Wojna i pokój (Tołstoj, 1894)/Tom II/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Lew Tołstoj
Tytuł Wojna i pokój
Tom Tom II
Wydawca J. Czaiński
Data wydania 1894
Drukarz J. Czaiński
Miejsce wyd. Gródek
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Война и мир
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron
Artykuł w Wikipedii Artykuł w Wikipedii


>
WOJNA i POKÓJ.
ROMANS HISTORYCZNY
Lwa Hr. Tołstoja.
TOM II.
Wojna i pokój ornament.png
GRÓDEK.
Nakładem i drukiem J. Czaińskiego
1894.



I.

Armja rosyjska zajmowała w październiku roku 1805, pewną ilość miasteczek i wsi w księstwach Austrjackich. Co dzień prawie przybywały nowe pułki; a pobyt tylu żołnierzy wraz z końmi, dawał się okropnie we znaki całej prowincji, był nieznośnym ciężarem dla jej mieszkańców. Siły te powiększające się z dniem każdym, koncentrowały się przeważnie w koło fortecy Braunau, gdzie stanął kwaterą główno-dowodzący całą armją, jenerał Kotuzow.
Działo to się dnia 11 października. Pułk piechoty, świeżo przybyły, zatrzymał się o pół mili od miasta. Nie licował on wcale ze swojem otoczeniem i nie zapożyczył się w niczem od obcej miejscowości, która mu za ramy służyła. Mimo sadów, sadzonych z niemiecką systematycznością, murów otaczających każde obejście, dachów krytych łupkiem i łańcucha gór majestatycznych, rysujących się w oddali niebieskawemi konturami, zachował on wszystkie cechy, prawowitego pułku rosyjskiego, gdyby tenże gotował się we własnym kraju, do przeglądu, przez swojego jenerała wodza najwyższego.
Rozkaz dzienny, donoszący o przeglądzie, doszedł do pułku wilją dnia tego, na ostatnim popasie. Ponieważ był zredagowanym nie dość jasno, pułkownik zatem był zmuszony zebrać radę wojenną z wszystkich wyższych oficerów, aby zadecydować, w jaki sposób ma się pułk zaprezentować. Czy po podróżnemu, czy też w pełnej paradzie? Większość była za ubraniem galowem. Lepiej zawsze okazać nadto wiele, niż za mało gorliwości w służbie. Żołnierze zabrali się więc do roboty. Mimo trzydziestu wiorst, które przez dzień przemierzyli własnemi nogami, żaden z nich w nocy oka nie zmrużył; wszystko zostało wynaprawiane i odczyszczone najpiękniej.
Adjutanci pułkowi i kapitanowie liczyli swoich żołnierzy, formowali szeregi, a gdy dzień zaświtał, wzrok ich mógł się napawać z rozkoszą widokiem tłumu złożonego z dwóch tysięcy ludzi, uszykowanego najporządniej w ściśniętą kolumnę, nie tak jak wczoraj wyglądał, zakurzony, zabłocony i obszarpany niby banda cyganów. Każdy był na swojem stanowisku i wiedział co ma robić. Nie brakło jednego guziczka, jednej sprzączki, każda drobnostka świeciła i w słońcu połyskiwała.
Wszystko zatem przyprowadzono do wzorowego porządku, a główno-dowodzący, mógł śmiało przeglądnąć każdego żołnierza z osobna. U każdego znalazłby czystą koszulę, a w tornistrze poskładane te wszystkie rupiecie, których wymagał regulamin wojskowy. Jeden jedyny szczegół pozostawiał wiele do życzenia i nieodpowiadał wzorowej całości. Tym przedmiotem było obuwie, które rwało się w strzępy, odpadało kawałkami. Bogiem a prawdą, pułk szedł ni mniej, ni więcej, tylko tysiąc wiorst, a intendentura krajowa, udawała jakby była głuchą i nic nie odpowiadała na wszelkie proźby i upominanie się pułkownika, żeby mu raz przecie dostarczono potrzebnych materjałów, do uszycia jakiego takiego obuwia! Tym dowódcą, był człowiek nie pierwszej już młodości, otyły, czerwony na twarzy, sangwinicznego temperamentu, z szerokiemi ramionami, z brwiami i faworytami szpakowatemi. Jego mundur nowy i świecący, nosił na sobie ślady niestarte długiego przebywania w mantelzaku. Wysokie i ciężkie szlify, podnosiły prawie po nad głowę jego ramiona kwadratowe. Przechadzał się przed frontem, kołysząc się z nogi na nogę, z ciałem cokolwiek na przód podanem, z miną gęstą człowieka, który spełnił przed chwilą czyn wielkiej doniosłości. Był dumny ze swego pułku, do którego należał całą duszą. Chód jego zdradzał może inne jeszcze troski i kłopoty, po za służbą wojskową, która go najwięcej zajmowała, ciężyło mu również na sercu dobro publiczne, a w szczególności to, które się tyczyło płci pięknej. Kobietki interesowały go bardzo i w sercu dzielnego wojaka zajmowały miejsce nader szerokie.
— I cóż, mój kochany Michale Dmytrowiczu? — przemówił z zadowoleniem do jednego z kapitanów i komendanta oddziału, mężczyzny okazałego, który zbliżał się również ku niemu z uśmiechem na ustach. — Mieliśmy ciężką robotę tej nocy!... hę? Jeszcze nie źle prezentuje się nasz pułczek!... Nie będzie jednym z najgorszych!... co? hę?
Komendant oddziału zdawał się uszczęśliwiony z żarciku pułkownika i roześmiał się od ucha do ucha.
— Naturalnie!... Nie odesłanoby nas nawet z pola Marsowego.
— A to co? — wykrzyknął dowódca, spostrzegłszy dwóch jeźdców konnych, adjutanta i luzaka jadącego za nim z tyłu, którzy przybywali od strony fortecy, głównym gościńcem. Tu i owdzie porozstawiano na tej drodze piechurów, jako wedety. Pierwszy z jeźdźców, wysłany z głównej kwatery, iżby wytłumaczyć dokładniej rozkaz dzienny, wczoraj wydany, zapowiedział wolę Kotuzowa, aby pułkownik przedstawił mu swój pułk w stroju podróżnym, bez żadnych przygotowań i parady. Jeden z członków rady wojennej (Hofkriegsrath) przybył wczoraj z Wiednia, aby namawiać Kotuzowa, do złączenia się jak najrychlej z armją arcyksięcia Ferdynanda i jenerała Mack’a. Ta propozycja nie podobała się wcale wodzowi rosyjskiemu, sprzeciwiał się też jej zawzięcie. Jako dowód potwierdzający jego zdanie w tej mierze, chciał właśnie pokazać i przekonać naocznie Austrjaka o stanie opłakanym armji rosyjskiej, po tak długim marszu.
Adjutant nie znał tych szczegółów, ograniczył się zatem do powtórzenia krótko i węzłowato, że głównodowodzący, byłby wielce niezadowolony, gdyby znalazł pułk inaczej niż w bluzach. Na te słowa biedny dowódca spuścił głowę, wzruszył miłosiernie ramionami i ręce załamał zrozpaczony.
— Otóż mamy! A czy wam nie mówiłem, nie perswadowałem Michale Dmytrowiczu?... W stroju podróżnym... zatem w bluzach... to jasne jak słońce... — dodał opryskliwie zwracając się do komendanta oddziału. Ach! Boże wielki. Panowie majorowie! komendanci! kapitanowie! — krzyknął głosem stentorowym, nawykłym do komendy. — Czy jego ekscellencja przybędzie niedługo? — zwrócił się do adjutanta tonem pełnym uszanowania.
— Sądzę, że nastąpi to mniej więcej za godzinę.
— Czy tylko czasu nam starczy, do zmienienia mundurów na bluzy?
— Nie wiem, panie pułkowniku!... — I komendant oddziału zaczął wydawać rozkazy szybko, gorączkowo. Zaczęto biegać tam i nazad pomiędzy kolumnami; w okamgnieniu kolumny stojące dotąd jak mur nieruchomo i w głuchem milczeniu, połamały się i rozpierzchły na cztery wiatry. Powstał popłoch iście piekielny, pomięszane głosy ludzkie huczały i brzęczały niezrozumiale, niby rój pszczół zbłąkanych zaniepokojonych. Żołnierze pędzili w różnych kierunkach, zrzucali na ziemię mantelzaki, wydobywali z nich bluzy, podnosili po nad głowę, chcąc włożyć na siebie, a nie mogli w pospiechu trafić do rękawów.
— Co to jest? Co to się znaczy? — krzyknął pułkownik. — Gdzie jest komendant trzeciego oddziału?
— Komendant trzeciego oddziału!... Pułkownik pyta o komendanta trzeciego oddziału! — powtórzyło kilka głosów, a pułkowy adjutant puścił się galopem aby odszukać tego, którego żądano. Nadmiar gorliwości i przerażenie tak każdemu głowę zawróciły, że zaczęto wołać: — „Trzecia kompanja żąda widzieć pułkownika!“ — W końcu krzyki i nawoływania, doszły do uszu nieobecnego. Był to człowiek nie młody; nie był wstanie biedź szybko; o ile jednak pozwalały mu na to nóżki krótkie i brzuszek okrągły, mocno naprzód wydany, pospieszał drobnym kłusikiem, na miejsce, gdzie stał pułkownik. Było widocznem, że stary kapitaś ma minę zafrasowaną studenta, przewidującego pytanie z lekcji, której nie umie i nie potrafi odpowiedzieć. Nos świecił mu z daleka barwą purpurową, co zawdzięczał brakowi wstrzemięźliwości w trunkach gorących, i równie sutym jak częstym libacjom na cześć bożka Bachusa. Usta drgały mu z trwogi i wzruszenia. Sapał jak miech kowalski i zwalniał kroku w miarę jak zbliżał się do pułkownika, który mierzył go surowym wzrokiem od głowy do stóp.
— W jakie to bluzy, ubieracie waszych żołnierzy w dniu przeglądu? Co to ma znaczyć?! — krzyknął gromko, wskazując palcem żołnierza z trzeciej kompanji, którego bluza sukienna, odbijała jaskrawo kolorem, od reszty ubrania. — Gdzież schowaliście się, w jaką myszą dziurę, opuszczając wasze stanowisko, i to nieledwie w chwili, kiedy ma zjechać główno-dowodzący? Co? Hę? Ja was nauczę ubierać w ten sposób waszych żołnierzy w czasie rewji!
Stary kapitaś coraz bardziej przerażony i zahukany wytrzeszczał oczy wołowate na swego przełożonego, cisnąc dwa palce do daszka kaszkietu wojskowego, jakby mógł się tym gestem wybawić z kłopotu.
— I cóż, nic nie odpowiadacie? A ten tam drugi, którego przebraliście za Węgra, niby do komedji, co to za jeden?
— Wasza Ekscellencjo!...
— Cóż ztąd, że będziecie mi powtarzali na wszystkie tony: Wasza Ekscellencjo! A potem co? Czy wy bodaj wiecie, co to znaczy! „Wasza Ekscellencjo?“
— Wasza Ekscellencjo, to Dołogow, który został z oficera zasłany w „sołdaty“ — wyjąkał kapitaś z wielką biedą.
— A zatem zdegradowany? No, skoro nie jest feldmarszałkiem, nie może pozwalać sobie podobnych wybryków... Jest prostym żołnierzem; a zaś żołnierz jest obowiązany ubierać się podług regulaminu wojskowego.
— Wasza Ekscellencja sama upoważniła go do podobnego ubrania w czasie marszu.
— Upoważniła! Upoważniła! To zawsze tak z tymi młokosami!... — pułkownik ochłódł cokolwiek z pierwotnej zapalczywości. Pokaż im palec, a oni łap, za całą rękę... Powiedz im, ot! coś, na wiatr... a oni wynicują twoje słowa Bóg wie po jakiemu... Koniec końców! — krzyknął unosząc się na nowo. — Ubierajcie przyzwoicie waszych ludzi! Ot co jest!...
Zwrócony do adjutanta Kotuzowa, posuwał się dalej przeglądając oddziały jeden po drugim. Lżej mu się zrobiło po tym pierwszym wybuchu, szukał jednak sposobności do nowej eksplozji. Kołnierz u jakiegoś podoficera wydał mu się podejrzanym, zgromił go tedy należycie. Zauważył następnie, że pierwszy rząd w trzeciej kompanji, nie był dość prosto wyciągnięty. Przemówił głosem rozdrażnionym do Dołogowa, który był ubrany w bluzę sukienną z pętlicami, barwy niebieskawej:
— Gdzie twoja noga? Gdzie twoja noga?
Dołogow wysunął zwolna nogę, fiksując zuchwale pułkownika.
— Dla czego masz na sobie tę bluzę komedjancką? Paszow! Sierżancie, rozebrać mi natychmiast tego człowieka!...
— Moją powinnością, panie pułkowniku — wpadł mu w słowo Dołogow — jest wypełniać rozkazy wydane. Nic mnie jednak i nikt nie zmusi do znoszenia...
— Ani mi pisnąć w szeregu! Ani pisnąć, rozumiesz?!
— Nie można mnie przymusić do znoszenia obelg niezasłużonych...
Dołogow podniósł głos, i skrzyżowały się ni to dwa miecze obosieczne, wzrok żołnierza, ze wzrokiem pułkownika.
Pułkownik zamilkł, szarpiąc z gniewem szarfę przez piersi przewieszoną.
— Chciejcie zmienić ubranie — bąknął tonem łagodniejszym.
I odwrócił się do niego plecami.





II.

— Jadą! — krzyknął piechur, postawiony na wedecie. Pułkownik czerwony jak piwonia z wielkiego wzruszenia, podbiegł do swego rumaka, schwycił go za cugle drżącą dłonią, wskoczył na siodło, wyciągnął pałasz, z miną junacką, rozpromienioną, i otworzył szeroko usta, aby dać znak, gdy nadejdzie chwila stanowcza.
Pułk zafalował, niby kłosy wiatrem poruszone, aby zapaść następnie w zupełną nieruchomość.
— Cicho! Cicho w szeregach! — huknął pułkownik głosem potężnym, w którego brzmieniu czuło się dziwną mieszaninę: zadowolenia, karności wojskowej i pewnego rodzaju uszanowania... zbliżały się bowiem oczekiwane matadory. Nadjeżdżała wysoka wiedeńska kareta na resorach, z bokami lakierowanemi na niebiesko, turkocząc po gościńcu murowanym. Otaczali ją oficerowie na koniach i eskorta z dońskich kozaków. Mundur biały jenerała austryjackiego, który siedział w karecie obok Kotuzowa, dziwnie odbijał od ciemnych mundurów rosyjskich. Zatrzymała się wreszcie kareta, dwaj jenerałowie przestali rozmawiać, i Kotuzow wysiadł, zstępując zwolna i z trudem, ze stopni spuszczonych w karecie. Zdawał się nie zwracać zrazu uwagi na owe dwa tysiące ludzi, z wzrokiem wytężonym i zapatrzonym jak w tęczę w niego i w swojego pułkownika. Na daną komendę, pułk zatrząsł się, jakby jeden człowiek tylko, i broń sprezentował. Usłyszano głos główno-dowodzącego, wśród ciszy grobowej, potem zagrzmiały okrzyki: — „Niech żyje jego Ekscellencja!“ — w odpowiedzi na pozdrowienie jenerała, i znowu zapanowało głuche milczenie. Kotuzow, który zatrzymał się był, podczas gdy pułk broń prezentował, zaczął teraz przechodzić zwolna wzdłuż szeregów razem z jenerałem austrjackim. Po sposobie jak pułkownik powitał swojego najwyższego przełożonego; jak postępował za Kotuzowem krok w krok, z głową pochyloną, śledząc pilnie każdy ruch, prostując się po każdem jego słowie, można było odgadnąć z łatwością, że spełnianie tej powinności, było słodkiem dla jego serca. Dzięki surowości, ale także i troskliwości ojcowskiej, o potrzeby swoich podkomendnych, jego pułk był o wiele lepszym od innych, które przybywały do Braunau. Liczył on tylko 217 ludzi chorych i maroderów; i był we wszystko zaopatrzony, prócz obuwia.
Kotuzow zatrzymywał się kiedy niekiedy aby przemówić słów kilka pełnych życzliwości do oficerów, a nawet do żołnierzy, których znał jeszcze z kampanji tureckiej. Na widok ich butów podartych, potrząsał smętnie głową, i wskazywał na nie swojemu towarzyszowi, giestem tak wymownym i z taką miną, że to mu oszczędzało trudu, czynienia słownych wyrzutów, i tłumaczeń tego faktu, któremu nie można było zaprzeczyć. Gdy ten giest powtarzał się częściej, pułkownik rzucał się naprzód, aby pochwycić w lot uwagi spodziewane z ust główno-dowodzącego. Około dwudziestu oficerów, tworzących orszak dwóch jenerałów, szło o kilka kroków wstecz, słuch wytężając, mimo że rozmawiali z sobą po cichu, i śmieli się wesoło. Jeden z adjutantów, ładny i szykowny mężczyzna, postępował tuż za Kotuzowem. Był nim książę Andrzej Bołkoński. Obok niego szedł tęgi, rosły i otyły Neświcki, wyższy oficer, z twarzą sympatyczną i wiecznie uśmiechniętą; z poczciwym i łagodnym wyrazem w oczach. Neświcki, zaledwie mógł się pohamować, aby nie wybuchnąć śmiechem szalonym, na widok figlów wyprawianych przez jednego z towarzyszów. Ten bowiem, oficer od huzarów, o cerze smagłej, jak u cygana, z wzrokiem wlepionym z tyłu w pułkownika, powtarzał każdy ruch tamtego, z komizmem niezrównanym, a z najwyższą powagą, nie uśmiechnąwszy się ani razu.
Kotuzow przechodził zwolna i niedbale pod tym ogniem tysiąca oczów, które uciekały prawie z pod powiek, aby przypatrzyć mu się uważniej.
Zatrzymał się nagle przed trzecią kompanją. Orszak nieprzygotowany na ten przystanek, znalazł się o krok niego.
— Ach! Tymotkin! — zawołał radośnie, poznając kapitasia, z nosem purpurowym.
Tymotkin wyciągnięty już do granic możliwych, od owej chwili złowrogiej, kiedy napadł na niego pułkownik, z powodu Dołogowa, potrafił wyciągnąć się jeszcze więcej po słowach główno-dowodzącego. Te istne tortury, mogły mieć dla niego skutki fatalne, gdyby były dłużej potrwały. Spostrzegł to Kotuzow i odwrócił się czemprędzej od niego, z lekkim uśmiechem igrającym na jego twarzy naznaczonej blizną głęboką.
— Ten także, to mój stary towarzysz broni z pod Izmaiły... dzielny wojak... Czyś z niego zadowolony?...
— Ależ nadzwyczajnie, wasza Ekscellencjo.
— Każdy ma wprawdzie swoje słabostki i on, o ile pamiętam, hołdował trochę nadto Bachusowi — dodał Kotuzow na odchodnem.
Skamieniały z przerażenia, żeby mu nie kazano odpowiadać za nałóg nieuleczalny kapitasia, nieszczęśliwy pułkownik milczał zawzięcie. Ów swywolny huzar tymczasem, uderzony postacią zwolennika bachusowego, z nosem purpurowym i z figurą jak struna wyciągniętą, zaczął go naśladować z takiem mistrzowstwem, że Neświcki, mimo całej powagi, parsknął śmiechem. Kotuzow obrócił się. Obaj jednak potrafili natychmiast zmienić wyraz fizjonomji. Twarz tak u jednego, jak u drugiego, niby pod dotknięciem rószczki czarodziejskiej, wyrażała powagę pełną uszanowania.
Trzecia kompanja, była ostatnią. Kotuzow stanął zamyślony, szukając po głowie czegoś, o czem widocznie zapomniał. Książę Andrzej podszedł bliżej, szepnąwszy mu po francuzku:
— Wasza Ekscellencja raczyła mi polecić, żebym jej przypomniał Dołogowa, który został zdegradowany...
— Gdzie Dołogow? — spytał szybko Kotuzow.
Przebrany obecnie w prosty kitel żołnierski z sukna szarego, Dołogow, nie kazał wcale czekać na siebie. Wyszedł z szeregu, zgrabnie i sprawnie broń prezentując. Był to niezaprzeczenie żołnierz piękny z postawy, zwinny w ruchach, sympatyczny z twarzy, z włosem jasnym i dużemi niebieskiemi oczami.
— Czy ze skargą? — bąknął niechętnie Kotuzow, lekko brwi marszcząc.
— Nie, to Dołogow — wtrącił Andrzej.
— A! spodziewam się, że nauka poskutkuje i poprawi cię dostatecznie. Staraj się służyć dobrze i gorliwie. Nasz car jest łaskawym i wspaniałomyślnym. I ja o tobie nie zapomnę, skoro tylko zasłużysz sobie na to.
Oczy duże i błyszczące Dołogowa patrzyły teraz z tą samą determinacją, jak mierzyły przedtem pułkownika. Ich śmiały wyraz, zdawał się zapełniać i wyrównać przepaść, która ma niby dzielić prostego żołnierza od jenerała główno-dowodzącego.
— O jedną łaskę błagam waszą Ekscellencją — rzekł głosem donośnym i dźwięcznym. — Podajcie mi sposobność zmazania mojej winy i złożenia dowodów mego poświęcenia bezgranicznego dla cara wszech Rosji.
Kotuzow pokazał mu plecy z miną kwaśną i zasępioną. Te czcze frazesy, wiecznie jedne i te same, zanudzały i zamęczały go na śmierć.
— Po co powtarzać wiecznie tę samą zwrotkę — mówił w duchu. — Po co wiecznie te same androny mają mi dzwonić w uszach?
Wsiadł nazad do karety i odjechał.
Pułk podzielony na oddziały, pomaszerował na kwatery, w najbliższym promieniu fortecy Braunau. Tam miał wypocząć po trudach przebytych, wyekwipować się, a przedewszystkiem zaopatrzyć się w nowe obuwie.
— Nie macie żalu do mnie, Prokopie Iwanowiczu?... — przemówił pułkownik serdecznie, do Tymotkina, przejechawszy konno po pod szeregi trzeciej kompanji. — Twarz mu jaśniała radością, że przegląd odbył się i zakończył tak szczęśliwie. — Bo to widzicie Tymotkin, carska służba, nie przelewki!... wiecie przecie, co?... Trwoga nas obejmuje, żeby nie zbłaźnić się i nie okryć wstydem przed całym pułkiem. Jestem jednak zawsze gotów uznać mój błąd, i podać pierwszy rękę do zgody... — tu wyciągnął rękę do swego podwładnego.
— Na miły Bóg, wasza Ekscellencjo, czyżbym śmiał pomyśleć...
Podczas gdy nos kapitasia, nabierał z wielkiej radości, jeszcze wspanialszej barwy purpurowej, usta rozwarły mu się szeroko, od ucha do ucha, uśmiechem szczęścia niewypowiedzianego. Przy tej sposobności pokazał zęby pokruszone, z bramą w pośrodku, dwa bowiem zęby przednie, zostawił biedaczysko na wieki wieków, na pobojowisku, podczas szturmu na twierdzę Izmaiłę.
— Powiedzcie, proszę, Dołogowowi, że o nim nie zapomnę, może być zupełnie spokojny... Ale, ale! jak się też sprawuje?
— Bardzo pilny w spełnianiu swoich obowiązków, Ekscellencjo... tylko to jego usposobienie...
— Jakie usposobienie?...
— A no, napada go czasem istna furja... Są dni, że jest łagodnym, powodującym się, pełnym inteligencji... aż naraz przemienia się w dzikie zwierzę. Ot! niedawno temu, o mało nie ubił jak psa, jakiegoś żydka polskiego... Przecie wasza Ekscellencja wie o tem...
— No tak... zapewne — odrzucił pułkownik wymijająco. — Wart bądź jak bądź pożałowania... bardzo nieszczęśliwy... ma wysokie protekcje... zrobilibyście dobrze, gdyby tak, przy sposobności...
— Ależ ma się rozumieć, Ekscellencjo! — nowy uśmiech kapitasia świadczył, że pojął najzupełniej wolę i tajemne życzenie przełożonego.
— Szlify oficerskie, przy pierwszej okazji! — krzyknął pułkownik przejeżdżając obok Dołogowa. Ten obrócił się i uśmiechnął szydersko na te słowa.
— Dobrze wypadło, bardzo dobrze! — pułkownik mówił dalej głośno i dobitnie, aby mogli go słyszeć wszyscy żołnierze. — Podwójna racja wódki dla wszystkich i dziękuję każdemu z osobna... Bogu chwała...
Zbliżył się do innej kompanji.
— Dobre w końcu człeczysko... Można jeszcze żyć jako tako pod jego rozkazami — zwrócił się z tem kapitan do jednego z poruczników.
— Słowem: „król kierowy!“ — odrzucił porucznik żartobliwie śmiejąc się. Tak bowiem nazywano w całym pułku, kochliwego pułkownika.
Wesołe usposobienie oficerów, spowodowane szczęśliwym przebiegiem przeglądu, udzieliło się również i żołnierzom. Maszerowali dziarsko, gawędząc i pośmieszkując.
— Kto też wymyślił bajeczkę, jakoby Kotuzow był jednookim?
— Tak bo jest rzeczywiście!
— Toś powiedział, coś wiedział — zaśmiał się trzeci — a widział ci wszystko dokumentnie, nasze buty podarte i nieledwie brakujące goździe w podkówkach policzył.
— A ten drugi Austrjak? Jak wam się podobał? Niby kawał kredy... istny wór mąki! Ciężka pańszczyzna dalibóg, prać to wszystko!
— Słuchajno, tyś był na samym przedzie... nie słyszałeś przypadkiem kiedy weźmiemy się za bary? Czy nie wspominali co o tem, hę? Ktoś tam prawił, że Napoleon jest tu, w Braunau.
— Bonaparte tutaj? To ci dopiero komedja! Trzeba być głupcem ostatnim, żeby o tem nie wiedzieć, że Prusak zrebelizował się, Austrjak zaś ma mu wleźć na kark... dopiero gdy go dobrze przetrzepią, zacznie i on wojnę z Bonapartem. No, no, opowiadaj tylko dalej, twoją ciekawą bajeczkę. Bonaparte w Braunau! Oj, oj, jak to zaraz widać, że u ciebie pstro w głowie, chłystku.
— Ah, ci djabelscy furjerzy... Już piąty oddział wchodzi do wsi i zjedzą wszystko przed nami.
— Może dałbyś mi kawał suchara, co?
— A nie dałem ci to wczoraj dopiero kilka niuchów tabaki? Może nieprawda, hę? No, masz zresztą kawałek suchara i odczep się raz odemnie.
— Gdyby się choć zatrzymano gdziekolwiek... ale nie... wlecz się jeszcze pieszo całych pięć wiorst, z próżnym żołądkiem.
— Eh, tobieby się podobało, gdy by tak Niemiaszki zaofiarowali nam swoje piękne powozy, co?... Jechać powozem, to by ci była komedja, hę?...
— A ten lud tutejszy, widziałeś? Nie to co Polacy... Tamto poczciwi z kośćmi ludziska... zresztą zawsze to jeszcze naszego cara poddani, a teraz nic tylko szwar, szwar, szwar, szwar! z Niemcami. Licho ich bierz, czy to się chrześcjanin z nimi dogada?
— Na przód śpiewacy — zakomenderował kapitan i blisko dwudziestu ludzi wysunęło się z szeregów.
Dobosz, który dowodził śpiewami stanął między nimi i zaintonował pieśń zaczynającą się od słów:
„Czerwieni się niebo, oj, łuną czerwieni“... a która kończyła się: — „A nasz ojciec Kamenski powiedzie nas w bój, w zwycięzki bój!“ — Skomponowana podczas kampanji tureckiej, pieśń służyła teraz tak samo w Austrji żołnierzom, z tą jedynie różnicą, że zamiast tamtego nazwiska, wspominano o ojcu Kotuzowie. Gdy prześpiewano z junackiem zacięciem ostatnią zwrotkę, dobosz, piękny, rosły chłop, jak dąb, około lat czterdziestu, z członkami zwinnemi, jakby u akrobaty, spojrzał ostro na swoich towarzyszów, brwi ściągając, podczas gdy jego ręce kołysząc się z prawej strony ku lewej, zdawały się rzucać o ziemię czemś niewidzialnym. Przekonawszy się, że wszyscy mają w niego wzrok wlepiony, podniósł zwolna ramiona w górę i tak je trzymał chwilę nad głową, jakby unosił przedmiot drogocenny, a dotąd niewidzialny. Na raz odrzucając go szybko, zaintonował: „Strzecho moja, strzecho kochana!“ — i teraz dwadzieścia głosów, wpadło w ton chórem. Jeden z żołnierzów, wyrwał się naprzód i jakby mu wcale nie ciężył na plecach tornister wraz z mantelzakiem, zaczął podskakiwać i tańcować, cofając się wstecz od swoich towarzyszów. Wymachiwał przytem rękami, jakby chciał sobie przysporzyć miejsca próżnego do tych ewolucji choreograficznych, uderzając dwiema łyżkami cynowemi podług taktu, niby hiszpańskiemi kastanietami. Inni puścili się za nim w pląsy, w tępie coraz szybszem, to skacząc w górę, to przypadając do ziemi w prysiudach. Wtem usłyszeli w tyle turkot kół i koni parskanie. To Kotuzow wracał ze swoją świtą. Skinął ręką na znak, żeby sobie żołnierze nie przerywali wesołej zabawy. Na drugim końcu skrzydła prawego, koło którego przesunęła się tuż blisko wysoka kareta, uderzała w oczy postać Dołogowa, nie licująca wcale z resztą otoczenia. Chód jego był miarowy, według regulaminu, a jednak był zupełnie inny, lekki, śmiały, pełen wytworności. Rzucał on wzrokiem pewnym i sarkastycznym, niby wyzywając do zmierzenia się z nim. Zdawał się litować nad nimi, że nie wejdą do miasta tak jak on pieszo w wesołem towarzystwie. Porucznik Gerkow, ten sam, który bawił przed tem całą świtę, otaczającą Kotuzowa, naśladując komicznie ruchy pułkownika i Tymotkina, powstrzymał konia nieznacznie, aby zbliżył się do Dołogowa. Chociaż Gerkow należał niegdyś do szajki łobuzów i hultajów którym przewodniczył Dołogow, wstrzymywał się jednak dotąd z wszelką przezornością od stosunków jakichkolwiek z dawnym towarzyszem, obecnie zdegradowanym i w niełasce. Słów kilka rzuconych przez Kotuzowa, kazały mu atoli zmienić taktykę. Przemówił zatem, udając wielkie rozradowanie:
— Jakże się miewasz, kochany przyjacielu?
— Jak widzisz — odpowiedział Dołogow tonem lodowatym.
Piosnka coraz żywsza i śpiewana w rytmie lekkim kozaka, towarzyszyła dziwnie do Gerkowa wielko-pańskiej nonszalancji, z którą cedził wyrazy, i odpowiedziom lodowato-obojętnym Dołogowa.
— Jakże urządziłeś się z przełożonymi?
— Oh, jak najlepiej. Poczciwi ludzie... Ty jak widzę, wśrubowałeś się do głównego sztabu?
— Tak... przydzielono mnie do niego. Jestem tu w czynnej służbie.
Zamilkli obadwaj. — „Leci sokolik, leci w niebiosa, prawą dłonią podrzucony“ — brzmiały słowa piosenki. Nuta tejże skoczna i wesoła, wzbudzała mimowolnie w całem otoczeniu otuchę i wiarę w przyszłość.
I tych dwóch rozmowa, byłaby może weszła na inne tory, gdyby nie ten ożywiony akompaniament.
— Czy to prawda, że pobito Austrjaków? — spytał po chwili Dołogow.
— Tak utrzymują, ale djabełby chyba odgadł co się święci właściwie.
— Tem lepiej — odciął krótko Dołogow, przytupując lekko, według rytmu piosenki.
— Przyjdź dziś do mnie wieczorkiem, cóż, dobrze? Założymy banczek w faraona...
— Macie zatem tak wiele pieniędzy?...
— No, przyjdź tylko...
— Niepodobna! Zaprzysiągłem, że nie dotknę się kart, ani szklanki z winem, póki nie zostanę na powrót oficerem.
— Oh, to stanie się niezawodnie przy pierwszej lepszej okazji.
— Ha, wtedy... zobaczymy...
— Mógłbyś zajrzeć do nas i teraz; gdybyś potrzebował czegokolwiek, licz na nas... Sztab główny dostarczy ci wszystkiego.
Dołogow uśmiechnął się na to.
— Oh! nie troszczcie się tak bardzo o mnie. Nie zażądam od was niczego... Jak będzie mi czego potrzeba, sam sobie wezmę.
— Niech i tak będzie... Bo to widzisz tylko dla tego...
— Tak, tak, i ja tylko dla tego... — Adieu!
Adieu!
W dali odzywały się dotąd tony piosneczki: — „Tam! tam! w mojej chatynce!“ — gdy Gerkow zniecierpliwiony nareszcie sarkazmem Dołogowa, wspiął konia ostrogami i pogalopował w takcie skocznym kozaka, aby dopędzić i zrównać się z karetą.





III.

