Strona:Lew Tołstoj - Wojna i pokój 03.djvu/145

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

za cholewy od butów i składali do furgonów swoje manatki. Jaki taki chwytał za karabin, stając porządnie do szeregu. Oficerowie zapinali szczelnie mundury, zacieśniali pasy, zakładali na ramię ładownice i przebiegali szeregi z dokładnością drobiazgową. Luzaki i reszta służby wojskowej zaprzęgali konie do wozów, pchając w nie ile się tylko dało.
Adjutanci, pułkownicy, jenerałowie, wsiadali na koń, żegnali się trzykrotnie, rozdawali ostatnie rozkazy, polecenia i przestrogi swoim podwładnym, i kolumny maszerowały jedna za drugą, podług taktu wybijanego tysiącem stóp. Nikt nie wiedział dokąd dąży, nawet niczego nie widział przed sobą, tak gęsta była mgła, podszyta w dodatku pełzającemi po ziemi dymami.
Żołnierz w marszu, jest tak obostrzony, co do działania osobistego, jak majtek na okręcie, tak samo ciągnie go i popycha pułk jego. Marynarz widzi zawsze przed sobą ten sam pomost, ten sam maszt i te same liny okrętowe. Żołnierz mimo olbrzymich nieraz przestrzeni, grożących najwyższem niebezpieczeństwem, które przebyć musi, ma wiecznie obok siebie tych samych towarzyszów, tego samego sierżanta nad sobą, psa trzymającego się wiernie jednej kompanji i tego samego pułkownika. Majtek rzadko kiedy jest ciekawy zbadać bliżej i najczęściej nie zdaje sobie sprawy z olbrzymich wodnych przestrzeni, na których buja jego okręt. Jednak w dniu bitwy, tak u jednego, jak u drugiego, nie wiedzieć skąd i jakim sposobem, odezwie się struna serdeczna, zabrzmi nutą dziwnie wzniosłą i poważną; struna moralnego „ja“, która musi drgnąć w każdym