Strona:Lew Tołstoj - Wojna i pokój 03.djvu/111

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    chem z siedzenia. Uścisnął na prędce dłoń obu młodym ludziom.
    — Uczynię, co tylko będzie w mojej mocy, dla twego protegowanego kochany książę! Taki miły i sympatyczny młodzieniec! Wyłuszczysz mi całą sprawę innym razem... Widzicie panowie sami, że nie dadzą mi swobodnie odetchnąć — dodał ściskając ponownie dłonie Andrzeja i Borysa poufale, ale z pewną wielko-pańską nonszalancją.
    Borys był niesłychanie wzruszony tem zetknięciem się tak bliskiem, z osobistością pierwszorzędną, z człowiekiem, który rozkazywał owym tłumom nieprzeliczonym wojska nagromadzonego. Czemże on, biedny, nic nie znaczący atom, był w obec takiej jak Dołgorukow matadory? Gdy tak szli za Dołgorukowem wzdłuż korytarza i gdy ten wchodził na carskie pokoje, wyszedł z tamtąd mężczyzna w ubraniu cywilnem, postawy wyniosłej, brzydki, ale mimo to z wyrazem wyższej inteligencji w twarzy. Szczęka górna, mocno naprzód wystająca, nadawała jego fizjognomji dużo życia niemniej piętno siły i energji. Skinął głową Dołgorukowowi, jak się to czynić zwykło z serdecznym przyjacielem i rzucił na księcia Andrzeja spojrzenie zimne, na wskroś przenikające. Szedł dalej dumnie, sądząc na pewno, że Bołkoński ukłoni mu się pierwszy i z drogi przed nim się usunie. Gdy jednak książę Andrzej tego nie uczynił, twarz owego mężczyzny zapłonęła gniewam widocznym. Odwrócił się natychmiast i poszedł drugą stroną korytarza.
    — Kto to? — szepnął Borys.
    — Człowiek niepospolity, ale zarazem... dla mnie przynajmniej.. nie do zniesienia. Minister spraw zewnę-