Zaledwie wysiadł z powozu Kotuzow, z nieodstępnym od jego boku jenerałem austryjackim, udał się prosto do swojego gabinetu. Tam kazał sobie podać papiery, odnoszące się do stanu armji, i listy odebrane w wilją dnia tego. Przyniósł mu to wszystko adjutant, książę Bołkoński. Listy były od arcyksięcia Ferdynanda, dowodzącego przednią strażą. Rozłożono mapę na stole, przed którym zasiedli: Kotuzow i jenerał austrjacki, jeden z członków „Hofkriegsrath’u“ (wyższej rady wojennej.) Odbierając papiery z rąk Bołkońskiego, i skinąwszy nań nieznacznie, żeby nie odchodził, Kotuzow prowadził dalej rozmowę po francuzku, dobierając wyrażeń eleganckich, frazesów wyszukanych, które wygłaszał zwolna i z pewnym naciskiem. Ton jego głosu wpadał miło w ucho; i on sam zdawał się rozkoszować swoją wytworną francuzczyzną:
— To moja odpowiedź jedyna, panie jenerale; gdyby owa sprawa, tylko odemnie zależała, byłbym spełnił natychmiast wolę cesarza Franciszka, łącząc się z arcyksięciem. Chciejcie wierzyć, że osobiście byłbym najszczęśliwszym, gdybym mógł złożyć w inne ręce naczelne dowództwo i ciężącą na mnie odpowiedzialność. Nie wątpię że znalazłby się w Austrji nie jeden wódz zdolniejszy i bardziej niż ja wykształcony fachowo. Macie przecież mnóstwo dzielnych jenerałów, to rzecz wiadoma. Częstokroć atoli rządzą nami okoliczności, a nie wola nasza osobista...
Uśmiech dwuznaczny, towarzyszący słowom ostatnim, usprawiedliwiał najzupełniej minę kwaśną i mocno niedowierzającą Austrjaka. Co do Kotuzowa: był on pewny że towarzysz nie zada mu kłamstwa w oczy. To było dla niego punktem najważniejszym, o resztę nie troszczył się wcale.
Ten, z którym rozmawiał, był zmuszony odpowiedzieć w tym samym tonie. Głos lekko drżący, zdradzał jego zły humor i śmiesznie odbijał od słów pochlebnych, wystudjowanych naprzód, które wymawiał z wysiłkiem.
— Przeciwnie, wasza Ekscellencjo, cesarz ocenia nader wysoko to wszystko, czego dokonaliście dotąd, dla naszych wspólnych spraw i interesów. Znajdujemy tylko, że powolność w marszu, przeszkadza dzielnej armji rosyjskiej i jej wodzowi, zdobywać nowe laury, do czego nawykli oddawna.
Kotuzow skłonił się z tym samym drwiącym uśmiechem.
— Nie podzielam tego zdania. Jestem przeciwnie najmocniej przekonany, opierając się na treści listu, którym baczył mnie zaszczycić jego cesarzewiczowska mość, arcyksiąże Ferdynand, że armja austrjacka, pod dowództwem jenerała tak doświadczonego jak wasz Mack, musiała zwyciężyć na całej linji, niepotrzebuje zatem wcale naszej pomocy.
Austrjak zaledwie potrafił powściągnąć się od wybuchu gniewu, który nim miotał. Ta odpowiedź bowiem, nie zgadzała się bynajmniej z wieścią nurtującą głucho po kraju, o znacznej porażce jego współziomków. Zbieg wypadków najfatalniejszy, pozwalał przypuszczać, że owe wieści o porażce, nie były przesadzone, a nawet były więcej niż prawdopodobne. W tym stanie rzeczy, słowa główno-dowodzącego wyglądały na żart niewczesny. Kotuzow jednak, mówiący najspokojniej i z uśmiechem, miał prawo wygłaszać podobne zdanie, na podstawie ostatniego listu samego Mack’a. W tym biuletynie, jenerał austrjacki wspominał o przyszłem walnem zwycięstwie, wynosząc pod niebiosa niezrównaną pozycją swojej armji, pod względem strategicznym.
— Chciejcie podać mi ten list — przemówił Kotuzow do księcia Andrzeja. — Proszę posłuchać...
Przeczytał po niemiecku ustęp następujący:
„Armja nasza, licząca około 70,000 ludzi, pozwala nam zaatakować nieprzyjaciela i pobić go, gdyby próbował przejść przez rzekę Lech. W razie przeciwnym, dzięki Ulmowi, który jest w naszym ręku, zostaniemy panami obu brzegów Dunaju. Możemy przejść go w danym razie i spaść niespodzianie na wojska nieprzyjacielskie. Tym sposobem przecięlibyśmy nieprzyjacielowi drogi komunikacyjne, moglibyśmy przejść nazad przez rzekę trochę niżej i przeszkodzić w końcu, żeby nie zwrócił głównych sił swoich, przeciw naszym wiernym sprzymierzeńcom. Zaczekamy tedy odważnie stojąc na stanowisku zaczepno-odpornem, aż do chwili, gdy armja rosyjska będzie gotowa złączyć się z nami, aby zadać cios śmiertelny nieprzyjacielowi, na co zasłużył najzupełniej“.
Gdy skończył czytać tę czczą frazeologją, Kotuzow westchnął wznosząc w górę oczy.
— Waszej Ekscellencji wiadomo przecie, że mędrzec powinien z góry przewidywać zawsze casus najgorszy... — wtrącił siedzący naprzeciw Austrjak, któremu pilno było położyć kres drwinkom i przycinkom, a przystąpić na serjo do kwestji piekącej. Rzucił wzrokiem mimowolnie na adjutanta.
— Przepraszam po tysiąc razy pana jenerała.
Przerwał mu Kotuzow zwracając się do Bołkońskiego:
— Chciej, mój drogi spytać Kozłowskiego, jakie odebrał raporty od naszych szpiegów. Tu masz jeszcze dwa listy hrabiego Nostic’a, jeden jego cesarzewiczowskiej mości, arcyksięcia Ferdynanda i kilka innych ważnych dokumentów. Idzie o to, żeby ułożyć z tego wszystkiego, po francuzku, a najdokładniej, rodzaj memorjału, w którymby pomieściły się wszelkie wieści otrzymane w tych dniach o posuwaniu się wojsk austrjackich, aby to przedstawić jego Ekscellencji.
Książe Andrzej skinął głową na znak, że wie o co chodzi. Zrozumiał nie tylko to, co mu powiedziano, ale i to, czego kazano mu się domyśleć. Salutując po wojskowemu obu jenerałów, wyszedł wolnym krokiem z gabinetu.
Choć niedawno opuścił Rosję, książę Andrzej zmienił się jednak niesłychanie. Znikł bez śladu, tak z jego twarzy, jak i z całego wzięcia, nienaturalny wyraz znudzenia i jakiejś apatycznej niedbałości, który go dawniej prawie nigdy nie opuszczał. Zdawać się mogło, że obecnie nie ma czasu przemyśliwać nad wrażeniem, wywieranym przezeń na najbliższe otoczenie. Zajmowały go sprawy o wiele ważniejsze i większej doniosłości. Zadowolony sam z siebie, i z tych wszystkich, których widywał, stawał się z dnia na dzień weselszym i bardziej uprzejmym. Kotuzow, którego dogonił w Polsce, przyjął go otwartemi ramionami, obiecując uroczyście, że o nim nie zapomni. Odznaczył go też przy pierwszej sposobności. Z wszystkich adjutantów wybrał sobie jego na towarzysza, jadąc do Wiednia, i tam powierzał mu missje najważniejsze. Napisał był nawet do swojego starego druha, księcia Mikołaja Bołkońskiego tych kilka wierszy:
— Syn twój stanie się z czasem, w to wierzę i tego się spodziewam, wojskowym znakomitym. Ma po temu zacięcie. Pełen zdolności, a co znaczy najwięcej: wytrwały i spełniający ściśle swoje obowiązki. Jestem uszczęśliwiony, że mogę go mieć przy sobie.
Tak pomiędzy oficerami w głównym sztabie, jak i w armji, książę Andrzej używał reputacji podwójnej. Tak było niegdyś i w Petersburgu. Jedni... ci jednak stanowili znaczną mniejszość... mieli go za osobistość o całe niebo wyższą od ogółu, zdolną do wielkich czynów. Ci też posuwali do przesady uwielbienie dla niego, słuchali go jak wyroczni i starali się we wszystkiem naśladować. Stosunki też z nimi, układały się łatwo i naturalnie. Inni, a ci byli w większości, nie lubiąc go, znajdywali, że jest dumnym, nieprzystępnym, słowem: nie do zniesienia. Z tymi jednak, umiał stanąć na takiej stopie, że bali go się jak ognia i trzymali się od niego jak najdalej. Wyszedłszy z gabinetu Kotuzowa, Andrzej przystąpił do swojego kolegi Kozłowskiego, adjutanta w służbie, którego zastał siedzącego pod oknem z książką w ręku.
— Co powiedział Kotuzow? — spytał Kozłowski.
— Kazał napisać memorjał o powodach naszej nieruchomości.
— A to na co?
Książę Andrzej za całą odpowiedź wzruszył miłosiernie ramionami.
— Czy są jakie wiadomości o Mack’u?
— Nie ma żadnych.
— Gdyby miała potwierdzić się wiadomość o jego przegranej, jużby nam ją byli przysłali urzędownie.
— Prawdopodobnie...
Po tem słowie książe Andrzej skierował się ku drzwiom prowadzącym do sieni, gdy w tem otworzyły się gwałtownie i wpadł przez nie ktoś zupełnie im nieznajomy. Był to również jenerał austryjacki, z czarną przepaską na głowie, i z wielką gwiazdą orderu Marji Teresy na piersiach.
— Jenerał główno dowodzący Kotuzow? — spytał gorączkowo nowoprzybyły po francusku, ale z wybitnym akcentem niemieckim, a rozglądnąwszy się w koło, zaczął iść szybko do drzwi od gabinetu.
— Jenerał główno dowodzący zajęty w tej chwili — Kozłowski skoczył do drzwi, zastępując drogę intruzowi. — Kogo mam zapowiedzieć?
Twarz cudzoziemca pochmurniała, a usta mu zadrgały. Wyjął z kieszeni notyskę, napisał szybko słów kilka ołówkiem, wydarł ćwiartkę papieru i podał ją adjutantowi. Następnie przysunął się do okna i usiadł ciężko na krześle, które zajmował przed chwilą Kozłowski. Spojrzał ponuro i z niechęcią na dwóch młodych ludzi, jakby chciał powściągnąć ich zbytnią ciekawość tem spojrzeniem. Po chwili podniósł głowę, wyprostował się widocznie w chęci żeby się z czemś odezwać. Musiał atoli namyśleć się inaczej, skoro machnął tylko ręką niedbale i spróbował zanucić półgłosem jakąś żołnierską piosneczkę; głos mu jednak urwał się, i wydał tylko z piersi ton głuchy, nieokreślony. Otworzyły się niebawem drzwi od gabinetu, a na progu ukazał się Kotuzow. Jenerał z głową obwiązaną, schylony, jakby chciał uniknąć jakiego niebezpieczeństwa, podszedł ku niemu, robiąc kroki olbrzymie, nogami niesłychanie długiemi a chudemi.
— Widzisz przed sobą Ekscellencjo nieszczęśliwego Mack’a! — zawołał głosem drżącym od wzruszenia.
Kotuzow zachował przez chwilę zupełną obojętność. Zwolna rysy jego twarzy rozjaśniły się i wygładziły się zmarszczki na czole; skłonił się z uszanowaniem, a puściwszy go poprzód siebie, poszedł za nim do gabinetu, drzwi za sobą przymknąwszy. Potwierdziła się zatem wieść głucha zrazu o porażce Mack’a i złożeniu broni pod murami Ulmu.
W pół godziny później, rozesłano już adjutantów na wszystkie strony z rozkazem dziennym, który miał niebawem rozruszać armję rossyjską i zmusić ją do maszerowania w kierunku armji nieprzyjacielskiej.
Książe Andrzej należał do rzędu tych nielicznych oficerów w sztabie głównym, dla których cały interes skupia się i koncentruje w obrotach wojennych na serjo w przededniu mającej się stoczyć walnej bitwy. Obecność Mack’a i szczegóły klęski, która go spotkała, ostrzegły go, dając do zrozumienia, że armja rossyjska, znajduje się także w położeniu nader krytycznem, i że połowa kampanji już stracona. Wyobrażał sobie rolę przypadającą wojskom rossyjskim, i jaką on sam może odegrać niebawem. Nie mógł zapanować nad uczuciem złośliwego zadowolenia, gdy pomyślał o upokorzeniu dumnej Austrji. Jeszcze większą radość sprawiała mu nadzieja, że wkrótce nastąpi starcie nieuniknione, między Francuzami a Rosjanami, pierwsze od czasów Suwarowa. Lękał się jednak, żeby genjusz Bonapartego, nie był silniejszym, od bohaterstwa jego przeciwników. Nie mógł nawet przypuścić, żeby jego bohatyr uwielbiany mógł być przez kogokolwiek zwyciężonym.
Podniecony nawałem sprzecznych myśli i uczuć, książe Andrzej udał się na swoją kwaterę, aby zasiąść do listu, który codziennie do ojca wysyłał. Spotkał po drodze swojego towarzysza, który dzielił z nim kwaterę, Neświckiego, i żartobliwego Gerkowa. Obaj trzymali się za boki od śmiechu.
— A ty czemuś zasępiony, jak chmura gradowa? — spytał Neświcki, rzuciwszy okiem na jego twarz bladą i wzrok pałający gorączkowo.
— Nie ma powodu do uciechy! — odrzucił krótko Bołkoński.
W chwili gdy zamieniali z sobą te słowa, zobaczyli w głębi korytarza, owego członka wyższej rady wojennej w Wiedniu, i jenerała austrjackiego Straucha, dodanego Kotuzowowi z poleceniem iżby, czuwał nad dostawą regularną wiktuałów i paszy dla koni przeznaczonej dla armi rossyjskiej. Ci dwaj jenerałowie przybyli dopiero wczoraj. Szerokość korytarza pozwalała najzupełniej trzem młodym oficerom nie ruszać się z miejsca, aby tamci mogli przejść obok nich wygodnie Gerkow jednak, odpychając Neświckiego, zawołał głosem zadyszanym, jakby mu nagle tchu zabrakło.
— Nadchodzą!... nadchodzą!... ustąpcie się na Boga!...
Dwaj jenerałowie chcieli widocznie uniknąć wszelkich oznak uszanowania, gdy Gerkow, z twarzą rozpromienioną, z uśmiechem od ucha do ucha, nadającą jej wyraz głupkowatego, prawie idjotycznego zadowolenia, postąpił o krok naprzód.
— Wasze Ekscellencje raczą pozwolić — przemówił najczystszą niemiecczyzną — żebym miał zaszczyt złożyć im moje najszczersze i najzasłużeńsze gratulacje!
Pochylił głowę, z ukłonem niezgrabnym dzieciaka, który dopiero zaczyna się uczyć tańczyć, i wyrzuca nogami jedną po drugiej jak młody źrebiec. Członek Hofkriegsrathu, przybrał zrazu wyraz chmurny i surowy. Uderzony jednak szczerością tego szerokiego i głupkowatego uśmiechu, nie mógł wstrzymać się, żeby nie zwrócić na niego uwagi.
— Mam więc zaszczyt, złożyć moje gratulacje — mówił dalej Gerkow — że jenerał Mack, powrócił zdrów najzupełniej, prócz lekkiego tu zadraśnięcia — dodał z miną rozradowaną, wskazując ręką na głowę. Jenerał zmarszczył brwi i odwrócił się od niewczesnego żartownisia.
— Boże! a to głupiec! — wykrzyknął idąc dalej.
Neświcki uradowany z konceptu kolegi otoczył poufale ramieniem Bołkońskiego. Ten atoli odtrącił go szorstko z twarzą bladą jak ściana i z ustami drgającemi nerwowo. Uczucie gniewu, spowodowane pierwotnie pojawieniem się Mack’a, i wieścią fatalną, której był nieszczęsnym zwiastunem, rozdrażnienie własnem rozmyślaniem nad położeniem obecnem armji rossyjskiej, znalazło wreszcie odpływ, w obec żartu niestosownego Gerkowa.
— Jeżeli panu sprawia przyjemność — rzekł tonem ostrym i surowym — odgrywać rolę trefnisia nadwornego, nie mogę, rzecz naturalna, w tem mu przeszkodzić. Zapowiadam panu jednak, i to całkiem serjo, że gdybyś pozwolił sobie kiedykolwiek w mojej obecności, równie głupich żartów, nauczyłbym go, jak się wypada zachowywać w przyzwoitem towarzystwie.
Neświcki i Gerkow osłupieli ze zdziwienia, wytrzeszczyli oczy na niego, a następnie spojrzeli w milczeniu jeden na drugiego.
— Ale cóż w tem złego?... gratulowałem, nic więcej — bąknął Gerkow.
— Nie żartuję wcale, milcz pan! — krzyknął Bołkoński, i wziąwszy pod ramię Neświckiego, odszedł od Gerkowa, który na razie nie wiedział co odpowiedzieć.
— A ciebie co napadło? — spytał Neświcki, starając się go uspokoić.
— Jakto, co mnie napadło?! Ty więc tego nie rozumiesz? Albo jesteśmy oficerami w służbie naszego cara i do obrony kraju własnego, których cieszy każda pomyślność naszych wojsk, a którzy współczują i płaczą nad każdą klęską, lub też zostaliśmy prostymi pachołkami! Takim, rzecz naturalna, nie wolno wglądać w żadne sprawy, mają tylko słuchać ślepo rozkazów. Czterdzieści tysięcy ludzi wymordowanych, armia naszych sprzymierzeńców zniszczona... a wy znajdujecie w tem nieszczęściu pole do popisywania się płaskiemi dowcipami?! — Andrzej zapalał się coraz bardziej. — To dobre dla takiego jak ten tam hołysza, który nie ma nic do stracenia, a którego podobało ci się uważać za przyjaciela, ale nie dla mnie!... nie dla ciebie!... Tylko ulicznicy mogą bawić się w ten sposób!...
Teraz dopiero spostrzegłszy się, że mówił głosem podniesionym i Gerkow mógł go słyszeć, zaczekał umyślnie, czy nie zechce mu odpowiedzieć. Gerkow jednak odwrócił się od nich czemprędzej i uciekł w stronę przeciwną.





IV.

Pułk huzarów z Pawłogrodu, stał kwaterą o dwie mile od Braunau. Szwadron, w którym Mikołaj Rostow był „junkrem“, rozlokowano we wsi Saltzeneck. Dom najpiękniejszy i najokazalszy we wsi całej, zarezerwowano dla komendanta szwadronu, rotmistrza Denissowa, znanego w całym pułku, pod imieniem „Waski“.
Odkąd junkier Rostow złączył się ze swoim pułkiem w Polsce, dzielił zawsze kwaterę z komendantem szwadronu. Dnia ósmego października, to jest właśnie podówczas, gdy w głównej kwaterze wszystko przewracało się do góry nogami, na wiadomość o klęsce Mack’a, szwadron cały wiódł życie błogie, życie obozowe, wśród pokoju i doskonałego we wszystko zaopatrzenia. Denissow grając w karty i przegrywając najfatalniej przez noc całą, nie był jeszcze dotąd powrócił do domu. Rostow zaś wracał już wczesnym rankiem, w pełnym rynsztunku na koniu, on bowiem dnia tego rozdzielał furaż dla koni żołnierskich. Zatrzymał się przed gankiem, podniósł się na siodle, z jedną tylko nogą w strzemieniu, a z drugą zwieszoną w powietrzu, ruchem swywolnym, iście młodocianym, jakby mu żal było rozstawać się ze swoim konikiem. Zeskoczył wreszcie na ziemię, i przywołał luzaka. Żołnierz skoczył aby konia przytrzymać.
— Ah! Bodnareńko, przeprowadź go zwolna, kilka razy, póki z potu nie obeschnie. Cóż? Dobrze?... — przemówił do huzara z tą poufałą uprzejmością, znamionującą natury dobre, serdeczne, które gdy czują się zadowolone, radeby z każdym to szczęście podzielić.
— Ma się rozumieć, jaśnie panie — odpowiedział białorusin, potrząsając wesoło głową.
— Tylko uważaj!... póki nie obeschnie.
Pobiegł i drugi huzar, Bodnareńko nie dał sobie jednak konia odebrać. Schwycił mocno za cugle i zaczął przeprowadzać, ocierając go raz po raz z potu słomą skręconą. Junker musiał widocznie płacić hojnie za każdą usługę, skoro tak się do niej cisnęli żołnierze, jeden przez drugiego.
Rostow, zanim odszedł, pogłaskał konia pieszczotliwie po smukłej szyi.
— Brawo! co to będzie z czasem za dzielny ramak! — mruknął sam do siebie, a podniosłszy pałasz, przebiegł prędko kilka stopni ganku, dzwoniąc ostrogami.
Niemiec, właściciel tego domu, ukazał się na progu krowiarni, w długiej wełnianej kamizeli i w szlafmycy białej. Wyrzucał nawóz żelaznemi widłami.
Twarz szeroką, opasłą, rozjaśnił na widok Rostowa uśmiech serdeczny i pełen życzliwości.
Czentopry! Czentopry! — przywitało go łamanym językiem, ale z widoczną przyjemnością, poczciwe niemczysko.
— Już przy pracy? — spytał Rostow, uśmiechając się ze swojej strony. — Hurra! dla Austrji, hurra! dla Rossji, hurra! niech żyje car Aleksander! — dodał żartobliwie, powtarzając ulubione wykrzykniki poczciwego Niemca.
— Hurra! dla całego świata! — Niemiec krzyknął ze śmiechem wyrzucając w górę szlafmycę.
Rostow powtórzył owe hurra! z zapałem, chociaż prawdę mówiąc, nie było powodu do tak wielkiej uciechy, ani dla Niemca czyszczącego swoją oborę, ani dla Rostowa, który wracał z koszar, rozdawszy furaż dla koni. Po tym wylewie wzajemnych uczuć patrjotycznych i braterskich, staruch poczciwy wrócił do nawozu, a młody junker wszedł w głąb domu.
— A twój pan gdzie? — spytał Ławruszkę, sługę Denissowa, hultaja znanego w całym pułku ze sprytu djabelskiego, z chytrości i łobuzostwa.
— Jeszcze nie wrócił od wczoraj wieczór... Zgrał się prawdopodobnie — poskrobał się w głowę Ławruszka. — Znam ja go na wylot! Jeżeli wygra, wraca wcześnie, aby pochwalić się tem czemprędzej. Jak go nie ma do dnia białego, znak to że zgrał się do nitki, a wtedy wraca w psim humorze. Oj, oj! wiem ja coś o tem! Czy podać kawę jaśnie panu?
— Dawaj jak najprędzej.
Nie upłynęło dziesięć minut, a już Ławruszka powracał, niosąc na tacy kawę gorącą.
— Idzie, idzie! — mruknął z cicha. — Zaraz pęknie bomba.
Rzeczywiście nadchodził Denissow. Wzrostu średniego, miał twarz mocno czerwoną, błyszczące czarne oczy, śniące czarne włosy i wąsik ciemny, junacko nastrzępiony. Dołman na nim był rozpięty, szerokie rajtuzy, zaledwie trzymały się na pasku, kasko pomięte zsunęło mu się na tył głowy, karku dotykając. Zbliżył się z głową spuszczoną, ponury i zafrasowany.
— Ławruszka — wybełkotał, plącząc ledwie językiem w gniewie najwyższym. — Czy zdejmiesz raz ty bydlaku!
— Ależ już zdejmuję jaśnie panie.
— Oho, tyś już wstał? — popatrzył na Rostowa wzrokiem zamglonym.
— Ba, od dwóch godzin... Wydałem już furaż na cały dzień i widziałem nawet Fräulein Matilde.
— A ja mój drogi, zgrałem się jak szewc, jak ostatni kupiec... Miałem szansę piekielną, mówię ci! Zaczęła się zaraz po twojem odejściu... Czaj! — huknął waląc pięścią w stół z całej siły.
Skrzywiwszy się niemiłosiernie, niby w chęci uśmiechnięcia się, wyszczerzył zęby drobne, białe, a ostre jak u wiewiórki, i rozgarnął czuprynę gęstą, krótko przystrzyżoną a sterczącą do góry jak szczotka, giestem rozpaczliwym, wplatając we włosy wszystkie dziesięć palców.
— Sam djabeł chyba wepchnął mnie do tego Szczura! (tak przezwali owego oficera). Wyobraź sobie, ani jednej karty porządnej, ani jednej!
Tu Denissow spostrzegłszy, że mu zgasła fajka na krótkim cybuszku, którą trzymał w zębach, cisnął ją gwałtownie na podłogę gdzie rozprysła się na drobne kawałki. Zadumał się przez chwilę, potem mrugnął figlarnie i uśmiechnął się do Rostowa, głos zniżając, z oczami błyszczącemi:
— Żeby choć były kobietki ładne między nami, człowiek byłby się przynajmniej zabawił przyjemnie, ale tu nic, nic, tylko karty i pijatyka, pijatyka i karty! Można doprawdy zgłupieć z kretesem. Kiedyż nakoniec zaczniemy się bić? Hej, kto tam szuruje nogami — dodał gromko, słysząc za drzwiami brzęk ostróg i ciężkie stąpanie.
— Wachmistrz, proszę jaśnie pana — zameldował Ławruszka.
Denissow pobladł i zachmurzył się jeszcze bardziej.
— Źle bratku — mruknął frasobliwie, rzucając Rostowowi na kolana sakiewkę z pieniądzmi. — Porachuj ile mi tam jeszcze zostało tej mamony i schowaj sakiewkę do łóżka.
Wyszedł po tych słowach do przedpokoju, gdzie wachmistrz pokaszliwał z cicha i z uszanowaniem.
Rostow bawił, się układając w stosy, każdą monetę osobno. Nie wiele tam tego znalazł. Kilka zaledwie złotych imperjałów i trochę drobnej srebrnej monety. Naraz usłyszał w przedpokoju, witający się z kimś głos Denissowa:
— A, Teljanin! Dzieńdobry! Słyszałeś? Pobili mnie na głowę.
— Gdzież to?
— U Rykowa, ma się rozumieć.
— Aha, u Szczura — odrzucił ten ktoś, cieniutkim głosikiem.
W tej samej chwili wszedł do pokoju, w którym znajdował się Rostow, Teljanin, podporucznik w tym samym pułku. Rostow zgarnął pieniądze do sakiewki i wsunął ją pod poduszkę, jak sobie tego życzył Denissow. Następnie uścisnął nie bardzo chętnie dłoń wiecznie spoconą i wilgotną, którą podawał mu Teljanin. Wydalono go niedawno temu z gwardji carskiej. Obecnie, sprawował się dobrze i niemożna mu było nic zarzucić, nie lubiono go jednak ogólnie. Szczególniej Rostow, nie mógł ani pokonać, ani nawet ukryć antypatji, jaką wzbudził w nim Teljanin, zaraz przy pierwszem spotkaniu.
— I cóż, mój młody kawalerzysto? Czyś zadowolony z Kruczka? — tak nazywał się koń pod siodło, sprzedany Rostowowi przez Teljanina. Rzecz dziwna, gdy mówił do kogo, Teljanin nie patrzał mu nigdy w oczy, tylko myszkował wzrokiem tędy i owędy. — Widziałem was dziś na nim Mikołaju Stefanowiczu.
— Oh, nie ma w nim znowu nic nadzwyczajnego, ale ujdzie — bąknął Rostow wymijająco. Dowiedział się był od innych, doświadczeńszych, że przepłacił szalenie kruczka, dając za niego siedmset rubli, prawie drugie tyle ile był wart rzeczywiście. — To najgorsze, że utyka trochę na lewą nogę z przodu.
— Eh, bagatela! Pęknął mu zapewne róg w kopycie. To nic nie znaczy, nauczę was jak się zakrzywia hufnal w kopycie, gdy się kuje konia w takim wypadku.
— I owszem, bardzo proszę.
— Oh, coś bardzo łatwego. Nie jest to zresztą żadna tajemnica. Co do konia, jeszcze mi kiedyś za niego podziękujecie, Mikołaju Stefanowiczu.
— Każę go zaraz przyprowadzić — przemówił Rostow, chcąc się czemprędzej pozbyć z karku, nienawistnego Teljanina. I wyszedł.
Denissow usiadł tymczasem w przedpokoju na podłodze, skrzyżowawszy pod sobą nogi po turecku. Kazał sobie podać inną fajkę i pykając z niej, słuchał raportu wachmistrza. Na widok Rostowa, skrzywił się i z wyrazem wstrętu prawie, giestem nader wymownym, pokazał na drzwi, za któremi został Teljanin, dając niedwuznacznie do zrozumienia, jak był nie rad tej wizycie.
— Nie cierpię tego młokosa — mruknął przez zęby, nie zważając na obecność podwładnego.
Rostaw wzruszył ramionami, jakby chciał odpowiedzieć:
— Ja tak samo, ale co począć?
Po wydaniu stosownego rozkazu, wrócił do pokoju, gdzie zastał Teljanina, zacierającego swoje ręce małe i wypieszczone.
— Że też mogą istnieć fizjonomje tak nieprzyjemne — pomyślał Rostow.
— Cóż? przyprowadzą konia — spytał tamten wstając, tonem najobojętniejszym w świecie.
— Natychmiast.
— Dobrze, wszedłem tylko na chwilę, aby spytać Denissowa, czy dostał już rozkaz dzienny. Dostałeś go Waska?
— Jeszcze nie, gdzież odchodzisz?
— Chcę pokazać temu młodzieńcowi jak powinno się kuć konia.
Obejrzeli nogę Kruczka, a Teljanin udzieliwszy instrukcji odszedł do siebie.
Denissow usiadł tymczasem przy stole, na którym prócz samowara kipiącego i imbryka z czajem, postawił Ławruszka butelkę araku i dobrą porcję wędzonej kiełbasy i zabrał się do pisania. Pióro skrzypiało po papierze, a krople atramentu bryzgały na wszystkie strony. Gdy Rostow wrócił, spojrzał na niego ponuro:
— Do niej piszę!...
Oparł się łokciem na stole, nie wypuszczając pióra z ręki, jakby chciał pochwycić w lot nadarzającą się sposobność wypowiedzenia głośno tego, co chciał wylać na papier. Zaczął mu zatem opowiadać treść listu.
— Bo widzisz, mój drogi, nie żyjemy, ale śpimy, jeżeli nie mamy w sercu miłości! Prochem jesteśmy i w proch się rozsypiemy, a jednak kochając, stajemy się prawie równymi bóstwu! jesteśmy czyści i bez grzechu, jak pierwsi ludzie, w dniu stworzenia wszechświata... Kto tam znowu? Odeślij go do wszystkich djabłów! Nie mam czasu!
Ławruszka zbliżył się jednak do niego, nie dając się wcale zbić z tropu.
— To nikt proszę jaśnie pana... tylko przyszedł wachmistrz, według pańskiego rozkazu po pieniądze.
Denissow rzucił się niecierpliwie, ale wnet pohamował się i rzekł spokojnie do Rostowa:
— Zła sprawa!.. Gadajno... ileś znalazł w sakiewce?
— Dziewięć sztuk złota i trochę srebrnej monety.
— Hm! hm! Czegóż stoisz błaźnie przedemną, nieruchomy jak kloc. Ruszaj po wachmistrza! — zburczał Ławruszkę.
— Kochany Dennisow! weź odemnie ile ci potrzeba! Wiesz, że mi nie brak pieniędzy! — rzekł Rostow zarumieniony.
— Nie lubię pożyczać od moich przyjaciół. Nie! mówię ci, że tego nie znoszę!
— Jeżeli uważasz mnie za towarzysza, obraziłbyś mnie śmiertelnie nie przyjmując chwilowej pomocy. Zaręczam ci, że mi tą pożyczką nie zrobisz najmniejszej różnicy!
— Nie chcę! nie przyjmuję, jeszcze ci to raz powtarzam!...
Denissow zbliżył się do łóżka, aby wziąć sakiewkę.
— Gdzieś ją schował?
— Pod ostatnią poduszkę.
— Tu jej nie ma!...
I Denissow zrzucił obie poduszki na podłogę.
— Może zsunęła się z łóżka... poczekaj — Rostow przystąpił z kolei do łóżka, wypróżniając je z pościeli aż do spodu. — Nie ma!... rzeczywiście nie ma!... Czyliżbym zapomniał, gdziem włożył? Ale nie, pamiętam doskonale, żem pomyśłał w owej chwiłi: — „Waska kładzie ją zawsze pod drugą poduszkę“. — Gdzież ona może być? — zwrócił się do wchodzącego Ławruszki.
— Tam, gdzie ją jaśnie pan położył... jam tu przecie nie postał przez ten cały czas.
— Zawsze ta sama historja! — Denissow wybuchnął niecierpliwie. — Roztrzepaniec z ciebie wierutny! zapominasz wiecznie, gdzie co wepchniesz... popatrz mój drogi po kieszeniach.
— Ależ nie mam w żadnej kieszeni, bo wiem doskonale, żem włożył pod poduszkę!
Ławruszka tymczasem odsuwał łóżko, wytrzęsał najstaranniej jedną sztukę pościeli po drugiej i wreszcie stanął osłupiały na środku pokoju, ręce rozpaczliwie rozkrzyżowując. Denissow, który przypatrywał się z boku temu wszystkiemu, zwrócił się do Rostowa.
— Słuchaj no Rostow, przestań raz żartować! — rzekł z naciskiem.
Rostow uczuwszy na sobie wzrok przenikliwy przyjaciela, spojrzał na niego i spuścił oczy natychmiast. Stanął cały w płomieniach i tchu mu nagle zabrakło.
— Nie było tu przecie nikogo, prócz jaśnie pana hrabiego, i tamtego podporucznika... to gdzieżby się miała podziać sakiewka? — wtrącił Ławruszka.
— No to ruszaj, djabelski synu! — huknął Denissow, także czerwony jak burak i do wściekłości doprowadzony, grożąc pięścią swemu sługusowi. — Musi się znaleźć, inaczej będę z ciebie darł pasy! Rozumiesz, ty łotrze jakiś?!
Rostow tymczasem zapiął mundur na sobie, przypiął pałasz i wziął ze stołu kaszkiet wojskowy.
— Szukaj psie! — Denissow zaczął trząść służącym jak gruszką.
— Daj mu pokój Waska!... wiem już kto ją wziął!...
I Rostow skierował się ku drzwiom z oczami dotąd wbitemi w podłogę. Denissow zrozumiawszy teraz do kogo pije, porwał go za ramię.
— Głupstwo! — krzyknął z taką siłą, że aż mu żyły nabrzmiały w szyji i w czole jak liny. — Oszalałeś, czy co?... Sakiewka musi się tu znaleźć, inaczej obedrę ze skóry tego łajdaka Ławruszkę!
— Wiem kto ją wziął! — powtórzył Rostow głosem stłumionym, jakby go coś w gardle dusiło.
— A ja ci najostrzej zakazuję!... krzyczał dalej Denissow szamocząc się z nim.
Rostow wyrwał się z gniewem z jego dłoni:
— Nie rozumiesz zatem — popatrzył mu w oczy prosto i śmiało — czy też nie chcesz zrozumieć? Byłem tu, w pokoju, sam na sam z nim, jeżeli więc nie wziął „tamten“, w takim razie!... — i wypadł jak kula do sieni, nie kończąc zaczętego frazesu.
— Niech djabli porwą, ciebie i resztę! — zaklął Denissow rozwścieklony.
Były to ostatnie słowa, które Rostow usłyszał za drzwiami. W chwilę później wchodził do Teljanina.
— Nie ma w domu mego pana — zameldował jego luzak — wezwano go do głównego sztabu... Czy stało się co złego? — spytał, uderzony wyrazem dziwnego wzburzenia w twarzy Rostowa.
— Nic wcale!...
— Szkoda!... tylko co wyszedł mój pan...
Nie wchodząc do siebie, Rostow wsiadł na konia i popędził galopem do głównego sztabu, który rozłożył się taborem o trzy wiorsty odległości od Saltzeneck. Była tam niezła traktyjernia, w której zbierali się wszyscy oficerowie. Gdy stanął przed nią, spostrzegł konia Teljanina, uwiązanego do słupa od sztachet. Jego samego zastał siedzącego przy jednym ze stolików, w głębi izby. Przed nim stał talerz z kiełbasą na gorąco i flaszka wina.
— A! i tyś tu, młodzieńcze? — przemówił Teljanin żartobliwie, mrugnąwszy oczami.
— Nie inaczej — bąknął Rostow głucho, i usiadł przy drugim stole obok dwóch Niemców i oficera rossyjskiego.
Wszyscy milczeli, słychać było jedynie szczęk nożów i widelców. Skończywszy śniadanie, Teljanin wyciągnął z kieszeni sakiewkę z jedwabiu ponsowego, z ładnemi złotemi wisiorkami na końcach, w kształcie żołędzi, odsunął jedno z kółek, palcami cieńkiemi i zakrzywionemi jak szpony u sępa, wziął sztukę złota i podał kelnerowi:
— Resztę!... tylko prędko!... — krzyknął.
— Proszę mi pozwolić... chciałbym przypatrzeć się bliżej tej sakiewce — przemówił Rostow zcicha, podchodząc ku niemu.
Teljanin myszkując jak zwykle oczami podał mu ją.
— Szykowna, co? Ładne bo ją rączki robiły — zaśmiał się blednąc cokolwiek. — Patrz młodzieńcze!
Wzrok Rostowa przenosił się z Teljanina na sakiewkę a z sakiewki na niego.
— Wszystko to co w niej jest zostanie w Wiedniu, jeżeli dojdziemy tam szczęśliwie. Tu, w tych głupich dziurach, choćby człowiek jak chciał, nie ma na co i gdzie stracić pieniędzy — dodał siląc się na wesołość. — Proszę mi ją oddać... odchodzę...
Rostow milczał.
— No, a hrabia?... Może każesz sobie co podać? Wcale nie źle tu jeść dają... Oddajcież sakiewkę, Mikołaju Stefanowiczu!...
Wyciągnął rękę.
Junker wypuścił ją z dłoni, a Teljanin wsunął zwolna do kieszeni w pantalonach, z wzrokiem, który zdawał się mówić:
— Do mnie należy; wraca do mojej kieszeni, wszystko w porządku, i nikomu nic do tego!...
— I cóż? — spytał mimowolnie, a ich spojrzenia skrzyżowały się w powietrzu.
— Proszę tu, pod okno! — Rostow pociągnął go za sobą. — Ta sakiewka i pieniądze Denissowa! — szepnął mu w same ucho.
— Co? Jakto?... Ośmielasz się pan!... — W słowach urywanych czuło się jednak prośbę rozpaczliwą, o względność i przebaczenie. Ostatnie wątpliwości przygniatające aż do tej chwili serce Rostowa, rozwiały się natychmiast.
Rozradował się niesłychanie, ale ogarnęła go jednocześnie litość dla tego nieszczęśliwego.
— Za wielu tu świadków — mruczał Teljanin, mnąc nerwowo w ręce swój kaszkiet, kierując się do pokoju obok — Bóg wie coby mogli pomyśleć...
— Musimy tę kwestję na czysto wyprowadzić... wiem o tem i udowodnię każdej chwili — odrzucił Rostow cicho ale stanowczo, nie ustępując ani krokiem.
Twarz winnego, coraz bledsza i przerażona, drgnęła kurczowo. Oczy biegały niespokojnie, to tu, to tam, wlepione w podłogę, i nie śmiejąc podnieść się w górę. Z piersi wydobywały mu się tony zdławione i niewyraźne:
— Błagam pana hrabiego, nie chciej mojej zguby! Oto pieniądze! Weź je pan!... mój ojciec, starzec niedołężny... moja matka...
I rzucił na stół sakiewkę.
Rostow schwycił ją i poszedł ku drzwiom, wcale na niego nie spojrzawszy. Na progu zatrzymał się i rzekł z najwyższą goryczą a z oczami wilgotnemi:
— Mój Boże! jak też można było dopuścić się czegoś podobnego?...
— Hrabio...
I Teljanin chciał zbliżyć się do młodego człowieka.
— Proszę mnie nie dotykać — zawołał Rostow gwałtownie, cofając się przed nim. — Jeżeli tak panu były koniecznie potrzebne, masz moją sakiewkę... schowaj ją sobie!
I rzuciwszy mu ją pod nogi, zniknął za drzwiami, uciekając co tchu, jakby kto za nim gonił.





V.

