Strona:Lew Tołstoj - Wojna i pokój 03.djvu/114

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

po francuzku z wybitnym akcentem niemieckim. Płonął rumieńcem gorączkowym, usłyszawszy oficerów mówiących jego mową ojczystą. Udawał się do każdego z nich po kolei, tłumacząc, że nie z własnej winy dostał się do niewoli. Jego kapral zawinił tu jedynie; on posłał go po czapraki, chociaż mu perswadował, że po drodze Rosjanie złapią go najniezawodniej. Co kilka słów dodawał tonem prośby usilnej:
— Tylko nie róbcie nic złego mojemu poczciwemu koniowi.
I głaskał konia po szyi i lśniącej grzywie. Nie zdawał sobie sprawy widocznie, gdzie się znajduje i co mówi. To szukał wymówek, że dał się wziąć w niewolę, to znowu popisywał się swoją dokładnością i punktualnością w pełnieniu służby wojskowej, tak zupełnie, jakby stał przed własnym swoim dowódzcą. Dla oficerów rosyjskich, był to okaz ciekawy, żołnierza francuzkiego, którego wówczas prawie nie znali.
Kozacy przyjęli za konia dwa imperjały, które wypłacił im Rostow, gdyż chwilowo, miał on najwięcej pieniędzy z całego tego grona.
— Tylko nie róbcie nic złego memu drogiemu konikowi! — powtórzył jeniec tonem błagalnym.
Rostow upewnił go co do tego i dał mu również trochę pieniędzy.
— No! no! chodźmy dalej! — bąknął kozak do swego jeńca ciągnąc go za rękaw.
— Car! car! — usłyszano głośne nawoływania. Wszyscy poruszyli się i rozbiegli pędem, każdy udając się na swoje stanowisko. Tak samo i Rostow wskoczył