Strona:Lew Tołstoj - Wojna i pokój 03.djvu/125

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

polskie nazwiska, które mi wiecznie kołkiem w gardle stają, nim je zdołam wymówić!
— Cicho byłbyś, ty, ty! języku złośliwy! — Dołgorukow zawołał, nie mogąc sam wstrzymać się od śmiechu. — Mylisz się zresztą. Prócz Kotuzowa jest jeszcze dwóch Rosjan czystej krwi. Miłoradowicz i Dokturow... nawet jeszcze i trzeci dowódzca Araktczejew, ale ten ma nadto słabe nerwy...
— Idę ja tymczasem do mojego jenerała. — Andrzej powstał. — Życzę panom szczęścia i powodzenia jak najlepszego... na bal jutrzejszy!
Wyszedł uścisnąwszy dłonie im obu.
Gdy w chwilę później wracał siedząc w powozie obok Kotuzowa, który milczał zawzięcie, spytał go, co też sądzi o bitwie jutrzejszej? Starzec odpowiedział mu tonem smutnym, przygnębionym, ale całkiem stanowczo i na serjo:
— Myślę, że ją przegramy. Prosiłem hrabiego Tołstoja, żeby oświadczył Najjaśniejszemu panu to moje najgłębsze przekonanie... I cóż powiesz na odpowiedź, którą odebrałem? — „Mój kochany jenerale, moją rzeczą obmyśleć ryż z kotletami, które car tak lubi, do ciebie zaś należą wszelkie sprawy wojenne“... — Oto mój drogi mi na to odpowiedział.