Tego samego wieczora, prowadzili oficerowie, zgromadzeni w pomieszkaniu Denissowa, rozmowę nader ożywioną.
— Powtarzam i będę powtarzał, żeś powinien młodzieńcze przeprosić pułkownika pierwszy — dowodził rotmistrz Kirstein. Ten włosy miał już mocno szpakowate, wąs sumiasty, a tak długi, że go za ucho zakładał, rysy wybitne, prawdziwie męskie, twarz pooraną zmarszczkami. Zdegradowany dwa razy na prostego żołnierza, za pojedynki, potrafił zawsze dobić się na nowo rangi rotmistrza, niesłychaną brawurą i służbistością.
— Nie pozwolę nikomu zarzucać mi kłamstwa! — bronił się Rostow zawzięcie, z twarzą rozpłomienioną i drżąc z wzruszenia. — Powiedział mi w oczy, że to nieprawda, na co odrzuciłem, że on sam mija się z prawdą w tej chwili... I na tem zostanie... Mogą obarczać mnie codzień służbą nad siły, nawet skazać na areszt, ale nie zmuszą do przeprosin... Czy ja zawiniłem? Kto kogo ma przepraszać? Zastanówcie się nad tem panowie bezstronnie, wtedy...
— Wysłuchaj mnie tylko spokojnie młodzieńcze — przerwał mu Kirstein, swoim potężnym głosem basowym, gładząc z flegmą wąs wspaniały. — Wszak powiedziałeś pułkownikowi, w obecności kilku oficerów, że jeden z ich towarzyszy ukradł pieniądze?
— Nie moja wina, jeżeli pułkownik rozpoczął przy świadkach tę drażliwą rozmowę. Możem źle zrobił, nie umiem jednak dyplomatyzować. Dla tego wstąpiłem do huzarów, najmocniej przekonany, że tu nie znane są sztuczki, kruczki i wykręty dyplomatyczne, że każdy wypowiada otwarcie, co myśli i co ma na języku. Na to on mi zadaje kłamstwo w żywe oczy... A zatem, on mnie winien przeprosić.
— Wszystko to dobrze i pięknie! Nikt z nas nie wątpi, młodzieńcze, o twojej prawdomowności i brawurze, ale nie o to nam idzie. Spytaj swego przyjaciela od serca, Denissowa, czy jest możebnem, żeby junker żądał podobnego zadośćuczynienia, od naczelnego wodza w pułku?
Denissow wąsa przygryzał z miną kwaśną i ponurą, nie mieszając się wcale do dyskusji. Na pytanie Kirsteina, wystosowane wprost do niego, potrząsł jednak głową przecząco.
— Mówić o podobnych brudach pułkownikowi, i to w obecności kilku oficerów?... Bogdanicz słusznie uczynił, przywołując cię młodzieńcze do porządku!
— A po cóż pytał mnie, ciągnąc za język? — I nie przywoływał mnie do porządku, tylko rzucił mi w oczy po prostu: — „To nieprawda!“...
— Musiał tak uczynić, aby ratować honor pułku. Ty zaś młodzieńcze, zamiast zamilknąć, odpowiedziałeś głupstwo wierutne. Pamiętaj, że nie igra się z pułkownikiem i przeproś go, radzimy ci to po przyjacielsku.
— Ani mi to w głowie.
— Nie spodziewaliśmy się tego po tobie, młodzieńcze — mówił dalej stary rotmistrz z całą powagą. — Zawiniłeś nie tylko w obec Bogdanicza, ale także w obec pułku całego. Gdybyś był się przynajmniej zastanowił cokolwiek, spytał wpierw o radę kogoś starszego i doświadczeńszego. Ale nie. Zrobiłeś wszystko na własną rękę, wybuchnąłeś z całą tą brzydką historją i to w przytomności kilku oficerów. Cóż zostawało innego pułkownikowi, jak starać się zatrzeć sprawę i udać, że wcale nie istniała. Miałże postawić przed sąd winowajcę, zadając tem pułkowi cios śmiertelny, rzucając nań plamę niczem nie zmazaną? Tobie, młodzieńcze, możeby to się wydało sprawiedliwem i słusznem, ale nam byłoby się wielce niepodobało, a Bogdanicz dzielnie się spisał, karcąc ciebie za to rozrządzenie się samowładne w sprawie tak ważnej. Jesteś tem zgorszony, a w tem twoja wina, nie czyja. Tyś skandal wywołał, a gdy my wszyscy pracujemy nad jego stłumieniem, ty dalej rozgłaszasz brudną sprawę i w dodatku, twoja próżność podrażniona, wstrzymuje cię od przeproszenia, starego, zacnego żołnierza, posiwiałego w służbie i w trudach wojennych. Ciebie to nic nie obchodzi, nieprawdaż? Tobie to obojętne, że pułk, przez taką jedną owcę parszywą, okryje się wstydem — głos Kirsteina drżał lekko wzruszeniem — tobie, który zabawisz między nami rok, dwa najwięcej, aby przejść czemprędzej do głównego sztabu jako adjutant. Nam jednak wiele na tem zależy, żeby nie mówiono, iż w pułku Pawłogrodzkim znajdują się prości, kieszonkowi złodzieje pomiędzy oficerami. Wszak i ty mi słuszność przyznasz Denissow.
Denissow milczący i nieruchomy, targał wąs i kiedy niekiedy rzucał chmurne spojrzenie na Rostowa.
— My, starzy wiarusy, którzy zrośliśmy się z naszym pułkiem i w nim ginąć myślimy; nam cześć jego jest świętością nietykalną. Bogdanicz wie o tem dobrze. Źle się stało, bardzo źle. Gniewaj się, ile chcesz, młodzieńcze. Ja bo nigdy i dla nikogo na świecie, nie owijałem prawdy w bawełnę.
— Ma słuszność, do stu djabłów — wykrzyknął Denissow. — No, Rostow? Cóż ty na to?...
Rostow to bladł, to czerwieniał, przenosząc wzrok ponury z jednego na drugiego:
— Nie panowie, nie osądzajcie mnie tak niesprawiedliwie. Nie myślcie, że byłbym zdolny do... honor pułku i dla mnie jest najdroższym, a cześć naszego sztandaru tak samo... Postaram się dowieść tego czynem, skoro nadarzy się po temu sposobność. A więc źle uczyniłem, zupełnie źle. Czegóż wam jeszcze więcej potrzeba?
I oczy zaszły mu łzami.
— Tak dobrze, hrabio — wykrzyknął pierwszy Kirstein, zrywając się z krzesła i klepiąc Rostowa przyjacielsko po ramieniu.
— Mówiłem ci przecie — wtrącił Denissow uradowany, że u tego chłopca złote serce. — Dobrze, doskonale, hrabio — stary wiarus w nagrodę za dobrowolne przyznanie się do winy, honorował „junkra“, tytułując go hrabią. — Zostaje ci jeszcze tylko wytłumaczyć się przed pułkownikiem.
— Zrobię wszystko, czego odemnie żądacie, więcej o tej historji nie wspomnę nikomu, na to daję wam słowo szlacheckie. Pułkownika jednak nie będę przepraszał, to jest dla mnie rzeczą niemożebną, przysięgam. Miałbym minę żaka, skazanego na karę, którego jeszcze potem zmuszają całować dłoń karcącą.
Denissow parsknął śmiechem:
— Tem gorzej dla ciebie. Bogdanicz jest zawzięty, możesz drogo przepłacić twój upor.
— Zaręczam ci, że nie robię tego przez opór, nie umiem wysłowić się, wytłumaczyć tego, co doświadczam, dość że nie jestem w stanie...
— Ha, jak ci się hrabio podoba — Kirstein wzruszył ramionami. — A gdzież schował się ten nędznik? — spytał zwrócony do Denissowa.
— Udaje, czy też zasłabł na prawdę. Dość, że jako chorego podano go do raportu. — Ktoś wtrącił.
— Zdrów, czy chory, nie radziłbym łajdakowi wchodzić mi w drogę — mruknął Denissow. — Ubiłbym go jak psa, dalibóg!
W tej chwili wszedł Gerkow.
— A ty skąd się tu wziąłeś? — zawołali chórem oficerowie.
— W drogę panowie! Mack oddał się w niewolę Francuzom z całą swoją armją.
— Cóż to znów za bajka?...
— Widziałem go na własne oczy.
— Jakto widziałeś Macka żywego?
— Z ciałem i kośćmi, jak go Pan Bóg stworzył, jak was teraz widzę przed sobą.
— W drogę, w drogę! Dawajcie mu prędko butelkę wina, za taką ważną wiadomość. Ale cóż ciebie do nas przygnało?
— Ba, napędzono mnie znowu z głównego sztabu, właśnie z powodu tego Mack’a djabelskiego. Poskarżył się na mnie jeden z jenerałów austrjackich, żem mu pogratulował szczęśliwego powrotu z pola bitwy, jedynie z lekką szramą na głowie głównodowodzącego jenerała Mack’a. Niechże tu kto ludziom dogodzi. A tobie co, Rostow? Wyglądasz spocony, jakbyś z łaźni wyszedł.
— Ah, mój drogi, nie masz wyobrażenia, w jakie ja tu błoto wlazłem i to samochcąc, i siedzę w niem po same uszy od dwóch dni — szepnął mu Rostow do ucha.
Adjutant pułkowy, który wszedł teraz, potwierdził słowa Gerkowa.
Pułk miał nie dalej niż jutro, puścić się w drogę.
— Dzięki Bogu! Dzięki Bogu — krzyczeli oficerowie jeden przez drugiego. — Skończy się raz przecie ta zabijająca bezczynność.





VI.

Kotuzow cofał się ku Wiedniowi, paląc i niszcząc za sobą mosty na Inni w Braunau i na Traunie pod Linzem. W dniu 23. października, wojsko przechodziło przez rzekę Enns. Przez miasto tegoż nazwiska, defilowały furgony z bagażami, park artylerji i zwarte kolumny piechoty, idąc następnie przez most jednym i drugim bokiem. Powietrze było prawdziwie jesienne, dość jeszcze ciepłe ale przesiąknięte mgłą wilgotną. Szeroki krajobraz, to krył się przed oczami po za szarą zasłonę drobnego kapuśniaczku, który mrzył prawie bez ustanku, to znowu odsłaniał się w całej wspaniałości, szczególniej z pagórków, gdzie poustawiano baterje armat rossyjskich, dla obrony mostu, gdy promień słońca przedzierał się przez chmur szmaty, padając ukośnie i złocąc wszystko w koło, wieże w mieście, drzew wierzchołki, dachy szpiczaste na domach i morze bagnetów piechoty rossyjskiej, falujące po obu stronach mostu.
Miasteczko, z białemi, schludnemi domkami, z dwiema wieżami na kościele katedralnym i z mostem, którym teraz płynęły fale wojska, było zbudowane u stoku pagórka. Na zakręcie Dunaju, w miejscu, gdzie w niego Enns wpada, można było dojrzeć mnóstwo łodzi, rodzaj wysepki i zamek z parkiem wspaniałym, otoczonym wodami obu rzek. Na lewym brzegu Dunaju wznosiły się malownicze skały, a w dali rysowały się kontury niepewne, niebieskawe, całego pasma gór. Tam, dokąd jeszcze oko sięgało, mogąc rozpoznać przedmioty, widniał las sosen i świerków niebotycznych, ciemny i tajemniczy. Z pomiędzy drzew, na samym grzbiecie góry, strzelały w niebo smukłe wieżyczki jakiegoś klasztoru. Jeszcze dalej, po drugiej stronie parowu, błysnęły czasem i zamigotały w słońca promieniach lawety armat nieprzyjacielskich. Na przedzie naszej baterji, jenerał komenderujący arjergardą, z towarzyszącym mu wyższym oficerem z głównego sztabu, przez ustawioną przed nim lunetę, badał teren i stanowisko zajęte przez wojska nieprzyjacielskie. Neświcki, wysłany również do jenerała dowodzącego arjergardą, przez Kotuzowa, traktował swoich towarzyszów doskonałemi pasztecikami, które polewali wódką wyrobu krajowego, nazywaną Doppel-Kümmel. Kozak, idący za nimi, niósł wielkie puzdro z winem i likierami. Oficerowie zajadali z apetytem a pili jeszcze lepiej, będąc w humorze wyśmienitym; jedni siedzieli na ziemi po turecku na nogach; drudzy przyklęknęli na jedno kolano, mimo że trawa była zupełnie wilgotna.
— Nie głupi ten jakiś książę, który tu sobie zamek kazał zbudować. Co za miejsce cudowne, malownicze! Cóż panowie? Nie jecie więcej?
— Dzięki stokrotne, książę! — odrzucił jeden z oficerów. Tytułował on Neświckiego księciem, chociaż ten był tylko kniaziem, a tytułował go tylko za gościnność z jaką podejmywał ich jeden z matadorów należących do świty Kotuzowa.
— Rzeczywiście, uroczy krajobraz! — potwierdził inny. — Objeżdżając park w około w czółnie, ujrzeliśmy dwa wspaniałe jelenie i kilka danieli.
— Widzi książę — ów pierwszy namyślił się, i mówił z ustami pełnemi, zjadając jeszcze jeden pasztecik — nasza piechota, jest już na drugim brzegu. Ot! tam, po za wioską, na owej małej łączce, trzech z nich coś wloką. Uprzątną oni prędko park ze zwierzyny! — wybuchnął śmiechem.
— Oho! tych łobuzów nie trzeba uczyć takich figlów! — zaśmiał się Neświcki, wkładając pół pasztecika, w swoje usta trochę za szerokie, ale pięknego rysunku, barwy purpurowej i wilgotnawe, jakby po namiętnym pocałunku. — Co do mnie, radbym tam się dostał! — wskazał ręką na wieże klasztoru w dali majaczące, u szczytu góry, a oczy błysnęły mu jak u kota, przez pół się przymykając. — Czy nie byłoby to czemś rozkosznem, powiedzcież sami panowie, wpaść pomiędzy te tam zkonniczki! Dałbym chętnie pięć lat życia za te delicje... mówią że tam są prawie same Włoszki a niektóre mają być prześliczne!
— A jak byłyby nam rade! — zażartował inny śmielszy. — W tej tam pustelni na śmierć muszą nudzić się biedaczki!
Podczas tej wesołej gawędy, oficer z głównego sztabu, zwracał uwagę jenerała na jakiś punkt, który skierował natychmiast w ową stronę swoją lunetę.
— A tak, tak! — mruknął jenerał z nader kwaśną miną, zniżając lunetę z miłosiernem ramion wzruszeniem. — Zamyślają widocznie strzelać na wojsko nasze... A oni ciągną się i ciągną, jak z mazią!...
Gołem okiem, można było jedynie dojrzeć jakąś masę ciemną, w której coś ruszało się niby w mrowisku, i pokazywał się tu i owdzie biały dymek, jak kitka na kapeluszu strzeleckim. Usłyszano potem głuchy łoskot i wojsko rossyjskie idąc przez most, zaczęło przyspieszać kroku. Neświcki wstał, wachlując się chustką od niechcenia. Zbliżył się do jenerała z uśmiechem na ustach.
— Czyby wasza Ekscellencja nie raczyła co przekąsić?
— Nie idzie, nie idzie! — odburknął gniewnie jenerał — i tak nasi opóźnili się djabelnie z przejściem przez rzekę!
— Czy mam tam pobiegnąć?
— I owszem, bardzo o to proszę...
Jenerał powtórzył rozkaz dzienny, raz już ogłoszony.
— Proszę powiedzieć huzarom, że mają przejść ostatni i spalić most za sobą, jak rozkazałem. Niech uważają, żeby dobrze podłożyć palne materjały. Most powinien zapalić się od razu z wszystkich boków i w środku.
— Rozumiem! — Neświcki salutował i skinął na kozaka, żeby mu podał konia. Ten kończył właśnie pakować puzderka. Lekko wskoczył na siodło mimo wzrostu olbrzymiego i tuszy odpowiedniej. — Dalibóg! odwidzę po drodze biedne zakonniczki — zażartował na odjezdnem, żegnając się z oficerami, a wspiąwszy konia ostrogą pogalopował wązką ścieżką, wijącą się ślimakowato pod górę.
— Hej, kapitanie! — zawołał jenerał na komendanta artylerji — strzelajcie i wy, na chybił trafił... dla zabawy!
— Kanonierzy do dział! — zakomenderował kapitan, a w chwilę później, artylerzyści porzucili wesoło i z gęstą miną, ognisko obozowe, biegnąc do armat.
— Nro 1 ognia!...
I Nro 1 wyrzuciło dziarsko granat z gardła armaty.
Usłyszano dźwięk metaliczny i huk ogłuszający. Granat świszcząc w powietrzu, przeleciał po nad głowy wojsk rossyjskich, padając bardzo daleko od pagórka, na którym rozłożyła się baterja nieprzyjacielska. Lekka chmurka dymu, oznaczyła miejsce, gdzie granat pękł, padając. Ten huk zwrócił widocznie uwagę oficerów i żołnierzy. Wszyscy zaczęli przypatrywać się przez lunety pochodowi armji rossyjskiej przez most. Widnokrąg wyjaśniał się. W słońca promieniach można było opatrzeć łacniej wszystko. Zdawało się, że blaski słoneczne, rozdzierające ponure chmur szmaty, wlewają nowe życie w każdego żołnierza, napełniając mu piersi nadzieją i dobrą otuchą.





VII.

Dwie kule armatnie, wyrzucone przez działa nieprzyjacielskie, przeszły powyżej mostu. Na moście zaś roiło się od tłoczących się żołnierzy. W samym środku oparty o poręcz, stał Neświcki, śmiejąc się ze swego kozaka, który nie wiedział jak sobie radzić w tym tłoku z dwoma końmi, swoim i Neświckiego, które trzymał za uzdy. Ilekroć chciał biedny luzak postąpić o krok naprzód, fala ciał ludzkich lub furgon nadjeżdżający z bagażami pułkowemi, przypierał go napowrót wraz z końmi do poręczy.
— Hej, kamracie! — przemawiał kozak do żołnierza jadącego z furgonem, który rozpychał kołami zbitą masę piechurów. — Hej człecze! zaczekaj trochę. Przypnę z tyłu do woza konie jeneralskie...
Żołnierz jednak, głuchy nawet na magiczne słowa: — „konie jeneralskie“ — krzyczał ze swej strony na ludzi zastępujących mu drogę.
— Hej tam, swojaki! Hej, na lewo!... Hej, hej!...
Ale „swojaki“ tak samo nie zwracali uwagę na jego rozpaczliwe nawoływanie. Szli dalej zbici w jeden kłąb, ramię obok ramienia i zaplątując bagnety jeden o drugi. W dół spojrzawszy Neświcki ujrzał fale rzeki płynące szybko jedna za drugą, pokryte białą pianą i potrącające z łoskotem mostu arkady murowane z kamienia ciosowego. Jeżeli zaś oglądnął się w koło siebie, widział znowu przepływające fale głów ludzkich, niby w pościgu, tak jak tamte u dołu; tłoczące się z pospiechem gorączkowym, byle dalej... byle most minąć!... Był to istny las bagnetów, kaszkietów okrytych ceratą, tornistrów i mantelzaków, twarzy ogorzałych, z mocno wystającemi kośćmi w chudych policzkach, z wyrazem bezmyślnym a zmęczonym. Szli oni niby stado baranów na rzeź prowadzonych, mięsząc stopami błoto na moście nagromadzone. Kiedy niekiedy, wyższy oficer, przebijał się przez te żywe fale, torując sobie drogę przemocą, tak zupełnie jak owa piana płynąca po wodnych falach. Częstokroć piechota unosiła z sobą bądź huzara bez konia, wysłanego z raportem, bądź luzaka z innego pułku konnicy, bądź cywilistę, dążącego ku miastu, lub z miasta uciekającego. Wyglądali oni tak samo wśród tego morza głów, jak lekkie trzaski z drzewa, unoszone prądem rzeki i płynące po wierzchu fal. Czasem znowu ukazał się furgon cały skórą okryty, zaprzężony czwórką lub nawet w sześć koni. Ten płynął majestatycznie, samym środkiem mostu, podtrzymywany falą ciał ludzkich, zupełnie jak ciężki kloc drzewa, wodą unoszony.
Hospody pomyłuj! — westchnął kozak nieszczęśliwy, nie mogąc ruszyć się z miejsca — leje się to i leje, nieprzymierzając, jak woda kiedy przerwie groblę!... Hej ludzie! a dużo was tam jeszcze?
— Miljon bez jednego! — zażartował jakiś dowcipniś w humorze podnieconym, mrugając oczami i ocierając się o luzaka w swoim długim obszernym u dołu szynelu. W tropy za owym młodzikiem rozweselonym, szedł stary wiarus, z miną ponurą, mówiący półgłosem do swojego towarzysza:
— Jak tamci zaczną walić w most, to człekowi nie dadzą się nawet po łbie poskrobać...
I przepływały fale żywe za falami. Za niemi tłoczył się furgon saperów. Jeden z nich siedział na wozie i szperał za czemś pod fartuchem skórzannym, gniewnie wykrzykując:
— Gdzie oni do stu djabłów wpakowali śrubsztak!... gdzie śrubsztak do pioruna!
I furgon przez most przejechał. Nadchodzili żołnierze mocno rozweseleni, mający widocznie na sumieniu kilka kropelek wódki za wiele.
— Jak on mu serdeńko, wpakował ślicznie kolbę pomiędzy zęby! — pośmieszkiwał się jeden, podnosząc poły od szynelu.
— Dobrze mu tak, temu tłustemu połciowi — parsknął śmiechem jego towarzysz.
I przeszli szczęśliwie. Nieświcki zaś nie zbadał już nigdy, kto właściwie i od kogo dostał tak gracko kolbą w zęby, jak też do kogo stosował się przymiotnik: — połcia tłustego.
— Czego oni tak pędzą na złamanie karku? — mruknął jeden z podoficerów. — Że im tamci trochę prochem zakadzili po pod nos, wyobrazili sobie bydlaki, że od razu wszyscy popadają.
— Gdy mi kula armatnia świsnęła koło ucha, czy wiecie stareńki, żem nie mógł zrazu odetchnąć... Oj! strach ma wielkie oczy! — wynurzał się rekrut nowozaciężny, przed żołnierzem z głową siwą jak mleko. Młodzik rozdziawiał gębę od ucha do ucha, śmiejąc się głupkowato, sam ze siebie, jakby się cieszył i szczycił strachem doznanym.
Przeszli i tamci. Teraz ukazał się wóz na moście, nie podobny w niczem do poprzednich. Był zaprzężony tylko parą koni rosłych i ogromnie spasionych, na sposób niemiecki. Konie prowadził młody niemczyk, idąc obok wozu pieszo. Wóz wyładowano najrozmaitszemi rupieciami. Piękna krowa, czarna z białem, była z tyłu do woza za łańcuch upięta. Na olbrzymim stosie pierzyn i poduszek, siedziała matka z niemowlęciem u piersi, staruszeczka z twarzą żółtą i pomarszczoną, tudzież młoda przystojna dziewczyna, rumiana, hoża, z dużemi jasnoniebieskiemi oczami i lnianym sutym warkoczem. Ci wychodźcy postarali się byli widocznie o specjalną przepustkę. Dwie młode kobiety, podczas gdy wóz ledwie się posuwał, wśród tłoku na moście, ściągnęły na siebie uwagę żołnierzy, którzy nie szczędzili im drwinek i płaskich dowcipów.
— Oho! i ty gruba, niemiecka kiełbaso, wybierasz się w drogę? — krzyknął jeden na woźnicę.
— Sprzedaj nam tę kobietkę — zaśmiał się drugi żołnierz, klepiąc niemca poufale po ramieniu. Ten przestraszony patrzał w ziemię ponuro, nic nie odpowiadał, i radby był umknąć czemprędzej.
— To ci wystrojone niemkinie! a pulchne jak kluski pszeniczne... Chciałbyś Fedku stać u takich na kwaterze, co? — Zadrwił inny. — Ho, ho! widziało się nie takie, bratku.
— Dokąd jedziecie? — spytał oficer od piechoty, jedząc jabłko.
Niemiec dał do poznania że nie rozumie ani słowa. Oficer spojrzał z uśmiechem na ładną dzieweczkę.
— Chcesz jabłko? to weź — podał jej resztę. Przyjęła, szczerząc do niego białe, duże zęby. Wszyscy, nie wyłączając samego Neświckiego, odprowadzali wzrokiem zaciekawionym oddalający się wóz z kobietami. Za niemi, toczyła się nieprzerwanie fala unosząca piechurów, furgonów i luzaków konie prowadzących. Można było słyszeć dalej słowa urywane pomiędzy żołnierzami. Naraz wszystko stanęło, jak pod zaklęciem czarownika. Spowodował tę przerwę koń od furgonu, który skacząc i wierzgając, zaplątał się w lejce, upadł i musiano zatrzymać się, nim zdołano go wyplątać i nazad postawić na nogi.
— Hej! czego stajecie bydlaki!... Na co czekacie?... Do kroćset piorunów!... Nie pchajcie się... Do djabła taka trzoda niesforna!... Co to będzie, jak zacznie Francuz walić w most!... Gwałtu! zdusicie oficera!... — krzyczano i nawoływano z wszystkich stron, a mimo tych łajań i złorzeczeń, cisnął się jeden przez drugiego, na nic i na nikogo nie zważając.
Naraz Neświcki usłyszał tuż obok siebie hałas niezwykły. Coś wielkiego przeleciało mu z hukiem i szumem po nad głową, tonąc w wodzie z łoskotem.
— Oho! aż tu zaleciało djabelstwo — mruknął ponuro jeden ze starszych żołnierzy, odwracając głowę ku nurtom rzeki.
— Ba! podbiczowują nas umyślnie, abyśmy nie marudzili, tylko wynosili się czemprędzej — dodał drugi z pewnym niepokojem.
Neświcki zrozumiał, że to była pierwsza bomba.
— Hej! podaj mi konia! — krzyknął gromko na kozaka. — A wy ustąpcie się do kroćset piorunów!
Nie bez trudu dostał się do konia, pomimo, że nie żałował kułaków na prawo i lewo, ani przekleństw dosadnich. Żołnierze ściskali się ile mogli, aby go przepuścić, zaraz ich jednak spychano, a nogi Neświckiego były jakby w śruby ujęte.
— Neświcki, Neświcki! Bałwan z ciebie skończony!
Neświcki oglądnął się w koło słysząc ten głos zachrypnięty, i zobaczył o jakich piętnaście kroków od siebie, oddzielonego niby murem chińskim, tą masą zbitą z ciał ludzkich, Denissowa, z włosami rozburzonemi, z kaszkietem na karku, z dolmanem przerzuconym junacko przez ramię.
— Powiedz raz tym djabelskim synom, żeby nas przepuścili! — wrzeszczał Denissow na całe gardło, pieniąc się ze złości bezsilnej i wywijając młyńca pałaszem, z pochwy wyciągniętym.
— To ty, Waśka? — zaśmiał się wesoło Neświcki. — Co robisz na moście?...
— Paradne pytanie!... Chcę przejść z moim szwadronem na drugą stronę, do kroćset piorunów! — klął dalej powstrzymując ile możności w zapędach swojego ognistego rumaka, karosza czystej krwi arabskiej, który strzygąc niespokojnie delikatnemi uszkami, okryty pianą, żuł niecierpliwie wędzidło, tupał po deskach mostu i byłby gotów wskoczyć w rzekę przez poręcz i przez te wszystkie zawadzające mu głowy ludzkie, skoroby mu był na to pozwolił siedzący na nim jeździec.
— A to stado baranów... głupich, prawdziwych baranów!... Zrobić miejsce!... Hej! ty tam z twoim djabelskim furgonem... Ustąpicie się czy nie? djabelskie nasienie... Inaczej posiekam w czambuł... na kapustę!...
Zaczął na prawdę obracać pałaszem po nad głowami tłumu z szybkością błyskawiczną. Żołnierze przerażeni, zdołali się tak ścisnąć, że Denissow nie przestając swojego młyńca złączył się z Neświckim.
— Ejże! tyś dziś na prawdę trzeźwiuteńki! — wykrzyknął Neświcki ze zdziwieniem.
— A czy miałem czas upić się? — machnął ręką. — Od świtu przepędzają nasz pułk z miejsca na miejsce, to w prawo, to w lewo... Bić się, no to bić! I owszem! Ale kazać nam huzarom grać w ślepą babkę, tego, co prawda, trochę za wiele... A co nadto, to niezdrowo... Sam djabeł straciłby głowę w tym chaosie.
— Ależ wystroiłeś się — zauważał Neświcki, oglądając jego mundur i piękny czaprak na koniu.
Denissow uśmiechnął się, wyciągnął z kieszonki wiszącej przy pałaszu chustkę do nosa, z której rozchodziła się woń balsamiczna, niby z bukietu kwiatów, a przytykając ją do nosa kolegi:
— Jak z pudełka. Niepodobna inaczej, mój drogi. Któż wie czy dzisiaj bić się nie będziemy? A więc, jak na rendez-vous z kochanką. Świeżo ogolony, zęby szczoteczką wyczyszczone, włosy wypomadowane, cały zlany paryskiemi perfumami.
Postawa kolosalna Neświckiego i takaż jego kozaka, jak nie mniej wytrwałość Denissowa, w wywijaniu pałaszem po nad głowami tłumu, wywołały skutek pożądany.
Zdołali nakoniec przecisnąć się przez most, a Neświcki odszukawszy pułkownika od huzarów, odraportował mu rozkaz otrzymany i wrócił nazad do głównego sztabu.
Gdy raz wyłom był zrobiony, i przejście utorowano, Denissow zajął stanowisko na końcu mostu. Wstrzymywał niedbale jedną ręką swojego niecierpliwego wierzchowca, który grzebał ziemię i gryzł wędzidło, drugą zaś podkręcał wąsik junacko, patrząc na swój szwadron przez most defilujący czwórkami, z oficerami na przedzie. Piechury zatrzymani chwilowo na drugim brzegu, stojąc w błocie powyżej kostek, przypatrywali się z zazdrością huzarom hardym i strojnym, mierzyli ich wzrokiem szyderskim i złośliwym, jak to zwykle bywa u żołnierzy innej broni, gdy spotkają się jedni z drugimi.
— To laleczki, paniczyki... Wyelegantowali się jakby mieli prosto jechać na Podnowinskoju...[1] Ot dobre do parady... Ale jak przyjdzie wziąć się za łby, to pożal się Panie Boże...
— Hej tam piechury! Nie zbijać kurzu — żartował jeden z huzarów, którego wierzchowiec obryzgał błotem biednego żołnierza.
— Gdyby ci kazano iść kilka mil z mantelzakiem na plecach, ty synu djabelski, nie świeciłyby się tak w słońcu twoje pętlice — mruknął żołnierz gniewnie, ocierając rękawem błoto z twarzy. — To nie ludzie... to sokoły na koniach.
— Tak, tak, Likine... Ale ty siedziałbyś na koniu, jak mysz na pudle! — zażartował kapral z żołnierza, niesłychanie małego wzrostu, który uginał się prawie do samej ziemi, pod ciężarem ładunku na plecach.
— Zresztą — zadrwił jeden z huzarów — włóż sobie kij pomiędzy nogi, a będziesz i ty na koniu.





VIII.

