Strona:Lew Tołstoj - Wojna i pokój 03.djvu/117

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

bułanego, zwracał się to na prawo, to w lewo. Kiedy niekiedy ruchem pełnym gracji podnosił do oczu złotą lornetkę. Naraz wzrok jego padł na żołnierza leżącego w poprzek drogi, bez kaska, z głową krwią ociekłą. Widok ciężko rannego, tak blisko cara, był nader przykrym dla Rostowa. Spostrzegł kurczowe drganie w pobladłej twarzy Aleksandra, i dreszcz wstrząsającą nim całym. Car ścisnął ruchym nerwowym boki konia kolanami, który będąc doskonale ujeżdżonym stał nieruchomy, jakby wrósł w ziemię i skinął na adjutanta. Ten rozkaz odebrawszy, z konia zeskoczył, przywołał ludzi z noszami i sam im pomagał do podniesienia rannego. Ocucony bólem, ranny jęknął.
— Lekko, lekko! czyż nie możecie obejść się z rannym delikatniej? — zawołał car z takiem rzewnem współczuciem, jakby sam był ranny i zbolały.
Odjechał, a Rostow zauważył, że oczy zaszły mu łzami.
— Co za straszna rzecz wojna! — usłyszał Rostow, cara mówiącego po francuzku do księcia Czartoryskiego.
Awangarda rozłożywszy się taborem tuż pod Wischau naprzeciw nieprzyjaciela, który dnia tego ustępywał z placu, nie stawiając wcale oporu, dostała pochwałę od cara. Dziękował wszystkim za oddzielne starcie się z nieprzyjacielem, obiecując mnogie nagrody. Żołnierzom dnia tego rozdano podwójną rację wódki i jadła. Ognie w obozie świeciły jeszcze weselej, niż w wigilją potyczki, a śpiewy żołnierzów rozbrzmiewały w powietrzu. Denissow sprawiał ucztę wspaniałą, z okazji awansu swego na majora. Rostow, mając już trochę w głowie,