnóstwo przymiotów w swoim drogim Mikołku. Było to dla niej rzeczywiście czemś nadzwyczajnem, powiedzieć sobie, że ten syn, którego nosiła w łonie przed dwudziestu laty, i który był nieraz powodem jej sprzeczek z mężem, wyrzucającym matce, że chłopca nadto rozpieszcza, że to dziecię, które słyszała tak niedawno szepleniące „ma-ma... tia-tia“... jest teraz w obcym kraju, tak od niej daleko, że postępuje tam jak prawy żołnierz i spełnia sam ze siebie, bez żadnego mentora, czyny bohaterskie. Dla niej nie istniało owe doświadczenie, które nabieramy zwolna, patrząc z dnia na dzień, na rozwój stopniowy naszych dziatek, od kolebki, do wieku dojrzałego. Każdy krok jej syna, stawiany z pewnością i energją mężczyzny, wydawał się jej cudem niemal, jakby nigdy w życiu nie widziała niczego podobnego.
— Co to za styl. Jakie opisy interesujące. A jaka wzniosła dusza. O nim nic prawie... ledwie wzmianka króciutka... Rozpisuje się szeroko i długo, o jakimś Denissowie, jestem atoli przekonaną, że okazał więcej odwagi, niż oni wszyscy razem. Co za serce. Zawsze to utrzymywałam, gdy był jeszcze malutkim, zawsze... i nie omyliło mnie przeczucie macierzyńskie.
Przez cały tydzień, nie zajmowano się w domu niczem innem, jak tylko pisaniem kopij i przepisywaniem tychże, aby listy wyprawić do Mikołaja. Pod nadzorem hrabiny i hrabiego, pakowano rzeczy rozmaite, dla pana oficera. Ojciec posyłał mu w dodatku sześć tysięcy rubli na wyekwipowanie. Anna Michałówna, jako praktyczna kobieta, potrafiła zapewnić synowi plecy i wszelką w armji protekcję. Aby ułatwić z synem korespondencją, wyrobiła sobie pozwolenie, posyłania listów wprost do kancelarji wielkiego księcia Konstantego, dworskim kurjerem. Rostow swoją drogą utrzymywał zawzięcie, że w Rosji taki panuje ład i porządek, iż choćby zaadresować po prostu. — „Do armji rosyjskiej za granicą“ — posyłka dojdzie najniezawodniej. Kobiety postawiły jednak na swojem i wyprawiono wszystko przez kurjera wielkiego księcia, wprost do Borysa, z poleceniem, aby oddał pakiet do rąk własnych Mikołaja. Pisali wszyscy w domu. Rodzice, rodzeństwo, Sonia, nauczyciele i nauczycielki, nawet i rządca tak przez hrabiego ulubiony.





VII.

W dniu 12 listopada, armja Kotuzowa, obozująca w okolicach Ołomuńca, przygotowywała się do wielkiego przeglądu, przy którym mieli być obecni obaj monarchowie: car i cesarz austrjacki. Gwardja, która właśnie nadeszła, rozłożyła się na noc taborem o jakie piętnaście wiorst od Ołomuńca, aby wystąpić nazajutrz o dziesiątej rano w miejscu, gdzie miał się odbyć przegląd.
Mikołaj Rostow dostał w tym samym dniu bilecik od Borysa. Donosił mu tenże, że pułk Izmaiłowski zatrzymuje się o kilka wiorst, i że on, Borys, czeka tam na niego, aby mu wręczyć list i pakiet z pieniędzmi. Potrzeba było Mikołajowi gwałtownie tego zasiłku w brzęczącej monecie. Po kampanji, podczas pobytu w Ołomuńcu, był on wystawiony na pokusy wszelkiego rodzaju, jakie tylko można sobie było wyobrazić, dzięki markietanom i markietankom pułkowym, doskonale we wszystko zaopatrzonym, a jeszcze bardziej dzięki żydkom austrjackim, którzy roili się setkami w obozie i po kwaterach oficerskich. W pułku Pawłogrodzkim bankietowano bez końca i miary. Każdy, kogo odznaczono czemkolwiek, wydawał ucztę z kolei. Ci, którzy nie stali na kwaterze w samem mieście, jeździli tam jak mogli najczęściej. Magnesem przyciągającym była restauracja niejakiej Karoliny, węgierki z rodu, założona specjalnie dla oficerów, w której służbę całą pełniły kobiety. Rostow, ma się rozumieć, wydał bankiet wspaniały, z okazji zamianowania go oficerem.
W dodatku kupił „Beduina“, konia Denissowa. Koniec końców zadłużył się po same uszy u markietanów i u swoich współtowarzyszy. Po dobrym objedzie, zjedzonym w licznem otoczeniu innych oficerów, Mikołaj puścił się na odszukiwanie swego koleżki i przyjaciela jeszcze z lat dziecięcych. Nie miał dotąd ani czasu ani pieniędzy, żeby sprawić sobie mundur oficerski. Nosił więc wciąż jeszcze bluzę mocno wyszarzaną junkra, ozdobioną jedynie krzyżem. Do tego miał pantalony skórzane, szpadę zaś i pas do niej oficerski. Konia kupił na prędce od jakiegoś kozaka. Czako wypukłe, założył z junacką fantazją na bok. Gdy zbliżał się do miejsca gdzie miał spotkać się z Borysem i resztą oficerów z pułku Izmaiłowskiego, nie myślał o niczem innem w swojej dumie i radości tylko o podziwie, który wzbudzi pomiędzy nimi, on, huzar, z wojną obyty, i oswojony z trudami obozowemi. Wszak uczestniczył już w kilku bitwach i przebył dzielnie chrzest ogniowy.
Gwardja natomiast, odbyła raczej przechadzkę, niż marsz forsowny; paradowała też swojem wyglądaniem eleganckiem i mundurkami jak z igły. Tornistry, mantelzaki, jechały na wozach. Gdziekolwiek zatrzymywali się na krótki popas, oficerowie znajdywali przygotowane jadło wyśmienite, o które starali się miejscowi dygnitarze. Pułki wchodziły do miast i miasteczek i z nich wychodziły z muzyką na czele. W ciągu całego marszu, żołnierze, na wyraźny rozkaz wielkiego księcia Konstantego, szli tak wolno, że oficerowie nie opuszczali nigdy ich szeregów. Byli z tego niesłychanie dumni. Odkąd wyjechali razem, Borys nie puszczał się Berga, który został tymczasem kapitanem. Pełnił on tak gorliwie i punktualnie włożone nań obowiązki, że tem zaskarbił sobie łaski i zaufanie przełożonych. Mógł zatem nabijać kaletę coraz lepiej. Borys znowu nie zaniedbał porobić znajomości i nawiązać stosunków, z osobistościami wpływowemi, które mogłyby w danym razie dopomódz mu wielce w nie jednym wypadku. Poznał również księcia Andrzeja Bołkońskiego, któremu oddał list polecający od Piotra hrabiego Bestużewa. Spodziewał się, za jego protekcją, dostać się wkrótce do głównego sztabu, co było od dawna jego marzeniem. Berg i Borys byli obydwaj w galowych mundurkach, jak z pudełka. Odpoczęli już widocznie po trudach podróży i grali w szachy w pokoju czystym, nawet dość ładnie umeblowanym, który im oddano na kwaterę. Berg trzymał poważnie między kolanami długi cybuch od fajki tureckiej, wsadziwszy w usta piękny i duży bursztyn, z którego dym wypuszczał. Borys, swojemi rękami białemi i wypieszczonemi, jak u najpierwszej modnisi, układał wygrane figury w jeden stos, nie spuszczając z oka fizjognomji swego partenera, zapatrzonego w szachownicę.
— No, jakże myślisz wydobyć się z matni? — spytał Borys czekając niecierpliwie na pociągnienie przeciwnika.
— Zobaczymy! — tamten bąknął namyślając się dalej.
W tej chwili drzwi otworzono zamaszyście i z łoskotem:
— Odszukałem cię nareszcie — zawołał Rostow od progu. — Oho! i Berg tutaj?... „Dziateczki! koteczki! idźcież do luli!“ — zanucił Mikołaj jakąś piosneczkę, śpiewaną im w latach dziecięcych przez starą niańkę, która to piosenka miała później ten przywilej, że ile razy ją usłyszeli, parskali śmiechem, tak Mikołaj jak Borys.
— Boże! jakżeś się zmienił, prawie do niepoznania — wykrzyknął Borys, zerwawszy się z krzesła na powitanie przyjaciela. Nie zapomniał jednak objąć okiem całej szachownicy, aby mu Berg z czem nie uciekł. Chciał Mikołaja uściskać po dawnemu, ten atoli na bok odskoczył. Rostow był jeszcze na tyle młodym, że pragnął we wszystkiem czegoś oryginalnego, nadzwyczajnego, nienawidząc instynktowo dróg zwykłych, ubitych. Zamiast uściskać Borysa, byłby go raczej uszczypnął, byle to było czemś odmiennem od formułki światowej, z góry narzuconej. Borys niezważając na ten jego opór, wziął go w ramiona, i pocałował głośno w oba policzki.
Minęło zaledwie pół roku, od kiedy stracili się z oczu, a gdy się nareszcie odszukali, zdumieli się zmianą jaka w nich zaszła. Pochodziła ona widocznie z ich nowego otoczenia.
— Ah! wy przebrzydli salonowcy! — zażartował Rostow. — Wycieracie tylko posadzkę zamiast froterów i przychodzicie wystrojeni i ufryzowani jak laleczki! Tymczasem my biedni wojacy, przymieramy częstokroć z trudów, głodu i wszelkiej nędzy — deklamował Rostow, chcąc gwałtem nadać swojemu cieńkiemu, młodemu głosikowi, dźwięki ostre, basowe, starego wiarusa, z wojną od dawna ostrzelanego. Jakby na przekor elegancikom z gwardji, wszedł w butach i pantalonach zabłoconych.
Przez drzwi odchylone zajrzała do pokoju gospodyni domu, niemka, i cofnęła się natychmiast.
— Ładna? — spytał Rostow mrugnąwszy figlarnie oczami.
— Czegóż tak wrzeszczysz — Borys wzruszył niecierpliwie ramionami. — Pomyślą, że się dom pali... Wiesz co, niespodziewałem się ciebie tak rychło, bo wczoraj dopiero oddałem mój bilet Bołkońskiemu, adjutantowi Kutuzowa, którego poznałem niedawno. Nie spodziewałem się, że będzie na tyle grzecznym i odeszle ci go natychmiast... No! jakże ci się powodzi? Przeszedłeś już próbę ogniową, co?
Rostow za całą odpowiedź, zaczął bawić się krzyżem św. Grzegorza, zawieszonym u pętlicy munduru. Wskazał również na swoje ramię, spoczywające dotąd na temblaku.
— Jak widzisz — bąknął od niechcenia.
— Ho, ho! — Borys uśmiechnął się trochę drwiąco. — My także, mój drogi, odbyliśmy rozkoszną kampanią. Carewicz jechał razem z oddziałem; mieliśmy zatem wszelkie wygody. W Polsce przyjmowano nas wspaniale. Recepcje, bale, objady, szły jedne za drugiemi bez końca... Carewicz był nader uprzejmym dla wszystkich oficerów.
Zaczęli opowiadać sobie nawzajem rozmaite wypadki i szczegóły ich życia: Rostow malował dosadnie trudy obozowe; Borys wynosił pod niebiosa korzyści, jeźli uda się komu wstąpić do gwardji i do tego za wysoką protekcją osób wpływowych.
— Phi! wasza gwardja! Laleczki ufryzowane — machnął Rostow ręką lekceważąco. — Ale daj mi wina.
Borys skrzywił się niemiłosiernie, wydobył jednak rad nie rad sakiewkę z pod poduszek, powleczonych białemi jak śnieg poszewkami i kazał przynieść wina.
— Ale, ale! — wtrącił — oto list do ciebie i koperta z pieniędzmi.
Rostow rzucił pieniądze na kanapę, list zaś szybko rozpieczętował i zaczął czytać chciwie z łokciami na stole. Żenowała go obecność Berga. Czuł na sobie wzrok na wskroś przenikający. Zasłonił się też cały listem szeroko rozłożonym.
— Nie żałowano hrabiemu pieniędzy o ile się zdaje. — Berg zażartował patrząc łakomie z pod oka na spory worek opieczętowany i przez pół wciśnięty w kanapę. — My natomiast nie możemy związać końców i wiecznieśmy goli jak święci tureccy.
— Słuchaj mój drogi! Pierwszy raz, gdy cię zastanę z listem od rodziny w obecności przyjaciela i towarzysza od lat dziecięcych, którego nie widziałeś przez pół roku, a któremu radbyś zadać tysiąc pytań, uwolnię cię natychmiast od mojej osoby. Uczyń że i ty to samo Berguńciu kochany i zniknij łaskawie z horyzontu... czyli mówiąc dosadniej i zrozumiałej: idź sobie do stu djabłów — przemówił Rostow żartobliwie, patrząc przyjaźnie na Berga, aby mu cokolwiek osłodzić gorzką pigułkę i wykręcił nim jak frygą w kierunku drzwi. — Nie weźmiesz mi tego za złe, co? Wszak jesteśmy starzy znajomi.
— O, i owszem, hrabio kochany... rozumiem to doskonale i wynoszę się natychmiast — odrzucił Berg słodziutko, swoim głosem chropowatym i niby wiecznie zachrypniętym.
— Pójdź do naszych gospodarzów — wtrącił Borys. — Zaprosili cię przecie na dziś.
Berg przywdział inny mundur, włosy podczesał na wzór cara Aleksandra i przekonany z góry, o wrażeniu niesłychanem, jakie wywoła swoim strojem starannym, wyszedł z uśmiechem rozkosznym na ważkich ustach.
— Ah! jakie też ze mnie bydle kwadratowe — wykrzyknął Rostow przebiegając list oczami.
— Dla czego?
— Prawdziwe bydlę! Nie napisałem powtórnie, a oni tak się poprzestraszali. Cóż, posłałeś Hawryła po wino? Brawo! Toż to się ududlamy.
Między innemi, w posyłce rodzicielskiej był załączony list rekomendacyjny do księcia Bagrationa. Hrabina idąc za radą Anny Michałówny, wystarała się z wielkim trudem o ten list, od jednej damy znajomej, bliskiej krewnej księcia. Błagała też syna usilnie, żeby poszedł z listem do księcia natychmiast i starał się z tej znajomości wyciągnąć korzyść jak największą.
— Jakie szaleństwo. Niby ja tego potrzebuję? — mruknął Rostow niechętnie odtrącając list ruchem gwałtownym.
— Dla czegóż go odrzucasz?
— Drwię z podobnych rekomendacji.
— Jakże można drwić z czegoś tak ważnego? List przyda ci się bardzo.
— Nie potrzebuję niczego. Ja nie pójdę na pewno żebrać o miejsce adjutanta, choćby nie wiem przy kim.
— A to z jakiego powodu?
— Bo to służba lokajska.
— Ah! widzę żeś ten sam co dawniej — Borys zauważył.
— A i ty na włos się nie zmieniłeś... zawsze kunktator i dyplomata... Mniejsza o to... Opowiadaj mi raczej co się z tobą dzieje?
— Dotąd, jak widzisz, dzieje mi się nie źle. Tylko moim celem wręcz przeciwnie, jest: dostać się jak najrychlej do głównego sztabu na adjutanta i wystąpić z pułku.
— Dla czego?
— Bo rozpocząwszy raz karjerę wojskową, trzeba w niej doprowadzić jak można najwyżej.
— Aha! tędy droga w groch? — Rostow machnął ręką pogardliwie.
Wlepił w Borysa wzrok przenikliwy, jakby chciał zbadać jego myśli najtajniejsze.
W tej chwili wszedł stary Hawryło z winem.
— Powinnibyśmy sprowadzić nazad Alfonsa Karolowicza. Ten by ci dzielnie dopomógł wysuszać szklanki. Na mnie, co do tego nie licz wcale.
— Skoro chcesz koniecznie... Cóż za indiwiduum, to niemczysko? — Rostow wydął usta.
— Człowiek najpoczciwszy pod słońcem, zacny i bardzo miły towarzysz.
Rostow zmierzył wzrokiem na nowo Borysa i westchnął mimowolnie. Berg nie dał się prosić i wrócił, skoro go nazad przywołano. Ożywiła się pogadanka między trzema oficerami, przy gąsiorku dobrego wina. Gwardziści nie przestawali bawić Rostowa opisywaniem przygód i chwil przyjemnych, spędzonych podczas marszu. Jak ich przyjmywano gościnnie i jak wspaniale podejmywano w Rosji, w Polsce a nawet tu, za granicą. Cytowali na wyścigi rozmaite anegdoty o wielkim księciu Konstantym; prawiąc rzeczy niestworzone o jego dobroci, ale i o gwałtowności dzikiej, nieokiełznanej. Berg, który według chwalebnego zwyczaju, nie odzywał się aż wtedy, gdy mógł rozmowę sprowadzić na przedmiot ulubiony i opowiadać coś o sobie, teraz zaczął opisywać szeroko i długo, jak bawiąc w Galicji, dostąpił nie lada zaszczytu, rozmawiał bowiem, a raczej słuchał w milczeniu głębokiem, łajań i wyrzekań carewicza Konstantego. Uniesiony gniewem, złorzeczył, carewicz, że tak wolno posuwają się naprzód i zaczął psioczyć na cały oddział Berga, nazywając komendanta tegoż Arnautem. Było to specjalne i ulubione wyrażenie carewicza, ilekroć gniewał się na kogokolwiek.
— Może wyda ci się to hrabio nieprawdopodobnem, tak byłem jednak pewny, że w niczem nie zawiniłem, iż nie doświadczałem ani cieniu bojaźni. Nie chwaląc się, znam na palcach regulamin i wszelkie rozkazy dzienne pamiętam, jakby „Ojcze nasz“. Nie można też nigdy niczego zarzucić mojej kompanji. Stałem więc przed nim spokojny i z czystem sumieniem.
Po tych słowach wstał opowiadający, chcąc pokazać jak wystąpił przed front i z jaką miną salutował. Trudnoby było zaiste, wyobrazić sobie twarz, wyrażającą więcej uszanowania, a jednocześnie zadowolenia wewnętrznego z własnej osoby.
— Carewicz pieni się ze złości — Berg kończył opowiadanie — odsyła mnie do wszystkich djabłów, obrzuca niby gradem „Arnautami“ i zaczyna mi grozie „Syberją“... Stoję jak mur i ani pary z ust nie wypuszczam. „Czyś ty głuchy? bałwanie!“ wrzeszczy carewicz. Milczę dalej jak zaklęty... I cóż powiesz, hrabio? Nazajutrz w dziennym rozkazie, nie było ani wzmianki o tej scenie, którą mi wyprawił. Oto co się zyskuje, jeżeli ma się głowę nie od kształtu i nie traci się rezonu. Dostałem później pochwałę za dobre wyglądanie i wyćwiczenie należyte mojej kompanji. Tak było, tak! Opowiedziałem dosłownie, hrabio kochany — powtórzył, zapalając na nowo fajkę na długim cybuchu, z której umiał puszczać kółka dymu misterne i regularne.
— Winszuję — mruknął Rostow.
Borys czując przez skórę, że Mikołaj zechce wziąć na fundusz Berga i zacznie drwić z niemca na dobre, zwrócił zręcznie rozmowę na inne tory, prosząc przyjaciela o bliższe szczegóły, kiedy, gdzie i w jaki sposób był rannym. Nie mógł sprawić niczem większej przyjemności Mikołajowi. Ten zaczął też opowiadać, zapalając się coraz bardziej. Opisywał potyczkę pod Schöngraben, nie zupełnie tak, jak się odbywała, tylko jakby on ją sobie był życzył, w swojej bujnej fantazji. Rostow miłował prawdę najniezawodniej, i radby był zawsze być z nią w zgodzie. Jednak oddalał się od niej coraz bardziej, im dalej posuwał się w opowiadaniu, a to prawie bezwiednie. Bo czyż mógł przedstawić im cały obraz sucho, tonem quasi urzędowym? Tyle nasłuchali się o bitwach rozmaitych i tyle naczytali się o nich, że nie byliby mu nawet uwierzyli, gdyby był cokolwiek nie upiększył faktu nagiego. Jakże im mógł powiedzieć, że się wprawdzie puścił galopem razem z innymi, wszelako zaraz na wstępie wywrócił koziołka z konia, wytknął sobie rękę, a później wziąwszy nogi za pas, zmykał aż miło przed Francuzami. Wypowiedzenie nagiej prawdy, wymagałoby było nadto wielkiego zaparcia się z jego strony miłości własnej. Puścił zatem wodze bujnej fantazji i opowiadał rzeczy niestworzone. Jak wśród ognia nieprzyjacielskiego szał go ogarnął, tak, że zapomniał o wszystkiem, wpadł więc niby huragan w sam czworobok piechoty francuskiej, tnąc pałaszem na prawo i na lewo, w czambuł, na kapustę... i tam dalej... i dalej.
— Nie możecie bo sobie wyobrazić, co dzieje się z nami, jaka wściekłość nas porywa, podczas walki, lecąc do ataku!
W chwili gdy kończył szumne opowiadanie, stanął we drzwiach Andrzej Bołkoński. Lubił on protegować młodych ludzi, którzy udawali się pod jego skrzydła opiekuńcze. Borys podobał mu się bardzo i radby był z duszy całej, dopomódz mu i oddać żądaną przysługę. Wstąpił do Borysa po drodze, będąc wysłanym przez Kotuzowa do carewicza z ważnemi papierami. Zmarszczył brwi gniewnie zobaczywszy młodego huzara, rozpłomienionego opowiadaniem swoich czynów bohaterskich. Nie znosił w ogóle młokosów, przechwalających się i kłamiących jak z rejestru. Uśmiechnął się serdecznie, podając rękę Borysowi, a skłoniwszy się lekko dwóm jego towarzyszom, usiadł na kanapie. Nie mogło mu nic sprawić większej nieprzyjemności, niż owo spotkanie u Borysa, towarzystwa, które niepodobało mu się na pierwszy rzut oka. Rostow, odgadując instynktowo myśl Bołkońskiego, zaczerwienił się po same uszy. Pomimo obojętności graniczącej prawie z pogardą, z którą zawsze głośno występywał, gdy wspomniano o panach adjutantach z głównego sztabu, czuł się zażenowanym i onieśmielonym, tonem księcia, drwiącym i ucinkowym. Zauważył również, że Borys wstydzi się go widocznie wobec Bołkońskiego. Nareszcie zamilkł zupełnie. Borys spytał księcia, czy są jakie nowe wiadomości, i czy wolno wiedzieć niepopełniając niedyskrecji, co postanowiono w najbliższej przyszłości?
— Posuniemy się zapewne naprzód — bąknął Bołkoński wymijająco, żeby nie skompromitować się przed obcymi.
Berg skorzystał ze sposobności, aby spytać ze zwykłą u niego obleśną i przesadną grzecznością, czy nie postanowią w głównym sztabie większych porcyj furażu, wydawanych komendantom oddziałów. Książę Andrzej odpowiedział z drwiącym uśmiechem: — „że nie jest wtajemniczony i nie może rozsądzać tak ważnych kwestji stanu“.
— Mam dla pana pomyślną wiadomość, co do sprawy z którą udawałeś się do mnie... Pogadamy o tem późnej... Przyjdź pan do mnie po przeglądzie... Zrobi się, co tylko będzie możliwem... — Przemówił do Borysa. Następnie zwrócił się do Rostowa, niby nie uważając wcale jego miny zakłopotanej i widocznego rozdrażnienia:
— Opowiadałeś pan przed chwilą o potyczce pod Schöngraben... czy byłeś tam?
— Byłem! — odburknął gniewnie Rostow, tonem zaczepnym.
— Oh! co też ludzie nie nawymyślają na ten temat! — wtrącił Bołkoński od niechcenia.
— Zapewne komponują ludzie historje rozmaite. — Rostow rzucił na Borysa i Bołkońskiego spojrzenie piorunujące. — Sprawozdania atoli i opisy dokonywane przez nas, którzy byliśmy w ogniu przez cały czas, wystawieni na pociski nieprzyjacielskie, mają wartość trochę większą od zasług paniczyków wymuskanych i wyelegantowanych z głównego sztabu, którzy biorą nagrody siedząc za piecem i na nic się nie narażając...
— Do rzędu których i ja należę, według pańskiego zdania, co? — przerwał mu Andrzej z krwią najzimniejszą, i z uśmiechem łagodnym.
Rostow uczuł w sobie dziwną mięszaninę zniecierpliwienia, a jednocześnie szacunku głębokiego, jaki w nim wzbudził Bołkoński swoim spokojem niewzruszonym.
— Nie stosuję tego do pana, którego nie mam zaszczytu znać, i nie pragnę co prawda poznawać go bliżej. Mówię ogólnie o wszystkich oficerach z głównego sztabu.
— Ja zaś uważam — Andrzej wpadł mu w słowo, tonem umiarkowanym i najspokojniejszym — że pan chcesz mnie obrazić. Przyszło by ci to najłatwiej w świecie, gdybyś zapomniał o swojej własnej godności. Pozwolę sobie tylko nadmienić nawiasowo, że nie jest po temu ani miejsce, ani chwila obecna. Wszyscy jak jesteśmy, możemy stanąć dziś, jutro, oko w oko z nieprzyjacielem i stoczyć z nim pojedynek wielkiej doniosłości na przyszłość. Nie ma w tem zresztą winy ani mojej ani księcia Trubeckiego, pańskiego towarzysza i przyjaciela z lat dziecięcych jeszcze, że moja fizjognomia nie miała szczęścia podobać się panu. Znane mu moje nazwisko i stanowisko, wiesz gdzie możesz mnie znaleźć. Proszę o tem jednak pamiętać, że co się mnie tyczy, nie czuję się bynajmniej obrażonym, a jako o wiele starszy od pana wiekiem, ośmielam się udzielić mu rady, żebyś zapomniał o swoim złym humorze i o całem tem zajściu niemiłem. A więc do zobaczenia kochany Borysie, w piątek po rewji. Będę czekał na ciebie...
Bołkoński wyszedł ukłoniwszy się najuprzejmiej tak Bergowi jak Mikołajowi.
Rostow odurzony, nie mógł odzyskać krwi zimnej i równowagi. Wściekał się sam na siebie, że nie umiał na razie odpowiedzieć Bołkońskiemu. Kazał sobie podać konie i pożegnał Borysa dość sucho i ozięble. Czy miał wyzwać tego adjutanta, pozującego na wielkiego człowieka, czy lepiej zrobi jeżeli nie będzie rozmazywał dalej tej głupiej historji? To pytanie męczyło go przez całą drogę. Z kolei wyobrażał sobie, jakąby miał satysfakcję, gdyby ujrzał przed sobą twarz przerażoną, tego dumnego pyszałka; to znowu dziwił się niesłychanie, czując w głębi serca coś nieokreślonego, jakieś żywe pragnienie pozyskania przyjaźni owego pyszałka, którego (tak mu się przynajmniej zdawało) nienawidził z całej duszy!