Przechodziły resztki piechoty z najwyższem pospiechem. Furgony już przejechały, już nie było na moście tak wielkiego ścisku, nareszcie przeszedł ostatni bataljon wojska. Jedynie szwadron huzarów, pod komendą Denissowa, nie mógł dostrzedz kolumn nieprzyjacielskich, które ci, co stali na pagórkach, tak po jednej, jak po drugiej stronie, widzieli najdokładniej. Huzarzy, stojąc w wąwozie, dość stromym pagórkiem mieli zakryty widnokrąg. Na pierwszy plan, roztoczył się step nagi, porosły gdzie niegdzie kępkami mchu i niskiemi krzewami leśnemi.
Nagle na drogi zakręcie, ukazała się wprost przed nimi artylerja i obce mundury. Byli to Francuzi. Oficerowie i żołnierze ze szwadronu Denissowa, usiłowali na pozór rozmawiać o tem i owem, całkiem obojętnie, rozglądając się w koło od niechcenia. Każdy z nich jednak myślał o tem wyłącznie, co przygotowywało się tam za górą? Badali oni mimowolnie, z uwagą wytężoną, plamy czarne, rysujące się w dali, na tle nieba. Wiedzieli doskonale, że te ruchome czarne punkty, to... nieprzyjaciel.
Po objedzie wyjaśniło się niebo najzupełniej. Słońce przed zachodem zsyłało ziemi swoje blaski najcudowniejsze. Nad Dunajem i w górach ciemnych, które rozsiadły się nad jego brzegami, panował spokój niczem nie zmącony, jak zwykle bywa pod wieczór cichy a pogodny. Tylko kiedy niekiedy, przerwał tę błogą ciszę odgłos trąbki, wygrywającej pobudkę w obozie nieprzyjacielskim, a czasem także wstrząsały powietrzem krzyki i nawoływania Francuzów. Po stronie francuskiej zaprzestano strzelać. Na przestrzeni kilkuset metrów było pusto, ledwie tu i owdzie migały nieliczne patrole. Każdy odczuwał w obec tej odległości niezbadanej a groźnej, trwogę nieokreśloną, nie dającą się ani słowami opisać, ani zupełnie opanować, doznajemy jej bowiem zawsze przed czemś nieznanem i tak samo tajemniczem, jak przestrzeń, dzieląca dwie armje nieprzyjacielskie. Co się tam znajduje po za tą linją niewidzialną, która dzieli żywych od umarłych? która nastręcza myśli ponure o innych światach?... Może bole i straszne cierpienia, dotąd niedoświadczane? A może śmierć?!... Co tam nas spotka, po za tem polem, tem drzewem, tym dachem w słońcu połyskującym? Nie wiemy tego, a radzibyśmy odgadnąć... Mimowolnie dreszcze nami wstrząsają, lękamy przejść po za tę linję, a z drugiej strony, radzibyśmy przekroczyć ją jak najrychlej, rozumiejąc, że prędzej czy później, zmuszą nas do tego. Wtedy dowiemy się, co kryje się tam w dali, jak odsłonią się przed nami tajemnice pozagrobowe, gdy raz rozstaniemy się z życiem doczesnem, ziemskiem... Czujemy się w tej chwili pełni sił, zdrowia, wesołości i animuszu. Tak samo czują się i ci, co nas otaczają, dziarscy i odważni!
Takie są uczucia i myśli każdego człowieka, gdy stanie oko w oko z nieprzyjacielem. Wywołują one w umyśle ludzkim dziwną jasność, dziwne podniecenie wszelkich władz, dziwną wrażliwość i pojmowania wlot tego wszystkiego, co roztacza się w koło nas, podczas tych chwil błyskawicznych, a pamiętnych do końca życia, choćby do wieku najsędziwszego.
Na jednym z pagórków, ukazała się lekka chmurka dymu, i kula armatnia przeleciała świszcząc po nad głowami huzarów Denissowa. Oficerowie, skupieni razem, porozjeżdżali się natychmiast, każdy na swoje stanowisko; żołnierze stanęli w ściśnionych szeregach. Zapanowało głuche milczenie. Oczy całego szwadronu skierowały się na Denissowa, oczekiwano na komendę. Drugi i trzeci pocisk, tak samo przeleciał z świstem piekielnym w powietrzu i padł po za nimi.
Strzelano do nich widocznie, ale na szczęście kule przenosiły nad ich głowami im samym szkody nie wyrządzając. Huzarzy nie oglądali się po za siebie, ale po każdym wystrzale, podskakiwali na siodłach jakby na komendę, poczem wszyscy razem spadali nazad z nogami w strzemionach. Każdy z żołnierzy spozierał ukradkiem na swojego sąsiada najbliższego, jakby go chciał wybadać i podchwycić wrażenie, jakiego tamten doświadczył na odgłos kanonady nieprzyjacielskiej. Zacząwszy od Denissowa, a skończywszy na trębaczu pułkowym, każdemu drgały nieznacznie usta i broda, co świadczyło o wewnętrznej walce i nerwowem podnieceniu. Wachmistrz, ze swoją chmurną fizjognomją, przenosił wzrok ponury z jednego żołnierza na drugiego, jakby miał ich za chwilę ukarać surowo. Junker Mironow, gołowąsy młodzieniaszek, schylał głowę, ile razy świsnęła mu kula nad uchem. Rostow, stojąc na lewem skrzydle, na swoim Kruczku, połyskującym w blaskach słonecznych, niby kruk prawdziwy, ze skrzydłami czarnemi jak heban, wyglądał szczęśliwy i zadowolony, jak student, gdy jest pewny że zda egzamin dojrzałości „z odznaczeniem“, w obec licznie zebranej publiczności. Patrzał wesoło, bez cieniu trwogi, z miną junacką na towarzyszów, biorąc niejako na świadków, że zachowuje spokój zupełny w obec ognia nieprzyjacielskiego. Jednak i na jego czole dotąd gładkiem, bez troski, zarysowała się bruzda mimowolna, świadcząca, że i on doznaje wrażenia nowego, które całej fizjognomji nadaje wyraz poważniejszy, robiąc starszą najmniej o lat dziesięć.
— A tam kto tak salutuje każdą kulę? Hej! Mironow! to nie wypada młodzieńcze! Popatrzno mi prosto w oczy! — zawołał Denissow, który nie mogąc ustać na miejscu, objeżdżał w koło szwadron jak w maneżu.
Denissow nie zmienił się ani na włos. Oczy mu błyszczały, nos zadarł do góry, wyszczerzył białe i ostre zęby, w ręce małej ale silnej, trzymał rękojeść pałasza, drugą kierował wprawnie swoim ognistym i niesfornym arabczykiem. Był to on, taki sam, jak dnia każdego, a raczej każdej nocy, po wypróżnieniu dwóch butelek. Był tylko jeszcze bardziej czerwony. Nagle wyrzucił w tył głowę kędzierzawą, na wzór ptaka gdy pije, wspiął ostrogami bez miłosierdzia swego dzielnego beduina, i popędził jak wicher ku lewemu skrzydłu. Tu głosem zachrypniętym, wydał rozkaz, żeby każdy oglądnął pistolety. Następnie zwrócił się do Kirsteina, który zbliżał się stępo, na klaczy starej i nader spokojnej.
— I cóż będzie dalej? — spytał nowoprzybyły, serjo jak zawsze ale z wzrokiem błyszczącym. — Czy mamy tak stać wiecznie, z rękami założonemi?... Zobaczysz, że każą nam cofnąć się bez jednego wystrzału.
— Djabli nadali takie miłe położenie — mruknął przez zęby Denissow. — Ah! to ty, Rostow — zawołał weselej, zobaczywszy twarz rozradowaną młodego chłopaka. — Jakbyś był na balu, co?
Rzeczywiście Rostow czuł się w tej chwili szczęśliwym najzupełniej. Na moście ukazał się jenerał dywizji. Denissow pomknął ku niemu.
— Ekscellencjo, pozwólcie nam tych tam zaatakować! Jak wpadniemy na nich znienacka, przewrócą koziołka, ręczę za to słowem oficerskiem.
— Tylko tego brakowało! — jenerał podniósł brwi w górę, jakby chciał spędzić z czoła muchę uprzykrzoną. — Po co w ogóle stoicie tu dotąd? przednie poczty cofają się. Odprowadzić nazad szwadron.
Pierwszy i drugi szwadron przeszedł przez most napowrót, oddalając się tym sposobem, od miejsca, gdzie padały pociski nieprzyjacielskie. Udali się na wzgórze, nie straciwszy ani jednego człowieka. Ostatnia sotnia kozaków, opuściła również brzeg rzeki przeciwległy.
Pułkownik Karol Bogdanicz zbliżył się do szwadronu Denissowa, jadąc dalej stępą. Ocierał się prawie o konia Rostowa, nie troszcząc się wcale o podwładnego, którego zobaczył po raz pierwszy, od owej sprzeczki spowodowanej kradzieżą Teljanina. Rostow, na swojem tak jeszcze podrzędnem stanowisku, czuł się w mocy tego człowieka, zdanym na jego łaskę i niełaskę. I do tego poczuwał się w chwili obecnej, że zawinił w obec pułkownika. Jakaś siła niezależna od jego woli, przykuwała wzrok młodego człowieka, do tych pleców atletycznych, do tej szyi czerwonej i do karku grubego jak u porośniętego gęstym, jasnym jak len włosem. Zdawało mu się, że Bogdanicz udaje umyślnie, jakby go nie widział, że po to jedynie przybył, aby wypróbować Rostowa odwagę; prostował się też na siodle coraz bardziej, patrząc w koło z całą swobodą, sądził również, że pułkownik, dla tego tylko nie odjeżdża, żeby przed junkrem popisać się swoją zimną krwią. Wyobraził sobie w końcu w bujnej fantazji, że gotów, byle zemścić się na nim, pchnąć cały szwadron na przepadłe, kazać mu wykonać jakąś wściekłą szarżę. Po szarży zaś, zbliży się do ciężko rannego młodzieńca, i pierwszy uściśnie mu dłoń na znak przebaczenia i pojednania.
Gerkow, znany jak zły szeląg w pułku Pawłogrodzkim, zbliżył się teraz do Bogdanicza. Wypędzony ze sztabu głównego, nie został jednak w pułku. Powiedział sobie, że nie głupi nadstawiać skóry, kiedy może nic nie ryzykując, przyczepiony do jakiegokolwiek sztabu, awansować a nawet złapać przy sposobności orderek. Potrafił tedy wśrubować się zręcznie do świty księcia Bagrationa, jako oficer ordynansowy. I oto wysłał go baśnie dowódzca arjergardy, z rozkazem do Gerkowa dawnego przełożonego.
— Panie pułkowniku! — przemówił salutując z miną ponurą i niesłychanie uroczystą, przyczem rzucił spojrzenie wymowne swoim towarzyszom — rozkazują wam most spalić.
— Któż jest, ten „rozkazujący?“ — pułkownik mruknął gniewnie.
— Czy ja wiem? — odrzucił Gerkow zawsze z tą samą powagą. — Książe Bagration... tyle tylko doszło do mojej wiadomości... kazał mi odraportować, żeby huzarów zawrócić, i kazać im spalić most.
Zjawił się wkrótce z tym samym rozkazem oficer z głównego sztabu, w towarzystwie grubego i tęgiego Neświckiego. Obaj przygalopowali z najwyższym pospiechem.
— Jakto panie pułkowniku, mówiłem przecie najwyraźniej, żeby most zapalić... Znowu nieporozumienie... Wszyscy głowy potracili, czy co? Nikt niczego pojąć nie może.
Pułkownik wstrzymał zwolna konia i skinął również na żołnierzy żeby się zatrzymali. Potem zwrócił się do Neświckiego:
— Mówiliście mi tylko o palnym materjale. O spaleniu zaś mostu ani wzmianki nie było.
— Jakto, tatku kochany! nie wspominałem wam o spaleniu mostu? — Neświcki zdjął kaszkiet rozgrzebując włosy palcami, mokre od potu i do czoła przyklejone. — Skoro była mowa o palnym materjale, więc...
— Najprzód nie jestem waszym „tatkiem”, panie oficerze od głównego sztabu, i nie powiedzieliście mi — „Spal most!” — Znam służbę i mam zwyczaj wykonywać dosłownie rozkaz odebrany. Powiedzieliście: — „most spalą”. — Chyba zatem przez Ducha Świętego mogłem się domyśleć, kto właściwie miał go podpalić.
— To zawsze tak... jakby na złość... mruknął pod nosem Neświcki niecierpliwie. — I ty tutaj? — zwrócił się do Gerkowa.
— Przybyłem z tym samym co ty rozkazem... Aleś mokry jak gąbka! Chcesz? to cię wykręcę.
— Powiedzieliście mi, panie oficerze od głównego sztabu... — chciał mówić dalej Bogdanicz obrażony.
— Spieszcie się, panie pułkowniku — nie dał mu dokończyć drugi oficer, wysłany przez Kotuzowa — inaczej skartaczuje nas nieprzyjaciel!
Pułkownik zmierzył ich po kolei od głowy do stóp w milczeniu i zmarszczył brwi groźnie:
— Most spalę! — rzekł uroczyście, jakby tem składał dowód, że potrafi spełnić powinność, choćby stanęły mu na przeszkodzie wszystkie moce piekielne.
Wspiął konia ostrogami, jakby biedne zwierzę coś w tem zawiniło i podjechał do szwadronu Denissowa, aby mu powtórzyć rozkaz, tyczący się spalenia mostu.
— Nic innego, tylko chce mnie wypróbować — pomyślał Rostow.
Serce ścisnęło mu się, krew cała rzuciła się do skroni.
— Niechże patrzy staruch! Zobaczy czy ze mnie tchórz! — szepnął sam do siebie.
Zadrgały znowu usta i twarze pobladły u żołnierzy w szwadronie. Rostow nie spuszczał oczu z Bogdanicza, chcąc wyczytać w jego fizjognomji potwierdzenie swoich domysłów. Pułkownik jednak nie spojrzał nań ani razu, przeglądając dalej szeregi okiem badawczem, z miną ponurą.
Usłyszano nakoniec jego komendę.
— Prędzej! prędzej! — nawoływano się nawzajem.
Pałasze zaczepiały się o cugle, dzwoniły ostrogi jedna o drugą, nareszcie huzarzy pozsiadali z koni, sami nie wiedząc, co mają robić. Kilku przeżegnało się po trzy razy, i Rostow przestał patrzeć na swego wroga, bo już nie miał na to czasu. Bał się zostać w tyle, ręce mu drżały, gdy rzucał cugle żołnierzowi, który miał mu konia potrzymać. Słyszał serce uderzające mu jak młotem. Denissow, w tył przegjęty, przeleciał koło niego, mrucząc pod nosem coś niezrozumiałego. Rostow widział jedynie biegnących co tchu huzarów, zaplątanych w ostrogi i brzęczących pałaszami.
— Nosze! — usłyszał czyjąś komendę po za sobą, nie zdając sobie sprawy na razie, na co owe nosze mogły być potrzebne.
Leciał dalej, byle być zawsze na przedzie. Naraz potknął się wchodząc już na most, i upadł na ręce w błoto śliskie a mocno ubite. Zanim zdołał stanąć na nogi, wyprzedzili go wszyscy towarzysze.
— Z dwóch stron od razu i na środku rotmistrzu! — zawołał pułkownik siedząc na koniu i stanąwszy tuż koło mostu. Twarz miał rozweseloną i tryumfującą.
Rostow otarł sobie ręce z błota o skórzanne rajtuzy, a spojrzawszy na swego wroga, pędził dalej na oślep, pomyślawszy, że im bardziej wysunie się naprzód, tem więcej tamtemu męstwem zaimponuje. Bogdanicz tymczasem krzyknął gniewnie wcale go nie poznawszy:
— Kto tam leci po moście jak szalony? Hej! junker! nazad! i wy rotmistrzu — zwrócił się do Denissowa, który przez brawurę niepotrzebną, wjechał był konno na most — nie narażajcie się lekkomyślnie. Proszę was zsiądźcie z konia.
Denissow z siodła zeskakując mruknął:
— Widzicie go! wiecznie mu niedogodnie.
Gdy to działo się na moście, trzech oficerów stało z daleka, nie narażając się na pociski nieprzyjacielskie i patrzało na garstkę ludzi w mundurach ciemno zielonych z pętlicami, w żółtych kaszkietach, w pantalonach granatowych, którzy krzątali się żywo, most podpalając. To znowu wzrok przenosili na drugi brzeg, gdzie można już było dojrzeć gołem okiem zbliżających się żołnierzy francuzkich, a za nimi idące konie, które łatwo było poznać, jako należące do artylerji.
— Spalą, czy nie spalą mostu? Kto pierwszy most opanuje? Ich ogień, czy francuzkie kartaczownicze, które ich wszystkich zmiotą? — Każdy z mnogich widzów tej sceny, rozgrywającej się po środku dwóch armij potężnych, skoncentrowanych, na pagórkach, po obu brzegach rzeki, zadawał sobie mimowolnie to pytanie, widząc wszystko jak na dłoni, skąpane w złotych blaskach słońca zachodzącego.
— Oh! — zawołał pierwszy Neświcki. — Biedacy! Wygarbują naszym huzarom skórę co się zowie. Wystrzelają ich jak kaczki.
— Za wielu wziął z sobą pułkownik — wtrącił oficer przysłany z głównego sztabu.
— Zapewne — przywtórzył Neświcki — dwóch zuchów byłoby to załatwiło.
— Oh! Ekscellencjo! Ekscellencjo! — krzyknął Gerkow, nie odrywając wzroku od huzarów.
Miał zawsze do tego stopnia minę naiwno-głupkowatą, że każdy pytał się w duchu, czy ten człowiek drwi, czy też mówi całkiem serjo?
— Co za dziki pomysł! Posłać tylko dwóch zuchów na most! Któżby nas w takim razie obdarował Św. Włodzimierzem z rozetką, w butonierce?... O to mniejsza, że ich tam trochę skartaczują. Przynajmniej będzie można sprezentować ile zostanie z całego szwadronu i każdy z oficerów może spodziewać się na pewno dekoracji Ho! ho! pułkownik wie, co robi.
— Oto kartaczownice — bąknął oficer od głównego sztabu, wskazując palcem na armaty nieprzyjacielskie, które zwracano ku mostowi.
Ukazał się dym białawy na raz w trzech miejscach, a w chwili, kiedy pierwszy strzał wstrząsnął powietrzem, gotowano się już i do czwartego.
— Oh! — Neświcki chwycił się za piersi, jakby uczuł nagle ból fizyczny. — I porwał za ramię stojącego obok oficera. — Popatrz tam! padł! padł już jeden...
— Dwóch... trzech nawet o ile mi się zdaje — odrzucił tamten dość obojętnie.
— Gdybym był monarchą, nigdybym wojny nie prowadził. — Neświcki odwrócił się w inną stronę grozą przejęty i blady jak ściana.
Nabijano szybko działa francuzkie i znowu pokazał się dym w różnych punktach. Piechota francuzka już biegła, chcąc most zdobyć, który tymczasem okrył grad kartaczy, huczących i brzęczących przeraźliwie. Tym razem Neświcki już nic więcej nie zobaczył. Dym gęsty zasłonił wszystko i wszystkich. Huzarom udało się nareszcie most zapalić, i baterje francuzkie strzelały na chybił trafił, dla tego jedynie, że były nabite, bo już na palącym się moście nie było nikogo.
Francuzi potrafili jednak dać trzy salwy, zanim huzary popowracali do swoich koni. Dwie pierwsze, źle wymierzone, przeszły po nad głowami; ostatnia atoli trafiła w gromadkę żołnierzy i kładnąc trupem jednego z nich, dwóch innych ciężko zraniła.
Rostow zajęty dotąd wyłącznie swoim fatalnym stosunkiem z Bogdaniczem, zatrzymał się na środku mostu, nie wiedząc co ma dalej robić. Nie było nikogo na moście do porąbania. Siec na prawo i lewo, oto jak on sobie bitwę wyobrażał w młodzieńczej naiwności i niedoświadczeniu. Ponieważ nie zaopatrzył się jak inni żołnierze, w skrętki słomy do podpalania, nie mógł im pomódz do wzniecenia pożaru. Stał więc tak, wahający i niepewny, gdy nagle coś zadudniło, jakby kto na most nasypał dużych orzechów, a te zaczęły huczeć i trzaskać same od siebie. Tuż przy nim zwalił się z nóg jeden z huzarów z jękiem serce rozdzierającym. Rostow przypadł do niego; zawołano tragarzy z noszami, i kilku ludzi porwali do góry rannego.
— Oh! dobijcie mnie! dobijcie! jeżeli Boga w sercu macie! — krzyczał biedny w niebogłosy.
Nikt jednak nie zważał na te krzyki i nikomu się nie śniło uczynić zadość jego rozpaczliwej prośbie. Ponieśli rannego czemprędzej do ambulansu. Rostow się odwrócił. Wzrok jego utonął w dalekiem przestworzu. Mogło się zdawać, że stara się coś tam odszukać. Potem spojrzał bliżej siebie, na Dunaj, na niebo, na słońce. Jak to niebo wydało mu się lazurowem, spokojnem i niezgłębionem. Jak słońce zachodziło pełne blasku i świetności. Jak nurty Dunaju połyskiwały złotem i purpurą, wietrzykiem lekko poruszane... Tam dalej, w głębi, te góry majestatyczne, tajemnicze, z tylu przesmykami nikomu dotąd nie znanemi, ten klasztor, te bory tonące w mgle wieczornej.. Tam był spokój, tam było szczęście... — Ah! gdybym tam mógł żyć, niczego bym więcej nie żądał — pomyślał Rostow — niczego więcej... Czuję w sobie tyle żywiołów, mogących szczęście zapewnić... a w dodatku to cudne słoneczko boże... ten świat taki piękny... tu zaś... krzyki bolu i rozpaczy... trwoga... chaos... pospiech szalony... znowu czegoś krzyczą... cofają się, i ja biegnę razem z nimi... oto śmierć... śmierć... tuż, tuż nademną... Jeszcze sekunda jedna, a może już nigdy nie zobaczę, ani tego słońca, ani tych fal modrych, ani tych gór wspaniałych...
Słońce zaszło za chmurę. Niesiono drugie nosze przed Rostowem. Strach przed śmiercią i przed temi noszami wstrętnemi, pragnienie życia i tych blasków słonecznych, wszystko splątało i zlało się w jego sercu w jedno uczucie niewypowiedzianego bolu i tęsknoty:
— Boże! mój Boże! Ty, patrzący na mnie z góry, strzeż mnie, przebacz mi, i nie wypuszczaj z pod Twoich skrzydeł opiekuńczych — szepnął Rostow z ciężkiem westchnieniem.
Huzarzy dosiedli swoich koni. Ich głosy były teraz wyraźniejsze i mniej drżące. Nosze zniknęły im z oczu.
— A cóż, mój drogi? Powąchałeś prochu? — rzucił mu w przelocie Denissow.
— Skończyło się wszystko! Ale ze mnie tchórz! tchórz! — pomyślał Rostow z rozpaczą, wskakując również na siodło. — Czy to były kartacze? — spytał Denissowa.
— Ba! ba! i jakiego kalibru — zapytany machnął ręką — mieliśmy djabelną robotę! Aleśmy się też spisali doskonale! Było nam gorąco! Szarża, to rozumiem! w to mi graj! Ale tu walili w nas jak w tarczę na strzelnicy.
I Denissow złączył się z garstką oficerów, którzy otaczali Neświckiego i jego towarzyszów.
— Zdaje mi się, że nikt nic nie zauważył — pocieszał się w myśli Rostow. I tak było rzeczywiście. Każdy badał sam siebie, wiedząc z własnego doświadczenia, jakie odniósł wrażenie przy pierwszym chrzcie ogniowym.
— Fiu! fiu! co to będzie za raport wspaniały — bąknął Gerkow. — Może i mnie przy tem upiecze się grzanka. Kto wie czy mnie awans nie spotka?
— Proszę księciu zameldować, że most spaliłem — pułkownik uśmiechnął się tryumfująco.
— A jeżeli spyta o straty w ludziach?
— Ba! nic nie znaczące — bąknął pułkownik swoim niskim basem. — Dwóch huzarów ciężko rannych, a jeden padł trupem — dodał, nie starając się bynajmniej zamaskować uśmiechu zadowolenia wewnętrznego. Kładł nawet nacisk pewny na te słowa „padł trupem“, jakby go one szczególniej uszczęśliwiały.

· · · · · · · · · · · · · · · · · · · ·

Trzydzieści pięć tysięcy wojska, pod dowództwem Kotuzowa, obsaczani i gonieni przez stu tysięczną armją francuzką, z Bonapartem na czele, natrafiali jedynie w swoim pochodzie na niechęć i najzupełniejszy brak życzliwości ze strony mieszkańców w całym kraju. Niemcy przestali ufać swoim sprzymierzeńcom. Wojsko rosyjskie było jak najgorzej zaopatrzone w artykuły spożywcze. Nikt nie dbał, nikt nie pytał się, czem też żyją żołnierze rosyjscy? Zmuszeni po części do bezczynności, zupełnie innemi warunkami rozpoczętej kampanji, niż ktokolwiek z nich mógł spodziewać się i przewidywać, cofali się z najwyższym pośpiechem. Trzymali się brzegów Dunaju, przystając kiedy niekiedy, aby stoczyć mniejsze utarczki z nieprzyjacielem, osłabiając w ten sposób cokolwiek jego siły.
Postępowali w tem jednak z wielką ostrożnością. Nie zaczepiali nigdy Francuzów, chyba że to było niezbędnem, aby utorować sobie drogę do dalszego cofania i nie oddać w ręce nieprzyjaciela wszelkich bagaży. Takie potyczki stoczono pod Lambach, Amstetten, Melck, a mimo odwagi i wytrwałości Rosjan, którym oddawali sprawiedliwość nawet sami ich przeciwnicy, ostatecznym wynikiem tej wojny nieszczęsnej była najfatalniejsza rozsypka! Austrjacy umknąwszy z Ulmu, gdy miasto poddało się nieprzyjacielowi, połączyli się byli z Kotuzowem w Braunau. Opuścili go jednak wkrótce, zostawiając własnym siłom, wycieńczonym najokropniej. Obrona Wiednia była czystem niepodobieństwem; wbrew bowiem planowi, wypracowanemu tak szczegółowo i z taką mozołą, według wszelkich reguł strategicznych, który rada wojenna przysłała była z Wiednia Kotuzowowi; jeżeli jenerał rosyjski nie miał podzielić smutnego losu Mack’a i oddać w niewolę Francuzom reszty sił swoich, rad nie rad musiał zaniechać kampanji zaczepnej, jak stało w owym planie, a tylko cofając się jak najspieszniej, mógł starać się połączyć z posiłkami, nadesłanemi z Rosji.
W dniu 28 października, Kotuzow przeszedł na lewy brzeg Dunaju i tam zatrzymał się po raz pierwszy, rozdzielony rzeką od głównej armji nieprzyjacielskiej. Trzydziestego października, zaatakował i pobił szczęśliwie oddział pod dowództwem Mortier’a, który znajdował się również na lewym brzegu rzeki. Pierwsze trofea, zdobyte wtedy na nieprzyjacielu, stanowiły dwie armaty, jeden sztandar i dwóch jenerałów. Po raz pierwszy, cofając się bez przerwy, od dwóch tygodni, Rosjanie rozprószywszy Francuzów, zostali panami na placu bitwy. Zwycięstwo odniesione szczęśliwie nad Mortier’em, podniosło wielce i wzmocniło ducha w armji rosyjskiej, pomimo jej wycieńczenia, braku żywności i najniezbędniejszych części ubrania. Straciła ona prawie trzecią część żołnierzy, tak zabitych, jak chorych, rannych i okaleczałych maroderów. Kotuzow zostawiał ich po za sobą, polecając listem własnoręcznym, względom i miłosierdziu tak mieszkańców, jak i armji nieprzyjacielskiej. Ambulanse przenośne nie były w stanie, choć było ich bardzo wiele, pomieścić tych wszystkich biedaków. A jednak wśród tak niefortunnych warunków, to zatrzymanie się w Krems i zwycięstwo odniesione, powtarzamy: moralnie, wzmocniło ogromnie armję rosyjską i wlało otuchę w serca zrozpaczone.
Krążyły wieści, podawane z ust do ust, niesłychanie pomyślne, ale najfałszywsze w świecie, wymykając się ukradkiem z głównego sztabu i tonąc następnie w szeregach żołnierzy. Opowiadano sobie na ucho o nadejściu ogromnych posiłków z Rosji, o zwycięstwie odniesionem jednocześnie przez Austrjaków, a w końcu o cofaniu się pośpiesznem cesarza Napoleona.
Książe Andrzej Bołkoński znalazł się był podczas tej ostatniej rozprawy u boku austrjackiego jenerała Schmidt’a, który tam został zabity. Pod nim również ubito konia, a prócz tego dostał lekką kontuzję w ramię od kuli nieprzyjacielskiej. Aby okazać Bołkońskiemu swoją wielką życzliwość, Kotuzow wysłał go kurjerem do Berna, z wiadomością o zwycięztwie odniesionem; tam bowiem przebywał wtedy dwór austrjacki, uciekając z Wiednia, zagrożonego przez armję francuzką. W nocy po stoczonej walce, podniecony nerwowo, ale nie czując wcale zmęczenia, bo mimo szczupłej budowy ciała, Bołkoński znosił lżej trudy najwyższe, niż nie jeden siłacz rosły i szeroki w barach jak niedźwiedź, dosiadł konia, aby zdać raport Dokturowa Kotuzowowi. Tam w głównej kwaterze wysłano go natychmiast kurjerem, co zapowiadało awans najpewniejszy, a prawdopodobnie i jaką dekorację.
Noc była ciemna, niebo jednak mrugało rozsianemi po niem gwiazdami. Droga rysowała się czarną smugą wśród pól pokrytych pierwszą, cieniutką warstwą śniegu, który spadł był w wilją potyczki. Książę Andrzej, unoszony szybko wózkiem pocztowym, przechodził w myśli wszystkie uczucia, które pierś mu rozsadzały podczas utarczki z nieprzyjacielem. Przypominał sobie pożegnanie z Kotuzowem i ze swoimi rozweselonymi zwycięstwem towarzyszami. Wyobrażał sobie żywo, jak korzystne wrażenie wywoła we wszystkich sferach wiadomość o zwycięstwie odniesionem. Odczuwał wewnętrzne zadowolenie i radość człowieka, któremu, po długiem oczekiwaniu, błyśnie nareszcie tak bardzo pożądany szczęścia promyczek. Skoro przymknął powieki, dzwoniły i huczały mu w uszach salwy z ręcznej broni, jak i warczenie podobne do grzmotu, kul armatnich, zmięszane z turkotem kół wózka, na którym siedział. Niby w kalejdoskopie, przesuwały mu się rozmaite obrazy z pola walki. To widział uciekających Rosjan, to siebie leżącego trupem na pobojowisku. Wtedy budził się nagle ze snu, a ocknąwszy, czuł się nad wyraz szczęśliwym, że to był tylko sen przykry, a nie rzeczywistość. Potem usypiał na nowo, rozkoszując się mimowolnie krwią zimną i odwagą, którą okazywał podczas bitwy. Po ciemnej nocy nastąpił słoneczny poranek. Śnieg topniał zwolna, konie galopowały, a po każdej stronie drogi mijały w przelocie lasy, pola i wsie całe.
Na jednej ze stacji pocztowych, gdzie mu konie przeprzęgano, zetknął się z konwojem rannych. Oficer, który prowadził, rozciągnięty na pierwszym wozie, wrzeszczał i lżył żołnierzom na czem świat stoi. Na innych wozach nagromadzono mnóstwo rannych. Wyglądali przerażająco. Z twarzami sinemi, wykrzywionemi bólem a częstokroć i kurczem przedśmiertelnym, brudni, z ranami, które nakrywały szmaty krwią nasiąkłe, podskakiwali na wozach toczących się po drodze pełnej dziur i wybojów. Jedni rozmawiali, inni gryźli kawał chleba stęchłego i spleśniałego, ci zaś, którzy byli najbardziej osłabieni, patrzali z zajęciem naiwnem, ale spokojnem, na wózek pocztowy, mijający ich galopem.
Książę Andrzej kazał zatrzymać się swojemu woźnicy, i spytał żołnierzy, kiedy zostali ranieni.
— Przedwczoraj, podczas bitwy nad Dunajem — odpowiedział z nich jeden. Andrzej wydobył z sakiewki trzy imperjały, i te im podał.
— Dla wszystkich — przemówił do oficera, prowadzącego konwój, dodając tonem łagodnym. — Starajcie się wyleczyć jak najprędzej, moi kochani. Roboty będziemy jeszcze dość mieli. Potrzeba nam takich jak wy zuchów.
— A jakie tam wiadomości, panie adjutancie? — podchwycił oficer od konwoju, szczęśliwy, że może do kogoś przemówić.
— Dobrze! jedź! — krzyknął Andrzej na woźnicę.
Noc już zapadła, gdy Bołkoński wjeżdżał do Berna, i zobaczył się otoczonym wysokiemi kamienicami, magazynami wspaniale oświetlonemi, płonącemi po ulicach rewerberami i mnóstwem pięknych ekwipażów, toczących się po bruku. Znalazł się w owej atmosferze ożywionej wielkiego miasta, tak ponętnej dla wojskowego, który przybywał prosto z obozu. Mimo szybkiej jazdy i nocy bezsennej, czuł się jeszcze bardziej podnieconym, niż wczoraj. Gdy zbliżał się do pałacu, oczy błyszczały mu gorączkowo, a myśli napływały do głowy, z jasnością nadnaturalną. Wszystkie szczegóły bitwy stoczonej, przeszedłszy niby przez retortę, streszczały się w jego myśli układając się w zwięzły raport, z którym chciał wystąpić przed cesarzem Franciszkiem. Zdawało mu się, że słyszy zadawane sobie pytania i własne odpowiedzi. Był przekonany, że wprowadzą go natychmiast do cesarza. Tymczasem, przed główną bramą cesarskiej rezydencji, zatrzymał go jakiś urzędnik ubrany po cywilnemu, a poznawszy w nim kurjera, poprowadził do bocznej bramy.
— Przez korytarz na prawo „Euer Hochgeboren“, tam znajdziecie adjutanta służbowego, który was zaprowadzi do pana ministra wojny.
Adjutant odszukany szczęśliwie, poprosił księcia Anrzeja, żeby raczył chwilkę zaczekać i poszedł zapowiezieć przybycie kurjera panu ministrowi. Powrócił niebawem, a skłoniwszy się najuprzejmiej, puścił księcia przodem.
Przeszedłszy przez długi korytarz, wprowadził go do gabinetu, gdzie zastali pana ministra przy pracy. Oficer austrjacki chciał (tak przynajmniej mogło się zdawać) przez swoją grzeczność nadzwyczajną, wznieść zaporę, któraby go uchroniła od zbytniej poufałości ze strony rosyjskiego adjutanta. Im bliżej znajdował się książę Andrzej wysokiego dygnitarza, tem bardziej osłabiało się i zacierało prawie w jego duszy uczucie radosnego zadowolenia, którego doświadczał jeszcze tak niedawno. Natomiast odczuwał coraz silniej jakby wyrządzoną mu zniewagę osobistą. To wrażenie, przekształcało się mimowolnie i wywołało nawzajem u niego dumne lekceważenie, prawie pogardę. Jego umysł gorączkowo podniecony, przedstawił natychmiast wszystkie powody, które nadawały mu prawo pogardzać tak ministrem, jak jego adjutantem. — „Bitwa wygrana, wyda się czemś łatwem, prostą zabawką, im, którzy w życiu swojem prochu nie powąchali!” — Oto co pomyślał, wchodząc do gabinetu umyślnie z przesadzoną opieszałością i jakby od niechcenia. To wewnętrzne rozdrażnienie, spotęgował jeszcze widok ministra. Wysoki ten dygnitarz siedział przy biurku, pomiędzy dwoma świecami, z głową łysą, pokrytą nader skąpo włosami siwemi i spuszczoną nad jakiemiś papierami. Przeglądał je, odczytywał, robił na boku notatki, ignorując najzupełniej obecność kurjera rosyjskiego.
— Proszę to wziąć — pan minister podał kilka dokumentów swojemu adjutantowi, nie zwracając wcale uwagi na Andrzeja.
— Czy rzeczywiście — pomyślał Bołkoński — armja Kotuzowa, tyle go obchodzi, co śnieg przeszłoroczny, czy tylko chciałby mi oczy zamydlić, bym w to na ślepo uwierzył?
Poskładał i uporządkował ze starannością drobiazgową papiery po biurku rozrzucone. Wtedy dopiero podniósł głowę i raczył pokazać księciu Andrzejowi twarz pełną inteligencji, z wyrazem energicznym i znamionującym wytrwałość we wszystkiem. Skoro jednak zwrócił się ku Andrzejowi, nadał swojej fizjognomji ów wyraz zdawkowy, pospolity, uśmiechnięty bezmyślnie, prawie głupkowato, zwykły u człowieka przyjmującego co dzień niezliczony zastęp proszących.
— Od jenerała Kotuzowa?... Cóż? spodziewam się, że z dobrą nowiną?... Potyczka z Mortier’em... Zwycięstwo... Czas był na to, i wielki!...
Minister rozłożył depeszę, i zaczął ją czytać.
Herr Gott! — wykrzyknął po niemiecku, chwytając się oburącz za głowę. — Schmidt padł! Co za nieszęście, co za nieszczęście! — a przebiegłszy do końca depeszę oczami, odłożył ją na bok z miną ponurą i żałowaną. — Ah! jakie wielkie nieszczęście! — powtórzył raz jeszcze. — Pan utrzymujesz zatem, że potyczka była rozstrzygającą? Jednak Mortier nie dostał się do niewoli. — I dodał po chwili milczenia: — Jestem rad pańskim dobrym wiadomościom, chociaż opłacamy je bardzo drogo, śmiercią Schmidta. Najjaśniejszy cesarz, zechce zapewne sam widzieć się, i rozmówić z panem, nie teraz jednakże. Dziękuję panu w cesarza imieniu. Proszę wypocząć po trudach, a jutro chciej pan znaleźć się na drodze cesarza, po skończonej paradzie... zresztą dam panu znać. Do zobaczenia... Na pewno, cesarz będzie pragnął widzieć się z panem osobiście — powtórzył odprowadzając kurjera do drzwi.
Gdy książę Andrzej opuszczał cesarską rezydencją, zdawało mu się, że zostawił po za sobą, w rękach ministra jak głaz obojętnego i jego nadto uniżonego adjutanta, całe głębokie wzruszenie, i całe szczęście, którego doznawał po dokonanem zwycięztwie. Usposobienie jego umysłu zmieniło się najzupełniej, a przebieg bitwy, rysował się w jego pamięci słabemi zaledwie konturami, niby dalekie, niesłychanie dalekie wspomnienie.





IX.

Książę Andrzej wysiadł w Bernie u jednego ze swoich dobrych znajomych i współziomka, sekretarza rosyjskiej ambasady Bilibina.
— Ah! chciej wierzyć książe kochany, że nic na świecie, nie mogło zrobić mi większej przyjemności — dyplomata przyjął go temi słowy serdecznemi. — Franz! — zawołał na służącego, który niósł księcia rzeczy — zanieś to wszystko do mego pokoju sypialnego. Jesteś tedy książę zwiastunem zwycięztwa, prześlicznie! Co do mnie, jestem chory niestety! jak widzisz.
Zmieniwszy podróżne ubranie, książę Andrzej połączył się z gospodarzem domu w tegoż gabinecie, urządzonym z elegancją i komfortem. Zastał tu już stół nakryty i objad dla gościa na prędce zastawiony. Bilibin usiadł tymczasem naprzeciw Andrzeja przy kominku.
Odszukiwał, co prawda z wielkiem zadowoleniem, w tem otoczeniu wytwornem i pełnem komfortu, owe żywioły, prawie niezbędne do życia, których nie brakowało mu dotąd nigdy, od kiedy mógł sobie zapamiętać. Tem boleśniej odczuwał brak w obozie tego wszystkiego, do czego nawykł od lat dziecięcych, a teraz musiał wziąć z tem rozbrat zupełny. I to sprawiało mu wielką przyjemność, po przyjęciu austrjackiem, że mógł rozmawiać, wprawdzie nie po rosyjsku, tylko po francusku, ale nie mniej z rosjaninem czystej krwi, który podzielał (tak przynajmniej można było przypuszczać), wstręt Bołkońskiego do Niemców, i do ich ojczyzny.
Bilibin miał lat przeszło trzydzieści. Dotąd nie żonaty, należał urodzeniem i wychowaniem, do tych samych sfer towarzyskich, co i książe Andrzej. Poznali się początkowo w Petersburgu. Później odszukali się i zbliżyli jeden do drugiego, podczas bytności Andrzeja w Wiedniu, gdy Kotuzow wybrał go sobie na towarzysza, z pomiędzy wszystkich adjutantów. Obaj posiadali po temu zdolności i przymioty odpowiednie, aby każdy z nich, w obranym zawodzie, mógł zrobić karjerę świetną, nie czekając na nią zbyt długo. Bilibin, choć młody latami, był już poważnym, wytrawnym dyplomatą. Miał bowiem ledwie lat szesnaście, kiedy go już oddano pod wyłączną opiekę ambasadorowi rosyjskiemu i przyłączono do poselstwa. Przybył do Wiednia, poprzednio zaś bawił w Paryżu i Kopenhadze, gdzie również zajmował stanowisko wcale niepoślednie. Kanclerz i ambasador rosyjski w Austrji, poznali się na jego wielkich zdolnościach i umieli takowe ocenić należycie. Nie był on w niczem podobny do owych biernych dyplomatów, których cała umiejętność na tem polega, żeby się chroń Boże z czem nie wygadać i nie skompromitować i mówić biegle po francusku, ile możności paryskim akcentem. Należał do kategorji ludzi rzeczywiście zamiłowanych w pracy. Mimo lenistwa wrodzonego, zdarzało mu się często, przepędzić noc całą przy biurku. Przedmiot pracy był mu zupełnie obojętnym. Co go pociągało i zajmowało, to nie pytanie: — „Dla czego? i na co?“ — ale — „W jaki sposób ułożyć, żeby dobrze wypadło?“ — Znajdował szczególną przyjemność i wewnętrzne zadowolenie, ilekroć powiodło mu się napisać w sposób interesujący, stylem zręcznym i eleganckim, bądź jakie memorandum, raport, a choćby też po prostu pierwszy lepszy okólnik. Prócz usług, które piórem oddawał, przyznawano mu również talent niepospolity i umiejętność postępowania z taktem, w sferach wysokich. Podziwiano w nim niemniej sposób rozmawiania, dowcipny, lekki i zawsze w miarę sarkastyczny.
Bilibin wtedy tylko lubił rozmowę, jeżeli ta mu nastręczała sposobność powiedzenia czegoś niezwykłego; rozsiania wśród rozmowy pereł dowcipu ciętego, a zawsze oryginalnego. Złośliwi utrzymywali, że przygotowywał on naprzód w swojem laboratorjum, owe frazesy delikatnie zaostrzone, niby łucznik strzały. Bądź co bądź, dowcipy jego były tak doskonałe, a tak łatwe do pojęcia, że nawet głowy najbardziej zakute, zatrzymywały je w pamięci. Te „strzały“ wychodzące z jego arsenału, oblegały później wiedeńskie salony najarystokratyczniejsze, wywierając wpływ częstokroć, i to bardzo przeważny, na bieżące wypadki.
Twarz Bilibina o cerze żółtej, chuda i mimo lat młodych mnogiemi zmarszczkami poorana, była codziennie tak starannie wymyta, że każdy z tych zmarszczków świecił niby kość słoniowa, lub koniec palca, jeżli pobieleje przez długie w wodzie moczenie. Gra jego fizjognomji spoczywała głównie w ciągłej zmianie owych zmarszczków, które to tu, to tam, pogłębiały się mniej lub więcej. To czoło fałdowało się w kilka bruzd głębokich, to brwi podnosiły się w górę, i nazad w dół opadały, to policzki, a nawet nos, marszczyły się drobniutko, niby na igłę nabrane. Temu wszystkiemu towarzyszył zawsze rzut oka bystry, otwarty i wesoły.
— A teraz książę kochany, opowiedz mi cokolwiek o twoich czynach rycerskich — zagadnął po obiedzie Bołkońskiego.
Zaczął mu więc Andrzej opowiadać, nie wysuwając siebie zanadto na pierwszy plan, szczegóły potyczki, a potem jak został przyjęty przez ministra.
— Przyjęto mnie i moją wiadomość o zwycięztwie, jak psa w kręgielni! — machnął ręką niecierpliwie.
Uśmiechnął się na to Bilibin.
— Koniec końców, mój drogi książe — wtrącił od niechcenia, wpatrując się z pewnej odległości w swoje paznogcie misternie wypolerowane i przemykając z lekka oko lewe — mimo wysokiego poważania dla armji rosyjsko-prawosławnej, to wasze zwycięztwo, nie wydaje mi się znowu tak nadzwyczajnie, tak rozstrzygająco... zwycięzkiem.
Mówił ciągle po francuzku, rzadko mięszając pewne rosyjskie wyrażenia, które zwykł był podkreślać w sposób dość pogardliwy.
— Jakto, zgnietliście całym waszym ciężarem, tego biedaka Mortier’a, który miał tylko jednę dywizją, a i ten sam Mortier wymknął wam się w dodatku... Gdzież to wasze wielkie zwycięztwo, pytam?
— Nie chwaląc się zbytecznie, przyznasz mój drogi, że ono trochę więcej warte, niż cała z Ulmem historja, co?...
— Ale dla czego nie było wziąć w niewolę marszałka, bodaj jednego, ot tak! na pokaz?
— Dla czego? Bo wypadki podczas bitwy, nie układają się według naszego widzimisię i nie dadzą się naprzód obliczyć, jak ewolucje własnymi żołnierzami na wojskowej „paradzie“. Spodziewaliśmy się na pewno zajść mu z tyłu o siódmej rano, a przybyliśmy w to miejsce dopiero o piątej po obiedzie.
— Czemu więc nie uczyniliście tego o siódmej z rana? Trzeba było wybrać się wcześniej.
— A dla czego, wy, panowie dyplomaci, nie podszepnęliście Bonapartemu, że mądrze by zrobił, gdyby opuścił Genuę? — odrzucił Andrzej w tym samym tonie żartobliwym.
— Oh! wiem ja doskonale — roześmiał się Bilibin — żeś sobie książę pomyślał w tej chwili: — „Łatwo mu deklamować o braniu w niewolę marszałków; mieszczuchowi, siedzącemu wygodnie i bezpiecznie pod piecem!” — To prawda, ale zawsze szkoda wielka, żeście Mortier’a z rąk wypuścili. Nie dziwcież się teraz moi panowie, że idąc za przykładem tutejszego ministra wojny, tak nasz car najmiłościwszy, jak i cesarz Franciszek, nie będą zbyt zachwyceni i zbyt wdzięczni wam za owe zwycięstwo. Nawet ja sam, nędzny i nic nie znaczący sekretarz ambasady, nie czuję potrzeby nieprzezwyciężonej, okazywać czemkolwiek mego uwielbienia, choćby naprzykład: czynem tak wzniosłym, jak obdarowanie mego „Franca” całym, srebrnym talarem, razem z pozwoleniem udzielonem mu wspaniałomyślnie, by szedł na spacer do Prateru ze swoją Liebchen... Ach! zapomniałem, żeśmy nie w Wiedniu, i że w Bernie nie ma Prateru. — Spojrzał drwiąco na Andrzeja, nagle czoło wygładzając z bruzd i zmarszczków.
— Teraz na mnie kolej, mój drogi, spytać dla czego tak ma być, a nie inaczej. Może to są jakieś delikatne odcienia dyplomatyczne, które przewyższają moją słabą inteligencję, dość na tem, że tego wszystkiego nic a nic nie rozumiem, szczerze to wyznaję... Mack zaprzepaszcza całą armję, arcyksiążęta Ferdynand i Karol, nie dają znaku życia, i popełniają błąd za błędem. Jeden Kotuzow stacza bitwę otwarcie, wygrywa ją, zrywa czar osłaniający dotąd Francuzów, a pan minister wojny, nie ciekawy nawet szczegółów potyczki, i odniesionego przez nas zwycięstwa.
— W tem właśnie tkwi rozwiązanie zagadki, książę kochany! Bo widzisz, hurra dla cara! dla świętej Rosji! dla naszej armji prawosławnej! Wszystko brzmi pięknie i wzniośle, cóż to jednak nas obchodzi?... Chciałem powiedzieć, co obchodzą dwór austrjacki wasze zwycięstwa? Przywieźcie nam pomyślną wiadomostkę, o powodzeniu takiego arcyksięcia Karola lub Ferdynanda, jeden wart tyle właśnie co i drugi, jak wiemy. Dajmy na to, że pobili oddział pompierów Bonapartego. Zmieniłaby się sytuacja, wszystko wzięłoby inny obrót; ogłoszonoby zwycięstwo Urbi et Orbi, przy odgłosie dzwonów i surm bojowych! Wasze jednak malutkie zwycięstwo, może nam się tylko nie podobać! Jakto, arcyksiążęta nie dają znaku życia, wy zaś opuszczacie Wiedeń bez wystrzału, jakbyście chcieli nam powiedzieć: — „Wprawdzie Bóg jest z nami, ale możecie i wy udać się do Niego, żeby pobłogosławił wam i waszej stolicy!” Podczas rozprawy z Mortier’em, pozwalacie na zabicie Schmidta, jenerała, który był nas wszystkich ulubieńcem, i każecie nam się cieszyć ze zwycięstwa? Gdyby kto postawił się na głowie, nie mógłby wynaleźć niczego, coby nas bardziej drażniło! Jakby na przekor nam, jakby naumyślnie. Zresztą, przypuściwszy nawet, żeście odnieśli świetne zwycięstwo, że tak samo pobił i rozgromił arcyksiąże Karol pierwszą lepszą francuzką dywizję, czyż to zmieni w czemkolwiek fatalny bieg wypadków? Teraz to wszystko jest musztardą po obiedzie! W Wiedniu bowiem gospodarują Francuzi.
— Jakto? Czyżby na prawdę zajęli Wiedeń?
— Nie tylko zajęli, ale Bonaparte rezyduje w Schönbrunnie, a nasz kochany hrabia Wrbna, udaje się tam, aby odebrać od niego rozkazy.
W skutek zmęczenia, rozmaitych wrażeń odniesionych w podróży, przyjęcia u ministra, nakoniec wpływu objadu i kilku kieliszków dobrego wina, Bołkoński zaczynał odczuwać pewny chaos w głowie, i nie zdawał sobie dokładnie sprawy, z ważności i doniosłości, udzielonych mu szczegółów.
— Hrabia Lichtenfeld, którego widziałem dziś rano — mówił dalej Bilibin — pokazywał mi list pełen opisów rewji odbytej w Wiedniu przez Francuzów. Jest tam dużo o Muracie i jego całem otoczeniu. Pojmujesz zatem kochany książę, że nie mamy powodu cieszyć się tak bardzo z odniesionego przez was zwycięstwa, i nie możemy przyjmywać was jako wybawicieli!
— Z mojej strony, mogę zaręczyć że mi te objawy wdzięczności są najzupełniej obojętne — bąknął książę Andrzej, który przejrzał nakoniec i zdawał sobie sprawę z małej wartości potyczki pod Krems, w porównaniu z faktem tak ważnym, jak opanowanie stolicy przez armją nieprzyjacielską. — Okropność! Jak to się stało, że Wiedeń zajęty? A ów sławny most? A książę Auersperg, któremu powierzono obronę stolicy?
— Książę Auersperg jest po naszej stronie, aby nas bronić, z czego również wywiązuje się dość licho ku powszechnemu niezadowoleniu. Wiedeń zaś został po tamtej stronie. Co się tyczy owego mostu sławnego, nie wzięto go dotąd, i w Bogu nadzieja, że go wcale nie wezmą. Podłożono miny pod niego, z rozkazem wysadzenia w powietrze. Inaczej, bylibyśmy już gdzieś w górach czeskich, wy zaś z waszą całą armją mielibyście nie lada twardy orzech do zgryzienia, i znaleźlibyście się w tarapatach prawie bez wyjścia, wzięci po prostu we dwa ognie!
— Czyżby to miało znaczyć, że kampanja już skończona? — spytał Andrzej zaniepokojony.
— Mnie by się zdawało, że skończona. I nasze matadory myślą tak samo, tylko nie śmieją odezwać się z tem głośno. Stanie się to, com przepowiadał od samego początku kampanji. Kwestję rozstrzygną, nie wasza mało znacząca potyczka pod Diernsteinem, i nie proch, wogóle, ale tacy, którzyby go wymyślili, gdyby tego nie uczyniono już przed nimi.
Bilibin powtórzył jeden ze swoich najefektowniejszych frazesów, z tych, które obiegały zwykle po całym Wiedniu, podawane z ust do ust. Po chwili rzekł czoło wygładzając:
— Wszystko zależy obecnie od spotkania się cara Aleksandra, z królem pruskim w Berlinie. Jeżeli Prusy wejdą do trójprzymierza, sforsują Austrję, i wojnę będą dalej prowadzili. Gdyby zaś to nie nastąpiło, nic nie pozostaje, jak rozpocząć rokowania, i umówić się o punkt zborny, dla nowego Campo-Formio!
— Co to za gieniusz nadzwyczajny i jakie ma szczęście szalone! — wykrzyknął książe Andrzej, uderzając pięścią w stół.
— Bonaparte? — spytał od niechcenia Bilibin marszcząc czoło na nowo, co było zawsze zapowiedzią jakiegoś dowcipu efektownego — Buonaparte? — powtórzył, kładnąc nacisk na „u“. — Ale, ale, skoro rezyduje w Schönbrunn, dyktując z tamtąd prawa Austrji, sądzę, że można mu już darować owe „u“! Ja przynajmniej postanawiam odtąd, pominąwszy „u“, nazywać go po prostu Bonaparte.
— Dajmy raz pokój żartom i powiedz mi serjo, czy uważasz kampanję za skończoną?
— Oto moje szczere wyznanie wiary, i moje zapatrywanie osobiste: Austrja tym razem, odegrała smutną rolę, owej kotki wyciągającej dla kogo innego kasztany z ognia. Nie nawykła do czegoś podobnego, i postara się o odwet prawdopodobnie. Była zaś kotką, po pierwsze: że jej prowincje są zniszczone, przyznasz, mój drogi, że nasi prawosławni rycerze, do czego, jak do czego... ale do rabunku są niezrównani, jej armja zdziesiątkowana, stolica w rękach nieprzyjaciół, a to wszystko dla pięknych oczu króla sardyńskiego! Po drugie: czuję przez skórę, mój drogi, że nas oszukują i chcą pięknie, ładnie w pole nas wyprowadzić. Mam nos doskonały! niech się schowa wyżeł najlepszy. Otóż przewąchałem, mówiąc między nami: rozmaite konszachty, umowy, które odbywają się cichaczem i projekta pokoju z Francją, zawartego w największym sekrecie, w cztery oczy. Poczem nas puszczą w trąbę.
— Czyste niepodobieństwo! Byłoby to coś nadto brudnego!
— Ha! kto dożyje, ten zobaczy — odrzucił Bilibin.
Poczem książe Andrzej, pożegnawszy się z nim, udał się do pokoju dlań wyznaczonego.
Skoro znalazł się na pościeli miękkiej i śnieżnej białości, z głową tonącą w puchowych poduszkach, pachnących fiołkami, książę Andrzej czuł coraz bardziej i mimowolnie, że bitwa, o której przywiózł wiadomość, zaciera się w jego pamięci i prawie znika mu z przed oczów. Myślał obecnie o przymierzu z Prusami, o przypuszczalnej i możebnej zdradzie ze strony Austrji, o nowym tryumfie Napoleona, o rewji i audjencji u cesarza Franciszka nazajutrz. Nareszcie sen skleił mu powieki, i natychmiast usłyszał grzmiącą kanonadę, mniej huczne salwy z ręcznej broni, i turkot kół po bruku. Widział żołnierzy drapiących się pod górę, to z góry spadających; był sam na przedzie, przy boku jenerała Schmidta; kule świstały mu aż miło koło uszów, a serce jego rozpierało uczucie dotąd nieznane, pełne jakiejś dzikiej rozkoszy. Czuł, że żyje w całem znaczeniu tego słowa! Tak nie żył, odkąd siebie zapamiętał... Zbudził się nagle:
— Tak, tak — mruknął w pół we śnie. — Tak było...
Zasnął napowrót szczęśliwy; z uśmiechem dziecięcym na ustach; snem kamiennym, jakim śpi się tylko w latach młodocianych.





