Strona:Lew Tołstoj - Wojna i pokój 03.djvu/168

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

Spełniły się jego życzenia najgorętsze. Rozgrywała się na karcie dziejów ludzkości bitwa potężna. On nie tylko brał w niej udział, nie tylko został adjutantem jednego z najdzielniejszych dowódzców, w dodatku wysyłano go z poleceniem do Kotuzowa i miał wszelką szansę spotkać swój ideał, swego cara ubóstwionego. Ranek był jasny i pogodny; koń pod nim był doskonały i znosił wytrwale wszelkie trudy. Dusza mu się radowała, serce o mało z piersi nie wyskoczyło. Trzymał się zrazu linji wyciągniętej nieruchomo przez forpoczty korpusu Bagrationa. Przybył wreszcie do miejscowości zajętej przez konnicę Uwarowa. Tam uderzyły go pierwsze znamiona, zapowiadające atak. Gdy ją minął, słyszał najwyraźniej huk strzałów armatnich i nie tak głośny, ale za to gęsty ogień rotowy, który wzmagał się z każdą chwilą.
Nie były to już strzały pojedyńcze, odzywające się to tu, to tam, w nierównych odstępach, w świeżem rannem powietrzu, ale grzmienie bezustanne, ogłuszające, w którem zlewały się w jedną całość salwy armatnie i strzelanie rotowe z ręcznej broni. Echa tego grzmotu warczącego złowrogo, powtarzały roznosząc daleko, wzgórza Pratzen okalające.
Z wystrzałów karabinowych unosiły się lekkie chmurki dymu, latając w powietrzu i goniąc jedna drugą. Przeciwnie po każdej salwie z baterji dział, podnosił się w górę cały słup dymu gęstego, który wisiał ciężko w powietrzu dłuższą chwilę, zanim go wiatr rozpędził. Bagnety zbite razem, połyskiwały w słońcu przy każdym ruchu licznej piechoty. Gdy dym rzadł i opadał, widać