Strona:Lew Tołstoj - Wojna i pokój 03.djvu/95

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

temu ani miejsce, ani chwila obecna. Wszyscy jak jesteśmy, możemy stanąć dziś, jutro, oko w oko z nieprzyjacielem i stoczyć z nim pojedynek wielkiej doniosłości na przyszłość. Nie ma w tem zresztą winy ani mojej ani księcia Trubeckiego, pańskiego towarzysza i przyjaciela z lat dziecięcych jeszcze, że moja fizjognomia nie miała szczęścia podobać się panu. Znane mu moje nazwisko i stanowisko, wiesz gdzie możesz mnie znaleźć. Proszę o tem jednak pamiętać, że co się mnie tyczy, nie czuję się bynajmniej obrażonym, a jako o wiele starszy od pana wiekiem, ośmielam się udzielić mu rady, żebyś zapomniał o swoim złym humorze i o całem tem zajściu niemiłem. A więc do zobaczenia kochany Borysie, w piątek po rewji. Będę czekał na ciebie...
Bołkoński wyszedł ukłoniwszy się najuprzejmiej tak Bergowi jak Mikołajowi.
Rostow odurzony, nie mógł odzyskać krwi zimnej i równowagi. Wściekał się sam na siebie, że nie umiał na razie odpowiedzieć Bołkońskiemu. Kazał sobie podać konie i pożegnał Borysa dość sucho i ozięble. Czy miał wyzwać tego adjutanta, pozującego na wielkiego człowieka, czy lepiej zrobi jeżeli nie będzie rozmazywał dalej tej głupiej historji? To pytanie męczyło go przez całą drogę. Z kolei wyobrażał sobie, jakąby miał satysfakcję, gdyby ujrzał przed sobą twarz przerażoną, tego dumnego pyszałka; to znowu dziwił się niesłychanie, czując w głębi serca coś nieokreślonego, jakieś żywe pragnienie pozyskania przyjaźni owego pyszałka, którego (tak mu się przynajmniej zdawało) nienawidził z całej duszy!