Strona:Lew Tołstoj - Wojna i pokój 03.djvu/12

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

że goni ostatkiem sił, jednak zdecydował się na to, aby tylko nie puścić samopas dziedzica tak wielkiego majątku, syna swego najlepszego przyjaciela, i nie oddać go na pastwę intrygom i wyzyskiwaniom rozmaitych łotrów i szalbierzy. W pierwszych dniach po śmierci hrabiego Bestużewa, kierował każdym krokiem Piotra i wskazywał mu co ma robić, nieledwie co ma komu powiedzieć. A czynił to głosem zmęczonym, który miał oznaczać:
— Wiesz, żem obarczony własnemi interesami. Jeżeli zajmuję się tobą, to li z chrześćjańskiego miłosierdzia. Sam zresztą powinieneś zrozumieć, że to, co ci proponuję, jest w tym wypadku rzeczą nieodzowną.
— A więc mój drogi, odjeżdżamy jutro — przemówił do Piotra dnia pewnego, przymykając oczy ze zbytku znużenia, tonem tak stanowczym, jakby ten projekt był oddawna ułożony między nimi. Przytem, jak to było u niego w zwyczaju, głaskał rękę Piotra swojemi trzema palcami. — Jedziemy tedy, a ja ofiaruję ci z największą przyjemnością miejsce w mojej podróżnej karecie. Tu już z grubszego udało mi się wszystko załatwić, a w Petersburgu czekają na mnie sprawy nader ważne i zwłoki nie cierpiące. Oto, com dostał świeżo od kanclerza. Zamianowano cię carskim szambelanem, i członkiem ciała dyplomatycznego.
Mimo tonu nader poważnego, i który nie znosił jakiejkolwiek opozycji, Piotr, zastanawiając się oddawna, jaki zawód ma obrać, chciał najenergiczniej zaprotestować przeciw temu mianowaniu. Książę Bazyli nie dopuścił go jednak do słowa. W wypadkach nadzwyczajnych,