Strona:Lew Tołstoj - Wojna i pokój 03.djvu/187

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

salonach petersburskich. Obok niego leżał gwardzista młodziusieńki i także ranny. Bonaparte przyleciał galopem i osadził konia w miejscu przed rannymi:
— Kto tu jest najwyższy rangą? — spytał spojrzawszy na nich.
Wymieniono pułkownika gwardji konnej, księcia Repnina.
— Ty zatem książę dowodziłeś pułkiem konnej gwardji przybocznej cara Aleksandra?
— Właściwie prowadziłem tylko jeden szwadron.
— Twój pułk książę spełnił zaszczytnie swoją powinność!
— Pochwała wielkiego wodza, jest najpiękniejszą nagrodą żołnierza — Repnin odpowiedział.
— Udzielam wam tejże z przyjemnością i szczerem uznaniem — powtórzył Napoleon. — Któż to jest ten młodzieniaszek obok ciebie książę?
Repnin wymienił nazwisko porucznika Suchtelena.
Cesarz spojrzał na niego z uśmiechem:
— Nadto wcześnie zachciało mu się otrzeć o nas.
— Młodość i najwcześniejsza nie wyklucza męstwa — szepnął Suchtelen.
— Pięknie odpowiedziałeś młodzieńcze, możesz zajść daleko!
Aby dopełnić tego tryumfalnego widowiska, wysunięto i księcia Andrzeja na pierwszy plan, chcąc zwrócić na niego uwagę cesarza, który przypomniał sobie natychmiast, że go już raz widział leżącego na pobojowisku.
— A jakże ty się czujesz, mój dzielny młodzieńcze?
Książę Andrzej wlepiwszy wzrok w niego milczał.