Strona:Lew Tołstoj - Wojna i pokój 03.djvu/48

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

szłej ich dziecinie. To swoje własne dziecię, wyobrażała sobie zupełnie podobne do najmłodszej córeczki jej mamki, którą widziała nie dawniej niż wczoraj. Czuła już to dzieciątko uwieszone u piersi... mąż stał tuż blisko... patrzał na nich oboje z czułością...
— Ależ to wszystko niemożliwe! — wykrzyknęła. — Jestem nadto brzydką!
— Herbata gotowa, książę pan wejdzie za chwilę! — zawołała pod drzwiami jej garderobiana.
Drgnęła nerwowo, przerażona własnemi myślami. Nim zeszła, wstąpiła na chwilę do pokoju sypialnego. Wlepiła wzrok błagalny w wizerunek poczerniały Zbawiciela rozpiętego na krzyżu, na który padał blask łagodny lampki płonącej przed Ikonostasem. Złożyła ręce i zaczęła modlić się po cichu. Duszę jej ogartywał niepokój i zwątpienie... Czyż miała zaznać w życiu kiedykolwiek rozkoszy miłości, miłości czysto ziemskiej? W jej marzeniach o szczęściu małżeńskiem snuły się jej zawsze dzieci przed oczami. Jednak snem tajemnym, do którego wstydziła się przyznać sama przed sobą, była chęć poznania i zakosztowania tego uczucia tak słodkiego, miłości wzajemnej... Owo marzenie tem częściej ją dręczyło i nagabywało, im bardziej starała się ukryć te pragnienia przed innemi, a nawet przed samą sobą.
— Boże! — modliła się teraz — jakim sposobem potrafię pokonać w sobie te podszepty szatańskie. Jak uniknę tych myśli zdrożnych, aby poddać się z całą pokorą Twojej woli przenajświętszej?
Zaledwie zaniosła tę prośbę przed tron Boga, znalazła na nią odpowiedź w sercu, własnem: — „Nie żądaj