Strona:Lew Tołstoj - Wojna i pokój 03.djvu/60

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

Czekała oddawna na jakiegoś księcia młodszego, któryby ocenił na pierwszy rzut oka jej wdzięki i przymioty, i jej wyższość pod każdym względem, nad rosjankami, brzydkiemi, niezgrabnemi i wyglądającemi przy niej jak kloce z grubszego obciosane. Otóż ten „ktoś“ miał się nią zająć, a zakochawszy się w niej po same uszy, wykraść ją i uciec. W bujnej fantazji, układała dalszą historją swego życia miotanego żądzami namiętnemi, rozdział po rozdziale, na wzór czegoś w tym guście, co jej raz opowiedziała któraś z ciotek. Była to zresztą najzwyklejsza historja, biednej, uwiedzionej dziewczyny, którą matka obarcza następnie srogiemi wyrzutami i złorzeczeniami... Nieraz już, zalewała się łzami, robiąc takie same wyrzuty jakiemuś wymarzonemu, a dotąd nieistniejącemu uwodzicielowi jej samej... Nareszcie ów piękny, młody książę, który miał ją wykraść, zjawił się w postaci Anatola... Zakocha się... porwie ją... ona wystąpi ze „swoją biedną, nieszczęśliwą matką!“... i wszystko skończy się świetnem małżeństwem!... Tak układała w ładnej główce przebiegła Francuzeczka swój własny romans, rozmawiając na pozór całkiem obojętnie o Paryżu i jego osobliwościach. Nie miała wprawdzie dotąd planu gotowego, ale wszystkie te myśli snuły się jej po głowie, otaczając i grupując się w koło Anatola, niby nocne motyle, zwabione światłem lampy. Chciała mu się gwałtem podobać i do tego celu zmierzała, wytężając wszystkie siły.
Co do małej księżnej, ta niby stary rumak, który przeszedł już nie jedną kampanją, a pomimo wieku i osłabienia, strzyże uszami skoro usłyszy pobudkę, go-