Strona:Lew Tołstoj - Wojna i pokój 03.djvu/140

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

się najniezawodniej, rozkazując tylnej straży pozapalać ogniska i narobić dużo wrzasku, aby nas oszukać.
— Trudno mi jakoś w to uwierzyć — odparł Bagration. — Zajmują ów wzgórek od wczoraj. Gdyby mieli się cofać, byliby opuścili i tę pozycją. Panie poruczniku — zwrócił się do Rostowa — czy forpoczty są tam dotąd?
— Były wczoraj wieczorem wasza ekscellencjo. Teraz nie mógłbym twierdzić o tem na pewno. Czy mam to zbadać na miejscu wraz z moimi huzarami?
Bagration starał się nadaremnie dojrzeć twarzy Rostowa.
— Dobrze, jedź pan — rzekł po chwili zastanowienia.
Rostow puścił się galopem. Przywołał podoficera i dwóch huzarów, rozkazując im towarzyszyć mu w wyprawie. Zjechał z góry kłusem wyciągniętym, w kierunku, skąd dochodziły ich krzyki i nawoływania. Miotał nim niepokój, a jednocześnie upajało go uczucie rozkoszne, gdy tak tonął w ciemności wraz ze swoimi huzarami, wśród mgły pełnej tajemnic i niebezpieczeństw. Bagration nakazał mu, stojąc na pagórku, żeby nie przekraczał granicy naturalnej, którą tworzył strumień. Udał jednak, że rozkazu nie słyszy. Jechał i jechał naprzód. Krzaki wydawały mu się wielkiemi drzewami, wklęsłości i wypukłości wąwozu brał za ludzi. Gdy znalazł się u stóp góry, niewidział już nikogo, ani swoich, ani obozu nieprzyjacielskiego. Natomiast usłyszał o wiele wyraźniej głosy obce. O kilka kroków od siebie, zdawało mu się, że widzi rzekę. Gdy nadjechał bliżej, przekonał się, że to bieleje gościniec murowany. Zatrzymał się przez chwilę,