Strona:Lew Tołstoj - Wojna i pokój 03.djvu/38

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

wali, jakby chciał w posadzce dziury prześwidrować! My doświadczeni, wiemy co to znaczy!
Mimo złego humoru, o dziewiątej z rana, jak zwykle, książę wyszedł na przechadzkę, w krótkiem futerku aksamitnem, podbitem i obłożonem sobolami. Na głowie miał kołpak z tego samego futra. Wilją padał śnieg obficie. Alea, po której przechadzał się tam i napowrót, aż do oranżerji, była już czysto zamieciona. Powracał właśnie ogrodnik po skończonej robocie, a łopata tkwiła w stosie śniegu zgarniętego, po który miano zajechać niebawem i wywieźć go z ogrodu. Książę obszedł w ponurem milczeniu wszystkie budynki.
— Czy można przejechać saniami? — spytał starego ekonoma, który szedł krok w krok za swoim panem i zdawał się być tegoż kopią najwierniejszą.
— Śnieg był bardzo głęboki, Wasza Ekscellencjo, wydałem też rozkaz przekopania zasp śnieżnych na głównej drodze.
Książę skinął głową w milczeniu i zaczął wstępywać na stopnie kamienne ganku.
— Dzięki niebu! Burza zażegnana! — pomyślał ekonom. Dodał zaś głośno: — Byłoby trudno przejechać Wasza Ekscellencjo... słysząc zaś że minister ma tu zjechać...
Książę odwrócił się szybko, mierząc go wzrokiem rozgniewanym.
— Jaki minister? Co za minister? Kto tu śmie rozkazy wydawać?! — krzyknął głosem na wskroś przenikającym. — To dla księżniczki Marji, mojej córki,