Strona:Lew Tołstoj - Wojna i pokój 03.djvu/13

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

przemawiał głosem niskim, stłumionym, jakby z grobu wychodził:
— Ależ mój drogi, zrobiłem to sam dla siebie, aby mieć spokojne sumienie. Nie masz mi za co dziękować. Nikt jeszcze w życiu nie narzekał, że go zbyt kochają. Zresztą jesteś wolny najzupełniej, i porzucisz służbę kiedy zechcesz. Osądzisz to sam najlepiej stanąwszy w Petersburgu. Dziś sprawą dla nas najważniejszą, jest oddalenie się od tych wspomnień tak okropnie bolesnych...
Tu westchnął ciężko...
— Twój kamerdyner, mój drogi — dodał po chwili, tonem mniej uroczystym — pojedzie za nami w twoim powozie... Ale, ale, byłbym na śmierć zapomniał... Miałem pewne rachunki z twoim ojcem. Zatrzymałem też dochód z twoich dóbr Riancow. Tobie niepotrzebna ta sumka drobna... później przedłożę ci cały rachunek...
I rzeczywiście, ugrzęzły w kieszeni księcia Bazylego kilka tysięcy rubli, które wypłacano za dzierżawę owego majątku.
Atmosfera przesiąknięta czułością i wielbieniem, która otaczała Piotra w Moskwie, nie odstąpiła go również w Petersburgu. Sam uznał, że było czystem niepodobieństwem, nie przyjąć ofiarowanego mu urzędu, tem bardziej, że nie wymagano od niego żadnej roboty. Mnogie znajomości, zaproszenia spadające na niego ze wszech stron, utrzymywały go jeszcze bardziej niż w Moskwie w owym dziwnie błogim stanie snu na jawie; w tem ciągłem poruszeniu i pod wpływem szczęścia niewypowiedzianego, którego on w końcu zaznał w całej pełni.
Dawni towarzysze jego hulaszczych wybryków, roz-