VIII.

Nazajutrz po spotkaniu się Rostowa z Bołkońskim u Borysa, odbył się przegląd obu armij, przez cara i cesarza austryjackiego. Wystąpiło 80.000 wojska, a w dodatku do oddziałów, które już były w ogniu, przyłączyły się świeże posiłki z Rosji nadesłane. Cara otaczała liczna świta, cesarza Franciszka kilku arcyksiążąt.
Od wschodu słońca wojsko w paradnych mundurach układało się w szeregi naprzeciw murów fortecznych. Cała ta zbita masa ciał ludzkich, z powiewającemi sztandarami, to zatrzymywała się jak wryta w ziemię, to posuwała się na głos komendy oficerów. Formowali to linje długie, to czworoboki, to znowu rozstępowali się, zostawiając wolne miejsce nowym oddziałom nadpływającym w mundurach różnobarwnych. Trochę opodal ustawiono konnicę, w mundurach niebieskich, zielonych i pąsowych. Na czele jechali trębacze, w mundurach suto haftowanych i złotem szamerowanych. Pułki szły jedne za drugiemi, krokiem miarowym w takt muzyki, na koniach karych, siwych i bułanych. Potem następywała artylerja. Wyciągała się ona, niby połyskujące cielsko węża olbrzymiego. Armaty lśniły w promieniach słońca, podskakując na lawetach, gdy je wieziono na miejsce wyznaczone, pomiędzy konnicą a czworobokiem piechoty. Jenerałowie byli również w pełnej gali, z piersiami zasianemi krzyżami i orderami. Oficerowie wyglądali strojnie, jak z pudełka. Żołnierze byli świeżo ogoleni. Wszystko na każdym świeciło się z daleka. Na koniach sierść lśniła w słońcu niby zwierciadło, wygładzona i wyszczotkowana najstaranniej. Grzywy falowały z wiatrem, pokarbowane, jak warkocz wytrefiony u pierwszej lepszej modnisi. Wszyscy czuli i rozumieli, że nastąpi coś wielkiego, ważnego i niezwykłego. Od jenerała do prostego żołnierza, każdy czuł się wprawdzie tylko ziarnkiem piasku w tem morzu żyjącem, odczuwając jednocześnie, swoją siłę i znaczenie, jako cząstka olbrzymiej całości.
Po usilnych staraniach, około dziesiątej rano, wszystko i wszyscy, stali w pogotowiu. Armję podzielono na trzy części: konnica na przedzie, za nią artylerja, na końcu piechota.
Między jedną a drugą bronią, zostawiono dużo miejsca próżnego. Każda broń odosobniała się i odcinała od innej. Armja Kotuzowa, której prawe skrzydło stanowił pułk Pawłogrodzki, jak i posiłki świeżo przybyłe, tudzież armja austryjacka, rywalizowali o pierwszeństwo co do wyglądania i całości przedstawiającej się nader wspaniale. Armje połączone ustawiono na jednej linji i słuchały one tej samej komendy.
Nagle przebiegł szmer tę zbitą masę, niby podmuch silniejszy wiatru w lesie, szeleszczący pomiędzy liśćmi.
— Nadjeżdżają! Nadjeżdżają! — zawołało kilka głosów.
Ostatnie drgnienie pełne obawy i niepokoju, w obec oczekiwania niecierpliwego, przebiegło szeregi niby iskra elektryczna.
Zdała widać było rzeczywiście zbliżający się orszak. W tej samej chwili wiatr uniósł chorągiewki na lancach i rozwinął majestatycznie sztandary. Zdawało się, że ten szelest sprawiła radość żołnierzy na widok swoich monarchów.
— Uciszyć się! — zagrzmiał jakiś głos potężny.
Rozkaz powtórzono tu i owdzie, niby pianie kogutów o brzasku dnia, odpowiadających jeden drugiemu. Zapanowało głuche milczenie.
Wśród tej ciszy uroczystej, słychać było jedynie tentent koni nadjeżdżających. Trębacze pułku pierwszego uderzyli w trąby. Ta muzyka wojenna pełna animuszu, zdawała się wychodzić z tysiąca piersi wzruszonych radośnie widokiem monarchów. Zaledwie przebrzmiały uroczyste tony fanfary, usłyszano wyraźnie głos młody i brzmiący dziwnie słodko, cara Aleksandra, który wymawiał te słowa:
— Dzieńdobry, moje dzieci!
Pułk pierwszy odpowiedział tak przeciągłym i grzmiącem „Hurra!“ że każdy z tych ludzi drgnął mimowolnie na myśl, jaką siłę razem stanowią.
Rostow znajdujący się w pierwszym szeregu armji Kotuzowa wysuniętej na samo czoło, odczuł razem z innymi, to ogólne zapomnienie o swojem własnem „ja“ gdy car zbliżył się do nich. Był w tej chwili przekonany o swojej sile niepokonanej, dumny i szczęśliwy. Czuł się pociągnięty magnetycznie ku temu człowiekowi. Uwielbienie dla bohatera tej uroczystości, dla jego pana i władcy, doszły w nim do szału.
Pomyślał, że na jedno słowo tego cara ukochanego, cała ta zbita masa, a i on sam atom nic nieznaczący, rzuciliby się bez namysłu w ogień czy w wodę, gotowi popełnić zbrodnię lub czyn bohaterski i czuł w całem ciele dreszcze gorączkowe, omdlewał prawie na widok człowieka, który był wcieleniem tego słowa.
Okrzyki potężne odzywały się z wszystkich stron. Pułki dotąd nieruchome i milczące jak grób, ożywiały się stopniowo, gdy car koło którego przejeżdżał. Przyjmowano go wszędzie radosnemi fanfarami i rozgłośnem „hurra“, które łącząc się z poprzedniemi, ogłuszały bliżej stojących.
Pomiędzy ciemnemi szeregami piechoty, które zdawały się wrośnięte w ziemię w swojej nieruchomości, harcował i toczył końmi, ze zręcznością jeźdźców wytrawnych, liczny orszak oficerów, należących do świty obu monarchów. Na ten orszak, jak i na cara i cesarza Franciszka, zwrócona była uwaga i wlepiony wzrok, ośmdziesięciu tysięcy ludzi.
Piękny i młodziutki car, w mundurze gwardji konnej, w kapeluszu stosowanym, junacko trochę na bok nasuniętym, z uśmiechem słodkim, z głosem tak dźwięcznym i miłym, pociągał ku sobie nie tylko spojrzenia, ale i serca tłumu całego.
Rostow ustawiony nieopodal trębaczów, ścigał bystrym wzrokiem zbliżającego się cara. Gdy ujrzał przed sobą o jakie dwadzieścia kroków te rysy promieniejące krasą młodości, zapłonął miłością. Wszystko, co w carze zauważył nad wyraz go zachwycało.
Gdy stanął naprzeciw pułku Pawłogrodzkiego, uśmiechnął się młody car z zadowoleniem i przemówił słów kilka po francuzku do cesarza Franciszka.
Uśmiechnął się błogo i Rostow, czując, że jego uwielbienie wzmaga się coraz bardziej. Radby był okazać to czemkolwiek, a brak po temu sposobności, czynił go najnieszczęśliwszym. Car przywołał do siebie pułkownika i zaczął z nim rozmawiać.
— Boże! gdyby tak do mnie przemówił — pomyślał Rostow — umarłbym z nadmiaru szczęścia!
— Panowie! — odezwał się car do oficerów, a Mikołajowi zdawało się, że słyszy głos prosto z nieba spływający — dziękuję wam całem sercem. Zasługujecie na sztandar Świętego Grzegorza i okazujecie się go godnymi!
— Oh! umrzeć dla niego! w jego oczach! — mówił sobie w duchu Rostow.
Po cara przemówieniu, odezwały się na nowo potężne wiwaty na jego cześć, do których przyłączył się Rostow, z całej siły płuc swoich, choćby mu miała pęknąć deka piersiowa. Tym sposobem przynajmniej chciał okazać swój zapał do szału dochodzący.
Car zatrzymał się chwilę, jakby się wahał.
— Jak „On“ może wahać się kiedykolwiek? — pomyślał Rostow.
I to jednak wahanie młodego monarchy, wydało mu się pełnem jakiegoś uroku majestatycznego, jak wszystko zresztą, co car uczynił. Aleksander, dotknąwszy z lekka, butami wysokiemi i przylegającemi, jakie wówczas noszono, boków swojej pięknej klaczki skarogniadej, pochwycił silniej trenzlę, ręką w białej rękawiczce i oddalił się, a za nim w tropy pociągnęła liczna świta adjutantów. Zatrzymywali się po drodze, to przed jednym, to przed drugim pułkiem. Nakoniec Rostow nie widział już nic więcej, tylko pióropusz biały, na cara kapeluszu trójgraniastym, który powiewał po nad głowami tłumu, igrając z wiatrem.
Zauważył on także w carskim orszaku, księcia Bołkońskiego. Przypomniawszy sobie wczorajszą z nim sprzeczkę, pytając się w duchu, czy ma go wyzwać, czy też powinien dać pokój wszystkiemu?
— Nie! nie! — powiedział sobie. — Czy teraz pora po temu? Co znaczą nasze osobiste kłótnie i urazy, gdy serca nam przepełnia miłość, uwielbienie i chęć poświęcenia się dla naszego pana najmiłościwszego? Kocham w tej chwili świat cały, i wszystko, wszystkim więc przebaczam.
Gdy car przejechał po przed całą linję, pułki zaczęły z kolei przed nim defilować. Rostow na swoim „Beduinie“, którego kupił niedawno od Denissowa, jechał ostatni z całego szwadronu, sam jeden i trochę opodal od reszty.
Jeździec doskonały, wspiął konia ostrogą i puścił się wyciągniętym kłusem. „Beduin“ zdawał się odczuwać na sobie wzrok carski. Zapieniony, gryząc niecierpliwie wędzidło, z ogonem pięknie odsadzonym, pędził jak wicher, niby w powietrzu, nie dotykając prawie ziemi swojemi cienkiemi, zgrabnemi nóżkami.
Nie dał mu się i jeździec zawstydzić. Siedział wyprostowany, jakby przyrósł do siodła, z twarzą rozpromienioną i zaniepokojoną jednocześnie. Przelecieli koło cara, jakby koń z jeźdźcem stanowili całość nierozdzielną, w całej swojej piękności i wspaniałomyślności.
— Brawo! brawo! huzary Pawłogrodzcy! — wykrzyknął car.
— Boże! jakże byłbym szczęśliwy, gdyby mi tak kazał natychmiast skoczyć w ogień dla siebie — pomyślał Rostow.
Po skończonej rewji, zgromadzili się w jedno miejsce oficerowie, tak ci, którzy byli przy Kotuzowie od początku kampanji, jak i nowoprzybyli z wielkim księciem Konstantym. Rozprawiali szeroko i długo o czekających ich nagrodach, o austrjakach i tychże umundurowaniu, o Bonapartem, i jego wrzekomo położeniu krytycznem; szczególniej, gdyby połączył się z nimi oddział Essena i gdyby Prusy podały szczerze rękę Rosji, jako z nią sprzymierzone.
Treść główną rozmów, stanowiła niezaprzeczenie osoba samego cara. Powtarzano bez końca każde jego słowo; opisywano każden ruch, a zapał dla młodziutkiego monarchy rósł i potężniał z każdą chwilą.
Ogólnie każdy pragnął jednej rzeczy: iść czemprędzej na nieprzyjaciela, pod cara dowództwem. Z nim każdy był pewnym zwycięstwa. Po skończonej rewji, tak byli mocno przekonani, że rozbiją w puch Napoleona, jakby po wygraniu przynajmniej dwóch walnych bitew.





IX.

Nazajutrz po rewji, Borys w swoim najparadniejszym mundurze, udał się do Ołomuńca, napędzany przez Berga, aby korzystał z dobrych chęci księcia Bołkońskiego. Stanowisko wygodne adjutanta przy jakiejś znakomitej osobistości, oto czego mu właśnie było potrzeba, i do czego wzdychał od dawna.
— Łatwo deklamować takiemu Rostowowi — mówił sobie w duchu — któremu ojciec przysyła naraz po sześć tysięcy rubli. On może nosem kręcić, nazywając to „lokajską służbą“. Ale ja nie mający nic więcej, prócz tęgiej głowy na karku, muszę pchać się naprzód i korzystać z każdej nadarzającej się sposobności, aby tylko zrobić karjerę.
Tego dnia właśnie, nie było Bołkońskiego w Ołomuńcu. Widok miasta, ożywionego obecnością dwóch monarchów, sztabu głównego, ich licznej świty, ich dworu i całej mnogiej rodziny cesarza Franciszka, otoczonego arcyksiążętami, podniecał w nim tem bardziej pragnienie dostania się pomiędzy te sfery najwyższe.
Należał wprawdzie do gwardji, a jednak nie znał tam prawie nikogo. Cały ten tłum wygalonowany, z piersiami okrytemi dekoracjami, tak własnemi, jak i zagranicznemi, który przejeżdżał się po ulicach miasta w pięknych ekwipażach, wydawał mu się o całe niebo wyższym nad niego, małego, nic nie znaczącego oficerka. Rzecz naturalna, że owi wielcy panowie ani wiedzieli, ani wiedzieć pragnęli, czy on wogóle istnieje gdzieś na szerokim świecie. W domu, w którym stanął kwaterą Kotuzow i gdzie spodziewał się znaleźć Bołkońskiego przyjęcie doznane tak od adjutantów, jak i od zgrai służebnej, utwierdziło go w przekonaniu, że mają już po wyżej uszów, takich jak on natrętów. Mimo to już na drugi dzień tem wcale niezrażony, ponowił wizytę. Było to w dniu piętnastym bieżącego miesiąca. Zastał w domu Bołkońskiego. Kazano wejść Borysowi do dużej sali. Służyła ona niegdyś do balów. Wpakowano w nią aż pięć łóżek, mnóstwo gratów i mebli najrozmaitszych, a nawet fortepjan. Jeden z adjutantów w szlafroku, z jaskrawej tureckiej materji, pisał obok drzwi wchodowych, siedząc przed biurkiem. Drugi, znany nam piękny i rosły jak dąb Neświcki, leżał rozciągnięty na łóżku, z ramionami pod głową zamiast poduszki, śmiejąc się i żartując z kolegą, który usiadł w nogach jego łóżka. Inny znowu brzdąkał na fortepianie walca wiedeńskiego. Bołkońskiego nie było w sali. Nikt się nawet nie ruszył zobaczywszy wchodzącego Borysa. Jedynie ów adjutant piszący, odburknął szorstko na jego zapytanie, że Bołkoński jest dziś na służbie, i że znajdzie go w sali audjencjonalnej. Borys podziękował mu grzecznie, udał się według wskazówki korytarzem na lewo, i ujrzał się nagle pomiędzy kilkunastu oficerami i kilku jenerałami.
W chwili gdy wchodził, książę Andrzej rozmawiał właśnie z rosyjskim jenerałem, który miał pełno krzyżów na piersiach. Książę mówił grzecznie, ale z miną kwaśną, znużonego i znudzonego śmiertelnie, który słucha bo musi, długich wywodów, lecz radby od nich uciec jak najprędzej. Jenerał, czerwony niby piwonja, nie młody, z włosami siwemi, wykładał mu swoją sprawę nieśmiało i z pewną trudnością w wyrażaniu się, zwykłą u ludzi wojskowych.
— Dobrze, dobrze, chciej panie jenerale, zaczekać chwilę — bąknął Andrzej po rosyjsku wprawdzie, ale akcentem czysto francuzkim, którego zawsze używał, gdy był w złym humorze, i lekceważył tego z kim rozmawiał.
Skoro spostrzegł Borysa, porzucił natychmiast owego jenerała, mimo że ten biegł za nim, tłumacząc, iż jeszcze ani połowy prośby swojej nie wypowiedział. Andrzej podał rękę Borysowi, ze swoim najmilszym uśmiechem i odszedł z nim do pokoju przyległego. Widząc tę zmianę frontu, Borys zrozumiał nakoniec, co przeczuwał i odgadywał od dawna instynktem. Oto: że po za regulaminem i po za karnością wojskową, tak, jak one stoją napisane w kodeksie armji, i jak przedstawiają się w praktyce w każdym pułku, istnieją formułki i położenia wyjątkowe, które zmuszały, czerwonego i szpakowatego jenerała, starać się o względy młodego adjutanta, i czekać cierpliwie, na jego widzimisię, skoro Andrzej woli rozmawiać w tej chwili, ze skromnym porucznikiem, księciem Trubeckoji. Postanowił odtąd kierować się według tego drugiego kodeksu, pewniejszego, choć go nigdzie nie wydrukowano. Dzięki listom polecającym go od osobistości wielce wpływowych, czuł się wyższym o całe niebo, od owego jenerała, który znowu w szeregu, mógł jednem słowem spiorunować, takiego mizernego porucznika gwardji.
— Żałuję mocno żeś mnie książę kochany nie zastał wczoraj w domu — przemówił Andrzej dłoń mu ściskając. — Biegałem dzień cały z niemcami. Robiłem inspekcją razem z Weirotherem i obmyśliwaliśmy inne kwatery dla wojska. A książę wiesz, że gdy niemcy mają raz pretensją uchodzić za dokładnych i wezmą na kieł, nie ma w tem końca ni miary!
Borys uśmiechnął się, udając że wszystko pojmuje. Tymczasem po raz pierwszy obiło mu się o uszy nazwisko Weirothera i dowiedział się że wojsko ma zmienić kwatery.
— A zatem książę kochany pragniesz zostać adjutantem?
— Tak jest — Borys zarumienił się mimowolnie. — Chciałbym prosić o to główno dowodzącego. Książę Kurakin musiał mu już coś wspomnieć o tem w liście polecającym mnie jego względom. Życzę sobie głównie dla tego, że wątpię bardzo, czy gwardja pójdzie kiedy w ogień.
Był uszczęśliwiony tym pozorem tak zręcznie wymyślonym.
— Doskonale! Pomówimy o tem — odrzucił Andrzej. — Skoro zdam raport, co do tego natrętnego jegomości, powrócę do księcia natychmiast.
Gdy znalazł się Borys nazad w sali audjencjonalnej, ów jenerał rozumiejący swoje stanowisko, spiorunował gniewnem spojrzeniem tego bezczelnego poruczniczka, który przerwał tak niefortunnie jego prośbę, i nie dał mu dokończyć długiego wywodu. Borys czuł się tem trochę zbitym z tropu, i czekał niecierpliwie na powrót Andrzeja. Ten zaprowadził go teraz do dużej sali o pięciu łóżkach.
— Oto moje zdanie w tej sprawie, książę kochany: Przedstawiać cię główno dowodzącemu, uważam za rzecz zupełnie zbyteczną. Nagada ci pełno grzecznostek i zaprosi do siebie na objad... (To by może i nie źle było, pomyślał Borys przez wzgląd na tę odwrotną stronę medalu, co się tyczy karności wojskowej.) I po za tem nic więcej dla ciebie nie zrobi. Dotąd możnaby cały pułk uformować z jego adjutantów i oficerów sztabowych. Obecnie wszystko grawituje ku słońcu: czyli ku osobie naszego pana najmiłościwszego. Udamy się zatem gdzie indziej, tem bardziej, że Kotuzow i jego sztab przyboczny, nie mają obecnie tego znaczenia co dawniej. Pójdziemy wprost do księcia Dołgorukowa, carskiego jenerała adjutanta, mego serdecznego przyjaciela i najlepszego w świecie człowieka. Wspominałem mu już o tobie książe. Może wynajdzie dla ciebie jakie miejsce przy swoim boku, a nawet wyżej, bliżej „słońca“...
Bołkoński był zawsze gotów wesprzeć każdego młodego człowieka, i ułatwić mu karjerę. Miał w tem największą przyjemność. Pod pozorem protegowania innych (dla siebie bowiem, byłby nigdy nikogo o nic nie prosił), krążył dokoła sfery najwyższej, która go pociągała prawie bezwiednie, i z której płynęły promienie łask i względów wszelakich.
Późnym wieczorem weszli do pałacu, który zajmowali obaj monarchowie wraz ze swoją świtą.
Car i cesarz Franciszek byli przytomni dnia tego walnej naradzie wojennej, w której brali udział wszyscy członkowie Hofkriegsrath’u. Zadecydowano na niej, wbrew zdaniu starych, doświadczonych wojskowych, jak Kotuzow i książę Schwarzenberg, że trzeba rozpocząć kroki zaczepne, i wydać bitwę Napoleonowi. W chwili kiedy książę Andrzej szukał wszędzie Dołgorukowa, zauważył na twarzach obecnych podniecenie gorączkowe i wyraz tryumfu, z odniesionego zwycięstwa przez partję „młodych“, nad starszymi i ostrożniejszymi. Głosy umiarkowanych, radzących wyczekiwanie, zostały zagłuszone najzupełniej przez ich przeciwników. Ich argumenta pokonano tak dosadnemi i niewątpliwemi dowodami, że wypada natychmiast wystąpić zaczepnie i toczyć bitwę; iż owa bitwa, jak i zwycięstwo świetne, które nieodwołalnie miało po niej nastąpić, należały już jakby do przeszłości. Napoleona wojsko (przenoszące na pewno liczbą siły dwóch armij sprzymierzonych) było skoncentrowane w jednem miejscu. Armje sprzymierzone, nabrawszy otuchy i animuszu na widok swoich monarchów, pragnęły iść w ogień jak najprędzej. Punkt strategiczny, na którym miały działać, był znany w szczegółach najdrobniejszych jenerałowi Weirother. On więc miał służyć obu armjom za przewodnika. Szczęśliwym zbiegiem okoliczności, armja austrjacka, manewrowała właśnie w tem samem miejscu roku zeszłego. Plan cały został też na mapie ułożony ze ścisłością matematyczną. Bezczynność Napoleona, uważali za brak sił.
Książę Dołgorukow, obrońca najgorliwszy planu zaczepnego, wychodził właśnie z sali obrad, wzburzony, ale dumny z odniesionego tryumfu. Andrzej pośpieszył przedstawić, mu swego protegowanego. Dołgorukow nie był w stanie powstrzymać się w zapale, który nim miotał, i zaczął wywnętrzać się przed Andrzejem, nie zwracając wcale uwagi na Borysa.
— No! i cóż ty na to mój drogi, żeśmy zwyciężyli na całej linji? — przemówił żywo po francuzku. — Daj tylko Boże, żeby to drugie, które nastąpi po tem pierwszem zwycięstwie, było równie świetne i doniosłe. Przyznam ci się szczerze, że źle osądzałem Austrjaków, a szczególniej Weirothera! Co za dokładność! Jaka znajomość terenu, w szczegółach najdrobniejszych. Jakie przewidywanie i obliczania naprzód, wszelkich możliwych wypadków i okoliczności! Nie można bo też sobie wyobrazić, korzystniejszej całości i położenia, jak to, w którem znajdujemy się obecnie. Idąca w parze, dokładność najskrupulatniejsza austrjacka, z szaloną rosyjską odwagą! Czego można sobie więcej życzyć?
— Atak zatem zdecydowany?
— Tak, mój drogi! Bonaparte, o ile mi się zdaje stracił głowę najzupełniej. Nasz pan najmiłościwszy dostał dzisiaj list od niego...
I Dołgorukow uśmiechnął się znacząco.
— Oho! Cóż on tam może pisać?
— Co? Ot! banialuki, ni to, ni owo, byle zyskać na czasie. Wpadnie nam w ręce, jak dwa a dwa cztery. Zobaczysz mój drogi! Najzabawniejsze z tej całej historji — tu znowu uśmiechnął się drwiąco — że nie wiedziano jak do niego odpowiedź zaadresować. Nie można przecież było podpisać „Konsulowi“, nie chciano zaś dać mu tytułu „Cesarza Napoleona“... zostawało więc jedynie: — „Jenerałowi Bonaparte“ — takie było przynajmniej moje zdanie, co do tego...
— No! zdaje mi się — wtrącił Bołkoński od niechcenia — że od nieuznawania go cesarzem, a tytułem jenerała trochę za wielka różnica...
— Zapewne i w tem właśnie polega trudność rozwiązania kwestji — odrzucił żywo Dołgorukow. — To też Bilibin, sypiący dowcipy jak z rękawa, zaproponował całkiem serjo, adres następujący:
„Uzurpatorowi praw monarchów „z Bożej łaski“ i wrogowi ludzkości!“
— Bagatela! Tylko tyle?...
— W końcu jednak rozciął węzeł gordyjski, jako człowiek rzeczywiście rozumny i zręczny dyplomata...
— W jakiż sposób?
— „Do Naczelnika rządu we Francji“ — Doskonale, co?
— Dobrze... sądzę atoli, że Napoleonowi ten adres nie będzie się podobał — Bołkoński zauważył.
— Oh! o tem nikt z nas nie wątpi. Brat mój, który zna go doskonale, kilka razy bowiem był zapraszany na objady do owego cesarza w czasie swojego pobytu w Paryżu, opowiadał mi, że nie zdarzyło mu się w życiu spotkać bardziej chytrego i zręcznego dyplomaty. Podstępność włoska, w parze z przebiegłością francuzką. Znane ci są zapewne książę kochany, rozmaite anegdoty o hrabiu Markowie, jednym jedynym który umiał sobie z nim radzić. Czy opowiadano ci historyjkę o chustce od nosa? Zachwycająca!
I Dołgorukow, sławny gaduła, zaczął opowiadać szeroko i długo, zwracając się to do Andrzeja, to do Borysa, jak Bonaparte, chcąc wypróbować rosyjskiego ambasadora, upuścił chustkę i stał przed nim czekając w nadziei, że ten mu ją podniesie. Markow atoli, upuścił tak samo swoją i podniósł ją, tamtej ani dotknąwszy.
— Anegdotka wyborna! — wykrzyknął Bołkoński. — Książę raczysz jednak pozwolić, że mu w dwóch słowach polecę sprawę, tego oto młodzieńca...
Adjutant, wysłany, aby Dołgorukowa odszukał, car go bowiem potrzebował, nie dopuścił Bołkońskiego do słowa i przerwał mu w połowie jego frazes polecający.
— Ah! co za nuda, te wieczne narady — bąknął niechętnie Dołgorukow, zrywając się nie mniej z pośpiechem z siedzenia. Uścisnął na prędce dłoń obu młodym ludziom.
— Uczynię, co tylko będzie w mojej mocy, dla twego protegowanego kochany książę! Taki miły i sympatyczny młodzieniec! Wyłuszczysz mi całą sprawę innym razem... Widzicie panowie sami, że nie dadzą mi swobodnie odetchnąć — dodał ściskając ponownie dłonie Andrzeja i Borysa poufale, ale z pewną wielko-pańską nonszalancją.
Borys był niesłychanie wzruszony tem zetknięciem się tak bliskiem, z osobistością pierwszorzędną, z człowiekiem, który rozkazywał owym tłumom nieprzeliczonym wojska nagromadzonego. Czemże on, biedny, nic nie znaczący atom, był w obec takiej jak Dołgorukow matadory? Gdy tak szli za Dołgorukowem wzdłuż korytarza i gdy ten wchodził na carskie pokoje, wyszedł z tamtąd mężczyzna w ubraniu cywilnem, postawy wyniosłej, brzydki, ale mimo to z wyrazem wyższej inteligencji w twarzy. Szczęka górna, mocno naprzód wystająca, nadawała jego fizjognomji dużo życia niemniej piętno siły i energji. Skinął głową Dołgorukowowi, jak się to czynić zwykło z serdecznym przyjacielem i rzucił na księcia Andrzeja spojrzenie zimne, na wskroś przenikające. Szedł dalej dumnie, sądząc na pewno, że Bołkoński ukłoni mu się pierwszy i z drogi przed nim się usunie. Gdy jednak książę Andrzej tego nie uczynił, twarz owego mężczyzny zapłonęła gniewam widocznym. Odwrócił się natychmiast i poszedł drugą stroną korytarza.
— Kto to? — szepnął Borys.
— Człowiek niepospolity, ale zarazem... dla mnie przynajmniej.. nie do zniesienia. Minister spraw zewnętrznych, książę Adam Czartoryski... Tacy to ludzie — tu Andrzej mimowolnie westchnął ciężko — rozstrzygają częstokroć losy narodów.
Zaraz nazajutrz zaczął się ruch obu armii. Borys nie widząc się więcej ani z Andrzejem, ani z Dołgorukowem, aż do owej pory, kiedy stoczono bitwę pod Austerlitz, pozostał najspokojniej w swoim pułku.





