Strona:Lew Tołstoj - Wojna i pokój 03.djvu/63

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
V.

Prócz Anatola, który chrapał doskonale, skoro tylko głowę przyłożył do poduszki, nikt tej nocy w zamku oka nie zmrużył, aż gdzieś nad ranem.
— Czyż na prawdę miałby mnie poślubić, ten młody człowiek, tak piękny, dystyngowany i tak dobry, tak szlachetny? — myślała Marja.
Ogarniał ją, strach, niezwykły, przeciwny jej naturze. Lękała się ruszyć, obrócić... Zdawało się jej, że ktoś stoi za jej plecami, w tym ciemnym kącie, za parawanem, a tym kimś był szatan, ten piękny mężczyzna, o czole białem i wyniosłem, z oczami czarnemi, palącemi, z długiemi czarnemi rzęsami a brwiami puszystemi jak aksamit, z ustami jak krew purpurowemi.
Przywołała swoją pokojowę, prosząc, żeby tę noc spała z nią razem.
Francuzka długo, bardzo długo, przechadzała się po ogrodzie zimowym. Czekała nadaremnie na „kogoś“, uśmiechała się w myśli do niego, rozczulając się z góry przy słowach: — „moja biedna matka!“ — która miała robić jej srogie wyrzuty, po upadku.
Mała księżna, złościła się i łajała swoją pokojowę. Łóżko było źle pościelone. Nie mogła leżeć na żaden bok. Wszędzie coś ją gniotło i coś jej dokuczało... Nie łóżko było temu winne, ale ciężar, który w łonie nosiła. Dziś czuła go boleśniej niż kiedykolwiek. Obecność Anatola, przeniosła ją w myśli w ową epokę, kiedy to, lekka jak piórko, fertyczna i zalotna, nie miała innych trosk, prócz obawy, czy suknią krawiec na bal wy-