Strona:Lew Tołstoj - Wojna i pokój 03.djvu/113

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

ujrzał nosze z rannymi, i między kilkuset kozakami, cały oddział konnicy francuzkiej, wzięty w niewolę. Potyczka widocznie trwała krótko, skończyła się jednak o ile można było sądzić z pozorów pomyślnie dla Rosjan. Oficerowie i żołnierze, opowiadali cuda waleczności, o świetnem zwycięstwie, o zdobyciu miejscowości Wischau i o wzięciu w niewolę całego szwadronu jazdy francuzkiej. Czas był piękny. Słońce świeciło wspaniale, po lekkim przymrozku w nocy. Rozkoszny dzień, pełen blasków słonecznych, mimo późnej jesieni, był dopełnieniem, rzecby można, ogólnej radości i tryumfu. Wszystkie twarze, od jenerałów, do szeregowców, były rozpromienione. Rostowa i te wybuchy radości niecierpliwiły. Czemu jego nie było pomiędzy zwyciężającymi?
— Chodź tu Rostow — przywołał go Denissow, siedząc nad rowem przydrożnym z flaszką sporą wódki i koszem rozmaitych wiktuałów. — Utopmy naszą zgryzotę — dodał żartobliwie — że nas tym razem do tańca nie zaproszono i musieliśmy, jak niepyszni pietruszkę sprzedawać.
Kilku jeszcze oficerów otoczyło ów ponętny kosz z prowiantami.
— Oho! prowadzą jeszcze jednego — odezwał się ktoś z ich grona, wskazując ręką na dragona francuzkiego, którego prowadzili dwaj kozacy. Jeden z nich trzymał za uzdę pięknego i dzielnego konia z pod owego jeńca.
— Sprzedaj mi go! — krzyknął Denissow na kozaka.
— I owszem wasza miłość — kozak odrzucił salutując.
Pozrywali się żywo oficerowie, otaczając kozaków wraz z ich jeńcem. Był nim młody Alzatczyk, mówiący