X.

Nazajutrz obudził się późno. Zbierając myśli rozpierzchłe, przypomniał sobie najpierw, że ma się przedstawić dnia tego cesarzowi Franciszkowi. Naraz wszystko stanęło mu przed oczami; wszystkie odniesione wczoraj wrażenia. Posłuchanie u ministra, udana grzeczność jego adjutanta, i rozmowa z Bilibinem. Przywdział mundur najparadniejszy, którego nie miał na sobie od dawna. Odświeżony, wypoczęty, wesół, z ręką na temblaku, wstąpił przechodząc do Bilibina, gdzie zastał kilku młodych dyplomatów, pomiędzy innemi, księcia Hipolita Kurakina, którego udało się ojcu wśrubować jako nadliczbowego attaché do rosyjskiej ambasady. Tego Bołkoński znał od dawna. Trzech innych przedstawił mu Bilibin. Byli to młodzi ludzie, należący urodzeniem i wychowaniem do najwyższych sfer towarzyskich. Bogaci, szykowni, lubiący bawić się i goniący za rozrywkami, tak tu, jak i w Wiedniu, stanowili oni kółko osobne, którego duszą był Bilibin, a o którem wspominając, zwykł był mawiać: — „Nasze kółko”.
To wyłączne towarzystwo, złożone prawie tylko z młodych dyplomatów, miało swoje cele odrębne, po za wojną, a nawet po za całą polityką. Bez porównania więcej zajmowało ich życie wielkoświatowe, stosuneczki miłosne z kilkoma pięknemi kobietami, i rozrywki wszelkiego rodzaju, o ile im na to pozwalała służba kancelaryjna. Ci panowie wyświadczyli ten niezwykły zaszczyt księciu Bołkońskiemu, że go przyjęli od razu, z otwartemi ramionami, jako do nich należącego. Z grzeczności, niby wstęp do rozmowy i rozpoczęcia znajomości, raczyli zadać mu kilka pytań, co do odniesionego świeżo zwycięztwa i obecnego stanu armji rosyjskiej. Przerzucili się jednak niebawem na pole ulubione, rozmowy lekkiej i ożywionej, pełnej złośliwych uwag, dowcipów i krytyk tchnących sarkazmem.
— Możecie sobie wyobrazić, jaką zrobił na to głupią minę — kończył jeden z nich anegdotkę o koledze, którego spotkał zawód wielce nieprzyjemny — gdy mu oświadczył sam kanclerz, jako powinien uważać za awans i za łaskę specjalną, przeniesienie go do Londynu. Mówię wam, że o mało nie parsknąłem mu w nos śmiechem.
— Ja zaś, panowie, oskarżam przed wami Kurakina, tego strasznego, niezwyciężonego Don Żuana, który korzystając z cudzej niedoli, wziął natychmiast piękną Adelę, w spuściźnie po nieobecnym.
Hipcio kołysał się niedbale w dużem krześle poręczowem à la Voltaire, z nogami zarzuconemi z jednej i z drugiej strony na poręcz krzesła.
— Ha, ha, ha! — zaśmiał się głośno. — Opowiadajże, mój drogi, bom ja sam tego ciekawy.
— O! Don Żuanie! O wężu zdradziecki! — reszta chórem wykrzyknęła.
— Nie doszło zapewne do twojej wiadomości, Bołkoński — wtrącił Bilibin — że w kąt wszelkie okropności dokonywane przez armję francuską... przepraszam! chciałem powiedzieć przez zwycięzką armię rosyjską, w obec spustoszenia straszliwego, jakie sprawia ten niegodziwiec pomiędzy naszemi paniami.
— Na to stworzona kobieta, aby była towarzyszką mężczyzny! — odezwał się Hipcio z namaszczeniem, patrząc przez monokl na swoje długie nogi, kołyszące się w powietrzu.
Bilibin i reszta „naszych“ wybuchnęli śmiechem szalonym. Książę Andrzej mógł się teraz przekonać naocznie, że ów Hipcio, o którego, trzeba wyznać, był prawie zazdrosny, był po prostu celem żartów i pośmiewiskiem całego towarzystwa.
— Muszę zaprezentować ci w całej jego glorji Kurakina — szepnął mu do ucha Bilibin. — Jest rozkoszny i niezrównany! w swoich poglądach politycznych. Usłyszysz z jaką powagą i zarozumiałością...
Zbliżył się do Hipolita z czołem mocno zmarszczonem rozpoczynając żywą dysputę nad bieżącemi wypadkami w dziedzinie polityki, która zwróciła natychmiast uwagę wyłączną całego towarzystwa.
— Gabinet berliński, nie może dać poznać, że radby był zawrzeć trójprzymierze — zaczął dowodzić Hipolit patrząc z góry i prawie lekceważąco na swoje audytorjum — nie wyraziwszy... nie wyraziwszy... jak w swojej ostatniej nocie dyplomatycznej... no! przecie rozumicie?... Zrozumieliście?.. Zresztą, jeżeliby nasz pan najmiłościwszy, nie chciał odstąpić, od... od... swoich stałych zasad... nasze przymierze... nasze... czekajże — jeszcze nie skończyłem.
A porywając za rękę Andrzeja.
— Spodziewam się — dodał z patosem — że interwencja będzie silniejszą od bierności w tych sprawach!... i... i... nie będą mogli zarzucić nam, jakoby wcale nie odebrali naszej depeszy z dnia dwudziestego ósmego listopada... oto jak się wszystko zakończy!...
Tu wypuścił z uścisku dłoń Bołkońskiego.
— Demostenesie, Demostenesie! poznaję cię złotousty, po kamyku schowanym w głębi twojego podniebienia! — wykrzyknął Bilibin, który chcąc wyrazić dosadniej swoje najwyższe zadowolenie, nasunął na czoło całą swoją czuprynę zwichrzoną.
Hipcio śmiejąc się jeszcze głośniej i serdeczniej od innych, miał minę, jakby mu ten śmiech ból sprawiał, tak konwulsyjnie twarz wykrzywiał, która, zwykle miała wyraz najzupełniej bezmyślny.
— Panowie! — przemówił po chwili Bilibin — Bołkoński jest moim gościem; idzie mi więc bardzo o to, aby dać mu użyć wszelkich rozrywek i przyjemności. W Wiedniu, poszłoby mi to jak z płatka, tu jednak, w tej nieznośnej dziurze morawskiej, w tem Bernie, muszę was wszystkich wezwać na pomoc. Trzeba robić mu honory połączonemi siłami. Wy zajmijcie się wprowadzeniem go do teatru, i za kulisy, ja biorę na siebie zapoznanie go z naszem towarzystwem. Co się ciebie tyczy Kurakin, zostawiam ci dział najponętniejszy, płeć piękną, o ty niezwyciężony zdobywaczu serc niewieścich!
— Wprowadzisz go do czarującej, boskiej Adeli! — zawołał jeden z „naszych“, całując z zachwytem palców koniuszki.
— Tak, tak, tego wojaka krwią dyszącego, trzeba natchnąć bardziej ludzkimi uczuciami — dodał Bilibin.
— Trudno mi będzie panowie korzystać na razie z waszych łaskawych chęci i z waszej dla mnie uprzejmości. — Bołkoński spojrzał na zegarek — muszę bowiem odejść natychmiast.
— Gdzież to?
— Do cesarza.
— Ho, ho! A więc do widzenia książę kochany!
— Do widzenia, mój drogi.
— Do widzenia! — powtórzyli drudzy — spodziewamy się, że książę zjesz z nami objad, a potem już się tobą zajmiemy całem sercem.
— Posłuchaj mnie — szepnął Bilibin odprowadzając go do przedpokoju. — Dobrze zrobisz, jeżeli podczas audjencji u cesarza nie wspomnisz ani słowa o intendenturze tutejszej, chyba chwaląc dostawę żywności i kwatery, które wam wyznaczają na popasach.
— Mogę o tem nie wspominać, jeśli mnie sam cesarz nie spyta, nie byłbym jednak w stanie chwalić tego, co na pochwałę nie zasługuje.
— W takim razie mów za dwóch, radzę ci szczerze. Cesarz lubi namiętnie udzielać posłuchań, a nie może nigdy wymyśleć, co ma komu powiedzieć. Sam przekonasz się o tem mój drogi.





XI.

Książę Andrzej umieszczony w miejscu, którędy cesarz przechodził, pomiędzy licznie zebranymi oficerami austrjackimi, dostąpił zaszczytu, że monarcha raczył zwrócić na niego uwagę, nawet odkłonił mu się osobno, swoją długą głową osadzoną na tak samo długiej szyi. Po skończonej paradzie, ten sam adjutant ministra wojny, przyszedł z najuprzejmiejszem oświadczeniem, że najjaśniejszy pan, raczy udzielić mu posłuchania. Cesarz Franciszek przyjął go stojący, na środku swojego gabinetu. Na samym wstępie, uderzyło Andrzeja, pewne zakłopotanie i jakby niepewność od czegoby tu zacząć? Cesarz poczerwieniał i zdawać się mogło, że go coś w gardle dławiło.
— Proszę mi powiedzieć, o której godzinie rozpoczęło się starcie? — spytał szybko.
Książę Andrzej zadowolniwszy pod tym względem jego ciekawość czuł się zmuszonym odpowiadać na cały szereg pytań równie czczych jak naiwnych.
— Jak się miewa Kotuzow? Kiedy opuścił Krems? — i tak dalej... i dalej...
Cesarz zdawał się mieć ten cel jedynie, żeby zadać jak największą ilość pytań. Co do odpowiedzi, te go widocznie nader mało interesowały.
Spytał powtórnie o której godzinie rozpoczęto bitwę.
— Miałem już zaszczyt oznajmić waszej cesarskiej mości — skłonił się nisko Bołkoński — że tego dokładnie oznaczyć nie mogę. W chwili, kiedy czoło wojska atakowało, ja znajdowałem się w Diernstein i nas wezwano dopiero na pole bitwy o godzinie szóstej wieczór.
Postanowił wręczyć cesarzowi opis szczegółowy i miał takowy w zanadrzu.
Cesarz wpadł mu w słowo pytając z uśmiechem:
— Ile mil?...
— Zkąd i dokąd Sire?
— Z Diernstein do Kremsu?
— Trzy i pól mili, Sire.
— Czy Francuzi opuścili brzeg lewy?
— Według ostatnich doniesień szpiegów przez nas wysłanych, oddziały francuzkie przeszły rzekę jeszcze tej samej nocy na tratwach.
— Czy dość macie furażu w Krems?
— Bardzo niedostatecznie...
— O której godzinie padł jenerał Schmid? — przerwał mu znowu cesarz.
— Zdaje mi się, że o siódmej wieczór.
— O siódmej wieczorem?... To smutne... bardzo smutne!
Po tych słowach, podziękowawszy mu za udzielone sobie wiadomości, grzecznie go pożegnał. Książę Andrzej wyszedł z gabinetu, i został natychmiast otoczony przez świtę cesarską. Teraz każdy z dworaków miał do niego słówka najpochlebniejsze i spojrzenia pełne życzliwości. Sam pan adjutant zaczął mu wymawiać niesłychanie, że nie raczył zamieszkać w pałacu. Byłby mu przecież najchętniej odstąpił własną kwaterę. Minister wojny winszował mu serdecznie krzyża Marji Teresy trzeciej klasy, którego cesarz raczył mu udzielić. Szambelan cesarzowej namawiał go, żeby prosił i ją o posłuchanie. Tak samo pragnęła go poznać arcyksiężniczka. Nie wiedział komu ma pierwej odpowiadać, i starał się wpierw zorjentować w tym chaosie, gdy ktoś dotknął się z lekka jego ramienia. Ambasador rosyjski, wziął go pod rękę a pociągnąwszy za sobą w okna zagłębienie, zaczął z nim cichą i poufną rozmowę.
Wbrew pesymistycznym przewidywaniom Bilibina, przyjęto z radością wiadomość o zwycięztwie, a nawet nakazano odśpiewać w kościołach solenne Te Deum. Kotuzowa mianowano kawalerem wielkiego krzyża Marji Teresy, a cała armja rosyjska miała dostać wynagrodzenie. Dzięki zaproszeniom, które sypały się na niego jak z rogu obfitości z wszystkich stron, Bołkoński musiał poświęcić cały ranek na wizytowanie najwyższych dygnitarzy austrjackich. Gdy skończył nareszcie wizyty, było już późno, około piątej po południu. Powracał zatem do Bilibina, układając w myśli przez drogę list, który chciał ztąd wysłać do ojca. Miał mu w nim opisać wszystkie wypadki dni ostatnich, jak niemniej swój pobyt w Bernie. Osłupiał na razie widząc stojącą wielką i ładowną brykę przed pomieszkaniem Bilibina, napełnioną już do połowy rozmaitemi rupieciami, Franza zaś, sługę Bilibina, starającego się z wysiłkiem nadludzkim wpakować w nią jeszcze jeden olbrzymi tłumok. Książe Andrzej wstąpił do księgarza po kilka dzieł, które chciał przeczytać, i tam jeszcze zatrzymał się trochę dłużej.
— A to co znaczy?! — wykrzyknął z najwyższem zdziwieniem.
— Ah! wasza ekscellencjo! — Franz machnął ręką rozpaczliwie — uciekamy dalej w świat!... ten zbój znów nam na pięty następuje.
— Co się dzieje? — zapytał Andrzej Bilibina, którego twarz zwykle tak obojętna i nieprzenikniona, okazywała jednak pewne wzruszenie, gdy wyszedł na powitanie Bołkońskiego.
— Przyznaj, mój drogi, że to historja zachwycająca z tym mostem... Przeszli przez niego bez wystrzału.
Andrzej słuchał nie rozumiejąc ani słowa.
— A ty zkąd przybywasz książę kochany, że nie wiesz o tem, o czem już gwarzą między sobą fiakry tutejsi.
— Wprost od arcyksięcia, tam zaś nie dowiedziałem się o niczem.
— I nie zwróciłeś na to uwagi, że każdy zbiera na gwałt swoje manatki?
— Nie! — rzucił się niecierpliwie. — Czy dowiem się nareszcie co się stało?
— Co? Tylko tyle! Francuzi przeszli most, broniony przez Auersperga, którego mimo wyraźnego rozkazu Auersperg nie wysadził w powietrze; Murat leci galopem drogą ku Bernowi i jeżeli nie dziś, to jutro będzie tu na pewno.
— Jakto? którędy? Ależ skoro most był podminowany, dla czegóż nie wysadzono go w powietrze?
— Ha! możebyś ty mi rozwiązał tę zagadkę, książę kochany? bo zdaje mi się, że nikt, nawet sam Bonaparte, nie wie i już się chyba nigdy nie dowie, dla czego tak się stało, a nie inaczej.
Bołkoński wzruszył gniewnie ramionami.
— Skoro przeszli przez most, armja zgubiona! Zamkną jej odwrót.
— Ba! W tem sęk właśnie... Posłuchaj tylko, mój drogi! Francuzi zabierają Wiedeń jak ci wspominałem, wszystko jest w należytym porządku. Nazajutrz, to jest wczoraj pod wieczór, panowie marszałkowie Murat, Lannes i jenerał Belliard, wsiadają na koń, aby most zbliska oglądnąć. Trzech Gaskończyków, chciej zwrócić uwagę na tę ważną okoliczność... — Panowie! — przemówił jeden z nich — wiecie doskonale, że ów most jest podminowany, z tej i z tamtej strony, że go broni w dodatku piętnaście tysięcy żołnierzy, którzy mają rozkaz wysadzić most w powietrze aby nam drogę zagrodzić. Ponieważ atoli byłoby więcej niż przyjemnie naszemu panu i cesarzowi zająć ten most, idźmy w trójkę i zdobądźmy go!
— A chodźmy! — odpowiedzieli tamci. — I oto jadą po moście, niby na przechadzkę, biorą go w posiadanie a za trójką wali przez Dunaj cała armja, za nimi w tropy, aby wam przeciąć wszelką komunikację.
— Może byłoby dość tych żartów niewczesnych? — oburzył się Bołkoński. — Zdaje mi się, że przedmiot jest aż nadto smutny i poważny.
A jednak, mimo ciężkiej troski, zadanej mu przez tak fatalne wiadomości, doznawał pewnego zadowolenia. Odkąd dowiedział się o rozpaczliwem położeniu swojej armji, zdawało mu się, że jemu Opatrzność poleciła, wyratować wojska rosyjskie z grożącej mu zagłady. Miało go to na wierzch wydobyć, z tłumu ciemnego i pospolitego reszty towarzyszów i otworzyć drogę do sławy. Jednem uchem słuchał Bilibina, już widział siebie przybywającego do obozu, udzielającego uwag i przestróg, na pełnej radzie wojennej i przedstawiającego plan, który mógłby jedynie armję wyratować. Rzecz naturalna, że jemu by w takim razie powierzono planu wykonanie.
— Ani mi w głowie nie postały żarty! — potrząsł głową Bilibin. — Nic prawdziwszego i nic nad to smutniejszego. Ci panowie wchodzą tedy na most, powiewając białemi chustkami i zaręczają najuroczyściej, że istnieje zawieszenie broni i że oni, marszałkowie francuzcy, idą konferować z księciem Auerspergiem. Oficer stojący na straży, wpuszcza ich do baszty na końcu mostu. Opowiadają mu rzeczy niestworzone, kłamią bezczelnie, że wojna już skończona, że cesarz Franciszek zaprosił do siebie cesarza Napoleona, a co do nich samych, dążą oni prostą drogą na konferencję do księcia Auersperga... i tysiąc podobnych banialuk... Oficer daje znać o tem Auerspergowi. Ci panowie ściskają najserdeczniej swoich nieprzyjaciół, przekamarzają się z nimi najweselej, wsiadają jak na konia na ich armaty, a tymczasem oddział Francuzów, chyłkiem, milczkiem, podchodzi do mostu i rzuca do wody wory z palnemi materjałami. Zjawia się w końcu nasz kochany książę Auersperg von Nautern.
— Drogi nam nieprzyjacielu! kwiecie rycerzy „bez trwogi i bez zarzutu!“ bohaterze z kampanji tureckiej, zakończmy naszą nieprzyjaźń, możemy podać sobie nawzajem dłoń pojednawczą! cesarz Napoleon pała chęcią poznania księcia Auersperga... Jednem słowem, ci panowie, którzy nie darmo urodzili się Gaskończykami, tak mu mydlą oczy słówkami pięknemi, on zaś ze swej strony tak czuje się zaszczyconym stosunkiem serdecznym i poufałym z marszałkami Francji, tak go olśniewają płaszcz purpurowy i strusie piura na Murata kapeluszu stosowanym, że wśród tych błyskawic zapomina najzupełniej o ogniu, którym powinien był przyjąć nieprzyjaciela.
Mimo żywości w opowiadaniu, Bilibin zatrzymał się na chwilę w tem miejscu, aby zostawić czas księciu Andrzejowi do należytego ocenienia frazesu wielce dowcipnego, który udało mu się stworzyć.
— Oddział francuzki wchodzi zatem bezkarnie do twierdzy, zagważdża działa i bierze most w posiadanie. Ale najciekawszy szczegół schowałem na koniec — mówił dalej Bilibin, uspokajając się zwolna po zbytniem wzruszeniu, taką przyjemność sprawiały mu jego własne dowcipy. — Sierżant postawiony przy armacie, która miała dać sygnał, kiedy mają most wysadzić w powietrze, widząc nadbiegających Francuzów, już przykładał lont zapalony, gdy Lannes chwycił go za ramię. Sierżant sprytniejszy widocznie od swojego jenerała, podchodzi do Auersperga mówiąc mu mniej więcej te słowa:
— Oszukują nas książę! Nadchodzą Francuzi...
Murat lękając się, żeby w chwili ostatniej cała sprawa nie została odkrytą i zniweczoną, podchwytuje te słowa ze zręcznością prawdziwego Gaskończyka i wykrzykuje zgorszony, zwracając się do Auersperga:
— Nie poznaję w tem tyle sławionej karności w armji austrjackiej! Czy to możebnem, książę, żebyś pozwalał przemawiać do siebie w ten sposób, jednemu z twoich podwładnych?... — A co? Czy nie genjalny pomysł? — Książe Auersperg dotknięty do żywego tą złośliwą uwagą, chcąc sobie naprawić reputacją, każe aresztować sierżanta. Przyznaj sam, mój drogi, że to coś zachwycającego, ta cała historja z mostem.
— To ani głupstwo, ani podłość... raczej zdrada! — wykrzyknął Andrzej, wyobrażając sobie rannych padających, kłęby dymu, kanonadę i sławę nań czekającą.
— Bynajmniej! choć przez ten fatalny zbieg wypadków, dwór cały znajduje się w tarapacie nielada... Nie nazwałbym tego ani głupstwem, ani podłością, ani zdradą, to zupełnie jak w Ulmie... to... to — zatrzymał się szukając po głowie dowcipnego określenia, — To w guście Mack’a. Jesteśmy po prostu zmackowani! — zakończył z tryumfem, dumny, że udało mu się znaleźć nowe, a tak trafne wyrażenie, jedno z tych, które miały być podawane z ust do ust i obiegnąć wszystkie salony. Wygładził czoło z wielkiego zadowolenia, i spojrzał z uśmiechem na paznogcie. — Dokąd idziesz? — spytał Andrzeja, gdy ten wstał z fotelu.
— Odjeżdżam.
— Dokąd?
— Do armji.
— Chciałeś przecie zostać z nami dni kilka.
— Niepodobna w obecnych warunkach. Odjeżdżam natychmiast.
I książę wydawszy stosowne rozkazy, wrócił nazad do gabinetu, w którym zostawił Bilibina.
— Słuchaj, mój drogi — zagadnął go Bilibin. — Po co ty właściwie odjeżdżasz?
Andrzej za całą odpowiedź wypatrzył się na niego zdziwiony.
— Ależ ma się rozumieć, po co ci jechać? Wiem co myślisz, że jest twoją powinnością wracać do armji, skoro jej grozi tak wielkie niebezpieczeństwo... Rozumiem ciebie. Jest to po prostu bohaterstwem.
— Ależ wcale nie.
— Tak, jesteś filozofem, bądźże nim w całem tego słowa znaczeniu. Przypatrz się tej sprawie z innej strony, a przekonasz się, że jest przeciwnie twoją powinnością, zachować się zdala od wszelkiego niebezpieczeństwa. Niech ci się narażają, którzy nie przydadzą się na nic innego. Nie rozkazano ci wracać, tu zaś puścić cię nie zechcą. Możesz więc bezpiecznie zostać z nami, i udać się tam, gdzie nas zapędzi los nieszczęśliwy. Dwór, ile się zdaje, spieszy na pobyt do Ołomuńca. Utrzymują, że to wcale ładne i przyjemne miasteczko. Moglibyśmy zajechać aż na miejsce w mojej karetce najwygodniej w świecie.
— Na miły Bóg! przestań raz żartować Bilibin.
— Mówię całkiem na serjo i jako twój szczery przyjaciel. Sam osądź. Po co jechać, skoro możesz tu zostać? Z dwóch rzeczy jedna, albo nastąpi pokój, zanim ty złączysz się z armją, lub też ona pójdzie w rozsypkę, a w takim razie podzielisz ten wstyd z całem wojskiem i jego wodzem naczelnym Kotuzowem.
I Bilibin wygładził czoło, przekonany, że jego rozumowanie jest niezbite.
— Nie mogę sądzić o tem! — odpowiedział książę Andrzej lodowato. A pomyślał w głębi serca: — Jadę, aby uratować armję od zagłady.
— Książę kochany! — jesteś bohaterem — wykrzyknął Bilibin.





XII.

Po audjencji pożegnalnej u pana ministra wojny, Bołkoński odjechał tej samej nocy, aby połączyć się z armją rosyjską. Nie wiedział jednak gdzie jej szukać i lękał się, żeby nie wpaść przypadkiem w ręce Francuzów.
W Bernie, dwór gotował się do odjazdu, a nawet już wyprawiono do Ołomuńca większą część pakunków.
Gdy znalazł się w okolicy Etzelsdorfu, zobaczył się nagle książę Andrzej pośrodku armji rosyjskiej, która cofała się z wielkim pospiechem i bezładnie. Mnogie furgony, tak drogę zabarykadowały, że jego wózek pocztowy nie mógł jechać dalej. Książę Andrzej, ginąc prawie z głodu i ze zmęczenia, poprosił dowódzcy kozaków o konia i jakiego przewodnika, a wskoczywszy na siodło, wyprzedził wkrótce cały transport z bagażami, aby odszukać główno-dowodzącego. Po drodze obijały mu się o uszy wieści najsmutniejsze, a nieład straszliwy, który go uderzał na każdym kroku, potwierdzał w zupełności to, o czem z cicha przebąkiwano.
„Owa armja rosyjska, którą złoto angielskie, sprowadziło z kończyn świata, podzieli los wojsk austrjackich“ (pod Ulmem). Wyraził się Napoleon w swoim dziennym rozkazie na początku kampanji. Przypominając sobie nagle te wyrazy, Andrzej uczuł mimowolnie podziw szczery dla tego wielkiego genjusza, ale do podziwu przyłączało się także niezadowolenie, dumy narodowej dotkniętej do żywego, i błoga nadzieja odwetu w niedalekiej przyszłości, za tę obelgę rzuconą im w oczy.
— A choćby nic nam więcej nie pozostawało, jak zginąć? — pomyślał. — Ha! to zginiemy razem, ja niegorszy od innych.
Patrzał z najwyższą pogardą na te szeregi niezliczone powózek, furgonów z amunicją, które zaplątywały się i wpadały jedne na drugie. Jak okiem zasięgnął, wszędzie był ten sam nieład najstraszniejszy. Spychano się i potrącano w błoto nawzajem, jadąc po trzy i cztery wozy z frontu, na drodze dość szerokiej, ale grząskiej niesłychanie. Z przodu, z tyłu, z boków, słyszało się jedynie turkot kół przygłuszony, parskanie i rżenie koni, wrzaski woźniców, chcących tym sposobem przyspieszyć chód swego zaprzęgu, złorzeczenia żołnierzy, służących i oficerów. Po drodze można było spotkać się co chwila z końmi nieżywemi. Niektóre już były nawet odarte ze skóry. Ze wsi przydrożnych wychodziły całe bandy żołnierzów najrozmaitszej broni, ciągnących przemocą, ci barana, szczęśliwsi krowę, nawet wołu za rogi, lub duszące pod pachą gęś, prosiaka, kurę, co dało się na prędce ułowić. Nie brakło na drodze wozów połamanych, które jeszcze bardziej przejazd utrudniały. Gdy przyszło jechać pod górę, a tembardziej z góry, każdy walił się jeden na drugiego, krzykom zaś i przekleństwom końca nie było. Kilku żołnierzy, brnąc w błocie po same kolana, bądź wozy podpierało, bądź wyciągało z błota przody armat. Bicze świstały w powietrzu, konie ślizgały się i padały, zrywając uprząż na sobie, a krzyki tak się wzmagały, że trudno było zrozumieć, jak mogą ludzkie piersi nie popękać od takiego wysiłku. Oficerowie pilnujący konwoju, galopowali to w tył, to naprzód. Ich twarze uznojone, świadczyły wymownie o niemożności utrzymania jakiego takiego ładu i porządku. Ich dosadne przekleństwa i wściekła komenda, tonęła w piekielnym tartasie wzburzonych bałwanów tłumu niesfornego.
— Oto nasza kochana armja prawosławna! — mruknął Bołkoński, przypominając sobie dowcipne określenie Bilibina. Podjechał do jednego z furgonów, aby dowiedzieć się coś o Kotuzowie.
Uderzył go rodzaj półkrytej bryczki, a raczej powoziku, dziwnie zbudowanego, i z materjałów tak różnorodnych, że można było domyśleć się na pierwszy rzut oka, iż wyszedł z domowej fabryki. Widocznem było, że powozik sklecono byle z czego. Jednego, chudego jak szkielet konia, prowadził za uzdę żołnierz, sam idąc obok pieszo. Pod budką i pod fartuchem skórzanym, starannie pozapinanym, dostrzegało się postać kobiecą, tak chustkami poowijaną, że ledwie można było zobaczyć oczy i koniec jej nosa. W chwili, kiedy rzucał komuś pytanie, książę Andrzej usłyszał krzyki rozpaczliwe owej kobiety siedzącej w powozie. Oficer jadący na czele konwoju, okładał pletnią po grzbiecie jej woźnicę, za to, że starał się wyprzedzić innych. Kilka uderzeń, przed któremi udało się umknąć woźnicy, spadły z głuchym łoskotem na fartuch skórzanny, z przodu powozu. Ujrzawszy księcia Andrzeja, kobieta wytknęła głowę, a przywołując go obiema rękami, zawołała:
— Panie adjutancie! na miły Bóg! panie adjutancie! Miej litość nademną! Broń mnie przed tą napaścią! Czego oni chcą odemnie? Czego na mnie napadają? Jestem żoną lekarza z siódmego pułku strzelców. Nie chcą nas przepuścić! Zapoźniliśmy się! Zgubiliśmy naszych!
— Stój! albo kości nie pozbierasz łajdaku! — klął i wrzeszczał oficer, waląc żołnierza w najlepsze.
— Ratuj mnie nieszczęśliwą, panie adjutancie! Ratuj, jeżeli masz Boga w sercu! — jęczała kobieta ze swojej strony.
— Przepuścić powóz! — bąknął książę Andrzej, zwrócony do oficera. — Widzicie przecie, że w nim siedzi kobieta.
Oficer zmierzył go wzrokiem chmurnym, nic nie odpowiadając, i dalej krzyczał na żołnierza:
— Aha! puszczę ciebie bydlaku!... Niedoczekanie twoje i tej twojej marmozeli...
— Ja zaś mówię panu, żebyś ich puścił! — Andrzej zaczynał się niecierpliwić.
— A któż ty jesteś? — zawołał oficer, tracąc przytomność z gniewu wściekłego. I położył nacisk na słowie „ty“. — Czy ty tu dowodzisz? Mnie kazali transport prowadzić, nie tobie, rozumiesz?... A ty ścierwo rekruckie! — tu zamierzył się na biednego woźnicę doktorowej — ani mi się waż ruszyć, bo ubiję cię jak psa!
— A to mu dał bobu! — zaśmiał się ktoś w tłumie.
— Dobrze mu tak, panu adjutancikowi od głównego sztabu!
Oficer doszedł był do takiego stopnia wściekłości, w którym człowiek nie wie co robi, ani nie oblicza doniosłości słów swoich. Odczuł instynktowo książę Andrzej, że jego wdanie się w tę sprawę trąci śmieszną donkiszoterją, czemś czego obawiał się najbardziej. I jego atoli gniew szalony opanował, a krewkość wrodzona wzięła górę nad wszelkiem zastanowieniem. Podniósł tedy szpicrózgę, a grożąc nią oficerowi, syknął przez zęby, skandując każdą sylabę:
— Prze... pu... ścić...
Oficer machnął ręką i oddalił się jak najspieszniej, mrucząc pod nosem:
— To tak zawsze z tymi paniczykami od głównego sztabu. — Gdzie ich nie posiejesz, zejdą, a wszędzie tylko piwa nam nawarzą, i narobią bigosu, aż miło! Ale co mi tam! róbcie sobie, co chcecie.
Oddalił się równie spiesznie i książę Andrzej, nie spojrzawszy nawet na ową kobietę, która nazywała go swoim zbawcą. Galopując ku wsi najbliższej, gdzie powiedziano mu, że prawdopodobnie spotka się z Kotuzowem, przechodził w myśli tę całą głupią scenę, zły sam na siebie, że wdał się w coś podobnego. Gdy do wsi dojechał, zsiadł z konia, chcąc poszukać czegokolwiek dla zaspokojenia głodu, który mu okropnie dokuczał. Pragnął zresztą odpocząć i uporządkować w głowie myśli chaotyczne, które mózg mu rozpierały.
— To banda niesforna rabusiów, a nie wojsko regularne — mruczał sam do siebie, gdy nagle usłyszał głos znajomy, wołający go po imieniu.
Obrócił się i zobaczył w małem okienku Neświckiego, który coś gryzł i przeżuwał, przyzywając go obiema rękami.
— Bołkoński! Cóż to, nie słyszysz mnie? Chodź prędko!
W domku zastał Neświckiego i jeszcze drugiego adjutanta, którzy właśnie zasiedli byli do śniadania. Spytali natychmiast, strwożeni i zafrasowani, jakie przywozi wiadomości.
— Gdzie Kotuzow? — spytał nawzajem Andrzej, zamiast im odpowiedzieć.
— Tu, w tym samym domu — objaśnił go ów nieznany mu adjutant.
— Cóż? Czy sprawdza się wiadomość o zawartym pokoju i kapitulacji? — badał dalej Neświcki.
— Prędzej ja bym mógł spytać was o to! Nie wiem o niczem, jadę wprost z Berna. Ledwie w tym popłochu was odszukałem.
— Ah! mój drogi, dzieją się u nas rzeczy straszliwe... Zaczynam już odmawiać ze skruchą Confiteor... Drwiliśmy w najlepsze z Mack’a, a z nami stokroć gorzej... Siadajże tymczasem, i jedz coś zastał — dodał Neświcki.
— Nie będziesz mógł książę odszukać obecnie furgonu z rzeczami. Co do Petra poczciwego, Bóg raczy wiedzieć gdzie się ten obraca.
— Gdzież jest właściwie główna kwatera?
— Mamy nocować w Znaim. — Co do mnie — wtrącił Neświcki — wpakowałem na dwa konie wszystkie moje manatki. Zrobiono mi doskonałe juki, któreby nawet wytrzymały, gdyby nam przyszło wędrować i drapać się po czeskich, niedostępnych górach i wąwozach... Źle z nami, mój drogi... Ale cóż ci to? Czyś nie chory przypadkiem?... Zdaje mi się że dreszcze tobą wstrząsają?...
— Nic mi nie jest — bąknął Andrzej wymijająco.
W tej chwili przypomniał sobie śmieszną i niemiłą awanturę z żoną lekarza pułkowego i z oficerem prowadzącym transport.
— Cóż tu robi właściwie Kotuzow?
— Czy ja wiem? — Neświcki wzruszył miłosiernie ramionami. — Wogóle przestałem rozumieć cokolwiek z tego, co się dzieje z nami.
— Ja zaś widzę tylko to jedno, że położenie nasze jest rozpaczliwe — szepnął głucho książę Andrzej.
Udał się następnie do Kotuzowa. Zauważył przechodząc mimo, jego karetę zaprzężoną przed domem, i całą świtę, tak co do koni, jak i co do ludzi, zziajaną, zmordowaną, na nic zbitą. Otaczał ją oddział kozaków i dworscy pachołcy. Wszyscy rozmawiali głośno, jakby w tym popłochu rozluźniła się wszelka karność wojskowa — i znikła cześć należna główno dowodzącemu jenerałowi. Kotuzow siedział w drugiej izdebce nędznej chaty z Bagrationem i jenerałem Weirothec. Tego przysłała na miejsce nieboszczyka Schmidta Kotuzowowi austrjacka Rada wojenna. W sieniach, malutki Kozłowski, z twarzą bladą od nocy bezsennych i trudów nad siły, siedząc na ziemi, dyktował jakieś rozkazy jednemu z sekretarzy. Ten machał piórem z pospiechem gorączkowym, pisząc na dużej beczce, przewróconej dnem do góry. Kozłowski rzucił okiem na wchodzącego, ale nie miał nawet tyle czasu, żeby się z nim przywitać.
„Do... Cóż napisałeś?... Pułk grenadjerów kijowskich... pułk”...
— Niepodobieństwo pisać tak prędko, panie adjutancie — bąknął kwaśno sekretarz.
Usłyszano w tej samej chwili, przez drzwi odchylone, głos grzmiący i gniewny Kotuzowa, na co odpowiadał ktoś drugi, głosem zupełnie Andrzejowi nieznajomym. Główno-dowodzący był widocznie z czegoś mocno niezadowolonym. Hałas sprawiony burzliwą rozmową, roztargnienie Kozłowskiego, nieuszanowanie ze strony sekretarza, któremu nareszcie zabrakło sił i cierpliwości, to dziwne biuro zaimprowizowane z beczki, tuż pod bokiem Kotuzowa, śmiechy kozaków pod oknami, wszystkie te szczegóły, przekonywały Andrzeja, że zaszło coś niezwykłego a najfatalniejszego.
Zasypał też pytaniami, towarzyszącego mu adjutanta:
— Zaraz książę... po porządku — uśmiechnął się tamten. — Więc... Bagrationowi polecono rozlokowanie wojska...
— A kapitulacja?
— Nie istnieje... przygotowują się do stoczenia bitwy...
Książę Andrzej puścił się ku drzwiom do izby obok, zanim jednak wszedł do środka, na progu ukazał się Kotuzow, z swoim nosem orlim, z policzkami pełnemi i odstającemi. Andrzej znalazł się naprzeciw niego, o krok zaledwie. Główno-dowodzący patrzał jednak na Bołkońskiego jakby go wcale nie poznawał. Po spojrzeniu zamglonem, nieokreślonem, jego oka jedynego, można się było domyśleć z łatwością, że tak go zajmują wyłącznie troski ciężkie i kłopoty, iż po za tem kołem zaklętem, świat zewnętrzny, przestał prawie istnieć dla niego.
— Skończone? — spytał Kozłowskiego.
— Natychmiast! wasza Ekscellencjo...
Za Kutuzowem szedł Bagration. Wzrostu małego, chudy jak szczypa, młody jeszcze, twarzą przypominał typ wschodni. W jego rysach wybitnych, czytało się spokój i niezłomność.
— Ekscellencjo!...
Książę Andrzej podał dużą kopertę Kotuzowowi, z głębokim ukłonem.
— Ah! z Wiednia?... dobrze...
Kotuzow z Bagrationem wyszli na ganek.
— Żegnam cię zatem, książę kochany — przemówił do Bagrationa. — Niech cię ma w opiece, nasz Pan i Zbawiciel. Błogosławię ci na tę wielką i ciężką przeprawę.
Rozrzewnił się. W jego oku łza zalśniła; objąwszy go w pół lewem ramieniem, ręką prawą nakreślił krzyż nad czołem Bagrationa, co zresztą czynił dość często, i podał mu twarz do pocałowania. Bagration rzucił mu się na szyję, nie mogąc zapanować nad wzruszeniem, i uściskał najprzód jak druha serdecznego, a potem schylił się i rękę ucałował, jakby żegnał się z ojcem.
— Bóg niech będzie z wami — szepnął...
Kotuzow wsiadł do karety.
— Jedź ze mną — skinął na Andrzeja.
— Radbym przydać się tu na co wasza Ekscellencjo — rzekł nieśmiało. — Może mógłbym zostać przy boku księcia Bagrationa?...
— Siadaj, siadaj — machnął ręką Kotuzow widząc wahanie się Bołkońskiego. — I mnie potrzeba przy boku tęgich, jak ty, oficerów. Gdyby jutro złączyła się z nami dziesiąta część jego oddziału — dodał ciężko wzdychając, jakby sam do siebie, moglibyśmy całem sercem Bogu podziękować.
Wzrok Andrzeja spoczął przelotnie na oku wystrzelonem i głębokiej bliźnie rysującej się na skroni Kotuzowa. Była to podwójna pamiątka po kuli tureckiej.
— Tak — pomyślał — kto sam narażał się z krwią zimną na wszelkie niebezpieczeństwa, ten ma prawo mówić z całym spokojem o stracie tylu żołnierzy.
— Dla tego właśnie, błagam waszą Ekscellencję, żebyś i mnie tam wysłać raczył — dodał głośno.
Kotuzow głęboko zadumany nic nie odpowiedział. Zdawać się mogło, że zapomniał zupełnie, z kim, i o czem mówił. Kołysząc się z lekka, na miękkich poduszkach karety, zwrócił po chwili ku Bołkońskiemu twarz najspokojniejszą w świecie, na której darmoby kto szukał śladów jakiegokolwiek wzruszenia. Tonem żartobliwym i ucinkowym, wyciągał Andrzeja na opowiadanie szczegółowe posłuchania u cesarza, na ploteczki, obiegające o potyczce stoczonej pod Kremsem; wypytywał go nawet z ciekawością o skandaliki wiedeńskiego świata i pół-światka, interesując się wielce niektóremi pięknemi paniami, które znali na wylot obydwaj.





