Strona:Lew Tołstoj - Wojna i pokój 03.djvu/46

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

twarzy — zawyrokowała mała księżna, odstępując o kilka kroków, aby objąć całość jednym rzutem oka. — Każ przynieść tamtą drugą, różową... Idzie tu może o los całego twego życia... Ah, nie... w tej ci jeszcze gorzej... za jasna...
Sukni nic nie brakowało, ale ta, która miała ją na sobie, była niezgrabną i pozbawioną wszelkich wdzięków. Liza i Francuzka, nie zdawały sobie z tego sprawy dokładnej. Były przekonane, że gdy dodadzą do ciemnej sukni brązowej szarfę jasno-niebieską, gdy lok na głowie podepną inaczej, gdy zrobią na głowie wysoką, modną fryzurę, że wtedy wszystko będzie dobrze. W końcu Liza, gdy obeszła ją w koło dwa razy, żeby jej się lepiej przypatrzeć, wykrzyknęła z rozpaczą:
— Niepodobieństwo! Wolę cię stokroć razy w twojej codziennej szarej sukience i z warkoczami okręconemi na około głowy. Na miły Bóg! przebierz się, zrób to dla mnie!... Katynko, prędko przynieś księżniczce sukienkę popielatą! Zobaczysz — uśmiechnęła się tryumfująco do panny Bourrienne — jak jej to wszystko ułożę artystycznie.
Katynka suknię przyniosła; Marja jednak stała jak wryta przed zwierciadłem. Francuzka zauważyła, że miała oczy wilgotne, usta jej drgały i była gotowa w głos się rozpłakać.
— Droga księżniczko! tylko chwilkę cierpliwości.
Mała księżna wyrwawszy suknię z rąk garderobiany, zbliżyła się do siostry mężowskiej:
— Pozwól kochana Maryneczko. Zobaczysz jak my to zrobimy prędziutko, ładnie i skromniuteńko.