Strona:Lew Tołstoj - Wojna i pokój 03.djvu/134

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

się walki w jeden punkt najważniejszy, zamięszanie i nieporadność wodzów.
— Nadchodzi dla mnie chwila pomyślna, dzień tak przezemnie niecierpliwie oczekiwany!...
Widział i słyszał siebie w dalszym ciągu błogich marzeń, jak wypowiada swoje zdanie jasno i dobitnie, w obecności Kotuzowa, obu monarchów, Weirothera i reszty dowódzców. Wszystkich uderzyła jasność jego poglądów, nikt jednak nie mógł zdobyć się na tyle odwagi, aby wziąć na własną odpowiedzialność planu wykonanie... On więc wybierał sobie pułk, nawet całą dywizją, stawiał warunki, aby nikt się nie odważył planów jego krzyżować, prowadził swój oddział w miejsce najważniejsze i odnosił świetne zwycięztwo!... A śmierć a konanie?... podszeptywał mu jakiś głos obcy, nieznany, tajemniczy... Książę Andrzej nie przestawał jednak marzyć błogo o swoich przyszłych tryumfach i powodzeniach. Jemu to powierzano w przyszłości obmyślenie planu bitwy następnej. Był dotąd wprawdzie tylko adjutantem przy boku Kotuzowa, ale on, Bołkoński, prowadził w bój wszystkich, i drugą bitwę tak samo wygrywano, rozbijając w puch nieprzyjaciela!... On podczas bitwy zastępywał i wyręczał Kotuzowa!... No! a potem? — przemawiał mu znowu do ucha ów głos tajemniczy — jeżeli nie będziesz ciężko rannym, lub nawet zabitym... potem co się stanie?... — Potem? — odpowiadał sam sobie książę Andrzej. — Nic nie wiem! i wiedzieć nie chcę! Nie moja wina, że pragnę sławy, że chcę miłości i uwielbienia ze strony ludzi; że radbym stać się wielkim i w kraju własnym niezapomnianym! To rzeczywiście