Strona:Lew Tołstoj - Wojna i pokój 03.djvu/61

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

towała się również z całym arsenałem kokieterji, ot tak sobie, dla przepędzenia czasu weselej, bez żadnej złej myśli... z przyzwyczajenia i pod wpływem wrodzonej lekkomyślności.
Anatol w towarzystwie kobiet miał zwyczaj pozować na człowieka znudzonego i przesyconego ich nadskakiwaniami i przymilaniem pełnem kokieterji. Tym razem jednak uczuł szczere zadowolenie, i pochlebiło to nadzwyczaj jego miłości własnej, gdy postrzegł jakie robi wrażenie na wszystkich trzech naraz. Tem milszem mu to było, że zrodziła się rzeczywiście w sercu jego, owa żądza namiętna, nieokiełznana, na widok ładnej i zaczepnej Francuzeczki. Zwykł on był poddawać się im bezwarunkowo, ani próbując walki z dziką namiętnością. W takich wypadkach, gotów był popełnić czyn najhaniebniejszy, brutalny, byle dopiąć celu.
Po wieczerzy całe towarzystwo wróciło do głównego salonu. Poproszono księżniczkę o grę. Usiadła do fortepianu. Naprzeciw niej stanął Anatol, oparty od niechcenia o fortepian, obok panny Bourrienne. Oczy jego wesołe i promieniste, były wlepione w Marją. Ten wzrok sprawiał jej rozkosz niepojętą, a zarazem czuła dziwny ból w sercu. Jej sonata ulubiona, przenosiła ją na skrzydłach melodji w jakieś światy nadziemskie. Grała piękniej niż kiedykolwiek, z czuciem zdwojonem, podniecona nerwowo, jego spojrzeniem na wskroś przenikającem. A jednak, choć w nią były wlepione te piękne, ciemne oczy, nie widziały jej prawie. Właściwie były zajęte Francuzeczką, której nóżką małą i zgrabniutką, Anatol przyciskał z lekka końcem swego buta. I Fran-