X.

Równo z brzaskiem dnia, szesnastego listopada, szwadron Denissowa, który należał do oddziału księcia Bagrationa, opuścił ostatnie miejsce popasu, aby wziąć udział w bitwie. Tymczasem o jaką wiorstę od punktu zbornego, kazano zatrzymać się w pochodzie całemu pułkowi Pawłogrodzkiemu. Rostow widział defilujących kozaków, kilka bataljonów piechoty i artylerji, jenerałów: Bagrationa i Dołgorukowa, wraz z ich adjutantami. Walka wewnętrzna, jaką staczał sam z sobą, aby pokonać trwogę szaloną, opanowującą go w chwili ataku i jego słodkie marzenia, w jaki sposób okaże teraz swoje męztwo i czem się odróżni od innych, rozpływały się w powietrzu niby bańka mydlana. On bowiem należał do rezerwy z całym szwadronem. Dzień wydał mu się wieczyście długim, nudnym i smutno mu było na duszy. O dziewiątej rano usłyszał gdzieś w oddali najpierw strzelaninę, potem przeciągłe „Hurra“, a po końcu ujrzał nosze z rannymi, i między kilkuset kozakami, cały oddział konnicy francuzkiej, wzięty w niewolę. Potyczka widocznie trwała krótko, skończyła się jednak o ile można było sądzić z pozorów pomyślnie dla Rosjan. Oficerowie i żołnierze, opowiadali cuda waleczności, o świetnem zwycięstwie, o zdobyciu miejscowości Wischau i o wzięciu w niewolę całego szwadronu jazdy francuzkiej. Czas był piękny. Słońce świeciło wspaniale, po lekkim przymrozku w nocy. Rozkoszny dzień, pełen blasków słonecznych, mimo późnej jesieni, był dopełnieniem, rzecby można, ogólnej radości i tryumfu. Wszystkie twarze, od jenerałów, do szeregowców, były rozpromienione. Rostowa i te wybuchy radości niecierpliwiły. Czemu jego nie było pomiędzy zwyciężającymi?
— Chodź tu Rostow — przywołał go Denissow, siedząc nad rowem przydrożnym z flaszką sporą wódki i koszem rozmaitych wiktuałów. — Utopmy naszą zgryzotę — dodał żartobliwie — że nas tym razem do tańca nie zaproszono i musieliśmy, jak niepyszni pietruszkę sprzedawać.
Kilku jeszcze oficerów otoczyło ów ponętny kosz z prowiantami.
— Oho! prowadzą jeszcze jednego — odezwał się ktoś z ich grona, wskazując ręką na dragona francuzkiego, którego prowadzili dwaj kozacy. Jeden z nich trzymał za uzdę pięknego i dzielnego konia z pod owego jeńca.
— Sprzedaj mi go! — krzyknął Denissow na kozaka.
— I owszem wasza miłość — kozak odrzucił salutując.
Pozrywali się żywo oficerowie, otaczając kozaków wraz z ich jeńcem. Był nim młody Alzatczyk, mówiący po francuzku z wybitnym akcentem niemieckim. Płonął rumieńcem gorączkowym, usłyszawszy oficerów mówiących jego mową ojczystą. Udawał się do każdego z nich po kolei, tłumacząc, że nie z własnej winy dostał się do niewoli. Jego kapral zawinił tu jedynie; on posłał go po czapraki, chociaż mu perswadował, że po drodze Rosjanie złapią go najniezawodniej. Co kilka słów dodawał tonem prośby usilnej:
— Tylko nie róbcie nic złego mojemu poczciwemu koniowi.
I głaskał konia po szyi i lśniącej grzywie. Nie zdawał sobie sprawy widocznie, gdzie się znajduje i co mówi. To szukał wymówek, że dał się wziąć w niewolę, to znowu popisywał się swoją dokładnością i punktualnością w pełnieniu służby wojskowej, tak zupełnie, jakby stał przed własnym swoim dowódzcą. Dla oficerów rosyjskich, był to okaz ciekawy, żołnierza francuzkiego, którego wówczas prawie nie znali.
Kozacy przyjęli za konia dwa imperjały, które wypłacił im Rostow, gdyż chwilowo, miał on najwięcej pieniędzy z całego tego grona.
— Tylko nie róbcie nic złego memu drogiemu konikowi! — powtórzył jeniec tonem błagalnym.
Rostow upewnił go co do tego i dał mu również trochę pieniędzy.
— No! no! chodźmy dalej! — bąknął kozak do swego jeńca ciągnąc go za rękaw.
— Car! car! — usłyszano głośne nawoływania. Wszyscy poruszyli się i rozbiegli pędem, każdy udając się na swoje stanowisko. Tak samo i Rostow wskoczył raźno na siodło, widząc z daleka kilku jeźdźców z białemi kitkami u kapeluszów. Wszystko znikło w jednej chwili: nuda, zły humor, niecierpliwość, że go zostawiono w rezerwie, wszelkie uczucie tyczące się jego osoby, w obec radości niewypowiedzianej, przenikającej go do głębi, na widok nadjeżdżającego, ukochanego monarchy.
Było to dla niego najzupełniejsze wynagrodzenie, za przykry zawód, który spotkał go dziś rano. Podniecony gorączkowo, niby kochanek, gdy otrzyma od swojej najdroższej raz pierwszy schadzkę upragnioną, nie śmiał się ruszyć, nie śmiał się obrócić, odgadując „jego“ zbliżanie się, nie po odgłosie podków końskich, lecz po gwałtowności uczucia, które mu piersi rozpierało. Cały świat wydawał mu się w tej chwili piękniejszy, opromieniony jakimś blaskiem nadziemskim!
„Słońce“ tymczasem było bliżej... coraz bliżej... Rostow czuł się dziwnie rozgrzanym tem światłem czystem i pełnem majestatu, które od „niego“ płynęło... Usłyszał nagle wśród milczenia grobowego, ów głos słodki, brzmiący tak łagodnie i tak uprzejmie, spokojny, a niemniej imponujący:
— Huzary Pawłogrodzcy, co?
— Rezerwa, najjaśniejszy panie! — odpowiedział jakiś głos ziemski, po tamtym dźwięku niby prosto z nieba pochodzącym.
Car zatrzymał się przed Rostowem. Tym razem uderzyła jeszcze bardziej piękność i regularność linji klasycznych w monarchy twarzy młodziutkiej. Jaśniał on całą krasą pierwszej młodości, z lekkim odcieniem pewnej niewinnej nieświadomości samego siebie. Ten jednak wyraz dziecięcy prawie, nie ujmywał jego twarzy bynajmniej powabu i uroku majestatycznego. Gdy patrzał w ten sposób na szwadron, wzrok jego skrzyżował się na sekundę z oczami Rostowa. Czy odgadł co kipiało i rozpierało serce młodego porucznika? Rostow był o tej prawdzie najmocniej przekonany, uczuł się bowiem jakby pogłaskany spojrzeniem tych pięknych oczów lazurowych.
Nagle car odwrócił wzrok od niego, wspiął konia ostrogą i dalej pogalopował.
Młodziutki monarcha, nie mógł odmówić sobie tej przyjemności, żeby nie miał być przytomnym potyczce, mimo rad i próźb usilnych całego otoczenia. Około południa rozstawszy się z trzecią kolumną, za którą postępował, chciał złączyć się z awangardą, w chwili jednak gdy dotarł do huzarów, kilku adjutantów doniosło mu z pola bitwy o świetnem zwycięztwie i szczęśliwem ukończeniu potyczki.
Ową potyczkę, która ograniczyła się w końcu na wzięcie w niewolę jednego szwadronu francuzkiego, przedstawiono monarsze jako walne zwycięztwo. Nie tylko car, ale armja cała, nim dymy opadły, była przekonaną, że Francuzów pobito na głowę i zmuszono do odwrotu. Niedługo po odjeździe cara, oddział pułku Pawłogrodzkiego dostał rozkaz iść naprzód. Rostow był na tyle szczęśliwym, że zobaczył raz jeszcze cara w miasteczku Wischau. Leżało kilku ciężko rannych i kilku trupów w miejscu gdzie strzelano najgęściej. Nikt nie miał dotąd czasu zabrać tych biedaków. Car otoczony świtą tak wojskową jak cywilną, mając pod sobą konia bułanego, zwracał się to na prawo, to w lewo. Kiedy niekiedy ruchem pełnym gracji podnosił do oczu złotą lornetkę. Naraz wzrok jego padł na żołnierza leżącego w poprzek drogi, bez kaska, z głową krwią ociekłą. Widok ciężko rannego, tak blisko cara, był nader przykrym dla Rostowa. Spostrzegł kurczowe drganie w pobladłej twarzy Aleksandra, i dreszcz wstrząsającą nim całym. Car ścisnął ruchym nerwowym boki konia kolanami, który będąc doskonale ujeżdżonym stał nieruchomy, jakby wrósł w ziemię i skinął na adjutanta. Ten rozkaz odebrawszy, z konia zeskoczył, przywołał ludzi z noszami i sam im pomagał do podniesienia rannego. Ocucony bólem, ranny jęknął.
— Lekko, lekko! czyż nie możecie obejść się z rannym delikatniej? — zawołał car z takiem rzewnem współczuciem, jakby sam był ranny i zbolały.
Odjechał, a Rostow zauważył, że oczy zaszły mu łzami.
— Co za straszna rzecz wojna! — usłyszał Rostow, cara mówiącego po francuzku do księcia Czartoryskiego.
Awangarda rozłożywszy się taborem tuż pod Wischau naprzeciw nieprzyjaciela, który dnia tego ustępywał z placu, nie stawiając wcale oporu, dostała pochwałę od cara. Dziękował wszystkim za oddzielne starcie się z nieprzyjacielem, obiecując mnogie nagrody. Żołnierzom dnia tego rozdano podwójną rację wódki i jadła. Ognie w obozie świeciły jeszcze weselej, niż w wigilją potyczki, a śpiewy żołnierzów rozbrzmiewały w powietrzu. Denissow sprawiał ucztę wspaniałą, z okazji awansu swego na majora. Rostow, mając już trochę w głowie, pod koniec wieczerzy wniósł pierwszy toast na cześć monarchy, nie za zdrowie cara, ale za zdrowie i pomyślność młodego człowieka, pełnego uczuć najszlachetniejszych i uroku, któremu nikt oprzeć się nie zdoła.
— Pijmy za jego zdrowie! — Wykrzyknął z zapałem. — Niech nas zawsze wiedzie na pole zwycięstw i chwały! Jeżeli biliśmy się tęgo pod Schöngraben z Francuzami, cóż to będzie teraz dopiero, gdy „On“ stanął na czele nas? Zginiemy z rozkoszą dla „niego“, nieprawdaż panowie? Może nie umiem tego dość jasno wypowiedzieć, ale czuję to w głębi duszy, a i wy tak samo! Niech żyje Aleksander pierwszy! Hurra!
— Hurra! — krzyknęli chórem oficerowie.
Stary Kirstein wpadł w zapał, jakby młodzik dwudziestoletni.
Toast spełniwszy potłukli szklanki. Kirstein napełnił winem inne i wyszedł z namiotu w koszuli z rękawami podwiniętemi, zdążając ku żołnierzom siedzącym w koło ogniska. Podniósł szklankę wysoko po nad głowę, oświetlony jaskrawo łuną bijącą od płomieni. Wyglądał tryumfująco z siwemi wąsami, nastrzępionemi junacko, z koszulą rozwartą na piersi kosmatej.
— Dzieci, za zdrowie naszego cara i nasze przyszłe zwycięztwo nad nieprzyjacielem! — huknął głosem stentorowym.
Otoczyli go żołnierze, odpowiadając grzmiącem hura!
Gdy rozchodzili się późno w nocy, Denissow uderzył po ramieniu swojego ulubionego Mikołuszkę.
— Ani sposobu nawiązać z kim jakiej miłostki! Co? — zażartował. — Zatem z desperacji kochamy się w carze!
— Waśka, z czegoś podobnego nie godzi się żartować! To uczucie nadto wzniosłe, nadto idealne!
— Tak, tak, mój drogi! Podzielam w tem najzupełniej twoje zdanie!
— Ani mnie nie pojmujesz, ani pojąć nie możesz!
I Rostow zaczął się zwolna przechadzać, pomiędzy ogniskami dogasającemi, marząc rozkosznie o śmierci chwalebnej na polu bitwy w oczach cara. Ani pomyślał w tej chwili o życiu młodem, które ledwie zaczynało się dla niego, o rodzinie, tak do niego przywiązanej. Pierś rozpierał mu zapał. Był pewny świetnego tryumfu wojsk rosyjskich i rozbicia w puch nieprzyjaciela. Nie on jeden tak błogo marzył. Dziewięć dziesiątych żołnierzy, łudziło się tak samo, w przededniu niezapomnianej, sławnej bitwy pod Austerlitz!





XI.

