Strona:Lew Tołstoj - Wojna i pokój 03.djvu/179

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

marzenia urzeczywistnionego, nie wiedział co począć. Czy ma zbliżyć się do cara? A może to jego usiłowanie wyda się natręctwem niestosownem i nie na czasie w obecnem położeniu?
— Czy nie będzie to wyglądało — pomyślał — że korzystam i chcę wyzyskać chwilę fatalną, kiedy „On“ czuje się tak samotnym i opuszczonym? Widok kogoś zupełnie mu nieznanego, mógłby zrobić na nim przykre wrażenie... Cóż mu zresztą powiem, skoro wystarczy jedno jego spojrzenie, aby mi głos uwiązł w gardle.
Słowa zamierały mu rzeczywiście na ustach. Bo też gdy je w myśli układał, wyobrażał sobie zupełnie inne położenie. Obraz, który mu wtedy przedstawiała jego bujna fantazja, miał za tło świetne zwycięstwo, chwilę tryumfu. On wprawdzie leżał umierający z ran, ale car obok jego łoża boleści, przychodził dziękować mu za jego czyny bohaterskie, za zwycięstwo, do którego i on, Rostow, przyczynił się razem z innymi, przepłacając takowe życiem własnem. W takiej chwili mógłby był wynurzyć przed monarchą swoją miłość, swoje poświęcenie, krwią serdeczną tak szlachetnie i wzniośle potwierdzone.
— O cóż bym go pytał? Jest godzina czwarta po południu, i bitwa przegrana. Nie, nie, nie zbliżę się do niego. Nie powinienem przerywać toku jego smutnych dumań. Lepiej umrzeć tysiąc razy, niż otrzymać od niego jedno spojrzenie zagniewane.
Oddalił się więc smutny, z rozpaczą w duszy, odwracając się raz po raz, aby śledzić każde poruszenie swojego monarchy.
Widział jak zbliżył się do cara kapitan Toll. Pomógł