Strona:Lew Tołstoj - Wojna i pokój 03.djvu/87

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

uda się komu wstąpić do gwardji i do tego za wysoką protekcją osób wpływowych.
— Phi! wasza gwardja! Laleczki ufryzowane — machnął Rostow ręką lekceważąco. Ale daj mi wina.
Borys skrzywił się niemiłosiernie, wydobył jednak rad nie rad sakiewkę z pod poduszek, powleczonych białemi jak śnieg poszewkami i kazał przynieść wina.
— Ale, ale! — wtrącił — oto list do ciebie i koperta z pieniędzmi.
Rostow rzucił pieniądze na kanapę, list zaś szybko rozpieczętował i zaczął czytać chciwie z łokciami na stole. Żenowała go obecność Berga. Czuł na sobie wzrok na wskroś przenikający. Zasłonił się też cały listem szeroko rozłożonym.
— Nie żałowano hrabiemu pieniędzy o ile się zdaje. — Berg zażartował patrząc łakomie z pod oka na spory worek opieczętowany i przez pół wciśnięty w kanapę. — My natomiast nie możemy związać końców i wiecznieśmy goli jak święci tureccy.
— Słuchaj mój drogi! Pierwszy raz, gdy cię zastanę z listem od rodziny w obecności przyjaciela i towarzysza od lat dziecięcych, którego nie widziałeś przez pół roku, a któremu radbyś zadać tysiąc pytań, uwolnię cię natychmiast od mojej osoby. Uczyń że i ty to samo Berguńciu kochany i zniknij łaskawie z horyzontu... czyli mówiąc dosadniej i zrozumiałej: idź sobie do stu djabłów — przemówił Rostow żartobliwie, patrząc przyjaźnie na Berga, aby mu cokolwiek osłodzić gorzką pigułkę i wykręcił nim jak frygą w kierunku drzwi. —