Strona:Lew Tołstoj - Wojna i pokój 03.djvu/152

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

rocznica jego koronacji. Usnął był nad ranem snem twardym, pokrzepiającym, i obudził się lekki, wypoczęty, wesół, ufny w swoją gwiazdę, w tem szczęśliwem usposobieniu umysłowem, w którem wszystko wydaje nam się możliwem, i rzeczywiście wszystko zwykło się udawać. Kazał sobie podać konia, i pojechał zbadać pole działania. Twarz jego zimna i spokojna, dowodziła swoją nieruchomością, że czuje się szczęśliwym w tej chwili i pewny zwycięstwa, na które zasłużył w zupełności. Tak błogi wyraz malował się w całej jego fizjognomji, jaki miewa twarz gołowąsego młodzieniaszka, gdy czeka z sercem bijącem rozkosznie, na pierwszą schadzkę miłosną.
Skoro słońce zajaśniało w całym blasku, uwolniwszy się zupełnie z mglistych obsłon i oświetliło widnokrąg snopem złocistych promieni, Napoleon, który zdawał się czekać li na tę chwilę, zdjął rękawiczkę ze swojej ręki białej, kształtnej i arystokratycznej, bez zarzutu... a skinąwszy nią od niechcenia, dał znak, żeby atak rozpocząć. Marszałkowie w towarzystwie swoich adjutantów, pogalopowali w różnych kierunkach, a w kilka minut później, czoło armji francuzkiej posuwało się szybko ku płaszczyźnie w Pratzen, którą porzucili przed chwilą Rosjanie schodząc na lewo w dolinę.





XV.

O ósmej z rana Kotuzow udał się konno do Pratzen, na czele czwartej kolumny, którą dotychczas dowodził Miłoradowicz. Miała ona rozkaz zastąpić kolumny Pszcze-