XIII.

W dniu 1go listopada Kotuzow dostał raport od jednego ze swoich szpiegów, według którego osądził, że armja rosyjska była zgubiona bez ratunku. Francuzi, przeszedłszy przez most (tak stało w raporcie) posuwali się szybko i z wielkiemi siłami, aby go odciąć od posiłków nadesłanych mu z Rosji. Jeżeliby Kotuzow zdecydował się pozostać w Krems, stopięćdziesiąt tysięcy armji Napoleona przecięłyby mu wszelką komunikację, otaczając jego garstkę, liczącą zaledwie czterdzieści tysięcy, zmęczoną i wycieńczoną. Wtedy znalazłby się w tem samem rozpaczliwem położeniu, co Mack w Ulm. Gdyby opuścił bity gościniec, na którym jedynie mógł połączyć się z posiłkami, musiałby chyba cofać się w niedostępne i nieznane mu góry czeskie, opędzając się co chwila od nieprzyjaciela, ścigającego krok za krokiem nieszczęśliwych rozbitków. Ostatecznie jeźli się zdecyduje na cofanie ku Ołomuńcowi, narazi się na tę fatalność, że mogą go wyprzedzić Francuzi, i zmuszą do przyjęcia bitwy, podczas marszu, w chwili, kiedy wszystkie jego bagaże będą w tyle, a nieprzyjaciel będzie trzy i cztery razy silniejszy od niego. Wybrał jednak tę ostatnią drogę.
Francuzi posuwali się rzeczywiście marszem pospiesznym ku Znaimowi a więc na drodze, którą cofał się Kotuzow. Byli jednak o jakie sto wiorst oddaleni dotychczas od niego. Jeżeliby im pozwolił wyprzedzić siebie, armja rosyjska byłaby zgubioną bezpowrotnie i musiałaby kapitulować najhaniebniej, tak samo jak Mack w Ulm. Jedną miał tylko szansę uratowania armji, jeżeliby dotarł do Znaimu przed Francuzami. Było to jednak więcej niż wątpliwem, uwzględniając znużenie tak ludzi, jak koni i taką liczbę do przeprowadzenia. Czterdzieści tysięcy! Droga którą posuwali się Francuzi z Wiednia do Znaimu, była o wiele prostszą, niż owa, po której cofał się Kotuzow z Krems do Znaimu.
Bagrationowi udało się zrobić 45 wiorst przez góry, drogami leśnemi, wśród nocy burzliwej z żołnierzami zgłodzonymi i prawie bosymi. Ledwie bowiem dostał ów raport, Kotuzow natychmiast wysłał Bagrationa tędy, z awangardą około czterech tysięcy ludzi liczącą ku Znaimowi. Dostał on rozkaz maszerować bez wytchnienia w ten sposób, żeby mieć Wiedeń naprzeciw siebie a Znaim za sobą. Jeżeliby jego gwiazda szczęśliwa, pozwoliła mu dojść tam przed Francuzami, miał wstrzymywać nieprzyjaciela jak najdłużej, aby zostawić czas Kotuzowowi, do cofnięcia się i zajęcia Znaimu z całym transportem amunicji i resztą bagaży.
Rzeczywiście Bagration wysunął się z wąwozu Hollabrünn, na drodze z Wiednia do Znaimu, na kilka godzin przed Francuzami. Pogubił po drodze prawie trzecią część żołnierzy, jako maruderów niezdolnych do służby. Aby zostawić Kotuzowowi przynajmniej tych dwadzieścia cztery godzin, niezbędnych do osiągnięcia celu zamierzonego, miał on wstrzymać armję stutysięczną w Hollabrünn, swoją garstką niedobitków, zgłodniałych i opadających na siłach, i tym sposobem ratować od zagłady wojsko rosyjskie. Było to proste niepodobieństwo. Fortuna jednak, niedocieczona w swoich zwrotach kapryśnych, uczyniła to możebnem. Powodzenie nadzwyczajne, owej chytrej sztuczki, która oddała w ręce Francuzów bez wystrzału, punkt najważniejszy, ów most pod Wiedniem, poddało myśl Murat’owi, użyć tej samej pułapki i teraz. Spotkawszy na drodze nieliczny oddział Bagrationa, sądził on, że ma przed sobą całą armję Kotuzowa. Przekonany z góry, że zgniecie ją, skoro nadejdą oczekiwane przezeń posiłki, zaproponował zawieszenie broni na trzy dni podczas których mieli zostać obaj na zajętych względnie stanowiskach. Dla tem pewniejszego zyskania rozejmu na ten krótki przeciąg czasu, potwierdził niejako głuche wieści, co do punktów przedugodnych pokoju, który miano wkrótce zawrzeć. Pocóż zatem mają daremnie krew rozlewać. Jenerał austrjacki Nostitz, postawiony na samym przodzie, uwierzył mu na słowo i cofając się odsłonił garstkę Bagrationa. Drugi parlamentarz zawiózł do obozu rosyjskiego te same kłamliwe zapewnienia. Na to odpowiedział Bagration, że nie może ani przyjmować ani odrzucać zawieszenia broni, musi bowiem odnieść się z tem do główno-dowodzącego, do którego wysłał swojego adjutanta. Ta propozycja uratowała armję rosyjską od zupełnej zagłady; Kotuzow posłał też natychmiast swojego adjutanta, Wintzengerode, upoważniając go, nie tylko do zawarcia żądanego zawieszenia broni, ale do postawienia nawet warunków kapitulacji. Porozsyłał jednocześnie rozkazy na wszystkie strony, aby przyspieszyć pochód armji, o której nie wiedział dotąd nieprzyjaciel. Posuwała się ona cichaczem, pod słabą zasłoną kilku zaledwie tysięcy Bagrationa, stojących nieruchomo, w obec sił nieprzyjacielskich, liczących ośmiu ludzi na jednego żołnierza rosyjskiego. Sprawdziły się przewidywania Kotuzowa. Propozycje kapitulacji nie obowiązywały go do niczego, a zyskiwał przez to na czasie, co stanowiło zbawienie armji. Czuł on instnyktowo że błąd Murat’a zostanie wkrótce odkryty. I tak stało się rzeczywiście. Zaledwie dostał Napoleon w Schönbrunnie, gdzie stanął główną kwaterą, raport Murat’a z pod Hollabrunn o projekcie zawieszenia broni i kapitulacji, zrozumiał, że tenże został po prostu oszukanym i odpisał mu list tej treści:
Do księcia Murat’a.
Schoenbrunn, 25 brumaire’a (16 listopada) roku 1805 o ósmej rano“.
„Niepodobna mi znaleźć dość dosadnych określeń, aby wyrazić moje najwyższe niezadowolenie. Książę dowodzisz li małą awangardą, i nie masz prawa zawierać jakiegokolwiek zawieszenia broni bez mego rozkazu. Z twojej łaski tracę wszelkie korzyści, z obecnej kampanji. Rozkazuję zerwać natychmiast zawieszenie broni i uderzyć bez zwłoki na nieprzyjaciela. Wytłumaczysz książę parlamentarzowi, że jenerał, podpisujący punkta przedugodne kapitulacji, nie miał tak samo prawa do tego, jak i ty. To prawo przysłuża jedynie carowi wszech Rossji“.
„Gdyby car miał rzeczywiście potwierdzić ową kapitulację i jam gotów takową podpisać, ale to sztuczka tylko, na którą dałeś się książę złapać.“
„Adjutant jest po prostu... Oficerowie nic nie znaczą w ogóle, jeżeli nie mają pełnomocnictwa od swoich monarchów, ten zaś go nie posiada. Żądam żebyś zaatakował armję rosyjską i zniszczył ją... możesz to uczynić, nabierając jej amunicję i wszystkie bagaże. Austrjacy dali ci się wywieść w pole na moście pod Wiedniem, a ciebie teraz, książę, wodzi tak samo za nos, jakiś tam adjutancik!“

„Napoleon“.

Gdy kurjer wysłany z tym listem piorunującym, galopował na złamanie karku, Napoleon w obawie, żeby mu się z rąk nie wysunęła zdobycz aż nadto łatwa, nadciągał pospiesznie, z wszystkiemi siłami, aby stoczyć walną bitwę. Tymczasem jednak, biedne niedobitki Bagrationa zapalały radośnie ognie w obozie, grzały się przy nich, raz pierwszy, od trzech dni marszu forsownego i gotowały swoją nędzną strawę, ani przeczuwając burzy, która miała wkrótce spaść na nich.





XIV.

Jeszcze nie wręczył Murat’owi listu goniec wysłany przez Napoleona, gdy przybył do obozu Bagrationa książę Andrzej, o czwartej po południu, uprosiwszy to sobie u główno-dowodzącego. Spotkał się z samym Bagrationem w Grounth. Rozmawiano tam o mającym nastąpić pokoju, nie całkiem jednak wierząc tej pomyślnej wiadomości, przypuszczano również, że przyjść może do bitwy z nieprzyjacielem. Bagration przyjął ulubionego adjutanta Kotuzowa z uprzejmością uprzedzającą. Zapowiedział z góry Andrzejowi, że wkrótce zapewne przyjdzie do spotkania z nieprzyjacielem i zostawił mu wolny wybór, czy chce zostać podczas bitwy przy jego boku, czy też będzie pilnował rejterady tylnej straży, co również jest sprawą bardzo ważną.
— Na dziś, nie spodziewam się jeszcze starcia — dodał Bagration, jakby chciał uspokoić księcia Andrzeja. Powiedział zaś sobie w głębi duszy: — Jeżeli to tylko pospolity chłystek z głównego sztabu, wysłany umyślnie, aby mógł łatwym sposobem zarobić na dekoracją, tak samo zdobędzie ją w arjergardzie. Skoroby jednak wolał zostać przy moim boku, widocznie zuch z niego! Tem lepiej zatem! ja bowiem potrzebuję mieć pod ręką tęgich oficerów.
Książę Andrzej nie odpowiadając na razie, na tę podwójną propozycją, prosił Bagrationa o pozwolenie rozlokowania wojska, aby mógł zorjentować się w danej chwili. Oficer z jednego oddziału, będący właśnie na służbie, ofiarował mu się za przewodnika. Był to bardzo piękny młody człowiek, z ułożeniem wielce dystyngowanem. Na palcu miał sygnet z dużym brylantem, mówił wprawdzie nie najlepiej po francuzku, ale widocznie z wielką chęcią i przyjemnością.
Przejeżdżając spotykali wszędzie oficerów przemokłych do koszuli, jak też żołnierzy ciągnących drzwi, ławki i koły z płotów powyłamywane.
— Widzi książę, nie jesteśmy w stanie pozbyć się takich hultajów — bąknął oficer z kwaśną miną, wskazując ręką na namiot markietanki. — Dowodzący są do zbytku pobłażliwi, pozwalając im gromadzić się tutaj... Rano porozpędzałem na cztery wiatry tę hołotę i oto znowu ich pełno, jak śledzi w beczce. Pozwól książę, żebym zrobił z nimi porządek.
— I owszem — odrzucił Andrzej — i ja kupię cokolwiek przy tej sposobności, bo dotąd nie pomyślałem jeszcze o jedzeniu.
— Gdybym był przeczuł coś podobnego, byłbym księcia poprosił, żebyś raczył ze mną podzielić bodaj... chleb z solą.
Zsiedli z koni i weszli do namiotu. Kilku oficerów widocznie znużonych, ale z twarzami pałającemi raczyli się sutemi libacjami i jedli coś niecoś przy tej okazji.
— Na miły Bóg, panowie! — odezwał się oficer służbowy tonem pełnym wyrzutu, który dowodził, że nie pierwszy dopiero raz im to mówił. — Wiadomo wam przecie, że książę Bagration, nakazał najsurowiej, żeby nikt nie śmiał opuszczać wyznaczonego mu stanowiska i zbierać się tłumnie tutaj. — Tu zwrócił się specjalnie z mową do wyższego oficera artylerji wzrostu małego, chudego i wielce zaniedbanego pod względem ubrania. Ten stał z uśmiechem nieśmiałym i pełnym zakłopotania, gdyż był bez butów. Suszyła je właśnie nad płomieniem markietanka. — I pan tutaj, kapitanie Tonszyn! Czy nie wstyd wam? Jako dowodzący oddziałem artylerji powinnibyście właśnie świecić przykładem. A pan tymczasem siedzisz tu bez butów. Gdyby tak nagle uderzono w bębny na alarm, ślicznie byś pan wyglądał! Chciejcie mi panowie zrobić tę przyjemność i wracajcie na wasze stanowiska, wszyscy bez wyjątku! — dodał tonem ostrej komendy.
Książę Andrzej nie mógł wstrzymać się od uśmiechu, spojrzawszy na Tonszyna, który stojąc dotąd zmięszany, przestępował szybko z nogi na nogę, milczący i zakłopotany. Oczy jego poczciwe i pełne inteligencji, patrzyły serdecznie, to na jednego, to na drugiego z nowoprzybyłych, jakby błagając o przebaczenie.
— Żołnierze utrzymują, że o wiele wygodniej bez botów — odpowiedział Tonszyn prawie z pokorą, chcąc wydobyć się przy pomocy żarciku z fałszywego położenia. Zmieszał się jednak do reszty, spostrzegłszy, że jego żarcik niewinny, przyjęto nader niełaskawie.
— Proszę wracać na stanowiska! — powtórzył groźnie oficer służbowy, starając się zachować minę serjo.
Książę Andrzej zmierzył raz jeszcze wzrokiem artylerzystę. Był to typ odrębny, trochę śmieszny co prawda, nie miał w sobie nic a nic, z cech odznaczających stan wojskowy, wywierał jednak na pierwszy rzut oka wrażenie nader sympatyczne.
Skoro wyjechali po za wieś, spotykali co krok tak żołnierzy, jak i oficerów różnej broni. Na lewo zobaczyli szaniec z gliny czerwonej, który zaczęto sypać. Kilka oddziałów w koszulach, mimo wichru północnego, który mroził do szpiku i kości, pracowało przy nim, niby wielkie mrowisko. Przypatrzywszy się z uwagą ich robocie, puścili się galopem w dalszą drogę pnąc się pod górę naprzeciw.
Z tego wzgórza zobaczyli kolumny francuskie.
— Tam nasza baterja, należąca właśnie do owego oryginała bez butów. Jedźmy książę na wzgórek. Punkt to najwyższy, z tamtąd wszystko dokładniej zobaczymy.
— Dzięki stokrotne, potrafię już teraz sam drogę znaleźć — bąknął Andrzej od niechcenia, pragnąc pozbyć się z karku towarzysza. — Nie trudź się pan dalej, proszę bardzo.
I rozdzielili się, każdy dążąc w inną stronę.
O jakie dziesięć wiorst od Francuzów, na drodze do Znaimu, którą jechał książę Andrzej tego samego dnia z rana, panowało zamięszanie i nieład nie dający się opisać. Już w Gronth, czuł w powietrzu pewien niepokój i niezwykłe poruszenie. Tu przeciwnie, im bardziej zbliżał się do nieprzyjaciela, przekonywał się, ku najwyższemu swojemu zadowoleniu, że panował wszędzie wzorowy porządek i nie można było niczego zarzucić żołnierzom. Wszyscy byli ubrani w szare szynele, stojąc w ściśnionych szeregach, w prostej linji wyciągnięci, jak pod sznur, przed oficerami i kapitanami. Ci liczyli swoich ludzi, przykładając każdemu palec do piersi. Ostatniemu żołnierzowi, kazano podnosić ramię do góry w każdym oddziele, na znak, że rachunek skończony. Kilku znosiło kloce drzewa i gałęzie, żeby sobie zbudować na prędce szałasy. Śmiano się i żartowano wesoło. W koło ogniska potworzyły się grupy. Jedni byli zupełnie ubrani, inni na pół nadzy, suszyli nad ogniem koszule, naprawiali buty i szynele siedząc przykucnięci na ziemi. W jednym z oddziałów, dogotowywała się zupa w kotle olbrzymim, a żołnierze wyglądali z niecierpliwością chwili uroczystej, kiedy sierżant powróci od oficera, któremu poniósł naprzód zupę do skosztowania, według przepisu i zacznie im porcje rozdawać.
W innym oddziele, nierównie szczęśliwszym (bo nie wszędzie znalazła się wódka), żołnierze cisnęli się jeden przez drugiego do podoficera, z twarzą mocno ospowatą i z barami szerokiemi jak u niedźwiedzia. Ten miał przed sobą sporą beczułkę z okowitą i wlewał każdemu z nich, mierząc równo, do pokrywki od garnka blaszannego, który każdy z żołnierzy niósł w tornistrze. Żołnierze podnosili blaszankę z namaszczeniem, usta wódką przepłókiwali a połknąwszy ją ocierali usta rękawem. Każdy z nich wracał na miejsce z zadowoleniem przykrywając nazad garnek. Tak byli apatyczno-spokojni, że nikt z ich miny nie byłby się domyślił obecności nieprzyjaciela prawie o dwa kroki. Mogło się raczej zdawać, że odpoczywają podczas manewrów, na popasie we własnym kraju, niż że są w przededniu bitwy, w której połowa z nich prawdopodobnie, padnie na placu boju. Książę Andrzej, przejechawszy obok pułku strzelców, dotarł do ścieśnionych szeregów grenadjerów kijowskich. I oni, zachowując postawę marsową, imponującą, byli tak samo zatrudnieni spokojnie, jak i ich towarzysze z innej broni. Tuż blisko szałasu, w którym mieszkał komendant szwadronu, spostrzegł garstkę grenadjerów, przed którymi leżał tęgi chłop, obnażony i rozciągnięty na ziemi. Dwóch ludzi trzymało go za głowę i za nogi, dwaj drudzy, smagali mu plecy, uderzając w takt prętami z leszczyny, cieńkiemi a elastycznemi. Skazany na chłostę krzyczał w niebogłosy; major zaś budowy atletycznej, przechadzał się tymczasem, tam i nazad, licząc razy z krwią najzimniejszą i powtarzając te słowa:
— Wstyd dla żołnierza kraść, ale wstyd jeszcze większy okradać swojego towarzysza! Żołnierz powinien być uczciwy i odważny. Złodziej nie ma ambicji, jest więc łajdakiem! Jeszcze! jeszcze! a bijcie z całej siły, żeby hultaj nauczkę popamiętał...
Razy padały a bity wrzeszczał coraz głośniej.
Młody oficer przechodzący tamtędy na którego twarzyczce gołowąsej, i delikatnej jak u panienki, malowało się współczucie mimowolne dla winowajcy, spojrzał zdziwiony na księcia Andrzeja, poznawszy po mundurze, adjutanta jenerała Kotuzowa.
Andrzej zrównawszy się z forszpanami, przeglądnął je szczegółowo. Linja tyraljerów nieprzyjacielskich i rosyjskich, oddalona znacznie od siebie, na skrzydle lewem i prawem, w samym środku, była o wiele bliżej. W tem samem miejscu, ukazał się dziś rano parlamentarz. Tak były do siebie te linje zbliżone, że żołnierze mogli rozpoznawać barwę munduru i rysy twarzy, a nawet rozmawiać jedni z drugimi. Wielka liczba ciekawych cywilów, wcisnąwszy się pomiędzy żołnierzy, przypatrywała się i gapiła na tych nieprzyjaciół, dotąd niewidzianych, a tak dziwnie wyglądających. Mimo surowego rozkazu oficerów, żeby oddalili się natychmiast, chłopi i mieszczanie okoliczni stali w miejscu, jak przykuci. Żołnierzom rosyjskim, sprzykrzyło się prędko to widowisko; żaden z nich ani spojrzał więcej na Francuzów. Skracali sobie czas stojąc na warcie, strojeniem żarcików z nowo przybyłych. Książę Andrzej zatrzymał się, chcąc również przypatrzeć się nieprzyjacielowi.
— Słuchaj no! słuchaj! — zaśmiał się jeden z żołnierzy, trąciwszy w bok swojego sąsiada, a pokazując na innego towarzysza, który wysunięty naprzód z szeregu, rozmawiał żywo, wymachując przytem rękami, z grenadjerem francuzkim, dalej ciągnął: — Jak ten ci trzepie tym psim językiem! nieprzymierzając, jakby urodził się Francuzem... Tamten nie może mu nastarczyć! Cóż ty na to, Sidorow?
— Zaczekaj... niech wsłucham się lepiej... Do kroćset djabłów! pytluje jak w młynie — machnął ręką Sidorow, uchodzący za najlepszego francuza w pułku.
Żołnierz, podziwiany z powodu swojej biegłości w francuzczyźnie, był to Dołogow. Nadchodził od lewego skrzydła razem ze swoim kapitanem.
— A no jeszcze, jeszcze — zachęcał go kapitan, wyciągnąwszy szyję naprzód jak żuraw, aby nie stracić ani jednego słowa z rozmowy, dla niego zupełnie niezrozumiałej. — Mów do niego, mów... Co on ci tam plecie?
Dołogow mocno zajęty dysputą z grenadierem francuzkim, nic mu na razie nie odpowiedział. Rozmawiali o kampanji. Francuz mieszając Austrjaków z Rosjanami, utrzymywał uparcie, że ci ostatni poddali się i uciekli z Ulmu; Dołogow natomiast starał się przekonać uparciucha, że Rosjanie wręcz przeciwnie, pobili Francuzów i ani im się śniło poddawać.
— A teraz, jak tylko nam rozkażą, wyrzucić was ztąd — przechwalał się Dołogow — rozpędzimy wszystkich na cztery wiatry!
— No! no! uważajcie raczej — zaśmiał się Francuz — żebyśmy was nie wzięli w niewolę jak stado baranów.
Dołogow parsknął również śmiechem.
— Nie doczekanie wasze! Potańczycie po naszej muzyce, jak za czasów Suwarowa!
— O czem on tam śpiewa, ten Moskal? — spytał inny grenadjer francuzki.
— Eh! — machnął pierwszy ręką lekceważąco. — Coś tam prawi o historji starożytnej — sądził bowiem, że Dołogow wspomina o wypadkach wojen odwiecznych.
— Cesarz pokaże figę waszemu Suvara, jak i innym pokazał...
— Bonaparte? — spytał Dołogow, przerwał mu jednak Francuz dotknięty do żywego:
— Nie ma żadnego Bonapartego, rozumiesz?! Jest tylko nasz cesarz sacre nom!...
— A djabli by porwali was wszystkich, razem z waszym cesarzem! — Zaczął Dołogow kląć prawdziwie po moskiewsku, a zarzuciwszy karabin na ramię oddalił się bąknąwszy gniewnie: — Chodźmy, panie kapitanie! Nie dogadamy się z tym błaznem!
— To ci naplótł Francuzowi! — cieszyli się żołnierze, w ręce klaszcząc — aż mu gdzieś w uszach zadźwięczało! Teraz kolej na ciebie, Sidorow...
I Sidorow, nie dając się długo prosić, mrugnął oczami do Francuzów, aby zwrócić ich uwagę na siebie. Potem zaczął sypać jak z rękawa słowa bez sensu ni związku: jak naprzykład: — „cari, mata, tafa, safi, muter, casca“... starając się nadać głosowi swojemu coraz inne intonacje, pełne wyrazu i znaczenia. Żołnierze otaczający go, wybuchnęli śmiechem tak szczerym, tak wesołym, że przeszedł aż za linję i udzielił się Francuzom. Można było przypuścić, patrząc na to zdaleka, że potrzeba tylko było wystrzelić w powietrze naboje i zabrać się do domu, tak z jednej jak i z drugiej strony. Karabiny jednak zostały nabite, okna w domach, służące za strzelnice i okopy zachowały swoją groźną fizjognomję, a i działa również, zwrócone wylotami ku nieprzyjaciołom, stały ponure i straszne w swojej nieruchomości.





XV.

Książę Andrzej przejechawszy w ten sposób linię bojową, aż do lewego skrzydła, zaczął piąć się na wzgórek, na którym ustawiono działa, a zkąd, jak twierdził adjutant Bagrationa, można było, jako z punktu najwyższego, objąć okiem cały teren zajęty przez armją nieprzyjacielską. Zsiadł z konia i zatrzymał się na końcu baterji, przy czwartem i ostatniem dziale. Artylerzysta stojący na warcie chciał broń sprezentować. Na znak wstrzymujący go w tym zapędzie, księcia Andrzeja, odwrócił się, aby przechadzać się dalej krokiem miarowym, jednostajnym. Po za armatniemi wylotami znajdowały się przodki, jeszcze trochę dalej, stały konie uwiązane za uzdy do kołów i widać było ognisko artylerzystów. Na lewo, niedaleko od ostatniego działa, wznosił się szałasik niziutki, sklecony na prędce z kołów wbitych w ziemię, i z gałęzi oplatających je w około. Z wnętrza szałasu wydobywały się głosy ożywione kilku oficerów.
Z tego pagórka można było rzeczywiście objąć wzrokiem prawie całą linję bojową tak rosyjską jak i większą część armji francuzkiej. Na drugim pagórku, naprzeciwko, rysowała się na tle nieba, niepewnemi konturami wieś Schöngraben. Na prawo i lewo, można było dojrzeć gołem okiem, w trzech punktach odrębnych, wyłaniające się z pomiędzy dymów ognisk porozpalanych w obozie francuzkim, wojsko nieprzyjacielskie, którego część przeważna, była rozlokowana we wsi i za pagórkiem. Na lewo, po za domami, wśród chmur dymu, przebłyskiwała niewyraźnie niby wielka plama ciemna; prawdopodobnie baterja dział nieprzyjacielskich, o ile można było o tem sądzić, gołem okiem z tak znacznej odległości. Rosyjskie prawe skrzydło, rozciągało się dość wysoko, górując nad linją bojową nieprzyjaciół. Było ono zajęte przez piechotę i oddział dragonów, których widziało się dokładnie na brzegu płaszczyzny. Z centrum, gdzie znajdowała się obecnie baterja kapitana Tonszyna i gdzie bawił chwilowo książę Andrzej, szła drożyna wijąc się ślimakowato z góry na dół, aż ku małej rzeczce raczej strumieniowi, który przedzielał wojsko rosyjskie od wioski Schöngraben. Na lewo, siły rosyjskie, zajmowały całą przestrzeń, aż do lasów, których krawędź gąszczem pokrytą, oświetlały zdala łuną od nich bijącą rosyjskiej piechoty. Linja bojowa wyciągnięta przez Francuzów, była o wiele dłuższą i było widocznem, że w danym razie, mogliby oskrzydlić z dwóch stron naraz garstkę wojska rosyjskiego. Wąwóz ścięty prostopadle, rozciągał się w tyle, po za linją bojową rosyjską, czyniąc prawie niemożliwą rejteradę tamtędy tak konnicy jak artylerji. Książę Andrzej oparty o działo, oznaczał na prędce, w swojej notatce, pozycją zajmowaną przez jego wojsko. Podkreślił dwa miejsca, na które pragnął zwrócić szczególniejszą uwagę Bagrationa. Chciał mu przedstawić plan, według którego skoncentrowanoby artylerją rosyjską w samym centrum, przeprowadzając piechotę na drugi brzeg wąwozu. Książę Andrzej, przydzielony od początku kampanji do boku główno-dowodzącego, nawykł zdawać sobie szybko sprawę i orjentować się na pierwszy rzut oka w poruszeniu się całej masy wojska i jakby je można rozlokować z największą korzyścią. Dużo czytał i pracował w tym kierunku, studjując bacznie opisy historyczno-strategiczne stoczonych bitew. W potyczce, do której gotowały się obie strony, uderzały go jedynie rysy główne i zastanawiał się głęboko, jakie może pociągnąć za sobą następstwa ten lub ów ruch wojska, i jaki wpływ wywrze na całość starcie się z nieprzyjacielem?
— Jeżeli nieprzyjaciel — pomyślał sobie — zaatakuje najpierw prawe skrzydło, będą zmuszeni bronić swojej pozycji grenadjerzy kijowscy i strzelcy z Podola, póki ich nie wzmocnią rezerwy z centrum. W takim razie, mogliby dragoni wykonać szarżę z boku na nieprzyjaciela, i rozbić go w puch. Jeżeliby zaś zaatakowali najprzód nasz środek, który zresztą jest zasłonięty od głównej baterji, skoncentrujemy lewe skrzydło, na tej tu wysokości i będziemy cofali się zwolna ku wąwozowi, tak, żeby jedna część wojska zasłaniała drugą.
Zatopiony w tych planach, które w głowie układał, słyszał nie zwracając na ich słowa najmniejszej uwagi, rozmowę oficerów w szałasie zgromadzonych. Jeden z tych głosów uderzył go jednak szczerością, którą czuło się mimowolnie w jego brzmieniu. Zaczął słuchać teraz uważniej.
— Nie, mój drogi — mówił ów głos dziwnie sympatyczny i znajomy mu o ile się zdawało — powtarzam raz jeszcze, że gdybyśmy mogli wiedzieć naprzód i z całą dokładnością, co nas czeka po śmierci, niktby się jej nie obawiał. I to jest tak a nie inaczej, wierz mi kochany przyjacielu.
— Czy boimy się jej, czy nie, na jedno wyjdzie — dał się słyszyć głos inny, młodszy widocznie. — Nie ominie ona nas i przybędzie prędzej, czy później...
— Tak, zapewne... tymczasem jednak boimy się śmierci i kwita.
— Ah! wy mądrzy filozofowie! — wykrzyknął głos trzeci, o dźwięku basowym, prawdziwie męzkim. — Łatwo wam filozofować! Wy, artylerzyści, dla tego tylko tak plujecie mądremi sentencjami, że u was w jaszczykach obok amunicji, nie braknie nigdy dobrej wódeczki i czegoś do zjedzenia. Gdy żołądek pełny, znajdzie się i rozum z większą łatwością.
Był to widocznie żarcik, puszczony przez piechura.
— Wszystko to dobre i piękne, a koniec końcem, każdy z nas lęka się tego, co mu jest nieznanem. Niech nam prawią co chcą o duszy idącej po śmierci do nieba... czy my wiemy jak ono wygląda?... Uczą nas przecie, że ten błękit nad nami, to tylko otaczająca nas atmosfera i że...
— Ot! potraktowałbyś nas raczej Tonszyn, twoim absyntem, zamiast prawić nam ni to ni owo! — wpadł mu w słowo ów głos basowy.
— To jest zatem ten sam kapitan — pomyślał Andrzej, poznając z przyjemnością do kogo należał ów głos tak mu sympatyczny — którego zastaliśmy boso u markietanki, suszącego sobie buty nad ogniskiem.
— Oh! i owszem, potraktuję was najchętniej. Co do zrozumienia życia pozagrobowego...
Nie skończył frazesu rozpoczętego, w tej samej bowiem chwili, usłyszano świst przeraźliwy w powietrzu, i kula armatnia lecąc z szybkością odurzającą, zaryła się w ziemię z hukiem i hałasem, rozrzucając w koło siebie piasek i glinę. Obok szałasu stojący uczuli, jakby lekkie trzęsienie ziemi. Tonszyn wyleciał jak z procy, trzymając w zębach niedopaloną fajeczkę na krótkim cybuszku. Jego twarz inteligentna i z wyrazem najpoczciwszym w świecie, pobladła cokolwiek. Za nim, w tropy, wybiegł oficer od piechoty, z głosem stentorowym. Dopinał po drodze resztę guzików w mundurze, spiesząc na łeb na szyję do swojego oddziału.





