Strona:Lew Tołstoj - Wojna i pokój 03.djvu/75

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

— Mikołko pisał, nieprawdaż? — wykrzyknęła Nataszka, czytając w oczach ciotki odpowiedź potwierdzającą.
— Pst! pst! bądź ostrożną... Wiesz jak twoja matka jest rozdrażnioną...
— Ależ będę, będę tak roztropną, jak sam król Salamon. Tylko powiedz już raz cioteczko. Nie chcesz mi powiedzieć, co? No, to biegnę prosto z tem do mamy. Ona potrafi z ciebie wyciągnąć tajemnicę.
Zagrożona w ten sposób, Anna Michałówna opowiedziała jej wszystko w krótkich słowach, raz jeszcze przykazując milczenie i sekret najściślejszy.
— Na Krzyż zaklinam się cioci, że nikomu o tem ani pisnę! — to mówiąc roztrzepanica pocałowała palce w krzyż złożone.
To jej nie przeszkodziło za chwilę później, krzyknąć zdaleka Soni, skoro ją zoczyła, z nadmiaru radości:
— Mikołko ranny!... jest list od niego!...
Sonia pobladła śmiertelnie.
— Mikołaj — szepnęła głosem omdlewającym.
Dopiero teraz Nataszka zrozumiała, jak piorunujące wrażenie wywarły i wywrzeć musiały jej słowa nierozważne na biedną Sonię. Pochwyciła ją w ramiona, zalana łzami:
— Rana była nader lekką... a za to zrobiono go oficerem... Zresztą już musiał wyzdrowieć, skoro sam o tem pisze do tatka!
— Że też wy kobiety, musicie beczeć i mazgaić się byle czego — wtrącił się do rozmowy brat najmłodszy, Pawełek, chodząc po pokoju, o tyle szerokiemi krokami, o ile mu na to pozwalały nóżki króciutkie. Miał przy