Strona:Lew Tołstoj - Wojna i pokój 03.djvu/115

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

raźno na siodło, widząc z daleka kilku jeźdźców z białemi kitkami u kapeluszów. Wszystko znikło w jednej chwili: nuda, zły humor, niecierpliwość, że go zostawiono w rezerwie, wszelkie uczucie tyczące się jego osoby, w obec radości niewypowiedzianej, przenikającej go do głębi, na widok nadjeżdżającego, ukochanego monarchy.
Było to dla niego najzupełniejsze wynagrodzenie, za przykry zawód, który spotkał go dziś rano. Podniecony gorączkowo, niby kochanek, gdy otrzyma od swojej najdroższej raz pierwszy schadzkę upragnioną, nie śmiał się ruszyć, nie śmiał się obrócić, odgadując „jego“ zbliżanie się, nie po odgłosie podków końskich, lecz po gwałtowności uczucia, które mu piersi rozpierało. Cały świat wydawał mu się w tej chwili piękniejszy, opromieniony jakimś blaskiem nadziemskim!
„Słońce“ tymczasem było bliżej... coraz bliżej... Rostow czuł się dziwnie rozgrzanym tem światłem czystem i pełnem majestatu, które od „niego“ płynęło... Usłyszał nagle wśród milczenia grobowego, ów głos słodki, brzmiący tak łagodnie i tak uprzejmie, spokojny, a niemniej imponujący:
— Huzary Pawłogrodzcy, co?
— Rezerwa, najjaśniejszy panie! — odpowiedział jakiś głos ziemski, po tamtym dźwięku niby prosto z nieba pochodzącym.
Car zatrzymał się przed Rostowem. Tym razem uderzyła jeszcze bardziej piękność i regularność linji klasycznych w monarchy twarzy młodziutkiej. Jaśniał on całą krasą pierwszej młodości, z lekkim odcieniem pe-