Strona:Lew Tołstoj - Wojna i pokój 03.djvu/66

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

Tykon był przyzwyczajony i ostrzelany z gniewnym pomrukiem swego pana. Ani okiem też nie mrugnął, jakby nic nie słyszał i nie uważał.
— Czy poszli już spać? — książę dodał głośno. Tykon jako sługa doskonale wytresowany, umiał chwytać w lot myśli swego pana i odgadywać je instynktem.
— Położyli się oddawna i zgasili światło, wasza Ekscellencjo.
— Potrzebni tu byli! O! potrzebni jak dziura w moście! — zamruczał starzec w najgorszym humorze. Wsunął nogi w pantofle, podstawione przez Tykona, otulił się płaszczem żołnierskim, futrem podbitym i wyciągnął się na otomanie, która mu służyła za łóżko.
Chociaż kilka słów zaledwie zamienili z sobą, Anatol i panna Bourrienne, zrozumieli się doskonale co do pierwszej części romansu, mającego zakończyć się groźnem pojawieniem się — „mojej biednej matki.“ — Czuli oboje że mają bardzo wiele sobie do powiedzenia w cztery oczy, to też zaraz nazajutrz od rana szukali tylko sposobności żeby się zejść gdziekolwiek cichaczem. I tak spotkali się „niespodziewanie“ w ogrodzie zimowym, w chwili, kiedy Marja na pół umarła ze strachu, szła do ojca o zwykłej rannej godzinie na „dzieńdobry“. Zdawało się jej, że nie tylko każdy wie, jako jej los ma się dnia tego rozstrzygnąć, ale ona sama jest na to zupełnie przygotowaną. Wyczytała to w twarzy uśmiechniętej błogo starego Tykona i w oczach lokaja księcia Bazylego, który spotkawszy ją w sieniach, gdy niósł wodę gorącą do golenia swojemu panu, oddał jej ukłon głęboki.
Stary książę okazał się nadzwyczaj uprzejmym i