Strona:Lew Tołstoj - Wojna i pokój 03.djvu/55

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

wiózł syna? Zapewne... nazwisko, ojca stosunki byłyby odpowiednie, ale czy ten młodzieniec wart Marji? Czy potrafi ją ocenić? Czy ją pojmie i zrozumie?... Ha! zobaczymy... zobaczymy — dodał głośno.
Wszedł do salonu krokiem pewnym i zamaszystym jak zwykle. Jednym rzutem oka, objął wszystko i wszystkich. Strój wytworny i minkę kokieteryjną małej księżny, kokardy i kwiaty na pannie Bourrienne, potworną fryzurę swojej córki, jej odosobnienie i opuszczenie, uśmieszki nie bez znaczenia, które zamieniali z sobą Francuzeczka i Anatol. Szczegół najdrobniejszy nie uszedł księcia uwagi.
— Głupia! — syknął przez zęby gniewnie zaciśnięte — wykoczkodaniła się najokropniej, zeszpeciła się do reszty, a ci tam dwaj zdają się tego wcale nie uważać.
— Dzień dobry — mruknął podchodząc do księcia Bazylego. — Cieszę się że cię widzę w dobrem zdrowiu.
— Przyjaźń nie zna przeszkód i przestrzeni — odrzucił Bazyli, mówiąc jak zwykle tonem śmiałym i poufałym. — Oto mój syn młodszy... Polecam go twoim względom łaskawym.
— Piękny chłopiec, piękny, ani słowa! — Bołkoński zmierzył wzrokiem Anatola od głowy do stóp. — Chodź-że, pocałuj mnie tu.
Nadstawił mu policzek... Anatol rozkaz wypełnił, przypatrując się ciekawie starcowi najspokojniej w świecie. Czekał na jedno z tych wystąpień dziwacznych i gburowatych, o których ojciec mu wspominał.
Stary książę usiadł jak zwykle w kącie kanapy, przysunąwszy fotel Bazylemu, poczem zaczął go wypytywać,