Car spędził w Wischau dzień następny. Przywoływany do niego kilkakrotnie, pierwszy nadworny lekarz Willier, znalazł znaczne osłabienie, w swoim dostojnym pacjencie, rozstrój gorączkowy, brak snu i apetytu. Wkrótce wiedziano w całym obozie, o cara stanie chorobliwym. Przypisywano usposobienie gorączkowe, silnemu wrażeniu jakiego doznało jego serce zbyt tkliwe, na widok trupów i rannych.
Siedmnastego listopada o świcie, oficer francuzki pod osłoną chorągwi parlamentarza, zażądał posłuchania u samego cara. Przyprowadzono go pod eskortą, aż do carskiej kwatery. Nazywał się Savary. Car usnął był przed chwilą. Savary musiał czekać aż do południa. Wprowadzono go wreszcie do cara, gdzie zabawił przeszło godzinę. Później oddalił się w towarzystwie księcia Dołgorukowa.
Chodziły głuche wieści, że przysłano go z propozycją, spotkania się i porozumienia osobistego w miejscu oznaczonem Aleksandra z Napoleonem. Ku wielkiej radości całej armji rosyjskiej, odrzucono tę propozycją. Dołgorukow, zwycięzca z pod Wischau, został wysłany z Savarym, aby umawiać się z Napoleonem, w razie, gdyby wbrew wszelkim oczekiwaniom, miano nawiązać rokowania o zawarcie pokoju.
Dołgorukow, wróciwszy jeszcze tego samego dnia pod wieczór, został długo w nocy sam na sam z carem.
Ośmnastego i dziewiętnastego listopada, wojska sprzymierzone, posunęły się jeszcze o dwie stacje naprzód. Awangardy nieprzyjacielskie cofały się coraz dalej, zamieniwszy zaledwie z forpocztami armji sprzymierzonych po kilka wystrzałów z ręcznej broni. Po południu dnia dziewiętnastego listopada, można było zauważyć ruch niezwykły w sferach najwyższych armji. Jedni wchodzili, drudzy wychodzili, nie było końca tajemnym konferencjom. Tak szło aż do rana, dnia dwudziestego listopada (2 grudnia) daty wiekoponnej bitwy pod Austerlitz, przezwanej w historji „Bitwą trzech cesarzów“.
Aż do popołudnia, dnia 1go grudnia, owo poruszenie uderzające rozmowy ożywione, choć nie głośne, bieganie adjutantów, wszystkie te objawy nie przechodziły granicy głównej kwatery dwóch monarchów. Wkrótce jednak ruch ów rozszerzał się coraz bardziej i dalej, do sztabu Kotuzowa, i do innych sztabów jeneralskich. Pod wieczór, rozkazy roznoszone na wsze strony przez adjutantów, poruszyły całą armję. W nocy z 1go na 2go grudnia, ta olbrzymia masa ludzi, złożona z ośmdziesięciu tysięcy, zaczęła posuwać się naprzód, z głuchem warczeniem grzmotu dalekiego.
Ruch skupiony z rana w kwaterach dwóch monarchów, obejmując zwolna coraz szersze kręgi, dotarł wszędzie i wszystko powołał do życia, aż do ostatnich sprężyn, owej olbrzymiej maszyny wojskowej, którą możnaby przyrównać najsłuszniej do mechanizmu zegara wielce skomplikowanego. Gdy raz go się w ruch wprawi, niepodobna go zatrzymać. Koło rozpędowe, podniecając w nim ruch, pociąga za sobą resztę kół, sprężyn i kółeczek. Kręcą się one w wirze nieustannym nie zdając sobie sprawy w jakim celu to czynią, ani dokąd dążą. Kółka zaczepiają się jedne o drugie, osie skrzypią, wagi uginają się pod ciężarem, figurki defilują jedne po drugich, a wskazówki, chociaż poruszają się niedostrzegalnie, dla swojej powolności, zaznaczają nie mniej godzinę po godzinie, co stanowi cel jedyny, tych tysiącznych kół, sprężyn i kółeczek, które na oko są przeznaczone do wiecznej nieruchomości. Tak zatem, pragnienia, poniżenia, bole, porywy dumy, trwogi, zapału, suma ogólna wrażeń najrozmaitszych, których doświadczyły krocie Rosjan i Francuzów, wszystko to posłużyło ostatecznie, aby zaznaczyć na tarczy zegara dziejów ludzkości, bitwę wiekopomną, pod Austerlitz, bitwę trzech cesarzów!
Książę Andrzej, będąc w służbie dnia tego, nie opuszczał wcale główno dowodzącego. Kotuzow, przybywszy około szóstej z kwatery dwóch monarchów, gdzie miał krótkie posłuchanie u cara, udał się do wielkiego marszałka dworu, hrabiego Tołstoja.
Bołkoński spostrzegłszy minę markotną i wielce niezadowolną Kotuzowa, skorzystał z tego, aby zajrzeć do Dołgorukowa, i spytać o bliższe szczegóły tego, co się działo. Zdawało się również Bołkońskiemu, że w kwaterze monarchów, są źle usposobieni dla Kotuzowa. Przybierano w obec starca zasłużonego ton prawie lekceważący, jakby wiedziano o czemś, czego reszta ani się domyślała.
— Witam cię mój drogi! — odezwał się Dołgorukow, pijąc herbatę z Bilibinem. — A więc bal ma się jutro rozpocząć. Co porabia twój stary? Zły, nieprawdaż?
— Nie powiem żeby był zły, tylko boli go, że nie został wysłuchanym.
— Jakto? Przecież słuchano go najcierpliwiej podczas rady wojennej, i zawsze będą go słuchali, gdy powie coś rozumnego. Ale odwlekać wiecznie, i zawsze czekać nie wiedzieć na co... kiedy Bonaparte lęka się bitwy najwidoczniej... to przecież niepodobieństwem!
— Widziałeś Napoleona... Jakież odniosłeś wrażenie?
— Widziałem go, i jestem najmocniej przekonany, że ma strach wielki przed bitwą! — powtórzył z naciskiem Dołgorukow, uszczęśliwiony z wizyty oddanej Napoleonowi. — Gdyby jej się nie obawiał, po cóż byłby żądał owej poufnej rozmowy, po cóż miałby rozpoczynać jakieś tajemne rokowania? Dla czego cofnął się, chociaż to wręcz przeciwne jego taktyce dotychczasowej? Wierz mi, zaczyna się bać! Wybiła i dla niego fatalna godzina, spuść się w tem na mnie.
— Jakże wygląda? — badał dalej Andrzej.
— Jak? Figura niepokaźna, w historycznym, szarym surducie. Rad by był bardzo usłyszeć „Sire“ z moich ust, ale nie sprawiłem mu tej przyjemności. Tak zręcznie lawirowałem, że nie zatytułowałem go tak ani razu, ku wielkiej jego zgryzocie i umartwieniu. Oto jak mi się przedstawił i na tem koniec. Mimo najwyższego szacunku z jakim jestem dla Kotuzowa, ślicznie byśmy się wykierowali, i znaleźlibyśmy się w rozkosznem położeniu, gdybyśmy dalej czekali na to „coś“ nieznane i nieokreślone. Napoleon miał by czas wolny, zabrać się z wszystkiemi manatkami i wyciąć nam kuranta; gdy przeciwnie teraz, mamy wszelką szansę dostać go w pułapkę. Nie trzeba zapominać o zbawiennej maksymie Suwarowa: — „Że zawsze lepiej atakować, niż czekać, żeby nas zaatakowano“. — Zapał młodych do wojny, jest, chciej mi wierzyć, stokroć bezpieczniejszą i więcej znaczącą wskazówką, niż całe doświadczenie starych taktyków.
— Jakież on jednak zajął stanowisko? Wysunąłem się dziś dość daleko po za nasze forpoczty i nie byłem w stanie dopatrzeć, gdzie właściwie znajduje się główny oddział armji francuzkiej — wtrącił Bołkoński, który radby był popisać się przed Dołgorukowem, ze swoim własnym planem ataku na siły nieprzyjacielskie.
— To rzecz najzupełniej obojętna. Wszystko jest z góry przewidziane i obliczone najdokładniej. Jeżeli znajduje się w Bernie... — tu wstał Dołgorukow, rozkładając na stole wielką mapę, aby lepiej wytłumaczyć Andrzejowi plan ataku obmyślony przez Weirothera, który polegał na uderzeniu z boku.
Bołkoóski zarzucał to i owo, dowodząc szeroko i długo, że jego plan lepszy od tamtego; tylko Weirother miał więcej szczęścia. Podczas wywodu, w którym Andrzej starał się dowieść ile słabych stron ma plan Weirothera, a o ile korzystniejszym byłby atak przez niego obmyślany, Dołgorukow roztargniony, przestał go słuchać, wodząc wzrokiem bezmyślnym po mapie i po mówiącym.
— Dziś wieczór zbiera się u Kotuzowa rada wojenna... tam mógłbyś wystąpić z twojemi zarzutami — bąknął od niechcenia.
— I nie omieszkam tego uczynić! — zawołał żywo Bołkoński.
— O co wam idzie, moi panowie? — wmieszał się teraz do rozmowy Bilibin, ze zwykłym drwiącym uśmiechem. Jakiś czas przysłuchując im się w milczeniu, ostrzył groty swojego dowcipu. — Czy jutro zwyciężymy, czy przegramy, honor rosyjski na tem nie ucierpi. Z wyjątkiem naszego sędziwego Kotuzowa, nie ma ani jednego Rosjanina pomiędzy tylu dowódźcami. Przejrzyjmy ich tylko pobieżnie: Herr generał von Wimpfen, hrabia de Langeron, książę Lichtenstein, książę Hohenlohe, a w końcu Pszczy... Pszczy... i tak dalej... jak brzmią zwykle polskie nazwiska, które mi wiecznie kołkiem w gardle stają, nim je zdołam wymówić!
— Cicho byłbyś, ty, ty! języku złośliwy! — Dołgorukow zawołał, nie mogąc sam wstrzymać się od śmiechu. — Mylisz się zresztą. Prócz Kotuzowa jest jeszcze dwóch Rosjan czystej krwi. Miłoradowicz i Dokturow... nawet jeszcze i trzeci dowódzca Araktczejew, ale ten ma nadto słabe nerwy...
— Idę ja tymczasem do mojego jenerała. — Andrzej powstał. — Życzę panom szczęścia i powodzenia jak najlepszego... na bal jutrzejszy!
Wyszedł uścisnąwszy dłonie im obu.
Gdy w chwilę później wracał siedząc w powozie obok Kotuzowa, który milczał zawzięcie, spytał go, co też sądzi o bitwie jutrzejszej? Starzec odpowiedział mu tonem smutnym, przygnębionym, ale całkiem stanowczo i na serjo:
— Myślę, że ją przegramy. Prosiłem hrabiego Tołstoja, żeby oświadczył Najjaśniejszemu panu to moje najgłębsze przekonanie... I cóż powiesz na odpowiedź, którą odebrałem? — „Mój kochany jenerale, moją rzeczą obmyśleć ryż z kotletami, które car tak lubi, do ciebie zaś należą wszelkie sprawy wojenne“... — Oto mój drogi mi na to odpowiedział.





XII.

O dziesiątej w nocy Weirother zaniósł swój plan gotowiuteńki do pomieszkania Kotuzowa. Tam miała zebrać się ostatecznie rada wojenna. Wszyscy dowódzcy zostali na nią wezwani, i wszyscy stawili się prócz księcia Bagrationa, który wymówił się silnym bólem głowy.
Weirother, wielki organizator bitwy jutrzejszej, ze swoją żywością i pospiechem gorączkowym stanowił kontrast z Kotuzowem, apatycznym, kwaśnym i przez pół śpiącym. Weirother znajdywał się obecnie w położeniu konia, zaprzężonego w pojedynkę do ciężkiego wozu, z którym leci na łeb z przykrej i stromej góry. W końcu koń sam nie wie, czy to on wóz ciągnie, czy też wóz jego w dół spycha? Unoszony siłą niewstrzymaną, Weirother tak samo nie miał już czasu zastanowić się gdzie leci, i po co? Dwa razy przed wieczorem, przyglądał się osobiście forpocztom nieprzyjacielskim. Dwa razy był u obu monarchów z raportem i z rozmaitemi objaśnieniami. Udał się następnie do swojej kancelarji, aby podyktować w języku niemieckim projekt co do rozlokowania nazajutrz obu armij. Przybył też na ową naradę wojenną, zupełnie bez sił, prawie omdlewający ze znużenia.
Tak był niesłychanie zamyślony i roztargniony, że zapominał nawet o względach należących się naczelnemu wodzowi. Przerywał mu co chwila, wypowiadając słowa bez związku, nie patrząc na Kotuzowa, nie odpowiadając wcale na ważne pytania, które mu zadawano. W ubiorze zabłoconym, okryty kurzem, wyglądał niepocześnie, jak człowiek znużony i prawie nieprzytomny. To jednak usposobienie nie przeszkadzało mu wcale, przemawiać tonem dumnym, wyzywającym i pewnym siebie.
Kotuzow stanął kwaterą w zamku starożytnym. W obszernej sali rycerskiej, przemienionej na gabinet wodza naczelnego, zebrali się: Kotuzow, Weirother i reszta jenerałów. Przypuszczono również do walnej narady Bołkońskiego, który wszedł przed chwilą z biletem od Bagrationa, tłumaczącym tegoż nieobecność.
— Skoro książę Bagration nie ma przyjść wcale, moglibyśmy zagaić nasze posiedzenie — przemówił Weirother, zrywając się szybko z siedzenia, aby zbliżyć się do stołu, na którym rozłożono olbrzymią mapę topograficzną, z najbliższych miejscowości w koło Berna.
Kotuzow z mundurem rozpiętym zupełnie, z swoim grubym karkiem jak u wołu, bez krawata utonął cały w dużem krześle poręczowem à la Voltaire. Obie ręce żylaste, pargaminowe, jakie mają zwykle starcy, oparł symetrycznie na poręczach krzesła. Zdawał się drzemać, jednak na głos Weirothera otworzył z wysiłkiem jedyne oko, które mu zostawało i bąknął od niechcenia:
— Proszę, zaczynaj jenerale, inaczej byłoby za późno...
Głowa opadła mu znowu na piersi i oko się zamknęło. Gdy zaczęło się czytanie, członkowie rady wojennej, mogli sądzić zrazu, iż Kotuzow udaje tylko że spi. Wkrótce jednak przekonało ich głośne chrapanie, że starzec uległ rzeczywiście potrzebie niezwalczonej snu, który jest tak niezbędnym dla całej ludzkości. Stało się to mimowolnie, a nie z chęci okazania, że sobie lekceważy plan cały. Zasnął tedy na twardo. Weirother, nadto zajęty swoim planem, żeby na cokolwiek innego mógł zwracać uwagę, spojrzał przelotnie na śpiącego, wyjął z zanadrza papier złożony we czworo, a rozłożywszy go zaczął czytać tonem nieznośnie jednostajnym, coś, mocno skomplikowanego i nader trudnego do zapamiętania, o umieszczeniu obu wojsk:
Rozmieszczenie korpusów, mających służyć do zaatakowania i wyparcia nieprzyjaciela z pozycji pomiędzy Kobelnitzem a Sokolnitzem. Dnia 30. listopada 1805 roku.
„Zważywszy, że skrzydło lewe nieprzyjaciela, opiera się o góry lesiste, a skrzydło prawe rozciąga się wzdłuż stawów po za miejscowościami Kobelnitz i Sokolenitz, i że nasze skrzydło lewo wysunęło się o wiele dalej, niż prawe skrzydło nieprzyjaciela; byłoby dla nas najkorzystniejszem zaatakować wprost owe skrzydło prawe. Jeżeli uda nam się zdobyć wsie Kobelnitz i Sokolenitz, będziemy w możności, spaść znienacka na lewe skrzydło nieprzyjacielskie, goniąc je bez wytchnienia wzdłuż równiny, pomiędzy Schlapanitz i borem w Turas, omijając starannie wąwozy pomiędzy Schlapanitzem a Bellowitzem, które osłaniają czoło armji nieprzyjacielskiej. W tym celu jest więc niezbędnem... Idzie pierwsza kolumna... idzie druga kolumna... idzie trzecia kolumna...“
Tak czytał cicho, monotonnie, Weirother, podczas gdy zgromadzeni jenerałowie starali się nadaremnie połapać się i zrozumieć plan cały, przyczem robili miny nader kwaśne i mocno niezadowolone. Jasny blondyn, jenerał Bouxhewden, słuszny i postawy imponującej, stojąc z plecami o ścianę opartemi, wpatrywał się bezmyślnie w płomień jednej ze świec i udawał, że wcale wywodu nie słyszy. Obok niego Miłoradowicz, z twarzą mocno czerwoną, z wąsem nastrzępionym siedział z pewną żołnierską nonszalancją, z nogami szeroko rozstawionemi i z rękami spoczywającemi na obu kolanach. Ten badał zawzięcie Weirothera, swojemi oczami wypukłemi i świecącemi jak u żbika, lub przenosił wzrok kolejno na którego z jenerałów; żaden z nich jednak nie umiał sobie wytłumaczyć, co znaczy właściwie i co ma wyrażać to jego spojrzenie? Czy był za, czy przeciw planowi Weirothera? Czy był zadowolony, czy nie, z kroków przez niego obmyślonych? Najbliżej Weirothera siedział hrabia de Langeron. Był on typem najdoskonalszym Francuza z Prowancji. Uśmiech sarkastyczny nie schodził wcale z jego ust, a oczy skierował na złotą tabakierkę roboty nader misternej, ozdobioną na wierzchu piękną miniaturą, którą jego cienkie paluszki obracały bez ustanku. Podczas ustępu najdłuższego podniósł głowę cokolwiek i już chciał przerwać wywód Weirotherowi, z grzecznością, która zakrawała prawie na impertynencją. Jenerał austrjacki atoli, nie dał się zbić z tropu, nie przerwał czytania, tylko machnął ręką rozkazująco z brwiami groźnie ściągniętemi, jakby chciał powiedzieć:
— Potem, potem uczynisz mi jakie zachcesz uwagi, a teraz słuchaj i patrzaj na mapę! — Langeron zdumiony, podniósł oczy w górę, następnie spojrzał na Miłoradowicza, jakby od niego oczekiwał wytłumaczenia, a spotkawszy się z jego wzrokiem bezmyślnym i bez wyrazu, zwiesił smutno głowę na piersi i zaczął na nowo obracać w palcach tabakierkę.
— Lekcja jeografii! — mruknął niechętnie, niby głosem przyciszonym, dość głośno jednak, aby go wszyscy obecni słyszeć mogli.
Pszczebiszewski, trzymając rękę przy uchu w trąbkę zwiniętą, dla lepszego słyszenia, wyglądał na człowieka pełnego uszanowania, ale umiejącego przytem zachować miarę i nie poniżyć godności osobistej. Ten jeden rzeczywiście słuchał w ducha skupieniu, z całą uwagą. Dokturow małego wzrostu, skromny z natury, ale nie mniej woli żelaznej i odwagi nieustraszonej, pochylony nad mapą, starał się sumiennie wyuczyć terenu, którego nie znał zupełnie. Prosił kilka razy Weirothera, żeby mu powtórzył nazwy miejscowości, których nie był w stanie od razu zapamiętać. Zapisywał następnie rozmaite nazwiska wsi i miasteczek, w swojej książeczce.
Gdy po godzinie Weirother skończył nareszcie czytać, Langeron wstrzymał wirowanie swojej tabakierki. Ogólnikowo, jakby słów swoich nie stosował do nikogo specjalnie, zaczął wystawiać jasno i dobitnie, całą trudność w wykonaniu tego planu. Był on oparty na przypuszczalnej, ale niczem nie dowiedzionej obecności sił nieprzyjacielskich, tam, lub owdzie. Zbadać dokładnie jego pozycję, było wręcz niepodobieństwem, przenosił się bowiem co chwila gdzie indziej. Te zarzuty miały słuszną podstawę; celem ich jednak ubocznym, było najoczywiściej dać uczuć austrjackiemu jenerałowi, że odczytał swój plan z zarozumiałością profesora, gdy w szkole prawi o czemś swoim uczniom z katedry. Chciał mu również dowieść jak na dłoni, że nie ma do czynienia z głupcami, ale z ludźmi zdolnymi wytknąć mu w całym planie błędy strategiczne na każdym punkcie, w sztuce wojskowej popełnione. Kotuzow otworzył oko jak budzi się młynarz, skoro przestają turkotać monotonnie koła młyńskie. Wysłuchawszy zarzutów Langeron’a przymknął oko na powrót i spuścił głowę jeszcze niżej na piersi, dowodząc tem, jak mało interesuje go ta dyskusja.
Langeron siląc się aby dopiec i rozdrażnić Weirothera, wytykaniem mnogich błędów w jego planie, który autorowi tegoż wydawał się wprost genjalnym, dowodził dalej, że Bonaparte mógłby tak samo zaatakować pierwszy, zamiast czekać na atak ze strony armji sprzymierzonych. Wtedy zniszczyłby jednym zamachem wszelkie planu kombinacje. Weirother odpowiedział jedynie na zarzuty przeciwnika uśmiechem pełnym pogardy i lekceważenia.
— Gdyby mógł nas zaatakować, byłby to uczynił od dawna! — bąknął nareszcie.
— Jenerał sądzisz go zatem zbyt słabym? — wtrącił od niechcenia Langeron.
— Może mieć co najwyżej czterdzieści tysięcy! — odrzucił Weirother z niecierpliwością sławnego lekarza, któremuby jakaś kobiecina prawiła o skuteczności leków babskich, przez nią samą używanych.
— W tym wypadku, gubi się czekając na nasz atak — Langeron mówił dalej tonem wielce ironicznym.
Spojrzał znowu na Miłoradowicza, szukając w nim poparcia, ale ten był o sto mil myślami, od tej całej dyskusji.
— Ha! — dokończył Langeron — przekonamy się o tem jutro na placu bitwy.
W twarzy Weirothera, czytało się wyraźnie zdumienie i zgorszenie, że plan jego mógł napotkać u jenerałów rosyjskich zarzuty jakiekolwiek, skoro nie tylko on sam, ale nawet i obaj monarchowie, byli przekonani o jego dokładności i doskonałości.
— Ognie pogaszono w obozie nieprzyjacielskim, a jednak słyszy się tam hałas nieustanny — zauważył. — Czyż to może znaczyć co innego, jak to, czego się obawiamy, mianowicie, że albo myśli uciec, lub też zmienia pozycje dotychczasowe? Choćbyśmy nawet przypuścili, że zajmie pozycję w Turass, zaoszczędzi nam jedynie dużo mozoły, a nasze kroki i plan obmyślony w szczegółach najdrobniejszych, nie zmienia się przeto ani na cieńki włos!
— W jaki sposób jednak? — spytał Andrzej, który szukał od dawna sposobności wypowiedzieć swoje powątpiewania, co do planu Weirothera.
Kotuzow przerwał mu atoli, zbudziwszy się i kaszląc głośno.
— Panowie! — przemówił — nasze rozporządzenia na jutro... a właściwie na dziś, bo jest już godzina pierwsza po północy, nie dadzą się obecnie zmienić w niczem. Znacie je panowie i spodziewam się po was, że jak zawsze, spełnimy wszyscy swoją powinność. Nic zaś nie może być ważniejszem w przededniu walnej bitwy — zatrzymał się chwilę — nad mocny i smaczny sen.
Próbował podnieść się z krzesła. Jenerałowie pożegnali go niskim ukłonem i wyszli.

· · · · · · · · · · · · · · · · · · · ·

Owa narada wojenna, w której książę Andrzej nie miał czasu wypowiedzieć swojej myśli, zostawiła w jego duszy wielki niesmak, niepokój i wątpliwości, co do planu całego. Pytał się w duchu, przy kim właściwie była słuszność? Czy mówią prawdę Dołgorukow z Weirotherem, czy Kotuzow z Langeronem? Dla czego Kotuzow, póki była pora po temu, nie wypowiedział szczerze przed carem swojego zdania? — Czy to dzieje się tak zawsze — dumał dalej — że naraża się na chybił trafił tysiące egzystencji, a i moje życie między innemi, li dla interesu dworów i dla spraw osobistych monarchów?... Tak, mogą mnie zabić jutro!... — I nagle ta myśl o śmierci wywołała w jego duszy cały szereg wspomnień dalekich a rzewnych. Pożegnanie z ojcem, z żoną, jego pierwsze chwile poślubne i miłość ognista dla pięknej Lizy. Przypomniał sobie jej stan poważny. Rozczulił się mimowolnie nad żoną, nad sobą samym i wyszedłszy z domku, w którym mieszkał razem z Neświckim, zaczął przechadzać się po dworze.
Noc była mglista. Słaby, tajemniczy promień księżyca, starał się przebić szarą mgły oponę.
— Jutro! jutro! — powtarzał w duchu. — Może wszystko skończy się dla mnie, a wtedy i te wspomnienia przestaną istnieć razem ze mną... Jutro, czuję to, będę mógł okazać do czego jestem zdolny...
Wyobrażał sobie bitwę, straty poniesione, skupienie się walki w jeden punkt najważniejszy, zamięszanie i nieporadność wodzów.
— Nadchodzi dla mnie chwila pomyślna, dzień tak przezemnie niecierpliwie oczekiwany!...
Widział i słyszał siebie w dalszym ciągu błogich marzeń, jak wypowiada swoje zdanie jasno i dobitnie, w obecności Kotuzowa, obu monarchów, Weirothera i reszty dowódzców. Wszystkich uderzyła jasność jego poglądów, nikt jednak nie mógł zdobyć się na tyle odwagi, aby wziąć na własną odpowiedzialność planu wykonanie... On więc wybierał sobie pułk, nawet całą dywizją, stawiał warunki, aby nikt się nie odważył planów jego krzyżować, prowadził swój oddział w miejsce najważniejsze i odnosił świetne zwycięztwo!... A śmierć a konanie?... podszeptywał mu jakiś głos obcy, nieznany, tajemniczy... Książę Andrzej nie przestawał jednak marzyć błogo o swoich przyszłych tryumfach i powodzeniach. Jemu to powierzano w przyszłości obmyślenie planu bitwy następnej. Był dotąd wprawdzie tylko adjutantem przy boku Kotuzowa, ale on, Bołkoński, prowadził w bój wszystkich, i drugą bitwę tak samo wygrywano, rozbijając w puch nieprzyjaciela!... On podczas bitwy zastępywał i wyręczał Kotuzowa!... No! a potem? — przemawiał mu znowu do ucha ów głos tajemniczy — jeżeli nie będziesz ciężko rannym, lub nawet zabitym... potem co się stanie?... — Potem? — odpowiadał sam sobie książę Andrzej. — Nic nie wiem! i wiedzieć nie chcę! Nie moja wina, że pragnę sławy, że chcę miłości i uwielbienia ze strony ludzi; że radbym stać się wielkim i w kraju własnym niezapomnianym! To rzeczywiście jest mi w życiu celem jedynym! Nie zdradzę się z tem przed nikim, ale cóż na to poradzić, że sława i uwielbienie ludzi, wydaje mi się droższem nad wszystko w świecie? Śmierć, ciężkie rany, strata całej mojej rodziny, wszystko mnie nie przestrasza, bylem zdobył cel upragniony! Kocham niezaprzeczenie ojca, siostrę, żonę, a jednak, choćby to się dziwnem wydało niejednemu, poświęciłbym ich wszystkich dla jednej chwili tryumfu, zapewniającego mi sławę i cześć u ludzi, obcych mi, nieznanych, obojętnych najzupełniej, i którzy takimi dla mnie i nadal pozostaną!
Wytężył słuch, chwytając uchem każdy szelest w koło pomieszkania Kotuzowa. Rozróżniał głosy służby, zajętej pakowaniem furgonu. Uderzył go szczególniej głos stangreta, który naśmiewał się ze starego kucharza Kotuzowa, przekręcając jego nazwisko. Kucharz nazywał się Tit.
— Djabli by cię porwali dowcipniusiu! — mruknął starzec rozgniewany i podrażniony śmiechami obecnych.
— Tak to się dzieje na świecie — pomyślał Bolkoński. — Jeden wynosi się nad drugiego, sądząc się lepszym i wyżej urodzonym. Ja zaś radbym znaleść się po nad nimi wszystkimi, otoczony aureolą sławy tajemniczej, niespożytej, którą widzę niejako unoszącą się w mgle po nad moją głową!





