Strona:Lew Tołstoj - Wojna i pokój 03.djvu/133

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

Próbował podnieść się z krzesła. Jenerałowie pożegnali go niskim ukłonem i wyszli.

· · · · · · · · · · · · · · · · · · · ·

Owa narada wojenna, w której książę Andrzej nie miał czasu wypowiedzieć swojej myśli, zostawiła w jego duszy wielki niesmak, niepokój i wątpliwości, co do planu całego. Pytał się w duchu, przy kim właściwie była słuszność? Czy mówią prawdę Dołgorukow z Weirotherem, czy Kotuzow z Langeronem? Dla czego Kotuzow, póki była pora po temu, nie wypowiedział szczerze przed carem swojego zdania? — Czy to dzieje się tak zawsze — dumał dalej — że naraża się na chybił trafił tysiące egzystencji, a i moje życie między innemi, li dla interesu dworów i dla spraw osobistych monarchów?... Tak, mogą mnie zabić jutro!... — I nagle ta myśl o śmierci wywołała w jego duszy cały szereg wspomnień dalekich a rzewnych. Pożegnanie z ojcem, z żoną, jego pierwsze chwile poślubne i miłość ognista dla pięknej Lizy. Przypomniał sobie jej stan poważny. Rozczulił się mimowolnie nad żoną, nad sobą samym i wyszedłszy z domku, w którym mieszkał razem z Neświckim, zaczął przechadzać się po dworze.
Noc była mglista. Słaby, tajemniczy promień księżyca, starał się przebić szarą mgły oponę.
— Jutro! jutro! — powtarzał w duchu. — Może wszystko skończy się dla mnie, a wtedy i te wspomnienia przestaną istnieć razem ze mną... Jutro, czuję to, będę mógł okazać do czego jestem zdolny...
Wyobrażał sobie bitwę, straty poniesione, skupienie