Strona:Lew Tołstoj - Wojna i pokój 03.djvu/41

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

wiem chwili, wzbudził w niej trwogę i wstręt nie do pokonania.
Ostatnie to uczucie było wzajemne, tylko że u starego księcia, pogarda dla tej laleczki wielkoświatowej, przewyższała jeszcze odrazę, którą w nim wzbudzała.
— Słyszałam, mości książę, że dostaniemy gości — wtrąciła od niechcenia panna Bourrienne, rozkładając z gracją serwetę swojemi delikatnemi, różowemi paluszkami. — Przybywa do nas Jego Ekscellencja książę Kurakin z synem, o ile mi wiadomo?...
— Hm! hm! — mruknął gniewnie Bołkoński. — Ta cała Ekscellencja, to prosty lizun! urwisz. To ja niegdyś, moim wpływem, wkręciłem go do biura ministerjalnego... A ile mnie to kosztowało trudu i zachodu! — książę wpadał w humor coraz gorszy. — Po co zaś przywozi swego gagatka, tego wierutnego lamparta i oczajduszę, Anatola, o tem będą może coś wiedziały księżna Elżbieta Karolówna i księżniczka Marja. Ja o tem nic nie wiem i wiedzieć nie potrzebuję!...
Spojrzał na córkę, która nagle poczerwieniała.
— Możeś i ty chora, co? Czy takie wrażenie i taki strach wzbudza w was przybycie pana ministra, jak się wyraził dziś rano ten osieł Alpatycz?
— Nie, mój ojcze.
Panna Bourrienne źle się wybrała z początkiem rozmowy. Nie straciła jednak rezonu. Plaplała dalej z całą swobodą: o cieplarni, o nowym prześlicznym kwiecie tropikalnym, który zakwitł w nocy, o tem i o owem... tak, że w końcu książę udobruchał się trochę i przestał marudzić.