Strona:Lew Tołstoj - Wojna i pokój 03.djvu/88

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

Nie weźmiesz mi tego za złe, co? Wszak jesteśmy starzy znajomi.
— O, i owszem, hrabio kochany... rozumiem to doskonale i wynoszę się natychmiast — odrzucił Berg słodziutko, swoim głosem chropowatym i niby wiecznie zachrypniętym.
— Pójdź do naszych gospodarzów — wtrącił Borys. Zaprosili cię przecie na dziś.
Berg przywdział inny mundur, włosy podczesał na wzór cara Aleksandra i przekonany z góry, o wrażeniu niesłychanem, jakie wywoła swoim strojem starannym, wyszedł z uśmiechem rozkosznym na ważkich ustach.
— Ah! jakie też ze mnie bydle kwadratowe — wykrzyknął Rostow przebiegając list oczami.
— Dla czego?
— Prawdziwe bydlę! Nie napisałem powtórnie, a oni tak się poprzestraszali. Cóż, posłałeś Hawryła po wino? Brawo! Toż to się ududlamy.
Między innemi, w posyłce rodzicielskiej był załączony list rekomendacyjny do księcia Bagrationa. Hrabina idąc za radą Anny Michałówny, wystarała się z wielkim trudem o ten list, od jednej damy znajomej, bliskiej krewnej księcia. Błagała też syna usilnie, żeby poszedł z listem do księcia natychmiast i starał się z tej znajomości wyciągnąć korzyść jak największą.
— Jakie szaleństwo. Niby ja tego potrzebuję? — mruknął Rostow niechętnie odtrącając list ruchem gwałtownym.
— Dla czegóż go odrzucasz?
— Drwię z podobnych rekomendacji.