Strona:Lew Tołstoj - Wojna i pokój 03.djvu/127

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

zabłoconym, okryty kurzem, wyglądał niepocześnie, jak człowiek znużony i prawie nieprzytomny. To jednak usposobienie nie przeszkadzało mu wcale, przemawiać tonem dumnym, wyzywającym i pewnym siebie.
Kotuzow stanął kwaterą w zamku starożytnym. W obszernej sali rycerskiej, przemienionej na gabinet wodza naczelnego, zebrali się: Kotuzow, Weirother i reszta jenerałów. Przypuszczono również do walnej narady Bołkońskiego, który wszedł przed chwilą z biletem od Bagrationa, tłumaczącym tegoż nieobecność.
— Skoro książę Bagration nie ma przyjść wcale, moglibyśmy zagaić nasze posiedzenie — przemówił Weirother, zrywając się szybko z siedzenia, aby zbliżyć się do stołu, na którym rozłożono olbrzymią mapę topograficzną, z najbliższych miejscowości w koło Berna.
Kotuzow z mundurem rozpiętym zupełnie, z swoim grubym karkiem jak u wołu, bez krawata utonął cały w dużem krześle poręczowem à la Voltaire. Obie ręce żylaste, pargaminowe, jakie mają zwykle starcy, oparł symetrycznie na poręczach krzesła. Zdawał się drzemać, jednak na głos Weirothera otworzył z wysiłkiem jedyne oko, które mu zostawało i bąknął od niechcenia:
— Proszę, zaczynaj jenerale, inaczej byłoby za późno...
Głowa opadła mu znowu na piersi i oko się zamknęło. Gdy zaczęło się czytanie, członkowie rady wojennej, mogli sądzić zrazu, iż Kotuzow udaje tylko że spi. Wkrótce jednak przekonało ich głośne chrapanie, że starzec uległ rzeczywiście potrzebie niezwalczonej snu, który jest tak niezbędnym dla całej ludzkości. Stało się to mimowolnie, a nie z chęci okazania, że sobie