XIII.

Rostow spędził noc tę wraz ze swoim oddziałem w forpocztach dywizji Bagrationa. Jego huzary stali na widecie zawsze po dwóch. On sam przejeżdżał się po przed linję wyciągniętą stępą, aby zwalczyć sen, który morzył go nieustannie. W tyle na szerokiej przestrzeni, świeciły tu i owdzie w gęstej mgle ognie w rosyjskim obozie. Przed nim zaś i z boków rozścielały się cienie nocy okiem nie przebitej. Mimo wszelkich usiłowań, aby dojrzeć cokolwiek wśród pomroku, nic nie widział. Czasem zdawało mu się, że spostrzega jakąś jasność nieokreśloną, jakieś płomyki w dali migocące; naraz wszystko znikało, i on musiał przyznać sam przed sobą, że było to li złudzeniem jego podnieconej wyobraźni. Oczy mu na nowo kleił sen nieprzezwyciężony, a bujna fantazja przedstawiała mu to cara, to Dennisowa, to jego najbliższą rodzinę... Gdy po chwili oczy gwałtem otwierał, nie mógł dopatrzeć niczego, prócz łba swego konia, który strzygł uszami niespokojnie i cieniów długich swoich żołnierzy. Zresztą otaczała go ta sama noc wzrokiem nieprzenikniona.
— Dla czegożby mnie nie miało spotkać coś niepodobnego, co tylu innych spotkało? — wmawiał w siebie. — Dla czegóż nie miałbym znaleść się trafem szczęśliwym na drodze cara, on zaś dałby mi polecenie, jak pierwszemu lepszemu oficerowi, ja bym takowe wykonał, zbliżając się tym sposobem do jego dostojnej osoby! Oh! gdyby to uczynił, jakbym ja czuwał nad nim, jakbym mu zawsze mówił szczerą prawdę, jakbym zdzierał maskę z otaczających go obłudników i oszukańców!
Rostow, aby sobie przedstawić wyraźniej swoją miłość i gotowość poświęcenia wszystkiego dla monarchy, widział siebie walczącego ze zdrajcą Niemcem; policzkował go, a w końcu zabijał w oczach cara. Krzyk gdzieś w dali zbudził go nagle. Drgnął nerwowo:
— Gdzież to ja jestem? — szepnął. — Aha! na forpocztach! Hasło i odzew: „Timon i Ołomuniec“... Co za fatalność, że mój szwadron zostaje jutro w rezerwie! Może właśnie podczas bitwy miałbym sposobność zbliżyć się do cara? Za chwilę zluzują mnie... Pójdę prosić jenerała, żeby mnie przydzielił na jutro do innego szwadronu.
Poprawił się na siodle i raz jeszcze przejechał się wzdłuż linji rozciągniętej przez jego huzarów. Noc wydała mu się teraz mniej ciemną. Dostrzegał na lewo w mglistych konturach, czegoś w rodzaju łagodnej pochyłości. Naprzeciw wznosił się prostopadle wzgórek dość wysoki, odbijający się czarno na widnokręgu, a na jego płaskim szczycie świeciła biała plama z czego nie umiał sobie zdać sprawy na razie. Czy to polanka wśród lasu oświetlona promieniem księżyca? Czy domy pobielone? Czy też warstwa śniegu po prostu? Zdawało mu się nawet, że coś się tam rusza.
— Plama biała... hm! hm!... — mruczał prawie przez sen. — Śnieg na pewno!... hm! hm! plama biała!...
Powtórzył machinalnie zasypiając na nowo.
— Nataszka — szeptał rozmarzony. — Ona nie zechce mi wierzyć, żem widział na krok od siebie cara!...
— Na prawo, wasza miłość... tu są krzaki! — zawołał na niego jeden z huzarów, gdy go mijał właśnie.
Ocknął się i podniósł głowę. Czuł że nie jest w stanie opanować snu, który go morzył.
— Trzeba myśleć o czem innem. Ale o czem? — rzekł cicho, trąc oczy gwałtownie. — W jaki sposób przemówię do cara?... Nie! tak byłoby źle... niestosownie!...
Głowa opadła mu znowu na piersi, w tem w pół śnie zdawało mu się że ktoś strzela do niego i krzyknął głośno budząc się ze snu gwałtownie!
— Kto idzie!?...
Usłyszał w tej samej chwili, tam gdzie spodziewał się, że musi znajdować się nieprzyjaciel, krzyki rozgłośne i nawoływania tysiąca ludzi. Koń jego i ten obok, na którym siedział huzar, zastrzygły uszami niespokojnie. W miejscu skąd krzyki się rozchodziły błysnął i zagasł natychmiast płomień samotny. Później tu i owdzie ognie zabłysły, cała linja wojska nieprzyjacielskiego, na pagórku rozstawiona oświetliła się nagle niby wężem płomienistym, krzyki zaś stawały się coraz głośniejsze. Rostow mimo odległości zrozumiał, że nawołują się wzajemnie w języku francuzkim, chociaż w tym niesłychanym wrzasku i harmiderze, nie mógł słów odróżnić.
— Co to może być? Cóż ty o tem sądzisz? — spytał huzara obok. — Zdaje się, że tam rozłożył się nieprzyjaciel?... Słyszysz go? — dodał, nie odbierając z razu odpowiedzi.
— Et! kto go tam wie, wasza miłość! — huzar bąknął apatycznie. — Sądząc z kierunku, to muszą krzyczeć Francuzi?... — Może oni, a może kto inny!... W nocy, to tam dzieją się rzeczy niestworzone! No! tylko mi nie zacznij brykać i głupstw nie wyprawiaj! — ściągnął mocniej konia, który niespokojnie grzebał ziemię, parskając raz po raz.
Tak samo niepokoił się i koń Rostowa. Rżał, bił kopytem ziemię zamarzniętą i strzygł uszami. Krzyki wzmagały się z każdą chwilą, zlewając się w jeden akord potężny, jaki mogą li utworzyć tysiące piersi ludzkich. Ognie rozpalano na całej linji. Rostow ocknął się wreszcie ze snu, słysząc teraz najwyraźniej okrzyki radośne i pełne tryumfu w obozie nieprzyjacielskim:
— Niech żyje cesarz! Niech żyje!
— Hm, muszą być ztąd niedaleko... ot, tam, za strumykiem — rzekł Rostow do huzara.
Ten westchnął za całą odpowiedź i zaczął mruczeć jak niedźwiedź w złym humorze, gdy go psy ruszą z legowiska.
Ktoś nadjeżdżał konno. Usłyszał głuchy tentent i naraz wyłoniła się z mgły postać, która wydała mu się olbrzymią. Był to ordynans zapowiadający mu przybycie jenerałów. Rostow spiesząc naprzeciw nich, obejrzał się raz jeszcze na ognie w obozie nieprzyjacielskim. Bagration z Dołgorukowem, w towarzystwie swoich adjutantów, zapragnęli przypatrzeć się bliżej, tej dziwacznej, płomienistej fantasmagorji i przysłuchać się wrzaskom obozu nieprzyjacielskiego. Rostow podjechał do Bagrationa, a zdawszy mu raport dokładny, przyłączył się do jego świty, słuchając rozmowy dwóch wodzów.
— Wierz mi książę — upierał się przy swojem zdaniu Dołgorukow — że to tylko prosty fortel wojenny. Cofnął się najniezawodniej, rozkazując tylnej straży pozapalać ogniska i narobić dużo wrzasku, aby nas oszukać.
— Trudno mi jakoś w to uwierzyć — odparł Bagration. — Zajmują ów wzgórek od wczoraj. Gdyby mieli się cofać, byliby opuścili i tę pozycją. Panie poruczniku — zwrócił się do Rostowa — czy forpoczty są tam dotąd?
— Były wczoraj wieczorem wasza ekscellencjo. Teraz nie mógłbym twierdzić o tem na pewno. Czy mam to zbadać na miejscu wraz z moimi huzarami?
Bagration starał się nadaremnie dojrzeć twarzy Rostowa.
— Dobrze, jedź pan — rzekł po chwili zastanowienia.
Rostow puścił się galopem. Przywołał podoficera i dwóch huzarów, rozkazując im towarzyszyć mu w wyprawie. Zjechał z góry kłusem wyciągniętym, w kierunku, skąd dochodziły ich krzyki i nawoływania. Miotał nim niepokój, a jednocześnie upajało go uczucie rozkoszne, gdy tak tonął w ciemności wraz ze swoimi huzarami, wśród mgły pełnej tajemnic i niebezpieczeństw. Bagration nakazał mu, stojąc na pagórku, żeby nie przekraczał granicy naturalnej, którą tworzył strumień. Udał jednak, że rozkazu nie słyszy. Jechał i jechał naprzód. Krzaki wydawały mu się wielkiemi drzewami, wklęsłości i wypukłości wąwozu brał za ludzi. Gdy znalazł się u stóp góry, niewidział już nikogo, ani swoich, ani obozu nieprzyjacielskiego. Natomiast usłyszał o wiele wyraźniej głosy obce. O kilka kroków od siebie, zdawało mu się, że widzi rzekę. Gdy nadjechał bliżej, przekonał się, że to bieleje gościniec murowany. Zatrzymał się przez chwilę, niepewny w którą stronę ma się udać? Czy jechać gościńcem, czy też na przełaj prosto ku górze naprzeciw? Byłoby mędrzej trzymać się gościńca, świecącego wśród mgły i na którym można było widzieć wszystko dokładnie.
— Jechać za mną — rzekł krótko.
Puścił się drogą galopem, tam właśnie gdzie od wczoraj stała pikieta francuzka.
— Oto są, wasza miłość — szepnął jeden z huzarów.
Rostow miał czas zaledwie dopatrzeć w pomroku punktu czarnego, gdy błysnęło na panewce, padł strzał i kula świsnęła mu koło ucha, niby od niechcenia, gubiąc się gdzieś wysoko w mgły tumanach. Błysnęło powtórnie. Tym razem jednak spaliło na panewce. Rostow zawrócił konia, i popędził nazad. Cztery strzały padły w kierunkach rozmaitych, a kule świstały na różne tony. Rostow wstrzymał na chwilę konia, tak samo jak i jeździec rozognionego, zmuszając go iść stępą.
— Ho, ho! jeszcze i jeszcze — zawołał wesoło.
Nagle ustała strzelanina. Puścił się znowu galopem, osadził konia o krok przed Bagrationem, salutując według regulaminu.
Dołgorukow bronił dotąd zawzięcie swojego mniemania:
— Francuzi cofnęli się i tylko na to ognie pozapalali, aby nas w pole wyprowadzić. Mogli przecież opuszczając stanowisko, zostawić po za sobą nieliczne pikiety.
— W każdym wypadku, nie wszyscy odeszli mości książę — bąknął Bagration. — Zresztą przekonamy się jutro...
— Pikieta jest dotąd na wzgórzu, wasza ekscellencjo, w tem samem miejscu, co wczoraj — zaraportował Rostow, nie mogąc wstrzymać się od błogiego uśmiechu, że spisał się tak gracko i nie przestraszył się wcale kul przelatujących niby rój os koło ucha.
— Dobrze, dziękuję ci panie poruczniku.
— Ekscellencjo — odezwał się Rostow — chciałbym prosić...
— O cóż takiego?
— Mój szwadron zostanie w rezerwie... Błagam o łaskę przydzielenia mnie do szwadronu pierwszego.
— Nazwisko?
— Hrabia Rostow.
— Ah! i owszem! bardzo chętnie! Zatrzymam cię przy sobie poruczniku, jako ordynansa.
— Jesteś synem Stefana Andrzejewicza, nieprawdaż? — spytał Dołgorukow. — Tylko że...
Rostow, nie odpowiadając tamtemu, zwrócił się do Bagrationa:
— Mogę zatem mieć nadzieję, wasza ekscellencjo?
— Ależ na pewno! Wydam rozkaz odpowiedni natychmiast!...
— A zatem jutro! już jutro, mogą mnie posłać do cara z jakiemkolwiek poleceniem. Dzięki niebu! — rzekł sobie w duchu, nie posiadając się z radości.
Krzyki i ognie w obozie nieprzyjacielskim, spowodowało odczytanie odezwy Napoleona. W czasie odczytu tejże cesarz objeżdżał konno cały obóz. Żołnierze skoro go spostrzegli, zapalali pochodnie ze słomy na prędce skręcane i szli za nim z okrzykami radośnemi. — „Niech żyje cesarz!“ — Rozkaz dzienny mieścił w sobie odezwę Napoleona, w tych słowach:
„Żołnierze!“
„Mamy przed sobą armję rosyjską, która chciałaby pomścić na nas porażkę armji austrjackiej pod Ulmem. Są to te same oddziały, które pobiliście już raz pod Hollabrünn, i które odtąd ścigaliście aż tutaj“.
„Zajmujemy stanowiska potężne, i w chwili kiedy oni pomaszerują, aby zajść mi od prawego skrzydła, odsłonią swój cały bok. Żołnierze! ja sam poprowadzę w bój wasze bataljony! Będę trzymał się zdaleka od ognia, jeżeli ze zwykłą u was odwagą nieustraszoną, potraficie wnieść od razu popłoch i zamięszanie w szeregi nieprzyjacielskie. Jeżeliby jednak miało się chwiać bodaj przez chwilę zwycięstwo, zobaczylibyście waszego Cesarza narażającego się na najwyższe niebezpieczeństwo, idącego śmiało naprzód wśród gradu kul! Musimy bowiem zwyciężyć w tym dniu, szczególniej, gdzie idzie o honor piechoty francuzkiej, a ten honor obchodzi całą Francją“.
„Niech mi się nikt nie waży łamać i opuszczać szeregów, pod pozorem unoszenia rannych z pola bitwy. Każdy powinien być tą myślą przenikniony do głębi, że trzeba koniecznie pobić tych angielskich najemników, którzy za pieniądze Wielkiej Brytanji, pałają tak straszną nienawiścią do naszego narodu!“
„Tem zwycięstwem zakończymy kampanję obecną. Będziemy mogli odpocząć po trudach, na leżach zimowych, gdzie połączą się z nami nowozaciężne szeregi, które tworzą się obecnie po całym kraju. Wtedy pokój który zawrę, będzie godnym mego narodu, was i mnie“.

„Napoleon“.






XIV.

Była piąta godzina z rana. Panowała jeszcze ciemność zupełna. Oddziały z centrum, rezerwa i prawe skrzydło Bagrationa, stały dotąd nieporuszone. Za to na skrzydle lewem, szeregi piechoty, konnicy i artylerja budziły się ze snu i zaczynały się ruszać pospiesznie. Im to bowiem wydano rozkaz zaatakowania prawego skrzydła Francuzów i wyparcia z zajętego stanowiska, według planu wypracowanego tak mozolnie przez Weirothera. Mieli oni zapędzić nazad Francuzów w niedostępne góry czeskie. Było bardzo zimno, ciemno i ponuro. Oficerowie kończyli na prędce śniadanie i połykali parząc podniebienie gorącą herbatę. Żołnierze gryźli na umor swoje suchary, uderzając nogą o nogę aby rozgrzać trochę członki skostniałe. Kto mógł cisnął się do ognisk, w które wrzucano z kolei krzesła połamane, stoły, części kół, beczki próżne, słowem: to wszystko, czego zabrać nie było można, lub co już żadnej wartości nie przedstawiało. Z ognisk wydobywały się kłęby dymu czarnego i w oczy gryzącego. Przybycie do obozu przewodników austrjackich, dało hasło do wymarszu. Ruszały się całe pułki. Żołnierze porzucali ogniska, chowali fajki na krótkich cybuszkach za cholewy od butów i składali do furgonów swoje manatki. Jaki taki chwytał za karabin, stając porządnie do szeregu. Oficerowie zapinali szczelnie mundury, zacieśniali pasy, zakładali na ramię ładownice i przebiegali szeregi z dokładnością drobiazgową. Luzaki i reszta służby wojskowej zaprzęgali konie do wozów, pchając w nie ile się tylko dało.
Adjutanci, pułkownicy, jenerałowie, wsiadali na koń, żegnali się trzykrotnie, rozdawali ostatnie rozkazy, polecenia i przestrogi swoim podwładnym, i kolumny maszerowały jedna za drugą, podług taktu wybijanego tysiącem stóp. Nikt nie wiedział dokąd dąży, nawet niczego nie widział przed sobą, tak gęsta była mgła, podszyta w dodatku pełzającemi po ziemi dymami.
Żołnierz w marszu, jest tak obostrzony, co do działania osobistego, jak majtek na okręcie, tak samo ciągnie go i popycha pułk jego. Marynarz widzi zawsze przed sobą ten sam pomost, ten sam maszt i te same liny okrętowe. Żołnierz mimo olbrzymich nieraz przestrzeni, grożących najwyższem niebezpieczeństwem, które przebyć musi, ma wiecznie obok siebie tych samych towarzyszów, tego samego sierżanta nad sobą, psa trzymającego się wiernie jednej kompanji i tego samego pułkownika. Majtek rzadko kiedy jest ciekawy zbadać bliżej i najczęściej nie zdaje sobie sprawy z olbrzymich wodnych przestrzeni, na których buja jego okręt. Jednak w dniu bitwy, tak u jednego, jak u drugiego, nie wiedzieć skąd i jakim sposobem, odezwie się struna serdeczna, zabrzmi nutą dziwnie wzniosłą i poważną; struna moralnego „ja“, która musi drgnąć w każdym człowieku, gdy zbliża się do czegoś nieznanego mu, a nieuniknionego i koniecznego, co w nim obudza niezwykły niepokój. W dniu tym, jest nerwowo podniecony, rozgorączkowany. Patrzy, nadsłuchuje, pyta i radby zbadać, radby zrozumieć to „coś“, co się dzieje po za ciasnym obrębem, jego zajęć codziennych.
Mgła była tak gęstą, że pierwsze dnia brzaski nie były w stanie jej przeniknąć. Nikt niczego nie rozróżniał na odległość dziesięciu kroków. Krzaki przydrożne przemieniały się w olbrzymie drzewa, doliny wyglądały na jary i pagórki, i można było znaleść się nagle, kiedy by się tego najmniej spodziewano, oko w oko z nieprzyjacielem. Wojska sprzymierzone szły długo tonąc w tych chmurach mlecznych. To w dół schodziły, to pięły się do góry. Ocierały się kolumny maszerujące, o ogrody, o mury jakichś nieznanych miejscowości, a nigdzie nie napotkały nawet na ślad jakikolwiek nieprzyjaciela. Na przedzie, w tyle, z boków, żołnierz słyszał ruskę mowę, czuł w koło samych „swoich“ i radował się w głębi duszy, że ich tak wielu dąży w to samo miejsce nieznane, w tym samym celu osłoniętym tajemnicą.
— Słyszałeś? Oto nadchodzą ci z Kurska — szeptano sobie na ucho w szeregach.
— Ah! to coś straszliwego, ile jest razem naszego wojska! — zauważył inny. — Gdy wczoraj pozapalano ognie w obozie, patrzyłem i chciałem zliczyć... Aha! prędzej byś zliczył bratku ziarnka maku po całem polu rozsiane! Cała Moskwa wali na Francuza! mówię ci!
Żołnierze szli dziarsko i wesoło, jak zwykle idzie się zrazu, gdy ma się nieprzyjaciela zaatakować, nie czekając na jego zaczepkę. Dowódzcy jednak, jeszcze się wcale nie byli zbliżyli do szeregów, i nie zachęcili żołnierzy, nie dodali im ducha, ani jednem słowem. Ci wszyscy, których widzieliśmy zebranych na radzie wojennej, byli rzeczywiście w najgorszym humorze, niezadowoleni w najwyższym stopniu z całego planu. W ponurem milczeniu postępowali na czele swoich oddziałów, wykonywując li rozkazy wydane. Po za tem, ani im w głowie postało, trudzić się przemawianiem do żołnierzy. Upłynęła w ten sposób dobra godzina. Czoło armji zatrzymało się nagle, i odczuło natychmiast instynktowo ogromne zamięszanie, i wielki nieład. Trudnem byłoby do wytłumaczenia, w jaki sposób to uczucie zrazu nieokreślone, stało się wkrótce pewnością niezaprzeczoną. Dość na tem, że biegło i przenikało coraz dalsze szeregi, niby niewidzialna iskra elektryczna, niby strumień zbierający gwałtownie w górze, i rozlewający się w dolinie coraz szerszem korytem. Gdyby armja rosyjska była się znalazła samą, bez sprzymierzeńców, byłoby prawdopodobnie upłynęło więcej czasu, zanimby podobne przypuszczenie stało się faktem dokonanym. W tym atoli wypadku, doznawano złośliwego zadowolenia, całkiem zresztą naturalnego. Wszak mogli wszystko zwalić na Niemców! Każdy był najmocniej przekonany, że to fatalne zamięszanie, zawdzięcza jedynie „piwoszom i zjadaczom kiełbasek“ (jak powszechnie Niemców nazywano).
— Mądry plan! nie ma co mówić!... — sarkał jeden.
— Co tam u djabła zawadza nam na środku drogi?! — klął drugi. — Czy Francuzi?... Ale nie, bo byliby już na nas sypnęli kulami... Pędzili nas, pędzili, jak nieboskie stworzenia, a teraz każą stać w czystem polu! Ci przeklęci Niemcy, wiecznie wszystko przekręcą! Czy im djabeł łby pozawracał?!... Trzeba było ich wysłać naprzód, nie zostawiać z tyłu za nami!... I każą nam czekać o głodzie i o chłodzie!... Ciekawym jak to długo potrwa?... Na masz! nowy bal! konnica stanęła teraz na poprzek drogi!... Djabli by wynieśli wszystkich Szwabów, którzy nie znają kraju własnego!
W ten sposób wyrzekali oficerowie, a najbardziej szeregowcy.
— Która dywizja? — spytał jeden z adjutantów, przyleciawszy przed szeregi na zziajanym koniu!
— Ośmnasta!...
— A cóż tu stoicie do kaduka! Powinniście byli być stąd o dobrą milę! Teraz już nie przejdziecie do samej nocy.
— To mi dopiero mądre rozkazy! Sami nie wiedzą, co robią! — mruczał adjutant odjeżdżając stępą.
To znowu wrzeszczał i piorunował jakiś jenerał na Niemców, a że nie umiał wcale ich języka, powtarzał raz po raz pieniąc się z gniewu:
— Taffa laffa! Taffa laffa!
— Albo to dobry chrześcjanin zrozumie ten ich szwargot djabelski? — zauważył jeden z żołnierzy, wzruszając miłosiernie ramionami. — Żeby tak na mnie, kazałbym wystrzelać to psiarstwo, co do nogi!
— Mieliśmy stanąć na miejscu o dziewiątej rano, a tu po dziesiątej, my zaś zrobiliśmy ledwie połowę drogi!... Ślicznie nas prowadzą!...
Ze wszech stron słyszało się tylko podobne wyrzekania i złorzeczenia Niemcom. Zapał pierwotny zmieniał się zwolna w żołnierzach w najwyższe rozdrażnienie, spowodowane idjotycznemi rozporządzeniami, które pochodziły rzeczywiście od Niemców.
Całe owe zamięszanie sprawiła konnica austrjacka, przez fałszywy manewr ku rosyjskiemu lewemu skrzydłu. Główni dowódzcy, znalazłszy czoło armji rosyjskiej zbyt oddalone od prawego skrzydła, kazali cofnąć się całej konnicy, i skierowali takową ku lewemu skrzydłu. W skutek tego rozkazu, kilka tysięcy koni przesuwało się pomiędzy kolumnami piechoty, wstrzymując ją w pochodzie.
Jeden z jenerałów rosyjskich skłócił się na dobre z tego powodu z przewódzcą austrjackim. Rosjanin krzyczał w niebogłosy, żeby konnica stanęła, póki nie przejdzie rosyjska piechota. Austrjak składał się, że w tem nie ma jego winy, tylko taki rozkaz wydano mu z góry. Tymczasem wojsko stało w miejscu, i stało! milczące, ponure, ostygając zwolna i tracąc animusz, którym zrazu pałało. Po godzinie stania w polu, kolumny ruszyły dalej, zchodząc coraz głębiej w wąwóz. Tu mgła opadająca, stawała się coraz gęstszą, podczas kiedy u góry niebo było już zupełnie jasne, bez jednej chmury. Naraz wśród mgły okiem nieprzebitej rozległ się strzał pierwszy, za nim dalsze w nierównych odstępach. Później zaczął się ogień rotowy gęsty i ciągle podsycany, powyżej strumienia pod Goldbach.
Nikt nie liczył na spotkanie się w tem miejscu z nieprzyjacielem. Gdy wojsko rosyjskie wpadło tak znienacka na niego, nie zachęcone ani jednem słowem przez swoich dowódzców, a pod wpływem przykrego uczucia, że zostało niepotrzebnie w drodze zatrzymane, nie widząc nikogo przed sobą, otoczone mlecznemi kłębami mgły okiem nieprzebitej, odstrzeliwało się leniwo, nie spiesząc się wcale. To szło naprzód, to stawało, odbierając rozkazy z góry, zawsze po niewczasie. Tak samo bowiem i adjutanci wysyłani z rozkazami, błądzili w mgle, szukając nadaremnie dywizji i tych, którzy niemi dowodzili. Ten smutny los podzieliły trzy pierwsze kolumny, schodzące w wąwóz coraz niżej. Czy nieprzyjaciel był rzeczywiście oddalonym od nich z centrum swojej armji o dziesięć wiorst, jak niektórzy twierdzili? Czy też był tuż blisko, zakryty mgłą przed ich wzrokiem? Nikt o tem nie wiedział aż do godziny dziesiątej z rana. Czwarta kolumna, którą dowodził sam Kotuzow, zajęła była płaszczyznę powyżej Pratzen’u.
Gdy to wszystko działo się w szeregach armji rosyjskiej, Napoleon otoczony swoimi marszałkami stał na wzgórzu pod Schlapanitz. Po nad głową miał niebo lazurowe. Olbrzymia tarcza słoneczna, niby łódź płynąca aby podpalać okręty, kołysała się nad mgły mlecznemi bałwanami. Ani wojsko francuzkie, ani Napoleon, otoczony swoim głównym sztabem, nie znajdowali się z tamtej strony strumienia i wąwozów, pomiędzy wsiami Sokolenitz i Schlapanitz. A według planu, armja sprzymierzonych miała zająć właśnie to stanowisko, i zacząć atak. On zaś tymczasem umieścił się wręcz przeciwnie wszelkim planom i kombinacjom Weirothera, tak zaś blisko armji rosyjskiej, że mógł stojąc na pagórku, rozróżnić gołem okiem oficera od prostego szeregowca. Miał na sobie ów historyczny surdut szary, w którym odbył poprzednio całą włoską kampanją. Siedział na koniu niewielkim, siwym, ale ognistym, czystej krwi Arabczyku. Stał na samym przedzie, o dwa kroki od swoich marszałków. Wpatrywał się bystro i przenikliwie w głębokiem milczeniu, w kontury wzgórz, które wyłaniały się zwolna z mgły tumanów. Tam ruszały się kolumny rosyjskie. Wytężał słuch, zwracając baczną uwagę na ogień z ręcznej broni, rozpoczęty poniżej wyżyny pagórkowatej. W jego twarzy marmurowej, nieprzeniknionej, jeszcze bardzo chudej w owej epoce, ani jeden muszkuł nie drgnął. Oczami błyszczącemi fiksował zawzięcie jeden punkt. Jego przewidywania ziściły się co do joty. Znaczna część wojsk rosyjskich zeszła była w wąwóz, i maszerowała dalej ku stawom. Część druga, porzucała właśnie płaszczyznę w Pratzen, którą Napoleon chciał zaatakować, uważając ją za punkt najważniejszy. Widział defilujące i świecące w pośród mgły, tysiące bagnetów rosyjskich, które następnie tonęły w tem morzu mlecznem, schodząc coraz niżej w wąwóz. Według raportów odebranych w wilją, według turkotu kół i odgłosu kroków, co wszystko słyszały dokładnie francuzkie forpoczty, po chaotycznym nieładzie, panującym w szeregach nieprzyjacielskich, zrozumiał i odgadł z łatwością Napoleon, że armja sprzymierzonych sądziła iż znajduje się Bóg wie jak daleko. Wiedział i o tem, że kolumny schodzące z płaszczyzny w Pratzen tworzą czoło armji rosyjskiej, to zaś czoło jest dostatecznie bezsilnem, aby mógł je zaatakować z wszelką nadzieją zwycięstwa... a jednak nie dawał dotąd sygnału, żeby atak rozpocząć.
Był to dla niego dzień nader ważny i pamiętny... rocznica jego koronacji. Usnął był nad ranem snem twardym, pokrzepiającym, i obudził się lekki, wypoczęty, wesół, ufny w swoją gwiazdę, w tem szczęśliwem usposobieniu umysłowem, w którem wszystko wydaje nam się możliwem, i rzeczywiście wszystko zwykło się udawać. Kazał sobie podać konia, i pojechał zbadać pole działania. Twarz jego zimna i spokojna, dowodziła swoją nieruchomością, że czuje się szczęśliwym w tej chwili i pewny zwycięstwa, na które zasłużył w zupełności. Tak błogi wyraz malował się w całej jego fizjognomji, jaki miewa twarz gołowąsego młodzieniaszka, gdy czeka z sercem bijącem rozkosznie, na pierwszą schadzkę miłosną.
Skoro słońce zajaśniało w całym blasku, uwolniwszy się zupełnie z mglistych obsłon i oświetliło widnokrąg snopem złocistych promieni, Napoleon, który zdawał się czekać li na tę chwilę, zdjął rękawiczkę ze swojej ręki białej, kształtnej i arystokratycznej, bez zarzutu... a skinąwszy nią od niechcenia, dał znak, żeby atak rozpocząć. Marszałkowie w towarzystwie swoich adjutantów, pogalopowali w różnych kierunkach, a w kilka minut później, czoło armji francuzkiej posuwało się szybko ku płaszczyźnie w Pratzen, którą porzucili przed chwilą Rosjanie schodząc na lewo w dolinę.





