Strona:Lew Tołstoj - Wojna i pokój 03.djvu/91

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

jak wystąpił przed front i z jaką miną salutował. Trudnoby było zaiste, wyobrazić sobie twarz, wyrażającą więcej uszanowania, a jednocześnie zadowolenia wewnętrznego z własnej osoby.
— Carewicz pieni się ze złości — Berg kończył opowiadanie — odsyła mnie do wszystkich djabłów, obrzuca niby gradem „Arnautami“ i zaczyna mi grozie „Syberją“... Stoję jak mur i ani pary z ust nie wypuszczam. „Czyś ty głuchy? bałwanie!“ wrzeszczy carewicz. Milczę dalej jak zaklęty... I cóż powiesz, hrabio? Nazajutrz w dziennym rozkazie, nie było ani wzmianki o tej scenie, którą mi wyprawił. Oto co się zyskuje, jeżeli ma się głowę nie od kształtu i nie traci się rezonu. Dostałem później pochwałę za dobre wyglądanie i wyćwiczenie należyte mojej kompanji. Tak było, tak! Opowiedziałem dosłownie, hrabio kochany — powtórzył, zapalając na nowo fajkę na długim cybuchu, z której umiał puszczać kółka dymu misterne i regularne.
— Winszuję — mruknął Rostow.
Borys czując przez skórę, że Mikołaj zechce wziąć na fundusz Berga i zacznie drwić z niemca na dobre, zwrócił zręcznie rozmowę na inne tory, prosząc przyjaciela o bliższe szczegóły, kiedy, gdzie i w jaki sposób był rannym. Nie mógł sprawić niczem większej przyjemności Mikołajowi. Ten zaczął też opowiadać, zapalając się coraz bardziej. Opisywał potyczkę pod Schöngraben, nie zupełnie tak, jak się odbywała, tylko jakby on ją sobie był życzył, w swojej bujnej fantazji. Rostow miłował prawdę najniezawodniej, i radby był zawsze być z nią w zgodzie. Jednak oddalał się od niej coraz bardziej, im dalej posuwał się