Strona:Lew Tołstoj - Wojna i pokój 03.djvu/169

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

było artylerję, z jej zielonemi jaszczykami, która rozwijała się na szczycie pagórka, niby długa przepaska.
Rostow zatrzymał się na chwilę, aby przypatrzeć się niezwykłemu widowiskowi. Gdzie oni wszyscy dążyli? Dla czego szli to tędy, to tamtędy? W tył, naprzód, na boki! Nie mógł tego zrozumieć, ale ten widok, zamiast przejąć go trwogą i zwątpieniem, podniecił w nim jeszcze zapał i animusz rycerski.
— Nie wiem wprawdzie, co z tego wyniknie — pomyślał — ale w każdym razie, coś dla nas pomyślnego.
Przejechawszy po za linją wojsk austrjackich, dotarł do miejsca, skąd nacierano na nieprzyjaciela... Szła właśnie do ataku rosyjska gwardja.
— Tem lepiej! Przypatrzę się temu bliżej — rzekł w duchu.
Kilku jeźdców zbliżało się ku niemu galopem. Poznał w nich gwardyjskich ułanów, których szeregi przełamano i którzy zmykali z pola walki. Rostow zobaczył krew na jednym z nich.
— Mniejsza o to! — pomyślał. O jakie sto kroków z tamtąd, zobaczył nagle nadjeżdżający kłusem wyciągniętym, cały tłum kawalerzystów, w mundurach białych, złotem połyskujących, na karych koniach, którzy mu niejako drogę zastępywali. I on puścił się galopem, aby zostawić im wolny przejazd. Byłby może dopiął celu, gdyby i ów oddział konnicy nie był kroku przyspieszył. Widział ich coraz bliżej, słyszał nawet szczęk broni i tentent kopyt końskich. Za chwilę rozróżniał twarze gwardzistów konnych, którzy szli do ataku na piechotę fran-