Strona:Lew Tołstoj - Wojna i pokój 03.djvu/39

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

drogi nie przekopują, a dla jakiegoś tam ministra!... Żaden minister nie przyjeżdża!...
— Sądziłem, Wasza Ekscellenejo!...
— Tyś ośmielił się sądzić?! — książę tracił z gniewu przytomność. Bełkotał słowa urywane: — Tyś sądził?!... złodzieju!... zbóju!... urwipołciu!... ja cię tu zaraz nauczę sądy wydawać!
Podniósł w górę laskę sękatą i byłby nią najniezawodniej grzmotnął z całej siły po plecach Alpatycza, gdyby ten nie był się w czas cofnął wiedziony instynktem zachowawczym.
Przerażony tym ruchem mimowolnym i tak zresztą naturalnym, Alpatycz schylił napowrót siwą i łysą głowę przed księciem. Ten jednak mimo aktu pokory i poddania się a może właśnie z tego powodu nie podniósł więcej laski na staruszka, tylko wrzeszczał dalej jak opętany:
— Zbóju!... łotrze jeden!... zrzucić mi nazad śnieg na drogę!...
I wszedł do siebie drzwi zatrzaskując.
Księżniczka Marja i panna Bourrienne, czekały jak codzień na księcia z objadem. Wiedziały że jest w psim humorze, ale ładna twarzyczka francuzkiej kobietki nie zmieniła się ani na włos. Na jej ustach igrał zwykły uśmieszek swywolny, który zdawał się mówić:
— Wielka rzecz! Co mnie to obchodzi! Ja nie boję się nikogo i będę zawsze tą samą!
Co do księżniczki Marji, ta chociaż czuła, że powinnaby naśladować te spokojną obojętność, nie była w stanie