Strona:Lew Tołstoj - Wojna i pokój 03.djvu/180

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    Aleksandrowi przeskoczyć rów pieszo. Następnie podesłał swój płaszcz carowi pod jedną z jabłoni i ten usiadł na nim. Toll stał obok przemawiając z ogniem i zapałem. Ten widok przejął Rostowa uczuciem żalu i szalonej zazdrości, szczególniej gdy dostrzegł jak car, przyciskając dłonią oczy, drugą rękę wyciągnął do Tolla.
    — Mogłem ja znaleść się tam, zamiast niego — mówił sobie w duchu. Rozpłakał się, nie mogąc łez gorzkich powstrzymać. Oddalał się coraz bardziej, nie wiedząc, w którą stronę ma się udać? Rozpacz jego była tem gwałtowniejszą, że oskarżał sam siebie o słabość, prawie o tchórzostwo nie do przebaczenia. Byłby mógł i powinien był zbliżyć się do cara. To była chwila jedyna, która może się już nigdy nie powtórzy. Czemuż z niej nie skorzystał? Czemu nie wypowiedział carowi, jak gotów wszystko poświęcić na jego usługi? Zawrócił konia, ale już na tem miejscu nie zastał nikogo. Drogą ciągnął się tylko długi szereg wozów, wózków rozmaitych i furgonów. Od jednego z powożących, dowiedział się Rostow wreszcie, że sztab główny razem z Kotuzowem, jest niedaleko ode wsi. Oni jadą tam właśnie z transportem. Jeżeli zatem chce, to go zaprowadzą do kwatery głównego wodza. Udał się tedy za nimi.

    · · · · · · · · · · · · · · · · · · · ·

    O godzinie piątej po południu, bitwa była przegrana na wszystkich punktach. Więcej niż sto armat wpadło w ręce Francuzom.
    Cały korpus pod dowództwem Pszczebiszewskiego złożył broń. Inne oddziały, straciwszy połowę ludzi, cofały się, całemi niesfornemi bandami.