Strona:Lew Tołstoj - Wojna i pokój 03.djvu/162

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

Dwaj jenerałowie i adjutanci chwytali po kolei lunetę z niepokojem gorączkowym. Na ich twarzach bladych jak ściana, czytało się trwogę mimowolną. Francuzi, którzy mieli być oddaleni przynajmniej o dwie wiorsty, wyrastali nagle przed nimi, jak z pod ziemi.
— Tam ma być nieprzyjaciel?... Ależ nie!... Czyste niepodobieństwo... A jednak tak jest... Czy być może?... — wykrzykiwali jeden za drugim.
Książę Andrzej przytknąwszy do ócz lunetę, zobaczył jak na dłoni wysuwającą się na prawo potężną kolumnę nieprzyjacielską. Szła ona na spotkanie pułku Apcherońskiego, najdalej o pięćset kroków od miejsca, gdzie się byli zatrzymali.
— Wybiła moja godzina! — pomyślał, przemawiając do Kotuzowa głośno. — Wasza Ekscellencjo!... trzeba zatrzymać pułk...
W tej samej chwili dym gęsty zasłonił cały widnokrąg; ogłuszył ich silny ogień rotowy, a jakiś głos stłumiony trwogą piekielną wykrzyknął o dwa kroki:
— Rzecz skończona kamraci, przepadliśmy z kretesem!
I jakby ten głos był rozkazem najwyższym, tłumy żołnierzy nieprzeliczone, zaczęły cofać się gwałtownie, popychając się, potrącając, tratując jeden drugiego w szalonym popłochu. Przelecieli jak huragan, wszystko po drodze zmiatając, przez to samo miejsce, gdzie tak niedawno defilowali w porządku, z najwyższym animuszem, przed dwoma monarchami. Próba zatrzymania tego rwącego potoku, byłaby istnem szaleństwem! Nic i nikt nie był w stanie oprzeć się tej sile. Bołkoński również czuł się unoszonym tą lawiną ciał ludzkich, nie rozu-