XV.

O ósmej z rana Kotuzow udał się konno do Pratzen, na czele czwartej kolumny, którą dotychczas dowodził Miłoradowicz. Miała ona rozkaz zastąpić kolumny Pszczebiszewskiego i Langeron’a, które znajdowały się już w nizinie. Powitał żołnierzy z pułku pierwszego i wydał rozkaz wymaszerowania, okazując tem samem chęć dowodzenia kolumną osobiście. Zatrzymał się we wsi Pratzen. Do jego świty należał i książę Andrzej, podniecony, rozgorączkowany, pełen zapału, ale na pozór spokojny i zimny, jak zwykle wygląda każdy, gdy czuje się bliskim celu upragnionego. Dzień który się rozpoczynał, (był tego najpewniejszy), miał być jego Tulonem lub mostem w Arcole. Kraj i położenie wojsk rosyjskich, były mu znane tak dokładnie, jak każdemu z wodzów naczelnych. Co do jego planu strategicznego, którego nie mógł chwilowo wykonać, zapomniał o nim z kretesem. Ścigając w myśli plan Weirothera, pytał się w duchu, jakie też nastąpią zwroty i wypadki niespodziewane, które podadzą mu sposobność, popisać się z niezwykłą energją i szybkością w orjentowaniu się, jak też i w wykonywaniu poleceń w danym razie?
Na lewo u stóp góry, wśród gęstej mgły, jakieś wojska niewidzialne, zamieniały z sobą strzały karabinowe.
— Tam — mówił sobie — skoncentruje się bitwa. Tam okażą się zapory, trudności niepokonane, i w to miejsce wyszlą mnie z brygadą lub z dywizją. Wtedy ze sztandarem w ręce, puszczę się naprzód, rozbijając w puch, wszystko i wszystkich po drodze! — Tak wyraźnie snuły się przed nim obrazy wywołane bujną fantazją, że widząc defilujące bataljony, nie mógł wstrzymać się od pomyślenia: — Może właśnie z tym tu sztandarem rzucę się na nieprzyjaciela?
Ziemię pokrywał lekki szron. Topił się zwolna, przemieniając się w rosę nader obfitą. Wąwóz atoli, tonął dotąd w mgle okiem nieprzebitej. Tam niczego nie można było dopatrzeć, szczególniej na lewo, dokąd schodziły kolumny rosyjskie, i gdzie odzywało się strzelanie z ręcznej broni. Nad ich głowami tymczasem słońce jaśniało już w całym blasku, wśród nieba lazurowego. W dali, naprzeciw armji sprzymierzonych, wyłaniając się z mgły, rysowały się niepewnemi konturami gór wierzchołki, okryte lasami. Tam miano zastać nieprzyjaciela. Na prawo, gwardja przyboczna tonęła w tem morzu mlecznem, zostawiając jedynie po swojem przejściu, słabe echo kroków żołnierzy maszerujących. Na lewo, z po za wioski, wysuwała się tłumnie konnica, znikając tak samo po chwili w mglistych osłonach. Piechota płynęła i płynęła z tyłu i z przodu. Kotuzow był przytomny defiladzie wojska, tuż przy wyjściu z wsi. Był widocznie strudzony, wycieńczony i w najwyższym stopniu rozdrażniony. Zatrzymała się nagle przed nim piechota, nie odebrawszy na to rozkazu, prawdopodobnie w skutek jakiejś przeszkody na drodze, którędy kolumny miały przechodzić.
— Wydaj-że nareszcie rozkaz jenerale, żeby podzielono się na bataljony, i żeby piechota przeszła po za wieś! — odezwał się szorstko i sucho Kotuzow do dowodzącego, który zbliżał się ku niemu. — Czyż tego nie rozumiesz, że nie podobna rozwijać się w ten sposób w ulicach wiejskich, gdy maszeruje się na nieprzyjaciela?
— Liczyłem właśnie na to, wasza ekscellencjo, że ustawię moją kolumnę w szyku bojowym przed wsią.
Kotuzow uśmiechnął się z gorzkim sarkazmem:
— Cudowny pomysł, rzeczywiście, rozwijać front przed nosem nieprzyjacielowi.
— Ależ nieprzyjaciel jeszcze bardzo daleko, wasza dostojna ekscellencjo. Zresztą, według rozporządzeń...
— Jakich, czyich rozporządzeń? — przerwał mu Kotuzow gwałtownie. — Kto ci to powiedział?... Czyń jenerale, co ci rozkazują.
— Będę posłuszny — odrzucił złajany, salutując pokornie wodza naczelnego.
— Mój drogi — szepnął Neświcki na ucho Bołkońskiemu — nasz staruch dzisiaj w psim humorze.
Wyższy oficer austrjacki, w białym mundurze, z olbrzymim pióropuszem z piór zielonych, podjechał w tej chwili do Kotuzowa, pytając ze strony cesarza, czy czwarta kolumna wzięła już udział w ruchu?
Kotuzow odwrócił się od niego, nic nie odpowiedziawszy. Wzrok jego padł przypadkiem na Bołkońskiego. Rozjaśniła mu się twarz natychmiast, jakby chciał okazać swojemu ulubieńcowi, że zły humor, jego w niczem nie dotyczy:
— Chciej przekonać się, mój drogi — przemówił łagodnie — czy trzecia dywizja przeszła już po za wieś. Każ jej się wstrzymać i czekać na moje rozkazy. Spytaj się również dowodzącego — schwycił go za rękaw, zatrzymując — spytaj, czy ustawił na przedzie tyraljerów i co robią... co robią? — powtórzył machinalnie, nie troszcząc się wcale o wysłannika austrjackiego.
Książę Andrzej, minąwszy pierwsze bataljony, zatrzymał trzecią dywizję i przekonał się, że tyraljerów nie było rzeczywiście na przedzie kolumny. Dowódzca osłupiał, usłyszawszy rozkaz Kotuzowa, żeby ich naprzód wysunąć. Był najpewniejszy, że przed nim jest mnóstwo wojska, nieprzyjaciel zaś oddalony od nich przynajmniej o dziesięć wiorst. On bo widział li przed sobą przestrzeń zupełnie pustą, która zdawała się lekko zniżać i którą osłaniała mgła gęsta. Książę Andrzej powrócił natychmiast z raportem do wodza naczelnego, którego zastał w tem samem miejscu. Starzec siedział ciężko na koniu, zgjęty we dwoje, znużony i osłabiony. Wojsko stanęło, a żołnierze poustawiali broń w kozły.
— Dobrze, dobrze — rzekł krótko, raport wysłuchawszy.
Zwrócił się do Austrjaka, który z zegarkiem w ręce, zapewniał uroczyście, że czas najwyższy maszerować dalej, skoro wszystkie kolumny od lewego skrzydła, zeszły już z góry na dół.
— Nic nas nie nagli, ekscellencjo — Kotuzow bąknął, ziewnąwszy szeroko. — Mamy na to dość czasu...
W tej samej chwili usłyszeli po za sobą okrzyki wojska, które odpowiadały na pozdrowienie głosów pojedynczych. Te głosy zdawały się szybko przybliżać ku kolumnom stojącym na przedzie. Gdy z kolei zaczęli krzyczeć „hurra“, żołnierze z pułku przed którym stał właśnie Kotuzow, cofnął się tenże o kilka kroków, marszcząc brwi. Na drodze z Pratzen, pędziła galopem garstka jeźdźców w mundurach barw najrozmaitszych, z których dwóch wysunęło się trochę naprzód od reszty. Jeden w mundurze czarnym, z białym pióropuszem, siedział na koniu bułanym; drugi, w mundurze białym, miał pod siodłem konia karego. Byli to dwaj monarchowie ze swoją świtą. Kotuzow z nienaturalną uniżonością podwładnego, który stoi przed swoim przełożonym, nakazał wojsku milczenie i salutując zbliżył się do cara. Cała jego postać i zachowanie się uległo nagłej zmianie. Pozornie wyglądał na człowieka ślepo posłusznego, jak ktoś poddany najzupełniej woli obcej, któremu nie przystoi rezonować. Ta przesadzona uniżoność, sprawiła widocznie na Aleksandrze przykre wrażenie. Prędko ono jednak przeminęło, nie zostawiając ani śladu, na cara twarzy młodej i szczęściem rozpromienionej. Schudł był cokolwiek, przez tych kilka dni rozdrażnienia i stanu gorączkowego. Nic na tem jednak nie tracił wyraz jego fizjognomji, pełen majestatu i łagodności. Na jego pięknych ustach purpurowych igrał słodki uśmiech, w oczach tlił ogień zapału szlachetnego.
Jeżeli Aleksander uderzał postawą majestatyczną podczas rewji w Ołomuńcu, obecnie wyglądał weselszy i bardziej rozogniony. Zarumieniony od szybkiej jazdy, wstrzymał konia, oddychając całą piersią. Zwrócił się następnie do swojej świty, tak samo jak on rozpłomienionej i złożonej z kwiatu młodzieży austrjacko-rosyjskiej. W tym wieńcu otaczającym cara, widziało się Czartoryskiego, Nowosilcowa, Wołkońskiego, Strogonowa i wielu, wielu innych. Wszyscy rozmawiali i śmieli się pomiędzy sobą najswobodniej. Ubrani w paradne mundury, siedząc na pysznych koniach, doskonale ujeżdżonych, trzymali się o kilka kroków w tyle za carem. Masztalerze prowadzili za uzdy konie do przemiany dla dwóch monarchów, okrytych wspaniałemi, haftowanemi złotemi czaprakami. Cesarz Franciszek, dość jeszcze młody, z cerą mocno czerwoną, chudy, wysoki, siedząc sztywnie wyprostowany na swoim pięknym ogierze, rzucał w około spojrzenia niespokojne. Skinął w końcu ręką, przywołując do swego boku jednego z adjutantów.
— Spyta go z pewnością, o której godzinie pomaszerujemy? — pomyślał Bołkoński, patrząc z pod oka na swego dawnego znajomego. Pamiętał doskonale ów grad pytań, któremi był go zasypał w Bernie monarcha austrjacki.
Ta garstka jaśniejąca blaskiem młodości, pełna życia, animuszu rycerskiego i ufności niezachwianej w przyszłe zwycięstwo najpomyślniejsze, rozproszyła natychmiast ponure zwątpienie, które zaczynało ogartywać sztab przyboczny Kotuzowa. Tak samo świeży wietrzyk, wiejący rankiem od pól i łąk, gdy dostanie się przez okno otwarte do dusznego pokoju, w jednej chwili oczyszcza powietrze i wypędza precz niezdrowe wyziewy, tam przez noc nagromadzone.
— Dla czego nie zaczęliście, Michale Larjonowiczu? — zainterpelował car Kotuzowa.
— Czekałem właśnie na was, najmiłościwszy panie — wódz naczelny skłonił się jak mógł najniżej.
Car pochylił się ku niemu, jakby nie dosłyszał słów jego.
— Czekałem na najjaśniejszego pana! — powtórzył z naciskiem Kotuzow. W tej chwili Bołkoński zauważył z boku lekkie drganie u starca wargi górnej, gdy wymawiał słowo: „Czekałem“. — Kolumny nasze jeszcze nie połączyły się dotąd — dokończył.
Ta odpowiedź niepodobała się carowi. Wzruszył nie znacznie ramionami i spojrzał na Nowosilcowa jakby chciał się przed nim poskarżyć na opieszałość wodza naczelnego.
— Nie jesteśmy przecież na Polu Marsowem, Michale Larjonowiczu — odciął car z przekąsem — gdzie zwykło czekać się dla większego popisu, póki niezgromadzą się wszystkie pułki.
Tym razem zwrócił się do cesarza Franciszka, jakby go chciał zachęcić, jeżeli już nie do przemówienia w tej kwestji drażliwej, to przynajmniej do baczniejszej uwagi na to, co on mówi. Cesarz Franciszek jednak zdawał się myśleć zupełnie o czemś innem.
— Dla tego właśnie dotąd nie zacząłem, najjaśniejszy panie — Kotuzow przemówił głosem donośnym, kładąc nacisk na każde słowo — że nie szykujemy się do przeglądu i nie jesteśmy na „Polu-Marsowem“.
Oficerowie ze świty carskiej spojrzeli jeden na drugiego:
— Stary wprawdzie jak świat, nie powinienby jednak przemawiać w ten sposób — czytało się wyraźnie w ich oczach patrzących na wodza naczelnego niechętnie i z wyrzutem.
Car wlepił wzrok baczny i na wskroś przenikający w Kotuzowa, w oczekiwaniu, że coś jeszcze powie. Ten jednak milczał, z głową pochyloną z najwyższem uszanowaniem. Milczenie panowało przez chwilę, poczem rzekł tonem uniżonym podwładnego, który czeka na rozkazy z góry:
— Zresztą... skoro takiem jest życzenie najjaśniejszego pana?...
Przywołał natychmiast dowódzcę pierwszej kolumny Miłoradowicza, rozkazując mu iść do ataku.
Poruszyły się szeregi. Defilowały dwa bataljony z Nowogrodu i jeden bataljon z pułku Apcherońskiego.
W chwili kiedy przechodził pułk Apcheroński, Miłoradowicz pchnął konia naprzód. Płaszcz w tył odrzucony, odsłaniał pierś jego zasianą dekoracjami. Kapelusz stosowany, z olbrzymim pióropuszem, zasadził junacko, trochę na bok, a salutując zuchwale cara osadził konia na miejscu, tuż przed nim.
— Z pomocą Bożą, jenerale — car zawołał.
— Zrobimy najjaśniejszy panie, co tylko będzie w naszej mocy — odrzucił wesoło, wywołując w całej świcie carskiej uśmiech drwiący, swoim śmiesznym akcentem francuzkim.
Miłoradowicz zawrócił konia i znalazł się o kilka kroków za carem. Żołnierze zelektryzowani obecnością ubóstwionego monarchy, szli krokiem lekkim, miarowym, jak do tańcu.
— Dzieci — krzyknął nagle Miłoradowicz, zapominając o obecności cara, uniesiony zapałem, na równi ze swoimi żołnierzami, których był towarzyszem broni, jeszcze pod komendą Suwarowa. — Dzieci, wszak to nie pierwsza wieś, którą macie wziąć szturmem. Nieprawdaż?
— Na rozkazy — odkrzyknęli chórem żołnierze.
Na ten wrzask straszliwy, koń carski, ten sam, na którym odbył niedawno przegląd wojsk w Ołomuńcu i w Rosji wielokrotnie, drgnął niespokojnie, i zastrzygł uszami. Tu, na placu boju, zdziwiony tak bliskiem sąsiedztwem karego ogiera cesarza Franciszka i koń był dziwnie rozdrażniony. Przechodziły dreszcze i po jego ciele na każdy odgłos ognia z ręcznej broni, jakby odczuwał myśli i podniecenie gorączkowe, swego jeźdźca dostojnego.
Car uśmiechnął się błogo, wskazując jednemu ze swoich najserdeczniejszych, oddalające się bataljony.





XVI.