XVI.

Książę Andrzej siedząc na koniu, wytężył wzrok, aby dopatrzeć się na szerokim widnokręgu, zkąd pocisk z taką siłą został wyrzucony. Spostrzegłszy lekkie falowanie, w owej ciemnej masie, która dotąd stała nieruchomo. Była to rzeczywiście francuzka baterja, tak jak się tego domyślał na pierwszy rzut oka. Dwóch jeźdców na koniach pędziło galopem, u której podnóża, maszerował niewielki oddział nieprzyjacielski, z widocznym zamiarem wzmocnienia swoich forpoczt. Jeszcze unosił się dym w powietrzu, kiedy padł strzał drugi i znowu podniósł się słup dymu. Zaczęto bitwę. Książę Andrzej popędził co koń wyskoczy nazad do Grounth, aby połączyć się z Bagrationem. Za nim coraz bardziej wzmagała się kanonada; odpowiadano na nią dzielnie po stronie rosyjskiej. Po środku, w miejscu którędy przechodził parlamentarz, zaczynano ogień z ręcznej broni.
Lemarrois wysłany kurjerem, wręczył Murat’owi list piorunujący Napoleona. Murat zawstydzony fatalnym zbiegiem okoliczności, pragnąc, żeby mu błąd przebaczono, kazał w tej samej chwili uderzyć wojsku na centrum rosyjskie. Żywił nadzieję, że jednocześnie oskrzydli Rosjan z dwóch stron, i zgniecie garstkę niedobitków, zanim cesarz Napoleon zdąży przybyć do obozu.
— Bitwa zaczęta! — pomyślał Andrzej, a serce uderzało mu jak młotem. — Gdzież ja jednak znajdę mój Tulon?
Gdy mijał galopem owe oddziały, zajęte najspokojniej przed kwadransem jedzeniem zupy u ognisk, spostrzegał wszędzie to samo gwałtowne poruszenie. Żołnierze porywali za karabiny, spiesząc do szeregu; a na ich twarzach wyczytał to samo gorączkowe podniecenie, które targało jego własnemi nerwami. Każdy z nich zdawał się w duchu powtarzać, przez pół ze strachem, a przez pół z radością:
— Zaczęto nareszcie!
Nie daleko od szańca, którego nie zdążyli dokończyć, zobaczył dążących ku niemu dwóch jeźdźców. W pomroku wieczornym, który tak wcześnie w jesieni zapada, a szczególniej jeżeli powietrze jest mgliste od rana, nie mógł ich z razu rozpoznać. Ten, który jechał na przedzie, na pięknym siwym koniu, odziany w ciemną burkę był to sam książę Bagration. Skoro poznał w nadjeżdżającym Bołkońskiego, skinął mu głową przyjaźnie. Andrzej pośpieszył udzielić mu swoich spostrzeżeń, co do ataku ze strony nieprzyjaciela.
Bagration słuchał go, patrząc wprost przed siebie, a Bołkoński pytał w duchu niespokojny i zaciekawiony, jakie myśli, jakie uczucia drzemią za tą masą nieprzeniknioną, w tych rysach wybitnych wprawdzie, ale takich dziwnie zaspanych i apatycznych?...
— Dobrze! — rzekł wódz krótko, potakując ruchem głowy, jakby to wszystko sam przewidział od dawna.
Książę Andrzej zadyszany jazdą szaloną, mówił niesłychanie szybko. Bagration przeciwnie, wypuszczał zwolna słowo po słowie, akcentem przeciągłym, śpiewającym, po wschodniemu. Dał ostrogi koniowi, nie okazując jednak pospiechu zbytecznego i udał się z całą swoją świtą wprost do baterji, którą dowodził Tonszyn. Towarzyszyli mu: Adjutant jeden i drugi, Andrzej, Gerkow, ordynans, oficer będący dnia tego na służbie i jeden w ubraniu cywilnem, w randze audytora wojskowego. Ten z ciekawości prosił, żeby mu było wolno przypatrywać się bitwie i Bagration udzielił mu żądanego pozwolenia. Cywil był mocno otyły, z twarzą jak księżyc w pełni. Siedział na koniu bardzo niezgrabnie i podskakiwał w górę na siodle twardem, które z bagażów wojskowych wyciągnięto dla niego. Owinął się cały w gruby płaszcz sukienny o podwójnej pelerynie i patrzał w koło z uśmiechem naiwnym a wielce zadowolonym. Człowiek ten odbijał dziwnie od huzarów, kozaków i adjutantów, otaczających Bagrationa.
— Powiedźcie tu komu, że ten głupiec kwadratowy, wyjeżdża z amatorstwa patrzeć na bitwę, jakby na jakieś ciekawe widowisko — szepnął Gerkow do Bołkońskiego, wskazując na owego tłustego cywilistę. — Ręczę że już teraz ma kolki w żołądku tak się strząsł, tylko wstyd mu przyznać się do tego. A co, panie? Jeszcze krzyże nie bolą? — spytał go wprost Gerkow.
— Wolne żarty, pana oficera! — zaśmiał się grubas, jakby cieszył się niezmiernie że służy za cel do drwinek Gerkowowi.
Zbliżali się właśnie do baterji Tonszyna, gdy kula armatnia padła od nich o jakie dziesięć kroków.
— A to co? — wykrzyknął zdziwiony cywilista.
— Placuszek maślany, wypiekany przez Francuzów — bąknął Gerkow od niechcenia.
— Jakto i zabija? — pierwszy potrząsł głową z niedowierzaniem. Czy był rzeczywiście tak bardzo ograniczony, czy tylko udawał głupszego, niż był na prawdę, trudnoby odgadnąć.
Zaledwie spytał się, gdy usłyszano świst przeraźliwy i ogłuszający. Jeden z kozaków zsunął się z konia i padł o krok od audytora. Gerkow i reszta oficerów usunęli się trochę na bok i dalej pojechali. Jeden audytor zatrzymał się przed kozakiem przypatrując mu się nader uważnie. Kozak już nie żył, trafiony w serce, koń zaś jego rzucał się jeszcze w przedśmiertnych konwulsjach.
Spojrzał i Bagration po za siebie. Odgadł co sprawiło to pewne zamięszanie i poruszenie. Machnął ręką i odwrócił się z krwią najzimniejszą, jakby chciał powiedzieć:
— Czyż warto zatrzymywać się dla takich drobnostek?
Gdy zbliżali się do baterji, zatrzymał i on konia, przechylił się zręcznie w tył na siodle, jeździł bowiem na koniu znakomicie, i wyciągnął szpadę z pod burki. Była to stara broń, dziwnego kształtu, zupełnie odmienna od nowoczesnych. Darował mu ją niegdyś Suwarow we Włoszech. Książę Andrzej, przypomniawszy sobie ów szczegół, uważał to za pomyślną wróżbę. Zbliżywszy się do baterji na wzgórku, Bagration spytał kanoniera stojącego przy jaszczykach:
— Która kompanja? — A miał taką minę, jakby chciał go właściwie wybadać: — Czy nie boisz ty się przypadkiem, mój kochasiu?
Kanonier jakby to w ten sam sposób zrozumiał, odpowiedział wesoło, z animuszem, wyciągając się jak struna:
— Kapitana Tonszyna, na usługi waszej Ekscellencji!
— To dobrze! dobrze — skinął ręką Bagration i jechał dalej, aby dotrzeć do ostatniego działa, gdy to właśnie wystrzeliło z hukiem straszliwym. Skoro dym przerzedził się cokolwiek, zobaczył uwijających się kanonierów, aby działo przygotować czemprędzej do drugiego strzału. Żołnierz Nr. 1, wysoki i barczysty, który trzymał w ręce wycior, cofnął się ku kołom; żołnierz zaś Nr. 2. nakładał nabój nowy w ogromną paszczę armatnią. Tonszyn, mały i przysadkowaty, kołysząc się na lawecie, na którą wsiadł jak na konia, patrzał w dal, dłonią oczy sobie przysłoniwszy. Dotąd nie spostrzegł wcale Bagrationa.
— Posuńcie wylot jeszcze o dwie linje, a będzie zupełnie dobrze — wykrzyknął swoim cieńkim głosikiem, któremu starał się nadaremnie nadać brzmienie groźne i marsowe. Nie byłoby ono zresztą stosowne do jego drobnej figurki.
— Drugie działo...
Bagration przywołał Tonszyna. Ten zbliżył się natychmiast, przykładając nieśmiało trzy palce do daszka od czapki, ruchem podobniejszym do błogosławieństwa, którego ksiądz udziela po mszy, niż do ukłonu wojskowego. Zamiast zmiatać szeregi nieprzyjacielskie na płaszczyźnie, do czego właściwie była przeznaczoną ta baterja, posyłano bomby zapalne w sam środek wsi Schöngraben, gdzie roiło się od wojsk francuzkich.
Nikt nie powiedział wyraźnie Tonszynowi, gdzie i czem ma strzelać. On jednak poradziwszy się swojego sierżanta Zacharczeńka, dla którego miał wielki szacunek, i którego zdanie cenił wysoko, zadecydował z nim do spółki, że postarają się przedewszystkiem, wzniecić pożar w Schöngraben.
— Bardzo dobrze — pochwalił Bagration plan kapitana i pojechał dalej dla obejrzenia pola bitwy.
U podnóża pagórka niewielkiego, gdzie stał pułk grenadjerów kijowskich, słychać było żwawą strzelaninę z ręcznej broni; trochę dalej na prawo, po za dragonami, można było dojrzeć ścieśnioną kolumnę nieprzyjacielską, która starała się obejść skrzydło rosyjskie. Na lewo bór ciemny i wysokopienny widnokrąg...
Bagration rozkazał dwóm bataljonom z centrum, aby poszły wzmocnić prawe skrzydło. Na to ośmielił się zauważyć jeden z wyższych oficerów, z głównego sztabu, że w takim razie baterja zostanie zupełnie odsłoniętą. Bagration spojrzał na niego swoim wzrokiem błędnym i jakby zaspanym, zostawiając tę kwestję bez odpowiedzi. Uwaga była słuszną, nie można było tego nie przyznać. W tej samej chwili nadleciał galopem adjutant pułkowy, wysłany z pułku, który bił się nad brzegiem rzeczki. Ten zwiastował wieść fatalną, że Francuzi maszerują całą massą po płaszczyźnie, że jego pułk już rozbity, cofa się w nieładzie, aby połączyć się z grenadjerami kijowskimi. Znowu Bagration skinął głową potakująco, słowa nie wymówiwszy. Był to znak, że krok ten pochwala. Posunął się dalej ku skrzydłu prawemu, wydając rozkaz dragonom, żeby poszli do ataku. Mniej więcej w pół godziny, wrócił adjutant wiozący ten rozkaz, z raportem, że dragoni tymczasem już się cofnęli za parów, aby uchronić się przed prażącym ich bez miłosierdzia ogniem nieprzyjacielskim. Chcieli tym sposobem uniknąć strat bezowocnych, tak w ludziach jak w koniach.
— Dobrze — bąknął krótko Bagration, odjeżdżając od baterji. Słychać było strzelanie pod lasem. Ponieważ lewe skrzydło było nadto oddalone, aby główno-dowodzący mógł tam zdążyć na czas, przeto Bagration wysłał Gerkowa, aby powiedział dowodzącemu oddziałem, że ma cofnąć się czemprędzej za parów, ponieważ skrzydło prawe, nie będzie mogło wytrzymać dłużej nacisku o tyle silniejszego nieprzyjaciela. Tym sposobem o Tonszynie zapomniano najzupełniej i jego baterja pozostała bez żadnej osłony.
Książę Andrzej przysłuchiwał się uważnie i z ciekawością rozkazom wydawanym przez Bagrationa i rozmaitym zarzutom, których pozwalali sobie wobec niego inni oficerowie.
Dziwiło go niesłychanie, że właściwie główno-dowodzący, nie udzielał żadnych rozkazów, dając tylko do zrozumienia każdemu, że jego przekonanie osobiste było w zupełnej zgodzie, z tem wszystkiem, co wypływało ostatecznie ze zbiegu okoliczności, z własnej woli jego podwładnych i zależało od kaprysów pani fortuny, których nie można było z góry obliczyć. A jednak, mimo że wypadki brały obrót wręcz przeciwny jego chęciom i przewidywaniom, książę Andrzej przyznawał w duchu, że taktowne postępowanie Bagrationa było nieocenionem. Ilekroć spojrzano na twarz spokojną, marmurową główno-dowodzącego, wstępowała otucha w serca najbardziej przerażone, każda kurczowo fizjognomja drgająca, wygładzała się nagle, i uspokajały się strachem przejęte umysły. Tak oficerowie, jak i prości żołnierze, salutowali z miną wesołą swojego naczelnika i radziby byli popisać się przed nim, i prześcignąć jeden drugiego w waleczności.





XVII.

Bagration dotarł do rosyjskiego skrzydła prawego, i zjechał na płaszczyznę, gdzie słychać było dalej ogień z ręcznej broni. Tu ruch cały obu wojsk, zasłaniał gęsty obłok dymu, w którym utonął wkrótce sam głównodowodzący z całą swoją świtą. Dotąd nie widzieli jeszcze nic wyraźnie, czuli jednak za każdym krokiem, coraz żywiej, że zbliżają się do miejsca, gdzie bitwa wre już w całem tego słowa znaczeniu. Spotykali co chwila rannych. Jednemu z nich bez czapki, z głową zakrwawioną, którego podtrzymywali dwaj żołnierze, krew buchała strumieniem nosem i ustami. Ten dogorywał, kula bowiem przeszyła mu gardło na wylot. Inny bez karabina, z miną raczej wystraszoną, niż cierpiącą, szedł jeszcze żwawo potrząsając pod wpływem bolu całkiem świeżego, ręką okropnie pokaleczoną, z której również krew ciekła strumieniem, plamiąc mu szary szynel. Przejechawszy bity gościniec, zaczęli spuszczać się w dół po stromej ścieżce, na której również leżało kilka trupów. Trochę dalej żołnierze dotąd zdrowi i cali, pięli się ku nim po wzgórzu, krzycząc i wymachując rękami. Nie zważali nawet na obecność główno-dowodzącego. O kilka kroków z tamtąd, wyłaniały się już z chmur dymu szare szynele, i jeden z oficerów spostrzegłszy Bagrationa, puścił się za uciekającymi żołnierzami, chcąc ich zmusić do powrotu w szeregi.
Główno-dowodzący zbliżył się do szeregów, zkąd padały co chwila strzały głuche, tłumiąc gwar głosów ludzkich i grzmiącą komendę. Twarze żołnierzy, chociaż czarne od prochu, były nie mniej ożywione i pełne animuszu. Jedni wkładali stemple w lufy karabinowe, drudzy sypali proch na panewki wyciągając naboje z ładownic, jeszcze inni strzelali machinalnie, na chybił trafił, w środek chmur dymu gęstego i nieruchomego, którym przesiąkło powietrze. Kiedy niekiedy, grzmot dziwny i świst przeciągły zupełnie odrębnej natury, drażnił słuch nader nieprzyjemnie. — Co to być może? — pomyślał Andrzej zbliżając się do tego tłumu zbitego... — Nie tyraljery przecie, bo ci się tak nie skupiają i nie atak, gdyż nie ruszają się z miejsca, i nie formują czworoboku.
Dowódzca pułku, stary wojak, wyglądający bardzo źle, z twarzą żółtą, chudą i pomarszczoną, któremu powieki nabrzmiałe zasłaniały oczy do połowy, zbliżył się do Bagrationa, przyjmując go życzliwym uśmiechem, jako gościa wielce miłego. Wytłumaczył mu, że jego pułk zaatakowany przez francuzką konnicę, odparł ją wprawdzie, ale stracił przytem połowę ludzi. Nazwał to atakiem po wojskowemu, w rzeczywistości jednak, sam nie zdawał sobie sprawy dokładnej, co działo się z jego oddziałem, przez te pół godziny. Czy odparto konnicę nieprzyjacielską, czy ona przeciwnie rozbiła pułk jego? Pewnym i namacalnym był jedynie grad kul i kartaczy, dziesiątkujący jego ludzi, od chwili, kiedy wznieśli okrzyk: — „Oto konnica!“ — Ten okrzyk był hasłem do walki zaciętej, i wtedy zaczęli strzelać, nie już do konnicy, ale do piechoty francuzkiej, ukazującej się w dolinie.
I znowu Bagration skinął głową potwierdzająco, jakby ten raport zawierał w sobie wszystko, czego mógł pragnąć, i co z góry przewidział. Zwróciwszy się do swego adjutanta, rozkazał, aby zeszły z góry dwa bataljony 6go pułku strzelców, które widział w przejeździe.
W tej samej chwili uderzyła niesłychanie księcia Andrzeja zmiana nagła w fizjognomji główno-dowodzącego. Twarz Bagrationa wyrażała teraz postanowienie silne, niezłomne i z siebie zadowolone. Wyglądał na człowieka, który w upalny dzień letni, rzuca się naprzód po raz ostatni, aby ochłodzić ciało rozkosznie w zimnej kąpieli. Znikł bez śladu ów wzrok błędny i zaspany, ta maska nienaturalna, jakby ten, który ją przywdział, nic nie wiedział o bożym świecie. Jego oczy okrągłe, błyszczące i wytrzeszczone jak ślepie u krogulca, patrzyły bystro przed siebie, nie zatrzymując się dłużej na żadnym przedmiocie, z rodzajem pogardliwego lekceważenia wobec groźnej sytuacji. W ruchach zaś zachował dawną powolność i spokój niewzruszony.
Pułkownik błagał go, żeby usunął się z miejsca tak niebezpiecznego: — „Na miły Bóg! racz tylko spojrzeć Ekscellencjo“ — perswadował, wskazując na grad kul świszczących i pękających z trzaskiem dokoła.
W jego słowach odczuwało się ton przekonywujący cieśli, któryby ujrzał swoją siekierę, w dłoni delikatnej i wypieszczonej wielkiego pana:
— My, chudziaki, do tego nawykli, ale pan daj sobie pokój z siekierą! Ponabijałaby ci tylko nagniotków na dłoni!
Co do Bagrationa, ten był widocznie przekonany, że kule ominą go szczęśliwie. Nadaremnie bowiem poparła prośbę pułkownika i reszta oficerów od głównego sztabu. Nic im nie odpowiadając na ich błagania, Bagration kazał zaprzestać strzelania, i ustawić się w szeregi, aby zrobić miejsce nadchodzącym bataljonom. Podczas jego przemowy, zdawać się mogło, że jakaś ręka niewidzialna uchyla jeden róg zasłony z dymu, maskującej samą nizinę, i wzrok wszystkich skierował się w górę, która zaczynała występować coraz wyraźniej przed nimi, a po której pochyłości schodziła kolumna nieprzyjacielska. Można już było rozróżnić bermice futrzane grenadjerów, oficerów od żołnierzy i dopatrzeć sztandar zwijający się około drzewca.
— Jak oni szybko maszerują — odezwał się ktoś w świcie Bagrationa.
Czoło kolumny nieprzyjacielskiej, dotykało już brzegu parowu i starcie było nieuniknionem, z tej strony pochyłości. Resztki niedobitków, pozostałych z pułku całego, który był niedawno temu wystawiony na atak nieprzyjacielski, zaczęły zbierać się szybko, a ustawiwszy się jako tako w szeregi, usunęli się w prawo. Gdy to się działo, dwa bataljony strzelców nadchodziły, pędząc przed sobą maroderów; krokiem ciężkim, równym, miarowym. Na lewem skrzydle, po stronie Bagrationa, maszerował komendant oddziału. Był to mężczyzna postawy okazałej, którego twarz szeroka i czoło wysokie, naprzód wydane, świadczyły o niepoślednej inteligencji, ale i o porządnej porcji zarozumiałości. Był to ten sam oficer, z głosem niskim, basowym, który wypadł był z szałasu, zaraz drugi za kapitanem Tonszynem. Było widocznem, że w tej chwili nie myślał o niczem innem, jak tylko żeby przejść z pewną niewymuszoną układnością i z miną junacką, obok swojego naczelnika. Kołysał się od niechcenia, na nogach tęgich i muszkularnych, i wyciągał się jak struna, nie wysilając się zbytecznie. W ręku trzymał pałasz z pochwy wyciągnięty, z klingą doskonale wyostrzoną i zakrzywioną cokolwiek. Patrzał to na Bagrationa, to na tych, którzy szli za nim, nie zmyliwszy taktu i dotrzymując kroku żołnierzom. Powtarzał prawie za każdym krokiem, wywijając na wszystkie strony swoje giętkie członki: — „W lewo, w lewo, w lewo!“ — A mur żywy posuwał się w takt za nim, i każdy z tych ludzi, z twarzami ponuremi, ale tak niepodobnemi jedna do drugiej, mimo że każdy dźwigał na sobie karabin i ciężki tornister, był przejęty tą samą co on myślą, i zdawał się powtarzać za nim: — „W lewo, w lewo, w lewo!“
Gruby major dysząc ze zmęczenia, zgubił krok, zatrzymany przez jakiś krzak przydrożny, który musiał obejść. Inny znowu maroder, przerażony swojem opóźnieniem i niedbałością, pędził na złamanie karku, aby połączyć się z oddziałem.
Przeleciał granat po nad głowami Bagrationa i jego świty, i padł w samym środku kolumny strzelców:
— Ścieśnić szeregi! — krzyknął zawadyjacko komendant oddziału. Żołnierze rozsunęli się w miejscu, gdzie padł granat, a podoficer, stary, wysłużony wojak, który zatrzymał się był przez chwilę przy zabitych, stanął natychmiast w szeregu, spiesząc się aby nastarczyć kroku żołnierzom. Kiedy niekiedy oglądał się jednak po za siebie z miną wielce zafrasowaną.
— Przeszliście dziarsko moje dzieci, po pod sam nos nieprzyjacielowi — zawołał Bagration z pochwałą. Rozległ się okrzyk: — „Na usługi waszej Ekscellencji!“ — Jeden tylko żołnierz spojrzał na niego ponuro i w milczeniu, jakby chciał powiedzieć: — „Wiemy o tem lepiej od ciebie!“ — Inny znowu, nie oglądając się po za siebie, w trwodze śmiertelnej szedł dalej, ale krzyczał w niebogłosy, jakby ten krzyk miał kule odstraszyć.
Wydano rozkaz zatrzymania się i zrzucenia tornistrów.
Bagration przebiegł szeregi, które przed nim defilowały, zsiadł z konia, rzucił uzdę kozakowi razem z burką, i nogi wyciągnął. W tej chwili ukazało się na brzegu parowu czoło kolumny francuzkiej, z oficerem dowodzącym na przedzie.
— Na przód dzieci! i niech nam Bóg dopomoże! — krzyknął Bagration głosem dźwięcznym i silnym, zwracając się twarzą ku swoim szeregom. Szedł krokiem niepewnym kawalerzysty, po gruncie nierównym i śliskim. Książę Andrzej czuł się porwany siłą niezwyciężoną, niewstrzymaną i był tem uszczęśliwiony po nad wszelkie wyrazy.
Francuzi byli tuż blisko. Mógł rozpoznać dokładnie ich twarze, pasy skórzanne, czerwone szlify i starego oficera, który z wielką mozołą, ledwie wlokąc nogami ujętemi w kamasze, drapał się pod górę.
Padł strzał... jeden, drugi, trzeci, kolumnę nieprzyjacielską na nowo dym przysłonił: rozpoczął się gęsty ogień karabinowy. Kilku ludzi padło po stronie rosyjskiej, między innymi ów oficer, który zadawał sobie tyle pracy, aby popisać się przed Bagrationem.
Po pierwszym strzale, Bagration krzyknął. — „Hurra!“ — Odpowiedziano mu grzmiącem — „Hurra!“ — na całej linji; i wyprzedzając jego samego, resztę oficerów, jeden żołnierz drugiego, wojsko rosyjskie puściło się radośnie w pogoń za Francuzami, których szeregi zdołano szczęśliwie przełamać.





XVIII.

Atak 6go pułku strzelców, zapewnił rejteradę skrzydłu prawemu. Po środku pożar wzniecony w Schöngraben przez baterję Tonszyna, (o której zapomniano najzupełniej,) wstrzymywał pochód Francuzów. Zajęli się oni gaszeniem ognia, który wicher rozmiatał na wszystkie strony, zostawiając Rosjanom czas i wolne pole do cofania się w jakim takim porządku. Centrum posuwało się szybko wzdłuż parowu, ile możności bez hałasu, ale z pewnym ładem. Za to lewe skrzydło, zaatakowane i odcięte przez wojsko o wiele silniejsze pod komendą Lannes’a, które składały pułki piechoty Azowskiej i Podolskiej, szło w rozsypkę. Bagration wysłał Gerkowa z rozkazem do komendanta, aby lewe skrzydło natychmiast wycofał.
Gerkowr, z palcami u daszka, odsalutowawszy podług regulaminu, puścił się galopem. Skoro jednak stracił z oczów Bagrationa, zawiodła go odwaga. Zdjęty trwogą szaloną, nie był wstanie jechać dalej w stronę gdzie groziło największe niebezpieczeństwo. Zaczął więc szukać jenerała i reszty oficerów, tam gdzie ich znaleźć nie mógł; z czego wynikło, że rozkazu wcale nie odebrano.
Jenerał dowodzący lewem skrzydłem, był to ten sam pułkownik, awansowany tymczasem, któregośmy widzieli w Braunau, i w którego pułku służył Dołogow. Na drugim końcu lewego skrzydła, dowodził naczelnik pułku Pawłogrodzkiego, w którym to pułku był junkrem Mikołaj Rostow. Dwaj dowódzcy srodze zagniewani jeden na drugiego, z czego wypływało nieporozumienie, tracili czas na obelżywem zwalaniu winy jeden na drugiego, w chwili kiedy skrzydło prawe, biło się od dawna z nieprzyjacielem, nawet Francuzi zaczynali się zwolna wycofywać.
Pułk kawalerji, jak i pułk strzelców, nie był wcale po temu usposobiony aby wziąć udział w bitwie. Od żołnierzy, aż do jenerała, kłócono się zawzięcie i bezustanku. Obecnie piechota zajęta była najspokojniej w świecie, grzaniem rąk i nóg zziębniętych nad ogniskiem, a kawalerja rozdawała furaż koniom.
— Jenerał jest wprawdzie starszym rangą odemnie — odpowiadał czerwony z gniewu i zasapany niemiec, pułkownik huzarów, adjutantowi wysłanemu z rozkazem. — Ale dla jego widzimisię, ja nie mogę poświęcić mego pułku... Niech się i na głowie postawi, to mnie mało obchodzi... Trębacze... zatrąbić do odwrotu...
Walka jednakże wrzała coraz zawzięciej. Grzmiały działa, nie ustawał również ogień karabinowy. Na prawo i po środku, tyraljerzy Lannes’a posuwali się po grobli koło młyna, i wyciągnęli się długą linją, przed Rosjanami, zaledwie na odległość dwóch wystrzałów karabinowych. Jenerał dowodzący oddziałem, wlazł z ciężkim trudem na konia, i prostując się w całej swojej długości, udał się sam do pułkownika kawalerji. Odsalutował jeden drugiego na pozór z rycerską grzecznością, w ich jednak minach ponurych i w spojrzeniach piorunujących, które na siebie ciskali, malowała się dosadnie ich wzajemna nienawiść.
— Nie mogę przecież panie pułkowniku, zostawić połowy moich ludzi w lesie, na boskiej opatrzności! Proszę zatem — położył nacisk na to słowo — proszę zająć wyznaczone mu stanowisko, i być gotowym do ataku.
— A ja proszę pana jenerała, żeby nie mieszał się w sprawy nie moje... Gdybyś pan dowodził konnicą...
— Nie jestem kawalerzystą, panie pułkowniku, za to mianowano mnie rosyjskim jenerałem; jeżeli to nie doszło dotąd do jego wiadomości...
— Wiem o tem doskonale, Ekscellencjo — pułkownik z czerwonego stał się purpurowym, tak mu z wielkiej irytacji krew cała do głowy uderzyła. — Czy nie raczyłby jednak pan jenerał towarzyszyć mi do naszych forpocztów? Przekonałby się wtedy naocznie, że ta pozycja jest wprost niemożliwą, to też nie poszlę na rzeź moich ludzi, dla pańskiego widzimisię!
— Niech się pan pułkownik nie zapomina! Taki jest plan bitwy, a nie moje własne widzimisię, i nie pozwolę, żeby mi ktokolwiek śmiał ubliżać...
Wspiął konia przyjmując wyzwanie na ten rodzaj turnierów, w których mieli obydwaj popisać się odwagą. Z piersią na przód wydaną, z brwiami groźnie ściągniętemi, udał się razem z pułkownikiem w stronę tyraljerów, jakby ich spór zacięty, nie mógł rozstrzygnąć się gdzieindziej, tylko pod gradem kul nieprzyjacielskich. Gdy tam przybyli, kilka kul świsnęło im nad głowami. Milczeli obydwaj. Nie zobaczyli tam właściwie nic nowego. Tak samo z miejsca, które opuścili, można było objąć wzrokiem teren, pełen zarośli i wklęsłości, po którym było czystem niepodobieństwem dla kawalerji iść do ataku. Również i to nie podpadało najmniejszej wątpliwości, że Francuzi manewrowali w taki sposób, żeby otoczyć lewe skrzydło, i niedopuścić mu do rejterady. Komendanci patrzyli ostro jeden na drugiego, niby dwa zawzięte na siebie koguty, które gotując się do walki, czekają daremnie na jakąkolwiek oznakę słabości u przeciwnika. Obaj wyszli z honorem z tej próby ogniowej, i byliby tak stali w nieskończoność, dla zadowolenia miłości własnej, żaden z nich bowiem nie chciał pierwszy opuścić niebezpiecznego stanowiska, gdyby w tej samej chwili, nie zaczęto sypać kulami, o dwa kroki wstecz, przy akompaniamencie krzyków przeraźliwych.
Francuzi napadli na garstkę żołnierzy, zatrudnionych zbieraniem w lesie paliwa. Nie było więcej mowy o tem, żeby huzarzy mogli cofać się razem z piechotą, byli bowiem odcięci od drogi na lewo, przez forpoczty nieprzyjacielskie. Musieli więc wykonać szarżę na nieprzyjaciela, mimo prawie niemożliwego terenu, aby sobie do rejterady drogę utorować.
Szwadron Rostowa, który miał ledwie czas wskoczyć na siodło, znalazł się oko w oko z nieprzyjacielem. W tej chwili, tak samo jak na owym moście w Enns, nie było nic więcej pomiędzy nimi a nieprzyjacielem, jak tylko niewielka przestrzeń, pełna trwogi przed czemś nieznanem, owa przestrzeń dzieląca żywych od umarłych, którą każdy odczuwał instynktowo, pytając się w ducha skrytości z mimowolnem wzruszeniem, ażali przebędzie ją zdrów i cały?... Pułkownik stanął przed frontem w wściekłym humorze, odpowiadając niechętnie na pytania oficerów. Było widocznem, że postanowił działać na własną rękę. Nareszcie rzucił im coś nakształt rozkazu. Nie było w tem jeszcze nic wyraźnego, jednak pewne nieokreślone poruszenie, pozwalało domyślać się, że pójdą niebawem do ataku. Usłyszano nagle komendę: — „Ścieśnić szeregi!“ — brzęk pałaszy wydobytych z pochew. Dotąd nikt się nie ruszał. Uderzało każdego wahanie się i niepewność komendantów, co też udzieliło się wkrótce całemu oddziałowi.
— Ah! gdyby to już mogło nadejść prędzej, prędzej! — pomyślał Rostow, odczuwając w chwili ataku, owe rozkoszne podniecenie, o którem tyle mu się naopowiadali starsi od niego towarzysze.
— Naprzód dzieci, i niech nam Bóg dopomaga! — krzyknął Denissow — Truchtem zrazu... marsz! marsz!
Zafalowały grzbiety końskie. Pomknął i Kruk Rostowa żwawo naprzód.
Na przedzie, po prawej ręce, miał Rostow pierwsze szeregi huzarów, a w głębi przed sobą, wyciągniętą linję ciemną, z której na razie nie umiał sobie zdać sprawy. Tą linją było wojsko nieprzyjacielskie. Słychać było w oddali strzały karabinowe.
— Kłusem...
Rostow idąc za popędem konia rozgrzanego, uczuł w sobie ten sam zapał z szałem graniczący. Drzewo rosnące samotnie, a które według jego obliczenia, stało po środku tej przestrzeni tajemniczej, znajdowało się już w tyle za nimi.
— A więc linja przebyta, i nie ma dotąd nic strasznego, przeciwnie zaczyna mi się wszystko przedstawiać coraz zabawniej, i coraz weselej. Oh! z jakąż rozkoszą zacznę siec, rąbać! — szepnął sam do siebie, ściskając mocno w dłoni rękojeść pałasza.
W tyle po za nim, zagrzmiało — „Hurra!“ — potężne...
— Żeby mi się tylko który nawinął pod rękę — pomyślał.
Puścił się galopem wspiąwszy konia ostrogami. Jednocześnie jakby na komendę, śmignęły w całym szwadronie szpicrózgi. Rostow podniósł prawe ramię, gotując się do rąbania w prawo i w lewo. Spostrzegł nagle żołnierza Nikiteńkę, który tuz przed nim galopował, jak oddalał się coraz bardziej od niego, i uczuł się unoszonym niby we śnie z szybkością odurzającą, nie ruszając się wcale z miejsca. Jeden z huzarów przeleciał obok lotem strzały, spojrzawszy na niego ponuro.
— Cóż się stało? Nie posuwam się naprzód, czym upadł? — Czym już nieżywy?
Pytania i odpowiedzi mózg mu rozpierały. Był sam wśród pola; nie widział ani koni galopujących, ani huzarów. W koło niego była tylko ziemia wilgotna, nieruchoma i ściernisko na płaszczyźnie po zbożu zżętem. Ściekało tylko coś ciepłego, krew, kropla po kropli.
— Nie, ja nie jestem ranny, ale zabito mego biednego konia!
Kruk próbował dźwignąć się, upadł jednak nazad, przywalając jeźdźca całym swoim ciężarem. Z jego łba delikatnego, kształtnego, sączyła się krew i rzucał się w kurczach przedśmiertnych. Rostow starał się stanąć na nogi, ale upadł zaczepiwszy o siodło swoją torbeczkę wiszącą przy pałaszu.
— Gdzie nasi? Gdzie Francuzi? — pytał w duchu.
Nic nie wiedział... Nie widział nikogo...
Gdy zdołał wreszcie wydobyć się z pod konia, stanął na nogi.
— Gdzież podziała się owa linja, rozdzielająca tak wyraźnie dwie armje? Czy zaszło ze mną coś nadzwyczajnego? Czy to zawsze odbywa się w ten sposób? I co ja teraz mam począć z sobą?...
Uczuł niepojęty ciężar w lewem ramieniu, zupełnie ubezwładnionem. Sama ręka zdawała się nie należeć wcale do niego, tak mu ścierpła, a jednak nie było na niej ani śladu krwi.
— Ah! nadchodzą jacyś ludzie, oni mnie poratują — pomyślni ucieszony.
Pierwszy ku niemu nadbiegający, z cerą smagłą, prawie barwy miedziannej, z nosem mocno zakrzywionym, w mundurze szafirowym, miał na głowie czako dziwnego kształtu. Przemówił do drugiego żołnierza, w języku, którego Rostow wcale nie rozumiał. Reszta żołnierzy ubranych tak samo, prowadziła huzara z jego pułku.
— To pewno ich jeniec?... Czy i mnie wezmą w niewolę? — pomyślał Rostow oczom własnym nie wierząc. — Czyżby to byli Francuzi?
Przypatrywał się uważnie nadchodzącym, a mimo że przed chwilą czuł się tak pełnym animuszu i radby ich był wszystkich w pień wyciąć, obecnie to bliskie z nimi sąsiedztwo krew mu w żyłach zmroziło i trwożyło niewypowiedzianie.
— Gdzie oni idą?... Czy chcą mnie napaść?... Może mnie zabiją?... A za co?... Mnie, którego kocha świat cały?...
I przypomniała mu się miłość macierzyńska, jak również całej jego rodziny. Tak mu byli wszyscy życzliwi, dlaczegożby ci go mieli zabijać?
Stał na miejscu jak przykuty, nie zdając sobie sprawy dokładnej z położenia. Tymczasem ów Francuz z nosem jak dziób sępa, z twarzą taką dziwną, dysząc z biegu prędkiego i którego widział już teraz doskonale, zbliżał się ku niemu z nałożonym bagnetem. Rostow porwał za pistolet, lecz zamiast dać ognia do przeciwnika, rzucił tylko nim gwałtownie i uderzył Francuza kolbą w głowę, przyczem wziąwszy nogi za pas, zaczął zmykać z całej siły, aby skryć się czemprędzej w gęstwinie.
Jakże dalekiem było teraz od niego owe uczucie gorączkowe, podniecone, pragnące walki, którego tak żywo doświadczył na moście w Enns! Biegł pędem, niby zając goniony przez charty. Instynkt zachowawczy, chęć namiętna uratowania swego życia tak młodego, a które dotąd spędzał swobodnie i najszczęśliwiej, skrzydła mu prawie do nóg przypinały. Przesadzał rowy, przeskakiwał skiby ze zwinnością kocią, jak w latach dziecięcych. Często zwracał wstecz swoją twarz poczciwą a bladą, dreszcz zaś trwogi nim wstrząsającej podniecała i zdwajała jego siły.
— Lepiej nie patrzeć po za siebie — pomyślał. —
Skoro jednak znalazł się pomiędzy pierwszemi krzakami, przystanął na chwilę. Francuzów daleko za sobą zostawił, a ten pierwszy, który napadł na niego z bagnetem w rękach, zwalniał również kroku i zdawał się zwoływać na naradę swoich towarzyszów.
— Nie! To niepodobna!... Oni mnie nie chcą zabić! — pomyślał znowu.
Ramię jednak ciężyło mu coraz bardziej, zdawało mu się że dźwiga na niem najmniej dwa centnary. Nie mógł prawie iść dalej. Francuz mierzył do niego widocznie. Przymknął oczy i przykucnął pod krzakiem. Zaświtała mu koło ucha jedna... druga kula... Resztę sił wytężył a podtrzymując prawą ręką zwisłe ramię lewe, pomknął dalej w gąszcz leśną. Tam było zbawienie, tam stali rosyjscy tyraljerzy!





XIX.

