Strona:Lew Tołstoj - Wojna i pokój 03.djvu/64

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

kończy? Wtedy niby motylek fruwała z balu na bal, z zabawy na zabawę... Mizerna, drżąca od dreszczy, która nią wstrząsała, usiadła na fotelu, w nocnym czepku i nocnym kaftaniku i kazała po raz trzeci łóżko prześcielać, pokojowej zaspanej i lecącej z nóg ze znużenia.
— Mówię ci, że same dziury a między niemi coś twardego, jakby kto do łóżka kamieni nasypał. Wolałabym była usnąć spokojnie, żeby ci się było chciało od razu łóżko przewrócić jak należy, próżniaku wierutny! A teraz dąsasz się jeszcze i milczysz jak mruk. Czy to moja wina, pytam się ciebie?... — wymyślała księżna, tonem płaczliwym dzieciaka rozpieszczonego.
I stary książę nie mógł jakoś usnąć tej nocy. Tykon drzemiący w przedpokoju, słyszał przez sen jednakże, chód niespokojny swojego pana i jego gniewne mruczenie. Zdawało się Bołkońskiemu, że został obrażony w swojej godności i to tem dotkliwiej, ile że ta obraza tyczyła się nie jego bezpośrednio, ale córki jedynej, którą kochał w końcu więcej niż siebie. Daremnie perswadował sam sobie, że powinienby zostawić jej czas dłuższy do namysłu, że bierze tę kwestją za gorąco, nie zastanawiając się dostatecznie, jak ma postąpić. Wszystkie te uwagi gniewały go i rozdrażniały coraz bardziej:
— Zapomniała o wszystkiem dla pierwszego lepszego wiercipięty, który jej się nawinął pod rękę... nawet o starym, zgrzybiałym ojcu!... Błaźnica! fryzuje się dla „niego“, koczkodani! zawraca oczami!... Jakby ją kto odmienił!... Uszczęśliwiona, że będzie mogła po-