Strona:Lew Tołstoj - Wojna i pokój 03.djvu/83

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

wydawał ucztę z kolei. Ci, którzy nie stali na kwaterze w samem mieście, jeździli tam jak mogli najczęściej. Magnesem przyciągającym była restauracja niejakiej Karoliny, węgierki z rodu, założona specjalnie dla oficerów, w której służbę całą pełniły kobiety. Rostow, ma się rozumieć, wydał bankiet wspaniały, z okazji zamianowania go oficerem.
W dodatku kupił „Beduina“, konia Denissowa. Koniec końców zadłużył się po same uszy u markietanów i u swoich współtowarzyszy. Po dobrym objedzie, zjedzonym w licznem otoczeniu innych oficerów, Mikołaj puścił się na odszukiwanie swego koleżki i przyjaciela jeszcze z lat dziecięcych. Nie miał dotąd ani czasu ani pieniędzy, żeby sprawić sobie mundur oficerski. Nosił więc wciąż jeszcze bluzę mocno wyszarzaną junkra, ozdobioną jedynie krzyżem. Do tego miał pantalony skórzane, szpadę zaś i pas do niej oficerski. Konia kupił na prędce od jakiegoś kozaka. Czako wypukłe, założył z junacką fantazją na bok. Gdy zbliżał się do miejsca gdzie miał spotkać się z Borysem i resztą oficerów z pułku Izmaiłowskiego, nie myślał o niczem innem w swojej dumie i radości tylko o podziwie, który wzbudzi pomiędzy nimi, on, huzar, z wojną obyty, i oswojony z trudami obozowemi. Wszak uczestniczył już w kilku bitwach i przebył dzielnie chrzest ogniowy.
Gwardja natomiast, odbyła raczej przechadzkę, niż marsz forsowny; paradowała też swojem wyglądaniem eleganckiem i mundurkami jak z igły. Tornistry, mantelzaki, jechały na wozach. Gdziekolwiek zatrzymywali się na krótki popas, oficerowie znajdywali przygotowane