Strona:Lew Tołstoj - Wojna i pokój 03.djvu/188

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

Przed pięciu minutami, ranny zamienił był słów kilka z niosącymi go żołnierzami, a teraz fiksując Napoleona nic nie odpowiadał!... Czemże bo były rzeczywiście te wszystkie sprawy, duma, radość tryumfująca Napoleona? czem był on sam, bohater niegdyś przez Andrzeja ubóstwiany, w porównaniu z tem pięknem niebem, pełnem sprawiedliwości i dobroci, w którem dusza jego utonęła i pojąć potrafiła?... Wszystko mu teraz wydawało się tak nędznem, tak znikomem, tak lichem, tak odmiennem i niepodobnem do owych myśli wzniosłych i uroczyście, surowo poważnych, które wzniecił w jego duszy upadek sił fizycznych i oczekiwanie śmierci! Z oczami przykutemi do Napoleona, myślał o nicości życia. Jak błahą wobec tego jest wszelka wielkość, jak nikt tego nie pojmuje i nie chce się nad tem zastanowić, jak i śmierć sama jest bez znaczenia, skoro po za nią znajduje się owe niebo bez granic, a dla żywych niezbadane i nieprzeniknione!
— Proszę zająć się natychmiast tymi panami — rzekł Napoloon nie czekając na odpowiedź księcia Andrzeja. — Zaprowadzić ich do głównej sali w szpitalu i niech ich opatrzy sam doktór Larrey[1]. Do zobaczenia książę! — Odjechał z twarzą szczęściem promieniejącą.

Skoro żołnierze spostrzegli nadzwyczajną łaskawość i życzliwość cesarza dla rannych, ci którzy nieśli księcia Andrzeja i byli mu zabrali mały obrazek powieszony na szyi ręką siostry, pospieszyli oddać mu go napowrót. Namacał go ni stąd ni z owąd, na piersi, położonego

  1. Lekarz przyboczny Napoleona.