Strona:Lew Tołstoj - Wojna i pokój 03.djvu/100

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

— Boże! gdyby tak do mnie przemówił — pomyślał Rostow — umarłbym z nadmiaru szczęścia!
— Panowie! — odezwał się car do oficerów, a Mikołajowi zdawało się, że słyszy głos prosto z nieba spływający — dziękuję wam całem sercem. Zasługujecie na sztandar Świętego Grzegorza i okazujecie się go godnymi!
— Oh! umrzeć dla niego! w jego oczach! — mówił sobie w duchu Rostow.
Po cara przemówieniu, odezwały się na nowo potężne wiwaty na jego cześć, do których przyłączył się Rostow, z całej siły płuc swoich, choćby mu miała pęknąć deka piersiowa. Tym sposobem przynajmniej chciał okazać swój zapał do szału dochodzący.
Car zatrzymał się chwilę, jakby się wahał.
— Jak „On“ może wahać się kiedykolwiek? — pomyślał Rostow.
I to jednak wahanie młodego monarchy, wydało mu się pełnem jakiegoś uroku majestatycznego, jak wszystko zresztą, co car uczynił. Aleksander, dotknąwszy z lekka, butami wysokiemi i przylegającemi, jakie wówczas noszono, boków swojej pięknej klaczki skarogniadej, pochwycił silniej trenzlę, ręką w białej rękawiczce i oddalił się, a za nim w tropy pociągnęła liczna świta adjutantów. Zatrzymywali się po drodze, to przed jednym, to przed drugim pułkiem. Nakoniec Rostow nie widział już nic więcej, tylko pióropusz biały, na cara kapeluszu trójgraniastym, który powiewał po nad głowami tłumu, igrając z wiatrem.
Zauważył on także w carskim orszaku, księcia Bołkońskiego. Przypomniawszy sobie wczorajszą z nim sprze-