Strona:Lew Tołstoj - Wojna i pokój 03.djvu/99

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

Pułki dotąd nieruchome i milczące jak grób, ożywiały się stopniowo, gdy car koło którego przejeżdżał. Przyjmowano go wszędzie radosnemi fanfarami i rozgłośnem „hurra“, które łącząc się z poprzedniemi, ogłuszały bliżej stojących.
Pomiędzy ciemnemi szeregami piechoty, które zdawały się wrośnięte w ziemię w swojej nieruchomości, harcował i toczył końmi, ze zręcznością jeźdźców wytrawnych, liczny orszak oficerów, należących do świty obu monarchów. Na ten orszak, jak i na cara i cesarza Franciszka, zwrócona była uwaga i wlepiony wzrok, ośmdziesięciu tysięcy ludzi.
Piękny i młodziutki car, w mundurze gwardji konnej, w kapeluszu stosowanym, junacko trochę na bok nasuniętym, z uśmiechem słodkim, z głosem tak dźwięcznym i miłym, pociągał ku sobie nie tylko spojrzenia, ale i serca tłumu całego.
Rostow ustawiony nieopodal trębaczów, ścigał bystrym wzrokiem zbliżającego się cara. Gdy ujrzał przed sobą o jakie dwadzieścia kroków te rysy promieniejące krasą młodości, zapłonął miłością. Wszystko, co w carze zauważył nad wyraz go zachwycało.
Gdy stanął naprzeciw pułku Pawłogrodzkiego, uśmiechnął się młody car z zadowoleniem i przemówił słów kilka po francuzku do cesarza Franciszka.
Uśmiechnął się błogo i Rostow, czując, że jego uwielbienie wzmaga się coraz bardziej. Radby był okazać to czemkolwiek, a brak po temu sposobności, czynił go najnieszczęśliwszym. Car przywołał do siebie pułkownika i zaczął z nim rozmawiać.