Strona:Lew Tołstoj - Wojna i pokój 03.djvu/37

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

potrzebowali wprowadzać w świat Maryni... Konkurenci przyjeżdżają, szukać jej i dobijać się o nią na miejscu!
Książę usłyszawszy te słowa nierozważne, zmarszczył brwi groźnie i więcej przez cały objad ust nie otworzył.
W dwa tygodnie po odebraniu listu, zjawił się najprzód cały tabor, poprzedzający księcia Bazylego. Nazajutrz przybył on sam z Anatolem.
Stary książę Bołkoński miał od dawna nie najlepsze wyobrażenie o wartości moralnej księcia Bazylego. Odkąd ten zaczął piąć się wyżej i wyżej, obdarzany tak przez cara Pawła, jak i przez jego następcę, cara Aleksandra, coraz nowemi tytułami i dostojeństwami, zła opinja spotęgowała się w nim i zmieniła prawie w pogardę. Zrozumiał on myśl i pragnienia ukryte pomiędzy linjami; co zresztą potwierdziła mała księżna swojemi niedyskretnemi i niezręcznemi insynuacjami, po co właściwie zjeżdżał Anatol? To wszystko wprawiło starego dziwaka w wściekły humor. Mówiąc o księciu Bazylim i jego synu, klął od wszystkich djabłów. W dniu, w którym się ich spodziewano, zrzędził i piorunował na wszystkich jeszcze więcej, niż zazwyczaj. Czy psuło mu humor w ogóle przybycie księcia Bazylego? Czy zamiary jego, co do swatania syna z księżniczką Marją? Dość, że był w psim humorze.
Kamerdyner Tykon radził nawet budowniczemu, żeby wcale do księcia nie wchodził.
— Czy nie słyszycie jego kroków? — zwrócił uwagę profana w tym względzie, na odgłos kroków księcia w jego pracowni. — Chodzi na samych piętach, a tak niemi