Strona:Lew Tołstoj - Wojna i pokój 03.djvu/124

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

— To rzecz najzupełniej obojętna. Wszystko jest z góry przewidziane i obliczone najdokładniej. Jeżeli znajduje się w Bernie... — tu wstał Dołgorukow, rozkładając na stole wielką mapę, aby lepiej wytłumaczyć Andrzejowi plan ataku obmyślony przez Weirothera, który polegał na uderzeniu z boku.
Bołkoóski zarzucał to i owo, dowodząc szeroko i długo, że jego plan lepszy od tamtego; tylko Weirother miał więcej szczęścia. Podczas wywodu, w którym Andrzej starał się dowieść ile słabych stron ma plan Weirothera, a o ile korzystniejszym byłby atak przez niego obmyślany, Dołgorukow roztargniony, przestał go słuchać, wodząc wzrokiem bezmyślnym po mapie i po mówiącym.
— Dziś wieczór zbiera się u Kotuzowa rada wojenna... tam mógłbyś wystąpić z twojemi zarzutami — bąknął od niechcenia.
— I nie omieszkam tego uczynić! — zawołał żywo Bołkoński.
— O co wam idzie, moi panowie? — wmieszał się teraz do rozmowy Bilibin, ze zwykłym drwiącym uśmiechem. Jakiś czas przysłuchując im się w milczeniu, ostrzył groty swojego dowcipu. — Czy jutro zwyciężymy, czy przegramy, honor rosyjski na tem nie ucierpi. Z wyjątkiem naszego sędziwego Kotuzowa, nie ma ani jednego Rosjanina pomiędzy tylu dowódźcami. Przejrzyjmy ich tylko pobieżnie: Herr generał von Wimpfen, hrabia de Langeron, książę Lichtenstein, książę Hohenlohe, a w końcu Pszczy... Pszczy... i tak dalej... jak brzmią zwykle