Strona:Lew Tołstoj - Wojna i pokój 03.djvu/109

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

którem znajdujemy się obecnie. Idąca w parze, dokładność najskrupulatniejsza austrjacka, z szaloną rosyjską odwagą! Czego można sobie więcej życzyć?
— Atak zatem zdecydowany?
— Tak, mój drogi! Bonaparte, o ile mi się zdaje stracił głowę najzupełniej. Nasz pan najmiłościwszy dostał dzisiaj list od niego...
I Dołgorukow uśmiechnął się znacząco.
— Oho! Cóż on tam może pisać?
— Co? Ot! banialuki, ni to, ni owo, byle zyskać na czasie. Wpadnie nam w ręce, jak dwa a dwa cztery. Zobaczysz mój drogi! Najzabawniejsze z tej całej historji — tu znowu uśmiechnął się drwiąco — że nie wiedziano jak do niego odpowiedź zaadresować. Nie można przecież było podpisać „Konsulowi“, nie chciano zaś dać mu tytułu „Cesarza Napoleona“... zostawało więc jedynie: — „Jenerałowi Bonaparte“ — takie było przynajmniej moje zdanie, co do tego...
— No! zdaje mi się — wtrącił Bołkoński od niechcenia — że od nieuznawania go cesarzem, a tytułem jenerała trochę za wielka różnica...
— Zapewne i w tem właśnie polega trudność rozwiązania kwestji — odrzucił żywo Dołgorukow. — To też Bilibin, sypiący dowcipy jak z rękawa, zaproponował całkiem serjo, adres następujący:
„Uzurpatorowi praw monarchów „z Bożej łaski“ i wrogowi ludzkości!“
— Bagatela! Tylko tyle?...
— W końcu jednak rozciął węzeł gordyjski, jako człowiek rzeczywiście rozumny i zręczny dyplomata...