Kotuzow otoczony adjutantami, posuwał się zwolna w ślad za piechotą.
O pół wiorsty od miejsca, gdzie rozmawiał z carem, zatrzymał się przy domu na uboczu. Był on prawdopodobnie oberżą, opuszczoną w tej chwili, a postawioną przy zetknięciu się dwóch dróg, które szły z gór i były obecnie zalane wojskiem rosyjskiem.
Mgła rzadła i opadała coraz bardziej. Teraz można już było dojrzeć i rozpoznać gołem okiem, tłumy armji nieprzyjacielskiej, stłoczone i poruszające się na pozór chaotycznie na wyżynie przeciwległej. Słychać było silną strzelaninę na lewo w dolinie. Kotuzow rozmawiał właśnie z jenerałem austrjackim, gdy książę Andrzej poprosił tego ostatniego, aby mu pozwolił na chwilę swojej lunety.
— Patrz książę, patrz — wtrącił Austrjak — tam oto stoją Francuzi. — Wskazał palcem nie żaden punkt oddalony, ale nader bliski, naprzeciw nich, u stóp wzgórza.
Dwaj jenerałowie i adjutanci chwytali po kolei lunetę z niepokojem gorączkowym. Na ich twarzach bladych jak ściana, czytało się trwogę mimowolną. Francuzi, którzy mieli być oddaleni przynajmniej o dwie wiorsty, wyrastali nagle przed nimi, jak z pod ziemi.
— Tam ma być nieprzyjaciel?... Ależ nie!... Czyste niepodobieństwo... A jednak tak jest... Czy być może?... — wykrzykiwali jeden za drugim.
Książę Andrzej przytknąwszy do ócz lunetę, zobaczył jak na dłoni wysuwającą się na prawo potężną kolumnę nieprzyjacielską. Szła ona na spotkanie pułku Apcherońskiego, najdalej o pięćset kroków od miejsca, gdzie się byli zatrzymali.
— Wybiła moja godzina! — pomyślał, przemawiając do Kotuzowa głośno. — Wasza Ekscellencjo!... trzeba zatrzymać pułk...
W tej samej chwili dym gęsty zasłonił cały widnokrąg; ogłuszył ich silny ogień rotowy, a jakiś głos stłumiony trwogą piekielną wykrzyknął o dwa kroki:
— Rzecz skończona kamraci, przepadliśmy z kretesem!
I jakby ten głos był rozkazem najwyższym, tłumy żołnierzy nieprzeliczone, zaczęły cofać się gwałtownie, popychając się, potrącając, tratując jeden drugiego w szalonym popłochu. Przelecieli jak huragan, wszystko po drodze zmiatając, przez to samo miejsce, gdzie tak niedawno defilowali w porządku, z najwyższym animuszem, przed dwoma monarchami. Próba zatrzymania tego rwącego potoku, byłaby istnem szaleństwem! Nic i nikt nie był w stanie oprzeć się tej sile. Bołkoński również czuł się unoszonym tą lawiną ciał ludzkich, nie rozumiejąc na razie, co się z nim dzieje? Neświcki czerwony, zasapany i prawie bezprzytomny, krzyczał w niebogłosy na Kotuzowa, żeby umykał, bo inaczej gotów dostać się do niewoli. Kotuzow skamieniały, bezradny, podniósł za całą odpowiedź chustkę do twarzy, z której krew ściekała. Książę Andrzej potrafił przecisnąć się aż do niego i zawołał z przestrachem cały poruszony:
— Ranili waszą ekscellencją!
— Rana nie tu, ale tam! — Kotuzow jęknął, jedną ręką przyciskając miejsce zranione, a drugą wskazując na uciekających.
— Spróbujcie ich zatrzymać! — krzyknął.
Zrozumiał jednak w tej samej chwili, zbyteczność rozkazu i niepodobieństwo wykonania takowego. Spiął zatem konia ostrogą i popędził na prawo, w stronę, gdzie ukazywał się drugi tłum idący w rozsypkę i uciekający na łeb na szyję. I on uczuł się porwanym... uniesionym.
Tak go ścisnął tłum uciekający bezładnie, że nie był w stanie uwolnić się z tych kleszczów. W popłochu, w zamieszaniu, jedni wrzeszczeli, klnąc na czem świat stoi, a inni odwracali się strzelając na chybił trafił. Gdy potrafił nareszcie wyswobodzić się cokolwiek, udał się ze swoją świtą, straszliwie zmniejszoną, w miejsce skąd słychać było strzały. Bołkoński, próbując z wysiłkiem nadludzkim dostać się do wodza naczelnego, z którym rozłączono go powtórnie, zobaczył na stoku pagórka, w chmurze dymu, baterję rosyjską, która dotąd nie była przestała strzelać do Francuzów i ku której pędziło kilku żołnierzy nieprzyjacielskich. Cokolwiek wyżej ponad tą baterją stał dotąd nieruchomy oddział piechoty rosyjskiej. Jenerał dowodzący oddziałem zbliżył się do Kotuzowa, którego cała świta składała się obecnie z czterech osób. Wybladli i przerażeni, ci czterej patrzyli na siebie w milczeniu.
— Wstrzymajcie tych łotrów! — zawołał Kotuzow ponownie, zobaczywszy dowódzcę. Jakby go chciano ukarać za te słowa niby stado ptaków, przeleciał grad kul świszcząc złowrogo, po nad oddziałem i głową samego Kotuzowa. Francuzi rzucili się na baterję, a spostrzegłszy wodza naczelnego, strzelali do niego jak do tarczy. Po tej nowej salwie, dowódzca chwycił się gwałtownie za nogę. Upadło kilku żołnierzy, a podchorąży trafiony śmiertelnie, wypuścił z rąk sztandar. Chwiał się przez chwilę, zaczepiony o bagnety szeregowców. Ci zaczęli strzelać na Francuzów, nie otrzymawszy na to wcale rozkazu.
Pierś Kotuzowa podniosła się westchnieniem rozpaczliwym.
— Bołkoński! — szepnął głosem omdlewającym starca bezsilnego, wskazując na pułk zniszczony. — Co to ma znaczyć?
Zaledwie wymówił te słowa, a książę Andrzej już stał na ziemi, z konia zeskoczywszy i biegł pędem ku sztandarowi, z piersią ściśniętą, ze łzami wstydu i bólu, których nie był w stanie powstrzymać.
— Naprzód dzieci! — krzyknął głosem na wskróś przenikającym. — Nadeszła chwila stanowcza! — pomyślał, unosząc w górę sztandar. Słuchał prawie z radością świstu kul przelatujących mu ponad głową. Padło jeszcze kilku żołnierzy.
— Hurra! — zawołał podnosząc ciężki sztandar z wysiłkiem. Biegnąc naprzód, był przekonany, że cały pułk pójdzie za nim. I rzeczywiście puścili się jego śladem jeden... drugi żołnierz, wreszcie cały tłum wyprzedzając go nawet. Podoficer porwał sztandar, od którego drżało ramię Bołkońskiego. Zabito go jednak w tej samej chwili. Po raz drugi dźwignął Bołkoński sztandar z ziemi, lecąc dalej w stronę rosyjskiej baterji. Widział przed sobą rosyjskich artylerzystów. Jedni bili się, drudzy opuszczali swoje armaty biegnąc naprzeciw niego. Widział piechurów francuzkich łupiących konie rosyjskie i zwracających ku żołnierzom ich własne działa. Był już tylko o jakich dwadzieścia kroków od baterji. Kule padały jak grad w koło niego, wszystkich zmiatając. On jednak miał wzrok wlepiony w baterją. Spostrzegł rudego artylerzystę, z czapką na oczy nasuniętą, jak wydzierał z rąk Francuzowi swój własny wycior. Widział najwyraźniej, z jaką zaciętą nienawiścią walczyli z sobą nawzajem. Zapamiętali w gniewie, nie zdawali sobie może nawet sprawy dokładnej z tego co czynią.
— Jacy oni dziwni! — pomyślał Bołkoński. — Dla czegóż artylerzysta nie ucieka, skoro nie ma już broni? Dla czego nie dobije go Francuz, broń posiadający? Nie zdoła uciec biedaczysko! Francuz przypomni sobie na czas, że trzyma dotąd karabin w ręce.
Nadbiegł rzeczywiście drugi Francuz na pomoc pierwszemu i miał się rozstrzygnąć los artylerzysty, który tymczasem wyrwał był wycior z rąk przeciwnika. Nie było jednak sądzonem księciu Andrzejowi widzieć końca owej walki zaciętej. Został silnie uderzony w głowę. Zdawało mu się zrazu, że uderzył go któryś z rosyjskich żołnierzy w popłochu i stanie bezprzytomnym. Ból był nie tyle dotkliwy co rozdrażniający. W tej chwili szczególniej był mu nader niemiłym, kiedy radby był skupić myśli i zestrzelić wszystkie w jedno ognisko.
— Co się ze mną dzieje?... Nie mogę utrzymać się na nogach... chwieją się podemną... lecę. — I upadł na wznak. Po chwili oczy na powrót otworzył, chcąc dowiedzieć się o wyniku ostatecznym walki dwóch Francuzów z jednym rosyjskim artylerzystą i czy armaty zostały uratowane, czy też zabrali je Francuzi? Niczego już jednak nie mógł dopatrzeć. Tylko wysoko, bardzo wysoko w górze, zobaczył olbrzymie niebo lazurowe, głębokie, bezdenne, po którem płynęły zwolna chmurki srebrzyste, niby stado pierzastych łabędzi.
— Jaka tam cisza! jaki spokój! — mówił sobie w duchu. — To nie tak, jak kiedy ja biegłem na przód, lub kiedyśmy biegli wszyscy. Inaczej tam się dzieje, niż w owych dwóch twarzach pałających nawzajem nienawiścią i chęcią mordu! Wtedy i te chmurki nie płynęły po niebie tak spokojnie, po tem niebie bez końca... Że też ja pierwej nie mogłem dopatrzeć tej głębi? Jakże czuję się szczęśliwym, żem ją spostrzegł nareszcie... Tak, wszystko jest próżnią, nicością, zawodem i oszukaństwem, prócz tego jednego. Dzięki Ci Boże, za ten spokój, za tę ciszę!...





XVII.

O dziewiątej rano, na skrzydle prawem, którem dowodził Bagration, jeszcze bić się nie rozpoczęto. Mimo nalegań Dołgorukowa, nie chcąc brać na siebie całej odpowiedzialności, zadecydował Bagration, że wprzód zanim pójdzie do ataku, poszle po rozkazy do głównego wodza. Wyrachował to dobrze, że zanim ów ktoś przez niego wysłany, zdąży przebyć tam i nazad, co najmniej dziesięć wiorst przestrzeni, dzielącej jedno skrzydło armji od drugiego; jeżeli go po drodze nie zabiją (co nie było trudnem do przypuszczenia), jeżeli ostatecznie potrafi odszukać wodza naczelnego, co było również zadaniem nie lada!... nie wróci aż gdzieś pod wieczór.
Powiódł wrrokiem apatycznym, i jakby wiecznie zaspanym po swojej świcie. Uderzyła go twarz Rostowa, o rysach i wyrazie prawie dziecięcym. On mu jakoś najlepiej przypadł do gustu. Jemu więc powierzył odszukanie Kotuzowa i przywiezienie mu tegoż rozkazów, co do dalszego planu działania.
— A jeżeli bym spotkał się wpierw z carem, wasza ekscellencjo? — spytał Rostow niespokojnie.
— Możesz tem bardziej, Mikołaju Stefanowiczu, prosić o rozkazy najjaśniejszego pana, że na jego skinienie i Kotuzow musi być posłusznym. — Wtrącił Dołgorukow od niechcenia.
Gdy go uwolniono z posterunku, Rostow spał twardo przez kilka godzin. Zbudził się wypoczęty, pełen siły młodzieńczej, energii, sprężystości i ufności w siebie, jak i w swoją gwiazdę szczęśliwą. Był gotów do wszystkiego, do czynów bohaterskich jednem słowem.
Spełniły się jego życzenia najgorętsze. Rozgrywała się na karcie dziejów ludzkości bitwa potężna. On nie tylko brał w niej udział, nie tylko został adjutantem jednego z najdzielniejszych dowódzców, w dodatku wysyłano go z poleceniem do Kotuzowa i miał wszelką szansę spotkać swój ideał, swego cara ubóstwionego. Ranek był jasny i pogodny; koń pod nim był doskonały i znosił wytrwale wszelkie trudy. Dusza mu się radowała, serce o mało z piersi nie wyskoczyło. Trzymał się zrazu linji wyciągniętej nieruchomo przez forpoczty korpusu Bagrationa. Przybył wreszcie do miejscowości zajętej przez konnicę Uwarowa. Tam uderzyły go pierwsze znamiona, zapowiadające atak. Gdy ją minął, słyszał najwyraźniej huk strzałów armatnich i nie tak głośny, ale za to gęsty ogień rotowy, który wzmagał się z każdą chwilą.
Nie były to już strzały pojedyńcze, odzywające się to tu, to tam, w nierównych odstępach, w świeżem rannem powietrzu, ale grzmienie bezustanne, ogłuszające, w którem zlewały się w jedną całość salwy armatnie i strzelanie rotowe z ręcznej broni. Echa tego grzmotu warczącego złowrogo, powtarzały roznosząc daleko, wzgórza Pratzen okalające.
Z wystrzałów karabinowych unosiły się lekkie chmurki dymu, latając w powietrzu i goniąc jedna drugą. Przeciwnie po każdej salwie z baterji dział, podnosił się w górę cały słup dymu gęstego, który wisiał ciężko w powietrzu dłuższą chwilę, zanim go wiatr rozpędził. Bagnety zbite razem, połyskiwały w słońcu przy każdym ruchu licznej piechoty. Gdy dym rzadł i opadał, widać było artylerję, z jej zielonemi jaszczykami, która rozwijała się na szczycie pagórka, niby długa przepaska.
Rostow zatrzymał się na chwilę, aby przypatrzeć się niezwykłemu widowiskowi. Gdzie oni wszyscy dążyli? Dla czego szli to tędy, to tamtędy? W tył, naprzód, na boki! Nie mógł tego zrozumieć, ale ten widok, zamiast przejąć go trwogą i zwątpieniem, podniecił w nim jeszcze zapał i animusz rycerski.
— Nie wiem wprawdzie, co z tego wyniknie — pomyślał — ale w każdym razie, coś dla nas pomyślnego.
Przejechawszy po za linją wojsk austrjackich, dotarł do miejsca, skąd nacierano na nieprzyjaciela... Szła właśnie do ataku rosyjska gwardja.
— Tem lepiej! Przypatrzę się temu bliżej — rzekł w duchu.
Kilku jeźdców zbliżało się ku niemu galopem. Poznał w nich gwardyjskich ułanów, których szeregi przełamano i którzy zmykali z pola walki. Rostow zobaczył krew na jednym z nich.
— Mniejsza o to! — pomyślał. O jakie sto kroków z tamtąd, zobaczył nagle nadjeżdżający kłusem wyciągniętym, cały tłum kawalerzystów, w mundurach białych, złotem połyskujących, na karych koniach, którzy mu niejako drogę zastępywali. I on puścił się galopem, aby zostawić im wolny przejazd. Byłby może dopiął celu, gdyby i ów oddział konnicy nie był kroku przyspieszył. Widział ich coraz bliżej, słyszał nawet szczęk broni i tentent kopyt końskich. Za chwilę rozróżniał twarze gwardzistów konnych, którzy szli do ataku na piechotę francuzką. Galopowali powstrzymując jednak cokolwiek konie rozognione.
Rostow usłyszał komendę... — „Marsz! marsz!“ — daną przez dowódzcę oddziału, który pędził jak wicher na swoim pysznym, czystej krwi arabczyku. W obawie, żeby go nie roztratowano, lub nie pociągnięto z sobą, Rostow jechał z boku, lecąc na równi z nimi, co koń mógł wyskoczyć. Łudził się nadzieją, że dojedzie przed nimi do miejsca, w którem rozchodziły się dwie drogi.
Sądził przerażony, że nie będzie mógł uniknąć zetknięcia z ostatnim gwardzistą, którego postać wyniosła, wzrost olbrzymi, uderzał tem bardziej, przy nadzwyczajnej szczupłości, całej budowy ciała. Byłby niezawodnie stratowany, a z nim pospołu i jego biedny Beduin, gdyby szczęśliwym instynktem zachowawczym, nie był świsnął szpicrózgą, przed oczami konia rosłego, wspaniałego, na którym siedział ów gwardzista. Koń drgnął i zastrzygł uszami. Tymczasem Rostow spiąwszy ostrogami swego Beduina, wyprzedził ich nareszcie i umknął w bok, na leśną drożynę. W tej samej chwili usłyszał po za sobą grzmiące „Hurra!“ a odwróciwszy głowę, zobaczył pierwsze szeregi kawalerzystów wpadające i tonące w tłumie piechoty francuzkiej, z czerwonemi epoletami. Dym gęsty, jakiejś armaty niewidzialnej, zakrył ich natychmiast przed jego wzrokiem zaciekawionym.
Była to owa sławna i świetna szarża, gwardji konnej, którą podziwiali sami Francuzi! Z jakiemże sercem ścieśnionem, usłyszał Rostow niedługo potem, że z tego tłumu ludzi pięknych, młodych, dorodnych, z tego całego pułku, złożonego z kwiatu młodzieży rosyjskiej, wysoko urodzonej, świetnej, dystyngowanej, pełnej życia i rycerskości, jadącej na pysznych czystej krwi rumakach, z tych oficerów i junkrów, którzy o włos byliby go roztratowali, lecąc z wichrem w zawody... zostało zaledwo ośmnastu!
— Nadejdzie i moja godzina! Nie mam im czego zazdrościć. — Rostow pomyślał, jadąc dalej. — A może szczęście mi posłuży i spotkam samego monarchę.
Dotarł nareszcie do rosyjskiej gwardji pieszej. Znalazł się nagle wśród gradu bomb i kartaczy, które nie tyle widział, ile ich się domyślał, po wyrazie pełnym trwogi w twarzach szeregowców, a fizjognomjach ponurych i mocno zadumanych, u wyższych oficerów.
Usłyszał głos znajomy, głos Borysa wołający:
— Rostow! i cóż ty na to? Jesteśmy niby w lożach pierwszorzędnych. Nasz pułk był w nie lada tarapacie!
Uśmiechał się przytem, błogim uśmiechem młodzieniaszka, który odbył pierwszy chrzest ogniowy. Rostow wstrzymał konia.
— No! i cóż się stało? — zapytał.
— Ba! zostaliśmy odparci! — odpowiedział Borys, rad, że może do kogoś przemówić.
Zaczął opowiadać Rostowowi, jak gwardja, widząc jakieś wojsko przed sobą, wzięła ich zrazu za Austryjaków. Aż naraz przeraźliwszy świst bomb, przekonał ich, te stoją nos w nos z nieprzyjacielem, w pierwszej linji, i muszą iść radzi nie radzi do ataku.
— Gdzież ty dążysz? — wtrącił Borys.
— Szukam wodza naczelnego.
— Masz go, ot tam! — odrzucił Borys wskazując ręką na wielkiego księcia Konstantego, o jakich sto kroków od nich. Siedział on na koniu, w mundurze gwardji konnej, z głową wciśniętą w ramiona, z brwiami groźnie ściągniętemi. Wrzeszczał w niebogłosy, wywijając pięściami do oficera austrjackiego, który stał przed nim pomieszany i blady jak ściana.
— Ależ to wielki książę, ja zaś szukam Kotuzowa, lub samego cara — rzekł Rostow jadąc dalej.
— Hrabio! hrabio! — zawołał Berg na niego — pokazując mu rękę prawą owiniętą w chustkę, która cała krwią przesiąkła. — Zraniono mnie w dłoń, a jednak nie opuszczam szeregów. Popatrz tylko hrabio kochany, jestem zmuszony trzymać szpadę w lewej ręce! W moim bo rodzie wszyscy „von Berg“ byli rycerzami „bez bojaźni i bez zarzutu!“ — dodał po francuzku.
Jeszcze mełł językiem Berg gadatliwy jak sroka, kiedy Rostow, już był tak daleko, że nie mógł wcale dosłyszeć jego przechwałek.
Przejechał przez jakieś pole puste zupełnie. Aby nie narażać się na pociski nieprzyjacielskie, zdążał ku linji wyciągniętej przez rosyjską rezerwę, oddalając się coraz bardziej od głównego punktu działania. Naraz tuż przed nim, a w tyle po za wojskiem rosyjskiem, w miejscu, gdzie nie można się było wcale spodziewać obecności Francuzów, usłyszał żwawą strzelaninę.
— A toż co znowu? — pomyślał strwożony. — Czyżby nieprzyjaciel napadł nas z tyłu?... Czyste niepodobieństwo!... — Choć sam sobie perswadował, ogartywał go przestrach zabobonny, na myśl o tak fatalnym końcu bitwy. — Niech się dzieje co chce — szepnął — muszę znaleźć wodza naczelnego. Jeżeli już wszystko dla nas stracone, nie zostaje mi nic więcej, jak ginąć z nimi razem!
Przeczucie złowrogie, które go zwolna ogartywało, potwierdzało się za każdym krokiem dalej, gdy posuwał się w kierunku wsi Pratzen.
— Co to wszystko znaczy?... Kto strzela?... Do kogo?... — pytał w duchu Rostow, spotykając żołnierzy rosyjskich i austryjackich, uciekających bezładnie, w najwyższym popłochu.
— I sam djabeł tego nie odgadnie! Rozbił w puch! rozgonił nas wszystkich na cztery wiatry! Wszystko stracone! — odpowiadali mu uciekiniery po rosyjsku, po niemiecku, po czesku, nie rozumiejąc tak samo jak i Rostow tego pogromu straszliwego.
— Niechby zresztą był dobrze przetrzepał tych Niemczysków. — Niechby djabeł łupił skórę z tych podłych zdrajców — odpowiedział inny.
— Djabli by ich stąd wynieśli, tych Rosjanów! — odburknął szorstko na zapytanie Rostowa, jakiś Niemiec opasły.
Kilku rannych wlokło się wzdłuż drogi. Krzyki, jęki, złorzeczenia, zlewały się w jeden akord, straszny i ponury. Ustała nareszcie owa pukanina, później zaś dowiedział się Rostow od kogoś, że to żołnierze zmykający tak rosyjscy jak i niemieccy strzelali jeden do drugiego.
— Boże, Boże! — pomyślał Rostow. — I powiedzieć, że car może lada chwila zobaczyć tę nieszczęsną rozsypkę!... To pewno garstka tylko tchórzów nikczemnych! Niepodobna, niepodobna! żeby nas tak na głowę pobito! Trzeba wyprzedzić tę zgraję uciekających! wyprzedzić czem prędzej!
Zupełna przegrana nie mogła mu się w głowie pomieścić, mimo że widział na wzgórzu w Pratzen baterję dział i wojsko francuzkie, w tem właśnie miejscu, gdzie mu kazano szukać cara lub wodza naczelnego.





XVIII.