Piechota napadnięta z nienacka w lesie, uciekała z niego galopem, w rozsypce najzupełniejszej. Jeden z żołnierzy, przejęty trwogą, wymówił te słowa, mające tak straszne w bitwie znaczenie:
— Odcięto nas! Otoczono!...
Na te słowa złowrogie, wszystkim naraz krew w żyłach zlodowaciała z nadmiaru przerażenia.
— Otoczeni!... Odcięci!... Zgubieni!... — krzyczeli w niebogłosy uciekający.
Po pierwszych strzałach, usłyszawszy krzyki, komenderujący oddziałem, domyślił się, że stało się coś fatalnego. Uderzony tą myślą straszliwą, że on, oficer w służbie dotąd nieskazitelny, punktualny w wypełnianiu danych mu rozkazów, może podpaść ostrej naganie i być posądzonym przez Bagrationa o niedbalstwo i zupełną nieudolność, zapomniał w tej chwili o swojej wysokiej godności, którą pysznił się jak paw nadęty, zapomniał o swoim rywalu i podwładnym, nie znającym się na karności wojskowej, a nawet o grożącem mu zewsząd niebezpieczeństwie. Trzymając się siodła oburącz, dał ostrogi koniowi i popędził galopem, aby stanąć na czele oddziału, pod gradem kul, z których na szczęście żadna go nie dosięgła. Pragnął tego jedynie, aby dowiedzieć się, co się stało, naprawić błąd o ile możności i stanąć czystym w obec wodza naczelnego, on, który liczył już lat dwadzieścia kilka służby, wolnej od zarzutu i skazy wszelakiej.
Przebył wreszcie linją nieprzyjacielską najszczęśliwiej i wpadł z drugiej strony lasu w sam środek uciekających, którzy pędzili na przełaj, przez pole, nie chcąc już słuchać żadnej komendy. Była to owa chwila straszliwa, wahania się i niepewności, która częstokroć rozstrzyga o losie bitwy. Czy ten motłoch oszalały z trwogi usłucha głosu wodza, tak dotąd poważanego, czy też będzie dalej uciekał bez zastanowienia? Niestety, nic ich wstrzymać nie zdołało. Lecieli dalej jak opętani mimo desperackich nawoływań jenerała, mimo że ochrypł w końcu z krzyku, nie zważając na jego gesta pełne wściekłości, na usta zapienione, na pięście groźnie zaciśnięte. Szala przechyliła się, trwoga zwyciężyła wszelkie inne względy, kość była rzucona, fatalności nie można było odwrócić.
Jenerał dusił się prawie z krzyku, dym go oślepiał, stanął wreszcie zrozpaczony i bezradny. Wszystko zdawało się stracone bezpowrotnie, gdy Francuzi goniący dotąd za uciekającymi, nagle jak się na razie mogło zdawać, bez powodu wyraźnego, zaczęli sami uciekać i skryli się nazad w lesie, zkąd naraz wyszli rosyjscy tyralierzy. Był to oddział Tymokina, który jeden stał dotąd porządnie, nie złamawszy swoich szeregów. Schowany w leśnej gęstwinie, zaatakował teraz z tyłu Francuzów. Tymokin wywijając swoją małą szabelką, wypadł na nieprzyjaciela tak gwałtownie i z taką odwagą niesłychaną, że Francuzi przerażeni, uciekli, broń rzucając po za siebie. Dołogow biegnący tuż obok kapitana, jednego Francuza położył trupem na miejscu. On też pierwszy wziął w niewolę wyższego oficera francuzkiego. Zatrzymali się rosyjscy uciekinierzy, sformowano nazad bataljony, a nieprzyjaciel, który o włos byłby przeciął odwrót rosyjskiemu skrzydłu lewemu, biorąc je we dwa ognie, został rozbity i odepchnięty. Wódz naczelny stał na moście, z majorem Ekonomowem i był przytomny rejteradzie każdej kompanji po kolei, gdy jakiś żołnierz podszedł do jego konia, chwycił za strzemię, i przycisnął się cały do jego nogi. Ten żołnierz niósł w ręce szpadę oficerską, przez ramię zaś przewiesił bluzę szafirową i francuzką ładownicę. Głowę miał obwiązaną; był zresztą bez czaka i bez tornistra na plecach. Uśmiechał się mimo bladości śmiertelnej i znużenia okropnego. Jego duże, wyraziste oczy patrzały śmiało na jenerała, który nie mógł wstrzymać się, żeby nie spojrzeć na niego, mimo że zabierał się właśnie do wydawania rozkazów majorowi.
— Ekscellencjo, oto dwie zdobycze na nieprzyjacielu — wołał Dołogow pokazując szpadę i ładownicę. — Wziąłem w niewolę oficera, wstrzymałem całą jednę kompanję... (oddychał z trudnością zadyszany i zziajany. Mówił słowami urywanemi)... Cała nasza kompanja może to zaświadczyć, błagam... niech wasza Ekscellencja raczy o tem pamiętać...
— Dobrze, dobrze — odrzucił jenerał, nie przerywając rozmowy z majorem.
Dołogow pociągnął go za ramię, a zdjąwszy bandaż z głowy, pokazał mu w dodatku krew skrzepłą i do włosów przylepioną:
— Rana od bagnetu — zauważył. — Byłem ciągle na przedzie, proszę o tem nie zapomnieć... Ekscellencjo...
Powiedzieliśmy już wyżej, że zapomniano najzupełniej o baterji Tonszyna. Bagration, słysząc nieustającą kanonadę w centrum, posłał tam najprzód oficera z głównego sztabu, później wyprawił tamże księcia Andrzeja, z rozkazem do Tonszyna, żeby cofnął się natychmiast. Dwa bataljony, które miały bronić i osłaniać baterję, na jakiś rozkaz, spadły nie wiedzieć zkąd i od kogo, wzięły udział w bitwie, a baterja strzelała dalej. Francuzi zbici z tropu tym ogniem tak energicznym i nieustającym, przypuszczając, że w tej stronie właśnie skupiły się przeważnie siły rosyjskie, próbowali dwa razy zdobyć baterję. Odparto ich jednak za każdym razem, kartaczując bez miłosierdzia, temi czterema paszczami ognistemi, samotnemi, opuszczonemi i zapomnianemi na wzgórku najwyższym...
Wkrótce po odjeździe Bagrationa, udało się Tonszynowi wzniecić pożar w Schöngraben.
— Patrzajcie, jakie tam ze wszech stron buchają płomienie, a jakie chmury dymu!... Pali ci się jak hubka wesoło... Lecą na złamanie karku Francuziska gasić ogień!... Tośmy im dali bobu!... — wołali żołnierze uszczęśliwieni, że tak im się świetnie powiodło.
Wszystkie działa wymierzono w tym kierunku, a każdą salwę kanonierzy przyjmowali okrzykami radości. Płomienie wichrem podsycane, rozlewały się coraz szerzej i groźniej. Francuzkie szeregi opuściły wieś Schöngraben, i ustawiły od niej na prawo dziesięć dział, które odpowiadały na salwy Tonszyna.
Radość dziecinna, ogarniająca umysły i rozgrzewająca serca kanonierów Tonszyna, na widok pożaru przez nich wznieconego, tak ich odurzyła, że zrazu wcale nie zwrócili uwagi na baterję ustawiającą się naprzeciw nich. Spostrzegli się wtedy dopiero, gdy najprzód dwa a później coraz większa ilość pocisków, zaczęły padać pomiędzy ich działa. Jednemu z kanonierów nogę urwało, i dwa konie padły. To jednak nie ostudziło bynajmniej ich żarliwości; nadało jej tylko inną cechę. Konie zastąpiono innemi, rannych usunięto, a cztery działa skierowano wprost na baterję nieprzyjacielską. Ów podoficer, tak lubiony i ceniony przez Tonszyna, zginął jeden z pierwszych. Z czterdziestu ludzi, obsługujących działa, siedmnastu los jego podzieliło w przeciągu godziny niespełna. Ci zaś, którzy tamtych przeżyli, uwijali się dalej żwawo i radośnie, spełniając swoją powinność.
Malutki kapitaś z ruchami niezgrabnemi i dziecinnie nieśmiałemi, kazał tylko nakładać swemu pachołkowi fajkę jednę za drugą, i co chwila wysuwał się naprzód, aby przyglądać się uważnie Francuzom, przyczem zawsze przysłaniał sobie oczy dłonią.
— Pal! pal! — krzyczał bez ustanku, sam porywając za koła armatnie i ustawiając działa, aby lepiej wymierzyć.
Wśród dymu gęstego, ogłuszony ciągłym hukiem, który wstrząsał jego drobną figurką za każdym wystrzałem, Tonszyn biegał od jednego działa do drugiego, z fajką w zębach. To sam celował, to liczył pozostałe naboje, to kazał zmieniać konie w zaprzęgach. Wśród huku i łoskotu piekielnego, rzucał co chwila rozkazy, głosikiem słabym i cieniutkim. Twarz rozpromieniała mu się coraz bardziej. Tylko wtedy mieniła się i drgała kurczowo, gdy padł obok niego który z jego ludzi ranny lub zabity na miejscu. Wtedy odwracał się od niego, krzycząc i hałasując na żyjących, że nie dość pospiesznie usuwali na bok trupy i ranionych żołnierzy. Kanonierzy, jak to zdarza się często w artylerji, chłop w chłopa, rośli i barczyści, nie o jednę, ale o dwie głowy wyżsi od swojego dowódzcy, wytrzeszczali jednak oczy, wpatrując się w niego, jakby dzieci nieletnie, gdy znajdują się w trudnem i niebezpiecznem położeniu. Wyraz, jaki malował się na twarzy kapitana, odzwierciedlał się wiernie w ich fizjognomjach ostrych, wybitnych, ale strasznie bezmyślnych i apatycznych.
Dzięki temu grzmotowi nieustannemu, temu harmiderowi, Tonszyn nie uczuwał ani cieniu trwogi. Nie przypuszczał wcale, żeby mógł być rannym lub zabitym. Zdawało mu się, że od pierwszego strzału, wymierzonego na nieprzyjaciela, upłynęło sporo czasu; że stoi tu od wczoraj, i że ta mała przestrzeń kwadratowa zżyła się z nim, a on z nią, że jest mu dobrze znaną i ma już do niej pewne przywiązanie. O niczem nie zapominał, wydawał rozkazy z krwią najzimniejszą, jakby dowódzca w bojach posiwiały, a jednak znajdował się w stanie takiego rozdrażnienia nerwowego, jak ktoś pijany lub mający wpaść w obłąd.
Wśród tego chaosu, wśród ogłuszającego huku dział, gęstych chmur dymu, bomb nieprzyjacielskich padających co chwila, to na człowieka, to na konia; z pomiędzy owych żołnierzy uwijających się z pośpiechem gorączkowym, z czołem potem zroszonym; w głowie Tonszyna powstawał i tworzył się świat odrębny i dziwnie fantastyczny, a napełniający go nieznaną dotąd rozkoszą. W tym śnie na jawie, armaty nieprzyjacielskie wydawały mu się olbrzymiemi fajkami, z których ktoś niewidzialny wypuszczał kłęby dymu.
— Oho! już tamten faję zapalił — mówił półgłosem sam do siebie, na widok nowego słupa dymu białawego, który wiatr unosił. — Złapmy kulę Francuzowi i odeślijmy mu ją nazad.
— Co rozkaże Wasza Miłość? — spytał kanonier stojący obok kapitana, nie dosłyszawszy dokładnie jego szeptu.
— Nic! nic! — machnął ręką wymijająco. — Idź do nich! idź nasza Matuszka! — dodał wskazując na działo największego kalibru, a bardzo starożytne, które stało ostatnie w szeregu, i zostało nazwane przez Tonszyna Matuszką. — Przemów do nich, jak to ty jedna umiesz!...
Francuzi wydawali mu się olbrzymiem mrowiskiem, rozsypującem się w koło dział. Piękny, rosły kanonier, trochę podchmielony, który obsługiwał drugie działo od przodu, przedstawiał w Tonszyna świecie fantastycznym, jakąś wymarzoną postać — „wujaszka”. — Tego wujcia ruch każdy zajmywał go w szczególności, a odgłos kanonady, uderzał słuch kapitana, niby oddech istoty żyjącej. Liczył też bacznie każde jej westchnienie.
— Oho! już zaczyna ciężko wzdychać! — szeptał. Sam sobie, wydawał się olbrzymem, ciskającym obiema rękami bomby na nieprzyjaciela.
— No, moja droga Matuszko! Spełń tak dobrze, jak zazwyczaj swoją powinność.
Tylko skończył czułą przemowę do swego działa ulubionego, usłyszał za sobą głos nieznany:
— Kapitanie! Kapitanie Tonszyn!...
Odwrócił się przestraszony. Wołał na niego oficer ze sztabu głównego, wysłany przez Bagrationa.
— Czyś oszalał kapitanie? Już dwa razy przysłano ci rozkaz wycofania się z tego miejsca!
— Ja... ja... tego to... nic właściwie... — jąkał się biedak zmięszany najokropniej, przykładając dwa palce do daszka od czapki wojskowej.
— Ależ przecie...
Nie dokończył oficer z głównego sztabu. Kuta armatnia padając tuż koło niego, tak go spłoszyła, że położył się jak długi na koniu. Zaczynał frazes na nowo, gdy kartacz świsnąwszy mu koło ucha ścisnął go po wtórnie za gardło, niby kleszczami. Zawrócił konia czemprędzej, uciekając galopem. Na odjezdnem rzucił Tonszynowi:
— Cofać się natychmiast...
Artylerzyści kładli się prawie od śmiechu. W tropy za pierwszym oficerem, zjawił się drugi z tym samym rozkazem.
Był nim książę Andrzej. Pierwszym przedmiotem, który go uderzył, gdy wstąpił na płaszczyznę, był koń, z nogą urwaną. Krew buchała z niego strugą szeroką; biedak rżał żałośnie, obok swoich towarzyszów stojących dotąd w zaprzęgu. Nieopodal leżało kilku ludzi zabitych.
Przelatywały mu po nad głową z świstem złowrogim, kule armatnie, jedna za drugą. Za każdym razem czuł dreszcz przebiegającą od głowy do stóp. Sama myśl jednak, że mógłby się bać czegokolwiek, pomogła mu odzyskać odwagę. Zsiadł wolno z konia, wśród dział, i na miejscu rozkaz odraportował. Postanowiwszy w duchu, że muszą działa wycofać w jego obecności, choćby pod gradem kul nieprzyjacielskich, pomagał dzielnie Tonszynowi, przeskakując trupy rozciągnięte na ziemi.
— Przed chwilą odwiedziła nas jakaś matadora, ale uciekła jeszcze prędzej — zaśmiał się jeden z kanonierów. — Nie tak, jak wasza miłość — dodał patrząc z podziwem na Andrzeja.
Bołkoński nie zamienił dotąd jednego słowa z Tonszynem. Zatrudnieni obydwaj, zdawali się nie widzieć wcale jeden drugiego. Skoro im się udało wsadzić działa na przodki, zaczęli zjeżdżać z góry, zostawiwszy na miejscu jedno działo zagwożdżone a drugie pęknięte.
— Do zobaczenia — zawołał Andrzej.
I wyciągnął rękę do kapitana.
— Do zobaczenia, mój drogi przyjacielu! moja dobra, najmilsza duszyczko!
Tonszynowi, gdy żegnał księcia Andrzeja, oczy zaszły łzami, sam nie wiedział dla czego?





XX.

Wicher ustawał. Ciężkie chmury na widnokręgu tak nisko zwisały po nad ziemią, że łączyły się z białemi chmurami, powstałemi z dymu po strzałach i z dopalających się zgliszczy we wsi Schöngraben. Na ciemnym tle widnokręgu, odbijały ponuro i tem wyraźniej, łuny purpurowe z dwóch pożarów. Kanonada ustała zupełnie. Za to ogień karabinowy odzywał się jeszcze w tyle i z prawej strony, wzmagając się i przybliżając, w miarę jak z góry w dół wojska schodziły. Zaledwie wyprowadził swoje armaty z pod prażącego ich ognia nieprzyjacielskiego i wstąpił w parów, Tonszyn spotkał się z częścią oficerów z głównego sztabu, między innymi był i ów adjutant wysłany do niego z rozkazem cofnięcia się, i Gerkow, którego wysyłano wprawdzie dwa razy, ale ten nie mógł jakoś nigdy trafić do miejsca gdzie stała Tonszyna baterja. Wszyscy zgodnym chórem, wpadając w słowo jeden drugiemu, obsypywali go rozkazami wręcz przeciwnemi, którą drogą ma się cofać, i obarczali biedaka srogiemi wyrzutami i najostrzejszą krytyką.
Co do niego, on siedząc na swojej nędznej i chudej szkapinie, zachowywał głuche milczenie; czuł bowiem, że za pierwszem słowem, nerwy wypowiedziałyby mu posłuszeństwo, i nie byłby w stanie zapanować nad straszliwem rozdrażnieniem. Kazano mu wprawdzie opuścić rannych. Kilku z nich wlokło się przecież, a nawet pełzało na czworakach, błagając z jękiem serce rozdzierającym, o litość i o zabranie ich na armaty. Ów elegancki i wymuskany oficer od piechoty, który przed kilku godzinami wyleciał jak z procy z szałasu Tonszyna, leżał teraz rozciągnięty na łożu matuszki, z kulą w żołądku. Junker z pułku huzarów, blady i mogący zaledwie wlec nogami, z wielkiego osłabienia, prosił również o jaki kącik choćby najciaśniejszy.
— Panie kapitanie — jęczał — przez miłosierdzie Boże! pozwól mi się przyczepić gdziekolwiek! Mam ramię kontuzjonowane i czuję że siły moje są najzupełniej wyczerpane!
Było widocznem, że musiał już tak prosić kilka razy, ale zawsze bez skutku. Głos mu drżał, jakby płaczem tłumionym, mówił zaś tonem tak nieśmiałym, i tak błagającym:
— Na Boga! nie odmawiajcie mi!...
— Umieścić go, umieścić!... Podłóż twój szynel pod niego, moje serdeńko — przemówił Tonszyn do jednego ze swoich artylerzystów, którego lubił najwięcej. — A gdzież się podział ranny oficer?
— Zdjęli go... skonał — mruknął ktoś zcicha.
— Usiądź, usiądź mój przyjacielu — zachęcał junkra poczciwy Tonszyn — podłóż mu Antonow płaszcz po zmarłym oficerze... Czyś ranny biedaku? — spytał kapitan.
— Nie, otrzymałem tylko kontuzją.
— Zkądże ta krew na mundurze?
— To z nieboszczyka, wasza miłość — bąknął kanonier, ocierając łoże armatnie własnym rękawem, jakby chciał tym czynem wyprosić sobie przebaczenie, że działo poruczone jego pieczy zostało krwią splamione.
Działa popychane z tyłu przez piechotę, wciągnięto wreszcie na górę z wielką mozołą. Gdy przybyły do wsi Gunthersdorf, tam się zatrzymały. Tak już było ciemno, że o dziesięć kroków nie można było rozróżnić mundurów żołnierzy. Zwolna, zwolna ustawał ogień z ręcznej broni. Naraz, tuż blisko, na prawo, usłyszano gęste strzały. Była to ostatnia próba Francuzów, ale ta im się również nie powiodła. Rosyjscy żołnierze, odpowiedzieli na nią taką samą strzelaniną, wybiegłszy z domów, gdzie zaczynali rozgospodarowywać się po trochę. Tonszyn zaś ze swoimi niedobitkami, nie mogąc posuwać się dalej, stał w miejscu, czekając w milczeniu na zmiłowanie Boże, i na rozkazy z góry.
— A tośmy Francuzom kurtę skroili, co się zowie! Nie zechce im się tak prędko o nas ocierać — przechwalał się jeden z piechurów.
— Zdrów jesteś Petro? Nic ci nie brakuje? — spytał drugi.
— Ależ to ciemno, choć oko wykol — bąknął trzeci. Słuchajcie no braciszkowie? Nie ma tam który bodaj kropelki, zakropić gardło?
Francuzów odparto ostatecznie i działa Tonszyna odjechały tonąc w ciemnościach okiem nieprzebitych, wśród wrzasków i nawoływań nadciągającej piechoty.
Można było przypuścić że to jakaś rzeka ciemna i niewidzialna, toczy fale potężne a wzburzone. Szum fal zastępowały w tym wypadku ludzkie głosy pomięszane, niby dalekie grzmotu warczenie, dźwięki głuche podków końskich i turkot kół. Z pomiędzy tego chaosu, występywały ostro i wyraźniej: jęki i skargi żałośne rannych, które zdawały się same w sobie wypełniać te ciemności i łączyć się z niemi w jedną całość ponurą i przerażającą. O kilka kroków dalej dało się nagle czuć pewne poruszenie w tym zbitym tłumie ciał ludzkich. Przejechał jeździec na siwym koniu, otoczony liczną świtą, rzucając tu i owdzie po kilka słów:
— Co wam powiedział? Gdzie idziemy? Czy mamy się zatrzymać? Czy komu podziękował?
Gdy te pytania krzyżowały się w powietrzu, masa zbita w kłąb, uczuła się w tył popchniętą. Kazano bowiem stanąć pierwszym szeregom, i rozłożyć się obozem po środku drogi błotnistej.
Pozapalano ognie i prowadzono dalej wesołą gawędę. Kapitan Tonszyn, rozłożywszy swój tabor, posłał jednego z żołnierzy po wóz ambulansowy i po jakiego lekarza, żeby poratowali biednego junkra, trzęsącego się z zimna i z rozbierającej go gorączki, wskutek trudów, nad jego młodziutkie siły i kontuzji otrzymanej. Sam zaś usiadł przy ognisku. Biedny Rostow, jego to bowiem wsadzono na łoże armatnie, przywlókł się pod bok Tonszyna. Drżał z bolu, zimna i wilgoci; sen nieprzezwyciężony kleił mu powieki. Nie mógł jednak usnąć, tak mu dokuczało ramię skontuzjonowane. To przymykał oczy, to wlepiał je bezmyślnie w ognisko, które wydawało mu się purpurowem i jakiemś strasznem, jakby piekła czeluście. Czasem zwracał wzrok błagający na małą, przysadkowatą figurkę Tonszyna, który przykucnąwszy na nogach po turecku, patrzał również na młodego chłopaka z rzewnem współczuciem, oczami poczciwemi, pełnemi inteligencji i wzbudzającemi żywą sympatję. Rostow zrozumiał to doskonale, że kapitaś radby był z duszy poratować go w niedoli, ale nie mógł.
Z wszystkich stron odzywały się głosy i nawoływania. Słychać było hałaśliwe rozkładanie się obozem piechoty. Konie rżały, parskały i wyrzucały błoto kopytami. Z lasu dolatywał głuchy łoskot siekier i toporów drzewo ścinających.
Nie była to już rzeka niewidzialna i hucząca zdala. Zamieniła się teraz w morze toczące z trzaskiem i wrzaskiem bałwany spienione. Rostow patrzał na to wszystko i słuchał, nie zdając sobie dokładnie sprawy, z tego, co działo się w około. Jakiś stary wojak zbliżył się do ogniska, przysiadł na ziemi, wyciągnął nad płomieniem obie ręce skostniałe, a zwracając ku Tonszynowi wzrok pytający, bąknął nieśmiało:
— Czy wasza miłość raczy pozwolić? Gdzieś mi się mój pułk zawieruszył i nie mogę go odszukać!
Oficer prowadzący konwój piechoty, z twarzą przewiązaną bandażem, udał się z prośbą do Tonszyna, aby kazał działa cokolwiek usunąć, bo stoją w poprzek drogi, którą muszą przejść jego furgony. Po oficerze nadeszło dwóch żołnierzy kłócących się zawzięcie i wyrywających jeden drugiemu wiązkę siana.
— Tyś ją podniósł? ty?! kłamco jakiś! — wrzeszczał jeden głosem chrapliwym.
— Ty sam łżesz jak pies! — drugi odpowiadał, grożąc tamtemu pięścią zaciśniętą.
Znowu zbliżył się jakiś żołnierz, z szyją obwiązaną szmatą brudną i całą zakrwawioną. Ten odezwał się do kanonierów głucho i z widocznym wysiłkiem:
— Wody, wody, na miły Bóg! Czyż przyjdzie człowiekowi biednemu zginąć marnie, jak psu pod płotem?
Tonszyn kazał mu natychmiast przynieść wody. Nadbiegł w tej chwili jakiś wesoły dowcipniś, który potrzebował zarzewia, aby rozpalić ognisko dla piechoty:
— Ognia! ognia! — wołał z daleka. — Ale takiego, żeby się palił płomieniem!... Daj wam Boże szczęście swojaki! dziękuję za ogień; oddamy go przy okazji z lichwą Francuzom! — krzyczał niknąc w ciemnościach z głownią gorejącą w prawej dłoni.
Z kolei nadeszło czterech żołnierzy. Ci nieśli coś ciężkiego rozciągniętego na płaszczu oficerskim. Jeden z nich potknął się o kłodę drzewa:
— Do stu djabłów! — zaklął. — Bydlaki zostawiają na drodze takie drzewo doskonałe...
— Nie żyje, po cóż my go ciągniemy właściwie? — mruknął inny niechętnie. — Wiecie co? Ja bym...
I czterej ludzie utonęli również w ciemnościach, razem ze swoim ciężarem.
— Cierpisz biedny młodzieńcze, nie prawdaż? — spytał Tonszyn po cichu Rostowa.
— Okropnie! — jęknął zapytany.
— Wasza miłość! — wpadł im w słowo jeden z kanonierów, salutując kapitana. — Nasz jenerał książę, Bagration, chce widzieć waszą miłość.
— Idę natychmiast, kochanku!
Wstał i oddalił się zapinając na sobie mundur z pospiechem. Bagration był właśnie przy objedzie w jednej z chat o kilka kroków od ogniska artylerzystów i rozmawiał z kilkoma dowódzcami pojedynczych oddziałów, których zaprosił do swego stołu. Pomiędzy innymi znajdował się również i ów stary pułkownik, z powiekami nabrzmiałemi i opadającemi na oczy. Ten resztą zębów, które mu w szczęce pozostały, obrabiał kość ogromną z baraniej pieczeni, z wilczym apetytem. Był i jenerał, mający po za sobą dwadzieścia dwa lat służby nieskazitelnej, z twarzą mocno zarumienioną od trunków i dobrego jadła; oficer z głównego sztabu, z pięknym brylantem w pierścieniu, Gerkow mierzący biesiadników wzrokiem niespokojnym, w końcu książę Andrzej, blady, z ustami zaciśniętemi, z blaskiem gorączkowym w oczach pałających.
W jednym kącie izby złożono sztandar zdobyty na Francuzach. Audytor w cywilnem ubraniu, macał i miął w rękach tkaninę, z której sztandar był uszyty. Potrząsał przy tem głową miłosiernie. Czy materjał sztandaru wydał mu się zbyt lichym, czy też ów stół nakryty, do którego nie był zaproszonym i głodny żołądek, tak go usposabiały melancholijnie?
W chacie obok umieszczono wziętego w niewolę pułkownika francuzkiego. Otoczyli go rosyjscy oficerowie. Starali się, ale nadaremnie, coś z niego wyciągnąć.
Bagration dziękował serdecznie wszystkim komendantom, i kazał sobie opowiadać szczegółowo cały przebieg bitwy, jako też straty poniesione przez wojsko rosyjskie. Jenerał, któregośmy poznali w Braunau pułkownikiem, tłumaczył księciu szeroko i długo, jak zaraz na początku bitwy, pozbierał w szeregi żołnierzy po lesie rozproszonych, którzy zajęci byli rąbaniem drzewa. Kazał im się ustawić w dwa bataljony i poszedł z nimi na bagnety, rozbijając do szczętu kolumny nieprzyjacielskie.
— Skoro spostrzegłem, Wasza Ekscellencjo, że pierwszy batalion zaczyna jakoś mięknąć pod gradem kul, usunąłem go trochę na bok, mówiąc sobie w duchu: — „Puśćmy teraz naprzód tych drugich: przyjmiemy za to nieprzyjaciela salwą karabinową!” — I tak też uczyniłem...
Jenerał tak serdecznie pragnął atak wykonać, że w końcu sam uwierzył, jako w ten sposób wszystko się odbyło.
— Pozwolę sobie zauważyć — dodał jenerał, mając na myśli rozmowę z Kotuzowem — że podczas ataku na bagnety, szeregowiec Dołogow, wziął w niewolę w moich oczach francuzkiego oficera i odznaczył się w ogóle podczas bitwy męstwem nadzwyczajnem.
— W tej to właśnie chwili, Wasza Ekscellencjo, wziąłem i ja udział w szarży wykonanej świetnie przez pułk Pawłogrodzki — bąknął od niechcenia Gerkow, myszkując oczyma tędy i owędy. Rzeczywiście nie widział on dnia tego huzara, choćby na pokaz! i wiedział o szarży jedynie z opowiadań innych oficerów. — Rozbili oni w puch, Wasza Ekscellencjo, dwa czworoboki piechoty francuzkiej.
Uśmiechnęli się nieznacznie oficerowie z pułku huzarów, którzy należeli również do gości Bagrationa. Czekali po tych słowach na jeden z owych doskonałych i trafnych zawsze dowcipów Gerkowa. Gdy jednak po tem kłamstwie wierutnem, nie nastąpił żaden żarcik wesoły, a kłamstwo opiewało tryumf ich pułku, milczeli przybrawszy teraz minę nader poważną.
— Dziękuję wam wszystkim panowie! — przemówił serdecznie Bagration. — Wszystkie bronie bez wyjątku, piechota, konnica i artylerja, zachowały się w tym dniu pamiętnym dla nas, bohatersko! Jak się to jednak stać mogło, że zapomniano na wzgórzu o dwóch działach z centrum? — spytał jakby szukając kogoś wzrokiem po izbie.
O to ani spytał główno-dowodzący, co się zrobiło z baterją na lewem skrzydle, opuszczoną przez wszystkich od samego początku bitwy.
— O ile pamiętam, wydałem rozkaz, aby działa zabrać z tamtąd? — dodał zwracając się do oficera służbowego.
— Jedno było zagwożdżone — oficer zmięszany odpowiedział niepewnie i wymijająco — co się tyczy drugiego... na prawdę... nie wiem... nie pojmuję... Byłem tam obecny przez cały czas... powtórzyłem rozkaz otrzymany i... było tam djabelnie gorąco... — dodał od niechcenia, z miną nader skromną.
Ktoś zauważył, że posłano właśnie po kapitana Tonszyna.
— Wszak i ty tam byłeś książę? — Bagration spytał Bołkońskiego.
— Ma się rozumieć — potwierdził oficer z głównego sztabu. — Tylko żeśmy się przypadkiem rozminęli.
Tu pan oficer uśmiechnął się jak mógł najmilej.
— Nie miałem przyjemności, widzieć tam pana — odciął Andrzej krótko i ostro, jak to było u niego w zwyczaju.
Zapanowało na chwilę milczenie. Ukazał się właśnie w drzwiach izby Tonszyn, który przemykał się nieśmiało pomiędzy temi wszystkiemi matadorami wojskowemi. Jak zwykle zmieszany i zaniepokojony ich widokiem, potknął się na drzewcu od sztandaru, a jego niezgrabność wywołała w gronie oficerów śmiechy na pół tłumione.
— Jak się to stać mogło, że zostawiono na wzgórku dwa działa? — spytał Bagration marszcząc brwi. Przechylał się raczej ku partji Gerkowa, która z nim razem gotowała się więcej wydrwić i wziąć na fundusz Tonszyna, niżby miała skarcić niewczesnych żartownisiów, ujmując się za dzielnym kapitanem.
Teraz dopiero, wśród tego poważnego aeropagu, zaczynał pojmować biedny kapitaś, jak wielkiego dopuścił się błędu, opuszczając dwa działa! Dla czegóż raczej nie został i on zabitym! Straszliwe wypadki, które działy się w koło niego, przez kilka godzin; tylu jego żołnierzy położonych trupem na pobojowisku, zatarły w jego pamięci tę fatalną okoliczność. Stał niemy, spiorunowany przed wodzem naczelnym, i dopiero po dłuższej chwili zdołał wybełkotać:
— Nie wiem, Wasza Ekscellencjo... doprawdy... może... brak ludzi... koni...
— Czemuż nie użyłeś kapitanie owych dwóch bataljonów, zasłaniających twoją baterję?
Tonszyn mógł na śmiało odpowiedzieć, że przy jego baterji nie było nawet cienia jakichkolwiek bataljonów, i byłoby to szczerą prawdą. Bał się jednak skompromitować tem jakiego dowódzcę, któremu może wydano taki rozkaz, a on go nie wykonał. Stał więc dalej milczący, z wzrokiem wlepionym bezmyślnie w Bagrationa.
Milczenie przedłużało się, a sędzia Tonszyna, nie chcąc widocznie okazać się zbyt surowym, nie wiedział co ma dalej mówić. Książę Andrzej patrzał z pod oka na biednego kapitana, który miał minę nieszczęśliwą studenta wyłapanego na jakiejś psocie. Usta do krwi zagryzając, ściskał pięści kurczowo w najwyższem rozdrażnieniu. Wybuchnął nareszcie nie mogąc się dłużej pohamować:
— Wasza Ekscellencjo! — przerwał milczenie tonem ostrym i stanowczym — wysłany z rozkazem do baterji kapitana Tonszyna, zastałem ludzi jego w trzech częściach zabitych. Z koni również została mu zaledwie mniejsza połowa. Dwie armaty były roztrzaskane, a co się tyczy bataljonów, te ulotniły się bez śladu!
Bagration i Tonszyn pożerali wzrokiem mówiącego.
— Jeżeli Wasza Ekscellencja raczy mi pozwolić, to powiem otwarcie, że mojem zdaniem, powodzenie dzisiejszej potyczki z nieprzyjacielem zawdzięczamy głównie bohaterskiej dzielności, wytrwałości i męstwu nieustraszonemu, tak samego kapitana Tonszyna, jak i całej jego kompanji!
Nie czekając na odpowiedź wstał od stołu. Bagration spojrzał na Tonszyna, a nie chcąc uchodzić w tej sprawie drażliwej za niedowiarka, skinął głową potwierdzająco i powiedział Tonszynowi, że może już odejść.
Za kapitanem w tropy wyszedł z izby książę Andrzej.
— Dzięki stokrotne! — Tonszyn ścisnął rękę jego najserdeczniej w obu dłoniach — wyratowałeś mnie książę kochany z tarapaty nie lada!
Książę Andrzej nic mu już na to nie odpowiedział. Oddalił się, patrząc ze smutkiem na zacnego, a tak zapoznanego kapitana. Ciężar nieznośny serce mu przygniatał... Tak mu się wszystko dziwnem wydawało! tak było odmiennem od tego, czego spodziewał się i co sobie wyobrażał...
— Co to za jedni? Co oni robią? Kiedy to skończy się nareszcie? — pytał w duchu Rostow, śledząc wzrokiem gorączką zamglonym, cienie snujące się bezustannie w koło niego.
Ramię go bolało, coraz bardziej morzył go sen. Przed oczami latały płatki czerwone. Wszystkie wrażenia odniesione dnia tego, ten gwar głosów ludzkich, te nieznane mu postacie, to uczucie samotności, opuszczenia... wszystko, wszystko tonęło niejako w bolu fizycznym, który pozbawiał go chwilami wszelkiej przytomności... Tak, tak, to ci ranni żołnierze przygniatają go całym swoim ciężarem... zamęczają na śmierć... inni znowu wyciągają mu bez miłosierdzia ramię ze stawów... a jeszcze inni przypiekają mu ciało nad płomieniem... Aby pozbyć się ich wszystkich, zamknął oczy i zapomniał na chwilę o nieznośnem cierpieniu. W tej przelotnej sekundzie przesunęły się przed nim rozmaite osoby niby widma wywołane siłą magnetyczną. Zobaczył matkę z jej rączkami białemi i delikatnemi, potem Sonię, z szyjką cieniutką i wąziutkiemi ramionami podlotka. Następnie uśmiechały się do niego wesołe usteczka i oczka błyszczące Nataszki... dalej... dalej... widział przed sobą Denissowa, Teljanina, Bogdanicza i całą historją, którą z nimi przeszedł. Tę zaś nie miłą historję uosobistniał niejako w jego wyobraźni podnieconej gorączkowo, ten tam... ot! niedaleko... ten żołnierz z głosem tak przeraźliwym, z nosem zakrzywionym, jak dziób u sępa drapieżnego, który tak mu dokuczał, i tak niemiłosiernie ciągnął go za ramię bolące!
Starał się, ale nadaremnie, wydobyć ramię z tych ostrych szponów, które taką straszną mękę mu zadawały! Gdyby ten żołnierz okrutny, nie był mu go tak zmiażdżył bez litości, ramię byłoby zostało nietkniętem, i nie bolałoby go tak jak teraz boli nie do zniesienia.
Otworzył oczy: po nad łuną bijącą od dopalających się zgliszczy ogniska, rozciągał się czarny pas nocy; a w tej światłości, po nad ogniskiem, coś migało w powietrzu, niby piasek srebrny. Polatywał śnieg, jak puszek lekki i biały. Nie było ani lekarza, ani Tonszyna! Prócz jakiegoś biednego, chudego wojaka, który rozebrawszy się do naga, suszył mokre ubranie i bieliznę, rozgrzewając przytem członki skostniałe nad ogniskiem, nie było przy nim nikogo więcej.
— Nie jestem nikomu na nic potrzebnym — myślał Rostow z żałością serce przenikającą. — Nikt mnie nie chce poratować, nikt mnie nie pożałuje, a przecie niegdyś w domu byłem silny, zdrów, wesół, otoczony zewsząd miłością i najczulszem staraniem.
Westchnął, a westchnienie przeszło w jęk na pół stłumiony.
— Co ci to biedaku?... Cierpisz, nieprawdaż? — spytał ów żołnierz, roztrzepując nad ogniskiem mokrą koszulę, i dodał nie czekając na odpowiedź: — Co też dzisiaj biednych ludzi nakaleczono! narąbano! ni to trzasek w lesie, aż strach pomyśleć!
Rostow już go nie słyszał. Patrzał bezmyślnie na płatki śniegu, kręcące się w powietrzu coraz gęściej; i marzył o zimie w swojej ojczyźnie, o domu rodzicielskim, takim ciepłym, tak dobrze zaopatrzonym, tak pięknie co wieczór oświetlonym, o swojem futrze takiem miękkiem, o saneczkach eleganckich, mknących po śniegu na wyścigi z wiatrem, i widział siebie tak swobodnym, pełnym życia w tem rozkosznem otoczeniu...
— Po com ja wlazł samochcąc w to piekło? — szepnął z najwyższem rozgoryczeniem...
Francuzi nie powtórzyli nazajutrz ataku na wojsko rosyjskie i niedobitki pod dowództwem Bagrationa połączyły się niebawem z armją Kotuzowa.


KONIEC TOMU DRUGIEGO.



Przypisy

  1. Znana w Moskwie przechadzka.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autorów: anonimowy, Lew Tołstoj.