Strona:Lew Tołstoj - Wojna i pokój 03.djvu/189

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

na wierzchu munduru. Nie wiedział, ani kiedy mu go wzięto, ani kto mu tenże oddał napowrót?
— Coby to było za szczęście — pomyślał przypominając sobie cześć głęboką i wiarę niezachwianą siostry, z jaką wkładała na niego ową świętość. — Coby to było za szczęście, gdyby na prawdę wszystko było tak prostem, tak jasnem, jak Marja zdaje się święcie wierzyć? Jakby to było dobrze wiedzieć na pewno, gdzie szukać ulgi i pomocy w życiu, i co nas czeka po śmierci!... Czułbym się tak szczęśliwym, tak spokojnym gdybym mógł powiedzieć: Panie! bądź mi miłościwi... Komuż to jednak powiem? Albo ta siła nieobliczona, niezbadana, do której nie mogę się udać, ani przed nią wynurzyć tego co czuję, jest tem wielkiem „czemś“, bądź jest niem nicość „Nirwana“ starożytna, bądź też istnieje Istota najwyższa, Bóg uwielbiany przez Marją i zamknięty w tym tu obrazku... Nic nie jest pewnem, prócz tego, że mój nędzny rozum tak mało zdoła objąć myślą i zrozumieć, i prócz majestatu tego czegoś nieznanego, niezbadanego, tego nieba bezdennego, które jedynie może jest prawdą niezbitą i wielkością niezaprzeczoną!...
Niesiono go dalej. Za każdem szturknięciem, za każdym poruszeniem, czuł ból dotkliwy, pomnożony przez gorączkę i halucynację, która mieszała mu zmysły. Snuli mu się przed oczami ojciec, siostra, żona i ten syn, który miał mu się dopiero urodzić. Widział również przed sobą drobną i nic nie znaczącą postać Napoleona. Wszystkie te zaś obrazy wywołane gorączką, miały za tło owe niebo lazurowe i bezdenne, po którem przesuwały się jedne za drugiemi, jak w kalejdoskopie. Zdawało mu się chwi-