Strona:Lew Tołstoj - Wojna i pokój 03.djvu/90

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

Rostow zmierzył wzrokiem na nowo Borysa i westchnął mimowolnie. Berg nie dał się prosić i wrócił, skoro go nazad przywołano. Ożywiła się pogadanka między trzema oficerami, przy gąsiorku dobrego wina. Gwardziści nie przestawali bawić Rostowa opisywaniem przygód i chwil przyjemnych, spędzonych podczas marszu. Jak ich przyjmywano gościnnie i jak wspaniale podejmywano w Rosji, w Polsce a nawet tu, za granicą. Cytowali na wyścigi rozmaite anegdoty o wielkim księciu Konstantym; prawiąc rzeczy niestworzone o jego dobroci, ale i o gwałtowności dzikiej, nieokiełznanej. Berg, który według chwalebnego zwyczaju, nie odzywał się aż wtedy, gdy mógł rozmowę sprowadzić na przedmiot ulubiony i opowiadać coś o sobie, teraz zaczął opisywać szeroko i długo, jak bawiąc w Galicji, dostąpił nie lada zaszczytu, rozmawiał bowiem, a raczej słuchał w milczeniu głębokiem, łajań i wyrzekań carewicza Konstantego. Uniesiony gniewem, złorzeczył, carewicz, że tak wolno posuwają się naprzód i zaczął psioczyć na cały oddział Berga, nazywając komendanta tegoż Arnautem. Było to specjalne i ulubione wyrażenie carewicza, ilekroć gniewał się na kogokolwiek.
— Może wyda ci się to hrabio nieprawdopodobnem, tak byłem jednak pewny, że w niczem nie zawiniłem, iż nie doświadczałem ani cieniu bojaźni. Nie chwaląc się, znam na palcach regulamin i wszelkie rozkazy dzienne pamiętam, jakby „Ojcze nasz“. Nie można też nigdy niczego zarzucić mojej kompanji. Stałem więc przed nim spokojny i z czystem sumieniem.
Po tych słowach wstał opowiadający, chcąc pokazać