W okolicy wsi Pratzen, Rostow nie mógł dopatrzeć żadnego z dowódzców. Widział jedynie tłum w rozsypce, zmykający co tchu! Na gościńcu murowanym defilowali przed nim żołnierze rosyjscy i austryjaccy, wszelkiej broni. Jedni ranni, drudzy, którym nic nie brakowało. Ci ma się rozumieć, uciekali jeszcze raźniej. Mijały go w pędzie szalonym karety, powozy i wózki najrozmaitsze. Cały ten tłum brzęczał niby rój szerszeni, tłoczył się jeden przez drugiego, mięszając krzyki przeraźliwe, jęki i złorzeczenia, z hukiem ponurym bomb wyrzucanych bez ustanku z dział francuzkich, które stały dotąd na wyżynie w Pratzen.
— Gdzie car? Gdzie Kotuzow? — pytał daremnie na chybił trafił, nie odbierając znikąd odpowiedzi.
Schwycił wreszcie za kołnierz jakiegoś żołnierza, zmuszając do wysłuchania słów jego.
— Oho! Nie ma ich tu bratku od dawna! — zaśmiał się żołnierz drwiąco. — Uciekli jedni z pierwszych!
Rostow puściwszy żołnierza, pijanego najwidoczniej, zatrzymał przechodzącego luzaka, który wyglądał na masztalerza jakiejś wojskowej matadory. Ów służący opowiedział mu, że car przejeżdżał tędy mniej więcej przed godziną co konie mogły wyskoczyć, i że jest rannym niebezpiecznie.
— Być nie może! — wykrzyknął Rostow. — To jechał chyba kto inny?
— Widziałem go na własne oczy! — zapewniał sługus z chytrym uśmiechem. — Czy to ja go nie znam? Czy nie widziałem go setki razy w Petersburgu? Był strasznie blady, wciśnięty w sam róg powozu. To ci pędził na złamanie karku, swoją czwórką karoszów Ilko Iwanowicz! A może nie znam i tej czwórki? Może cara wiózł kto inny, niż jego stangret ulubiony i jedyny Ilko Iwanowicz?
— Kogo pan szukasz? wodza naczelnego? — spytał Rostowa o kilka kroków dalej oficer ciężko ranny. — Padł na miejscu, trafiony w same piersi kulą armatnią, właśnie przed naszym pułkiem.
— Nie zabito go, tylko raniono — wtrącił ktoś drugi.
— Kogo? Kotuzowa? — spytał Rostow.
— Nie Kotuzowa... innego... jakże go nazywają?... No, mniejsza zresztą o to! Nie wielu żywych zostało! bardzo niewielu!... Jedź pan w tę tu stronę. Znajdziesz wszystkich dowódzców zebranych razem we wsi Gostjeradek.
Rostow jechał dalej krok za krokiem, nie wiedząc co ma dalej robić i do kogo ma się udać? Car ranny! Bitwa przegrana na głowę!... Jadąc w kierunku wskazanym, widział w oddaleniu wieżę jakąś i dzwonnicę kościelną. Do czegóż miał się spieszyć? O cóżby już pytał, czy cara, czy Kotuzowa, choćby ich znalazł całych i zdrowych zupełnie.
— Niech wasza miłość skręci w lewo. Jadąc prosto, zabiją was na pewno!
Rostow zastanowił się przez chwilę i pojechał właśnie tą drogą, którą ów żołnierz wskazał mu jako niebezpieczną.
— Wszystko mi jedno! — pomyślał. — Skoro raniono mego pana najmiłościwszego, po cóż miałbym siebie oszczędzać?
I wjechał w przestrzeń, na której było najwięcej trupów i którędy uciekało najwięcej żywych. Francuzów tam jeszcze nie było, a nieliczna garstka wojska rosyjskiego, która przeżyła straszną katastrofę, opuściła to miejsce fatalne. Na tem polu leżały pokotem, niby grube snopy na ściernisku, stosy trupów, po dziesięciu i piętnastu razem. Ranni wlekli się na czworaku, zbierając się po kilku i wydawali krzyki i jęki tak bolesne i na wskroś przenikające, że Rostow drętwiał cały, słysząc takowe. Puścił się znowu galopem, aby uniknąć widoku tak strasznych cierpień ludzkich. Lękał się nie o własne życie, ale chodziło mu o to, żeby nie stracić krwi zimnej i odwagi, tak mu w tej chwili niezbędnej, a która go zaczynała opuszczać, gdy patrzał na tych nieszczęśliwych.
Francuzi przestali nareszcie strzelać do przestrzeni, którą żywi byli opuścili. Skoro jednak spostrzegli czyjegoś adjutanta galopującego po tem polu umarłych, wysłali za nim w pogoń natychmiast kilka bomb i kartaczy. Ten huk i świst złowrogi, te trupy, wytrzeszczające na niego zewsząd oczy, straszne, szklanne, których nie było komu przymknąć na sen wieczny, przeraziły go do głębi duszy i wzbudziły litość nad nim samym. Przypomniał sobie ostatni list matki i pomyślał:
— Jakie by też uczucie jej sercem miotało, gdyby mnie tak zobaczyła wystawionego na pociski dział nieprzyjacielskich?
We wsi Gostjeradek, do której nie dosięgały francuskie kule armatnie, odnalazł część wojsk rosyjskich, opuszczającą pole bitwy, w pewnym szyku i porządku. W tem jednem panował nieład, że pomieszały się razem różne bronie, i oddziały pojedyncze z pułków najrozmaitszych. Mówiono sobie po cichu o bitwie przegranej, jako o fakcie dowiedzionym i niezbitym. Nikt atoli nie umiał wskazać miejsca Rostowowi, gdzieby mógł spotkać się z carem lub z Kotuzowem. Jedni utrzymywali zawzięcie, że car jest rannym najniezawodniej. Inni znowu zaprzeczali wręcz tej wieści bezpodstawnej. Tłumaczyli tem pogłoskę fałszywą, że widziano umykającego co tchu, wielkiego marszałka dworu hrabiego Tołstoja, bladego i przerażonego w carskiej karecie. Skoro dowiedział się od kogoś, że kilka znaczniejszych matador znajduje się w małej wiosczynie na lewo, w tyle trochę, udał się tam Rostow, nie tyle w nadziei, iż tam spotka tych których szukał, ile aby uspokoić własne sumienie, że uczynił co tylko było w ludzkiej mocy. O trzy wiorsty może, przejechał był koło ostatnich oddziałów wojska rosyjskiego, i posuwał się zwolna wzdłuż jakiegoś sadu, oddzielonego od gościńca rowem. W tej chwili spostrzegł nieopodal dwóch jeźdźców. Zdało mu się, że zna obydwóch, a szczególniej pierwszego z białym pióropuszem na kapeluszu. Ten drugi, na pysznym koniu bułanym, spiął ostrogą swego rumaka i popuściwszy mu cugli, przesadził przez rów z największą łatwością. Kilka tylko grudek ziemi wyskoczyło w górę z pod kopyt końskich. Zawrócił konia w miejscu, i przeskoczył rów powtórnie. Wtedy zbliżył się z najwyższem uszanowaniem do swojego towarzysza, jakby go chciał zachęcić do tego samego. Ten do którego przemawiał, potrząsł głową i ręką przecząco, a Rostow poznał w nim natychmiast cara, swego cara ubóstwionego, nad którego fatalną porażką, o mało że nie zapłakał!
— Ależ on nie może zostać tu sam jeden, wśród tego pola pustego! — pomyślał. Aleksander zwrócił twarz ku niemu, i mógł przypatrzeć się dobrze tym rysom, tak głęboko wyrytym w jego sercu. Car był bardzo blady; policzki zapadły mu się, oczy miały sine obwódki. Dobroć atoli i łagodność, malująca się w tych ślicznych rysach, teraz uderzała może jeszcze więcej niż kiedy indziej. Rostow był uszczęśliwiony że go widzi, uszczęśliwiony przekonawszy się naocznie, że owa rana była tylko kłamliwym wymysłem. Powiedział sobie w duchu, że powinien natychmiast spełnić polecenie Bagrationa.
Tak samo jednak, jak młodzieniaszek rozkochany, a trwożliwy, i cały drżący, nie może odważyć się na wprowadzenie w czyn, namiętnych marzeń nocnych; szuka rozmaitych wymówek i wykrętów, byle opóźnić chwilę schadzki, choć jej pragnął gorąco; tak i Rostow w obec marzenia urzeczywistnionego, nie wiedział co począć. Czy ma zbliżyć się do cara? A może to jego usiłowanie wyda się natręctwem niestosownem i nie na czasie w obecnem położeniu?
— Czy nie będzie to wyglądało — pomyślał — że korzystam i chcę wyzyskać chwilę fatalną, kiedy „On“ czuje się tak samotnym i opuszczonym? Widok kogoś zupełnie mu nieznanego, mógłby zrobić na nim przykre wrażenie... Cóż mu zresztą powiem, skoro wystarczy jedno jego spojrzenie, aby mi głos uwiązł w gardle.
Słowa zamierały mu rzeczywiście na ustach. Bo też gdy je w myśli układał, wyobrażał sobie zupełnie inne położenie. Obraz, który mu wtedy przedstawiała jego bujna fantazja, miał za tło świetne zwycięstwo, chwilę tryumfu. On wprawdzie leżał umierający z ran, ale car obok jego łoża boleści, przychodził dziękować mu za jego czyny bohaterskie, za zwycięstwo, do którego i on, Rostow, przyczynił się razem z innymi, przepłacając takowe życiem własnem. W takiej chwili mógłby był wynurzyć przed monarchą swoją miłość, swoje poświęcenie, krwią serdeczną tak szlachetnie i wzniośle potwierdzone.
— O cóż bym go pytał? Jest godzina czwarta po południu, i bitwa przegrana. Nie, nie, nie zbliżę się do niego. Nie powinienem przerywać toku jego smutnych dumań. Lepiej umrzeć tysiąc razy, niż otrzymać od niego jedno spojrzenie zagniewane.
Oddalił się więc smutny, z rozpaczą w duszy, odwracając się raz po raz, aby śledzić każde poruszenie swojego monarchy.
Widział jak zbliżył się do cara kapitan Toll. Pomógł Aleksandrowi przeskoczyć rów pieszo. Następnie podesłał swój płaszcz carowi pod jedną z jabłoni i ten usiadł na nim. Toll stał obok przemawiając z ogniem i zapałem. Ten widok przejął Rostowa uczuciem żalu i szalonej zazdrości, szczególniej gdy dostrzegł jak car, przyciskając dłonią oczy, drugą rękę wyciągnął do Tolla.
— Mogłem ja znaleść się tam, zamiast niego — mówił sobie w duchu. Rozpłakał się, nie mogąc łez gorzkich powstrzymać. Oddalał się coraz bardziej, nie wiedząc, w którą stronę ma się udać? Rozpacz jego była tem gwałtowniejszą, że oskarżał sam siebie o słabość, prawie o tchórzostwo nie do przebaczenia. Byłby mógł i powinien był zbliżyć się do cara. To była chwila jedyna, która może się już nigdy nie powtórzy. Czemuż z niej nie skorzystał? Czemu nie wypowiedział carowi, jak gotów wszystko poświęcić na jego usługi? Zawrócił konia, ale już na tem miejscu nie zastał nikogo. Drogą ciągnął się tylko długi szereg wozów, wózków rozmaitych i furgonów. Od jednego z powożących, dowiedział się Rostow wreszcie, że sztab główny razem z Kotuzowem, jest niedaleko ode wsi. Oni jadą tam właśnie z transportem. Jeżeli zatem chce, to go zaprowadzą do kwatery głównego wodza. Udał się tedy za nimi.

· · · · · · · · · · · · · · · · · · · ·

O godzinie piątej po południu, bitwa była przegrana na wszystkich punktach. Więcej niż sto armat wpadło w ręce Francuzom.
Cały korpus pod dowództwem Pszczebiszewskiego złożył broń. Inne oddziały, straciwszy połowę ludzi, cofały się, całemi niesfornemi bandami.
Niedobitki pozostali z oddziału Langerona i Dokturowa, cisnęli się tłumnie w koło stawów i upustów wsi Auguest.
Na tym jednym punkcie, jeszcze o godzinie szóstej wieczorem, nie ustawał ogień nieprzyjacielski. Strzelano do wojska rosyjskiego, idącego w zupełną rozsypkę, z baterji ustawionej na wyżynie w Pratzen.
Dokturow i inni z arjergardy, pozbierawszy ile tyle swoje bataljony, bronili się przeciw konnicy francuskiej, która ścigała ich zawzięcie. Mrok zapadał. Na wąskim gościńcu, prowadzącym do wsi, przez długi szereg lat najspokojniejszych, poczciwy stary mielnik, w białej, bawełnianej szlafmicy, zarzucał wędki w stawie. Obok starca, wnuk jego, zakasawszy rękawy od koszulki, bawił się łapaniem rybek o łusce srebrzystej, zanurzając rękę w małą sadzawkę, gdzie rybki wrzucano na zapas. Po tym samym gościńcu, pod baczną pieczą wieśniaka morawskiego, w czapce futrzanej na głowie i w długiej kapocie z sukna granatowego, ciągnęły rzędem wozy ogromne, naładowane ciężką, dorodną pszenicą. Nazad zaś zabierały całe wory mąki białej jak śnieg alpejski ulatującej lekkim pyłkiem w powietrzu po nad młynem. Teraz, na tej drodze, tak spokojnej, widziało się tłum bezprzytomny, oszalały z trwogi piekielnej, który pędził, popychał się i tratował nawzajem. Nie jeden ranny padał omdlały pod koła wozów, furgonów, przódkarów, pod końskie kopyta i jechano dalej po jego ciele, nie zważając na jęki bolesne, na prośby i zaklęcia, żeby go podnieść z ziemi i włożyć na wóz. Wszyscy lecieli na przód, popychani jakąś siłą niewidzialną, aby dać się zabić o kilka kroków dalej.
Co dziesięć sekund, bomba lub granat wpadały i pękały wśród tego tłumu zbitego w kłąb, zabijając jednych, a obryzgując ich krwią najbliżej stojących. Dołogow, mianowany ponownie oficerem, z ręką skaleczoną, sam z garstką złożoną z dziesięciu ludzi zaledwie i ze swoim dowódzcą siedzącym na koniu, przedstawiał resztkę, pozostałą z całego jego pułku. Unoszeni przez tłum uciekający, potrafili utorować sobie drogę, aż do gościńca. Tu musieli zatrzymać się, leżał bowiem na poprzek drogi koń od przódkara, którego trzeba było rozplątać z lejców i postawić nazad na nogi. Bomba zabiła tymczasem jednego z owych dziesięciu, druga zraniła żołnierza stojącego obok Dołogowa, obryzgując go krwią tamtego. Tłum pchał się naprzód rozpaczliwie, ale był zmuszony zatrzymać się ponownie.
— Wybawienie od śmierci, od kalectwa, tam dalej, o jakie sto kroków. Tu musimy zginąć marnie — oto co każdy powtarzał.
Dołogow przecisnął się aż do wąskiej grobli i zaczął biegnąć po cienkiej lodowej powłoce stawu.
— Skręcaj tędy — krzyknął na artylerzystę — lód trzyma...
Dołogowa rzeczywiście lód jakoś jeszcze utrzymał, trzeszcząc i uginając się pod jego stopami. Było jednak widocznem, że załamie się pod ciężarem armaty i tego tłumu rozszalałego. Patrzano na Dołogowa, ciśnięto się nad sam brzeg stawu, ale jakoś brakło im odwagi pójść za jego przykładem. Pułkownik na koniu podniósł ramię, otworzył usta, aby do niego przemówić, gdy bomba świsnęła tak nisko po nad wszystkiemi głowami, że się pochyliły mimowolnie i coś zwaliło się na ziemię. Padł z konia pułkownik bombą w pół przecięty, tonąc w krwi kałuży. Nikt na niego nie spojrzał, nikomu w głowie nie postało podnieść trupa.
— Na lód! na lód! Czyż nie słyszysz? Skręcaj, skręcaj na lód — wołano zewsząd. Tłum przerażony, ogłuszony, nie rozumiał właściwie, dla czego tak krzyczą.
Armata ostatnia z brzegu wjechała na lód i tłum rzucił się za nią w tropy. Lód zatrzeszczał, jednemu z uciekających noga w wodzie się zanurzyła. Gdy usiłował ją wyciągnąć, wpadł w wodę po pas. Ci co stali najbliżej, znowu się zawahali, artylerzysta wstrzymał konie armatnie; reszta zaś tłumu na grobli wrzeszczała w niebogłosy: — „Na przód! na lód!“ — Żołnierze zaczęli smagać konie biczem i pchać naprzód armatę. Konie nagle ruszyły, lód się załamał i od razu konie z armatą i czterdziestu ludzi zniknęło pod wodą. Bomby tymczasem świszczały dalej, spadając z złowrogą regularnością. Uderzały to w lód, to wpadały w wodę, dziesiątkując i niszcząc tę zbitą masę ciał ludzkich, która roiła się na grobli, na stawach, nad obu brzegami, jak okiem zasięgnął.





XIX.

Gdy działy się te okropności nad stawami, książę Andrzej leżał dalej w tem samem miejscu, na wyżynie w Pratzen, zaciskając kurczowo w dłoni część drzewca od sztandaru. Tracił bardzo wiele krwi i bezwiednie jęczał słabo i żałośliwie, niby biedne, opuszczone niemowlę.
Pod wieczór przestał jęczeć. Omdlał i stracił przytomność. Nagle otworzył oczy nie zdając sobie sprawy, ile też mogło czasu upłynąć? Czuł tylko że żyje i że ma w głowie ból straszny, piekący, jakby mu tam kto żaru nasypał.
— Gdzież jest to niebo bezdenne, które zobaczyłem dziś rano, nie znając go dotąd?... — to było pierwszą myślą jego. — I tych cierpień dotkliwych, dotąd nigdy nie doświadczałem. Tak, tak, niczego nie wiedziałem, nie pojmowałem, aż do dnia dzisiejszego. Ale gdzież to ja jestem?...
Wytężył słuch. Odezwał się tentent kopyt końskich i kilka głosów ludzi zbliżających się ku niemu. Mówili po francuzku. Nawet głowy nie odwrócił. Patrzył dalej w to niebo tak wysoko nad nim zawieszone, którego lazur tajemniczy i nieprzenikniony, przezierał z po za lekkich chmurek po nim przepływających.
Ci jeźdźcy, to był cesarz Napoleon i jego dwaj adjutanci. Bonaparte objechał w koło pole bitwy i wydał rozkaz, aby wzmocnić jeszcze baterję ziejącą ogniem na groblę pod Auguest. Teraz oglądał trupy i rannych leżących dotąd na pobojowisku.
— Piękni ludzie! — wykrzyknął zobaczywszy grenadjera rosyjskiego, który leżał z rozkrzyżowanemi ramionami, twarzą do ziemi, z karkiem zupełnie zczerniałym, sztywny i zastygły od dawna.
— Wyczerpano amunicję, Sire! — zaraportował adjutant, wysłany z owym rozkazem do baterji, która dotąd kartaczowała groblę w Auguest.
— Wysłać tam natychmiast baterję rezerwową — odrzucił krótko Napoleon, posuwając się o kilka kroków naprzód. Zatrzymał się przed samym księciem Andrzejem, który dalej zaciskał w dłoni drzewce porąbane od sztandaru. Sam sztandar zdarto jako trofea zdobyte na nieprzyjacielu.
— Piękna śmierć! — zauważył Napoleon.
Zrozumiał książę Andrzej mimo wielkiego osłabienia, że to o nim mowa, a mówiącym jest sam Napoleon. Słowa te atoli zabrzęczały mu tylko koło uszów, nie robiąc na nim wcale wrażenia. Nie interesowały go zupełnie i zapomniał o nich natychmiast. Głowę miał rozpaloną, siły tracił razem z krwią uchodzącą, i nie widział nic przed sobą prócz tego nieba tak wysoko zawieszonego, i tak niedocieczonego. Poznał wprawdzie Napoleona... swojego bohatera... w tej chwili jednak ów bohater wydał mu się tak małym, tak nic nie znaczącym, w porównaniu z tem, co odbywało się między jego duszą, a tem niebem bezgranicznem! Co mówiono, kto zatrzymał się przed nim, wszystko było mu obojętnem. Rad był jednak, że przy nim stanęli. Czuł instynktowo, że zechcą mu dopomódz do odzyskania tego życia, które obecnie wydawało mu się takiem pięknem, odkąd zaczynał takowe pojmować zupełnie inaczej. Zebrał wszelkie siły, aby ruszyć się i wydać z siebie dźwięk jakikolwiek. Udało mu się rzeczywiście poruszyć nogą i jęknąć głucho.
— Ah! on więc żyje? — zawołał Napoleon. — Podnieść natychmiast tego młodego człowieka, i zanieść do ambulansu!
Po tych słowach cesarz puścił się naprzeciw marszałka Lanne’a, który z uśmiechem odkrył przed nim głowę, winszując świetnego zwycięstwa.
Wkrótce książę Andrzej o niczem już nie pamiętał. Ból sprawiony przez tych, którzy usiłowali podnieść go z ziemi, niesienie na noszach, wstrząsanie nim przez drogę, ostatecznie zaś, sondowanie jego rany, pozbawiły go na nowo przytomności. Dopiero późno wieczór ocknął się z omdlenia, gdy go transportowano do głównego szpitalu, razem z kilku innymi Rosjanami rannymi, lub których wzięto w niewolę.
Pierwsze słowa które usłyszał były wymówione przez oficera eskortującego konwój z rannymi:
— Zatrzymajmy się tu cokolwiek. Cesarz będzie tędy przechodził, trzeba mu sprawić przyjemność pokazując tych oto paniczów.
— Ba! Tylu ich dostało się tym razem do niewoli... większa część armji rosyjskiej... ma w czem wybierać...
— Zapewne! ale zawsze, ten tu — zauważył ów pierwszy oficer pokazując na rannego Rosjanina w mundurze gwardji konnej — ma być, jak utrzymują, wielką figurą, dowódzcą całej gwardji przybocznej cara Aleksandra!
Bołkoński poznał w tej chwili rzeczywiście księcia Repnina, którego widywał nieraz w towarzystwie i na salonach petersburskich. Obok niego leżał gwardzista młodziusieńki i także ranny. Bonaparte przyleciał galopem i osadził konia w miejscu przed rannymi:
— Kto tu jest najwyższy rangą? — spytał spojrzawszy na nich.
Wymieniono pułkownika gwardji konnej, księcia Repnina.
— Ty zatem książę dowodziłeś pułkiem konnej gwardji przybocznej cara Aleksandra?
— Właściwie prowadziłem tylko jeden szwadron.
— Twój pułk książę spełnił zaszczytnie swoją powinność!
— Pochwała wielkiego wodza, jest najpiękniejszą nagrodą żołnierza — Repnin odpowiedział.
— Udzielam wam tejże z przyjemnością i szczerem uznaniem — powtórzył Napoleon. — Któż to jest ten młodzieniaszek obok ciebie książę?
Repnin wymienił nazwisko porucznika Suchtelena.
Cesarz spojrzał na niego z uśmiechem:
— Nadto wcześnie zachciało mu się otrzeć o nas.
— Młodość i najwcześniejsza nie wyklucza męstwa — szepnął Suchtelen.
— Pięknie odpowiedziałeś młodzieńcze, możesz zajść daleko!
Aby dopełnić tego tryumfalnego widowiska, wysunięto i księcia Andrzeja na pierwszy plan, chcąc zwrócić na niego uwagę cesarza, który przypomniał sobie natychmiast, że go już raz widział leżącego na pobojowisku.
— A jakże ty się czujesz, mój dzielny młodzieńcze?
Książę Andrzej wlepiwszy wzrok w niego milczał. Przed pięciu minutami, ranny zamienił był słów kilka z niosącymi go żołnierzami, a teraz fiksując Napoleona nic nie odpowiadał!... Czemże bo były rzeczywiście te wszystkie sprawy, duma, radość tryumfująca Napoleona? czem był on sam, bohater niegdyś przez Andrzeja ubóstwiany, w porównaniu z tem pięknem niebem, pełnem sprawiedliwości i dobroci, w którem dusza jego utonęła i pojąć potrafiła?... Wszystko mu teraz wydawało się tak nędznem, tak znikomem, tak lichem, tak odmiennem i niepodobnem do owych myśli wzniosłych i uroczyście, surowo poważnych, które wzniecił w jego duszy upadek sił fizycznych i oczekiwanie śmierci! Z oczami przykutemi do Napoleona, myślał o nicości życia. Jak błahą wobec tego jest wszelka wielkość, jak nikt tego nie pojmuje i nie chce się nad tem zastanowić, jak i śmierć sama jest bez znaczenia, skoro po za nią znajduje się owe niebo bez granic, a dla żywych niezbadane i nieprzeniknione!
— Proszę zająć się natychmiast tymi panami — rzekł Napoleon nie czekając na odpowiedź księcia Andrzeja. — Zaprowadzić ich do głównej sali w szpitalu i niech ich opatrzy sam doktór Larrey[1]. Do zobaczenia książę! — Odjechał z twarzą szczęściem promieniejącą.
Skoro żołnierze spostrzegli nadzwyczajną łaskawość i życzliwość cesarza dla rannych, ci którzy nieśli księcia Andrzeja i byli mu zabrali mały obrazek powieszony na szyi ręką siostry, pospieszyli oddać mu go napowrót. Namacał go ni stąd ni z owąd, na piersi, położonego na wierzchu munduru. Nie wiedział, ani kiedy mu go wzięto, ani kto mu tenże oddał napowrót?
— Coby to było za szczęście — pomyślał przypominając sobie cześć głęboką i wiarę niezachwianą siostry, z jaką wkładała na niego ową świętość. — Coby to było za szczęście, gdyby na prawdę wszystko było tak prostem, tak jasnem, jak Marja zdaje się święcie wierzyć? Jakby to było dobrze wiedzieć na pewno, gdzie szukać ulgi i pomocy w życiu, i co nas czeka po śmierci!... Czułbym się tak szczęśliwym, tak spokojnym gdybym mógł powiedzieć: Panie! bądź mi miłościwi... Komuż to jednak powiem? Albo ta siła nieobliczona, niezbadana, do której nie mogę się udać, ani przed nią wynurzyć tego co czuję, jest tem wielkiem „czemś“, bądź jest niem nicość „Nirwana“ starożytna, bądź też istnieje Istota najwyższa, Bóg uwielbiany przez Marją i zamknięty w tym tu obrazku... Nic nie jest pewnem, prócz tego, że mój nędzny rozum tak mało zdoła objąć myślą i zrozumieć, i prócz majestatu tego czegoś nieznanego, niezbadanego, tego nieba bezdennego, które jedynie może jest prawdą niezbitą i wielkością niezaprzeczoną!...
Niesiono go dalej. Za każdem szturknięciem, za każdym poruszeniem, czuł ból dotkliwy, pomnożony przez gorączkę i halucynację, która mieszała mu zmysły. Snuli mu się przed oczami ojciec, siostra, żona i ten syn, który miał mu się dopiero urodzić. Widział również przed sobą drobną i nic nie znaczącą postać Napoleona. Wszystkie te zaś obrazy wywołane gorączką, miały za tło owe niebo lazurowe i bezdenne, po którem przesuwały się jedne za drugiemi, jak w kalejdoskopie. Zdawało mu się chwilami, że już rozkoszuje się w Łysych Górach, życiem cichem, spokojnem, na łonie rodziny. A w tem pojawiał się znowu przed nim malutki Napoleon, którego wzrok obojętny, radujący się cudzą niedolą, przenikał go do głębi duszy, zwątpieniem i bólem nad siły... Wtedy zwracał oczy ku swojemu niebu idealnemu, które jedno, jedyne obiecywało mu spokój i ulgę w cierpieniu! Nad ranem wszystkie te sny zlały się i zespoliły w jeden chaos potężny, utonęły wreszcie w ciemnościach nieprzeniknionych. Był znowu bezprzytomnym, a ten stan, według zdania Larrey’a, miał raczej zakończyć się śmiercią, niż wyzdrowieniem.
— Okaz to niesłychanie nerwowy i żółcią przesiąknięty — wyraził się Larrey o księciu Andrzeju. — Trudno żeby z tego wyszedł.
Powierzono zatem Andrzeja wraz z kilkoma innymi ciężko rannymi, którzy byli bez nadziei, staraniom i pieczy krajowców.


KONIEC TOMU TRZECIEGO.



Przypisy

  1. Lekarz przyboczny Napoleona.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autorów: anonimowy, Lew Tołstoj.