Strona:Lew Tołstoj - Wojna i pokój 03.djvu/92

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

w opowiadaniu, a to prawie bezwiednie. Bo czyż mógł przedstawić im cały obraz sucho, tonem quasi urzędowym? Tyle nasłuchali się o bitwach rozmaitych i tyle naczytali się o nich, że nie byliby mu nawet uwierzyli, gdyby był cokolwiek nie upiększył faktu nagiego. Jakże im mógł powiedzieć, że się wprawdzie puścił galopem razem z innymi, wszelako zaraz na wstępie wywrócił koziołka z konia, wytknął sobie rękę, a później wziąwszy nogi za pas, zmykał aż miło przed Francuzami. Wypowiedzenie nagiej prawdy, wymagałoby było nadto wielkiego zaparcia się z jego strony miłości własnej. Puścił zatem wodze bujnej fantazji i opowiadał rzeczy niestworzone. Jak wśród ognia nieprzyjacielskiego szał go ogarnął, tak, że zapomniał o wszystkiem, wpadł więc niby huragan w sam czworobok piechoty francuskiej, tnąc pałaszem na prawo i na lewo, w czambuł, na kapustę... i tam dalej... i dalej.
— Nie możecie bo sobie wyobrazić, co dzieje się z nami, jaka wściekłość nas porywa, podczas walki, lecąc do ataku!
W chwili gdy kończył szumne opowiadanie, stanął we drzwiach Andrzej Bołkoński. Lubił on protegować młodych ludzi, którzy udawali się pod jego skrzydła opiekuńcze. Borys podobał mu się bardzo i radby był z duszy całej, dopomódz mu i oddać żądaną przysługę. Wstąpił do Borysa po drodze, będąc wysłanym przez Kotuzowa do carewicza z ważnemi papierami. Zmarszczył brwi gniewnie zobaczywszy młodego huzara, rozpłomienionego opowiadaniem swoich czynów bohaterskich. Nie znosił w ogóle młokosów, przechwalających się i kła-