Strona:Lew Tołstoj - Wojna i pokój 03.djvu/67

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

pełnym łaskawości względem córki. Znała ona od dawna ów sposób postępowania. Nie przeszkadzało mu to bynajmniej, w minutę później, ściskać pięście z gniewu, skoro nie pojmowała w lot jakiegoś zawiłego zdania matematycznego i zrywać się gwałtownie z krzesła, aby biegać po pokoju w najwyższej irytacji. Dziś zaczął od razu mówić o tem, co mu na sercu ciężyło; ceremonialnie przez trzecią osobę.
— Zrobiono mi pewną propozycję, tyczącą się księżniczki — uśmiechnął się, a raczej usta wykrzywił szydersko. — Domyśliła się zapewne księżniczka, że książę Bazyli, nie przywiózł swojego wychowanka (tak upierał się nazywać Anatola, nie wiedzieć z jakiego powodu) dla moich pięknych oczu. Księżniczce znane moje zasady... Dla tego mówię z nią o tem w tej chwili.
— Jak mam to rozumieć mój ojcze? — Marja odpowiedziała mieniąc się na twarzy.
— Jak to rozumieć? — starzec powtórzył już w gniew wpadając i porzuciwszy ton ceremonialny. — To przecież jasne, jak dwa a dwa cztery!... książę Bazyli uznał cię za stosowną na synowę i prosi o twoja rękę dla swego wychowanka... Jak to rozumieć? Ja właśnie chciałbym dowiedzieć się o tem od ciebie.
— Nie wiem, mój ojcze... jak zapatrujesz się na tę sprawę? szepnęła nieśmiało księżniczka.
— A w czemże to mnie się ma tyczyć?... Mnie zostaw zupełnie na boku... To nie ja przecież mam wyjść za mąż... Czego ty chcesz i coś pod tym względem postanowiła?... o tem radbym się dowiedzieć od ciebie.
Księżniczka odgadła, że ojcu nie podoba się wcale